Legia cudzoziemskaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Wstęp

Będzie utworzony Legion

Obcy to problem

Podbój Algierii

Sprzedani jak owce

Wojny na krańcach świata

Wywalczcie sobie Ojczyznę

Wojna krymska

Magenta i Solferino

Cameron

Brońmy Paryża

Klęska Czarnych Flag

Wojna z Amazonkami

Królowie Madagaskaru

Sahara

Od Verdun do Monte Cassino

Wojna w okopach

Ferment w koloniach

Wojna z Rifenami

Śniegi Narwiku

Klęska

Odyseja 13. Półbrygady

Od Bir Hakeim do Tunisu

Znów w Europie

Brudne wojny

Unsere brave Soldaten

Rzeź Malgaszów

Przedsionek piekła

Dolina Glinianych Dzbanów

Dance Macabre

Operacja „Muszkieter”

Krach imperium

Siły Szybkiego Reagowania

Droga do białego kepi

Smok Annamu

Świata nam wystarczy

W błękitnych hełmach

Treize

Duchy dżungli

Pancerni kawalerzyści

Rendez-vous avec la mort

Bibliografia

Okładka


Projekt okładki i stron tytułowych

Radosław Krawczyk

Redakcja merytoryczna

Dorota Mazur-Dulęba

Redaktor prowadzący

Joanna Proczka

Redaktor techniczny

Bożena Nowicka

Korekta

Zofia Firek

Copyright © by Roman Marcinek, Warszawa 2016

Copyright © by Bellona Spółka Akcyjna, Warszawa 2016

Zapraszamy na strony

www.bellona.pl, www.ksiegarnia.bellona.pl

Dołącz do nas na Facebooku

www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona

Nasz adres: Bellona Spółka Akcyjna

ul. Bema 87, 01-233 Warszawa

Dział wysyłki: tel. 22 457 03 02, 22 457 03 06, 22 457 03 78

Faks: 22 652 27 01

e-mail: biuro@bellona.pl

ISBN 9788311141582

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wstęp

Upalny ranek 30 kwietnia 1939. Kwatermistrz sprawdza ostatnie szczegóły przed mającą się rozpocząć uroczystością. Żołnierze z plutonu gospodarczego podlewają klomby, setny raz gracują wysypany żwirem dziedziniec koszar w algierskim mieście Sidi bel Abbes, kwaterze głównej francuskiej Legii Cudzoziemskiej. Zdobi go pomnik nie tyle gustowny, co wymowny – na granitowym cokole, gdzie wyryto nazwy dziesiątków bitew i setek potyczek, umieszczono ziemski glob otoczony girlandą wawrzynu. Oparty o miotłę chłopak z naszywkami legionisty I klasy przygląda się lśniącym w słońcu literom: LEGIO PATRIA NOSTRA. Legia Naszą Ojczyzną, bo to jej, a nie Francji obiecują służyć ochotnicy. 30 kwietnia formacja obchodzi swoje święto – Dzień Cameron. Upamiętnia ono jedno z bohaterskich zdarzeń, które – jak groźne memento – winno uświadamiać każdemu legioniście, na jakie ryzyko zdecydował się, podpisując kontrakt.

Na skraju rozległego placu umieszczono trybunę ustrojoną w trójkolorowe flagi francuskie i zielono-czerwone barwy Legii. Łączy je emblemat jednostki – eksplodujący granat z siedmioma płomieniami. Na wprost ustawiono wysokie podium, miejsce głównych dzisiejszych atrakcji.

Około 17.00 miejscowi notable zapełniają fotele. Brakuje tylko oficerów. Ci czekają przy bramie koszar na przybycie emerytowanego dowódcy Paula Rolleta, zwanego powszechnie „ojcem Legii”. Po I wojnie światowej generał zreformował jednostkę, czyniąc z niej nowoczesną, wszechstronnie wyszkoloną formację. Dziś mieszka w Sidi ze swą młodą piękną żoną, w białej willi, której okna wychodzą na potężny kwartał koszar. Nareszcie jest. Gors generalskiego munduru szczelnie pokrywają odznaczenia i ordery. Witany z autentycznym szacunkiem przez pułkownika Roberta, dowódcę 1. Pułku, idzie wolno wzdłuż szeregu wyprężonych oficerów. Pułkownik Girard z 2. Pułku, pułkownik Mantoz z 3., pułkownik Berger z 1. Pułku Kawalerii Cudzoziemskiej „Royal Etrangère”. Pułkownik Robert przeprasza dawnego dowódcę za nieobecność jeszcze dwóch – Imhausa i Lorillarda, których obowiązki zatrzymały z dala od Algierii. Wręcza Rolletowi telegramy. Jeden z Hanoi, drugi z Bejrutu. Oficerowie przechodzą przed frontem prezentujących broń kompanii. Białe kepi, szerokie niebieskie szale owinięte dookoła bioder, tropikalne mundury. Tak, trzeba przyznać, że Legia prezentuje się świetnie, jak mało która jednostka armii francuskiej. Prowadzącym honorową inspekcję oficerom towarzyszą dźwięki tradycyjnego marszu Legii, Le Boudin. Od 1870 roku to oficjalny marsz Legii, dostosowany do powolnego rytmu 88 kroków na minutę. A orkiestra 1. Pułku uchodzi za jedną z najlepszych. 120 muzyków, prócz tradycyjnych instrumentów, wykorzystuje także dzwonki, cymbały etc., stąd melodie w ich wykonaniu są niepowtarzalną symbiozą wojskowej tradycji i egzotycznych rytmów Orientu.

Kiedy inspekcja dobiegła końca, zmierzchało. Generał i oficerowie zasiedli na trybunie. Legioniści dostali komendę „spocz-nij”. Rozpoczęło się widowisko. Z kłębów wywołanego przez pirotechników dymu wynurzyły się postacie w długich, podpiętych płaszczach i wysokich czakach. Ci byli pierwsi. Kiedy Ludwik Filip w 1831 r. powołał do życia Legion Cudzoziemski, podbijali dla Francji Algierię, zdobywali Konstantynę, zaczynali penetrować Saharę. Ale obraz się zmienia. Skłębiony tłum ludzi zmaga się w śmiertelnej walce – to pułkownik Conrad i jego żołnierze podczas wojny domowej w Hiszpanii w 1835 r. Żywe obrazy nabierają tempa – wojna krymska, szturm Sewastopola, bitwy pod Magentą i Solferino, zdobycie Dahomeju, Madagaskaru, Wietnamu, Maroka, obrona Orleanu przed Prusakami, mordercze zmagania Wielkiej Wojny, wreszcie wojna z Rifenami, w której wielu z obecnych brało udział. Zmieniają się mundury, uzbrojenie, ludzie, ale trwa idea podkreślana przez reżyserów: zieleń i czerwień – nadzieja i poświęcenie. I wreszcie clou programu – Cameron! Dekoracje przedstawiają nędzną hacjendę. Wyobraźnia przenosi obecnych w rok 1863. Trwa wojna o utrzymanie na meksykańskim tronie cesarza Maksymiliana. Francuski korpus ekspedycyjny walczy na odległych płaskowyżach. Kompania Legii Cudzoziemskiej, dowodzona przez kapitana Danjou, broni się w opuszczonej farmie przed kawalerią meksykańską. Legioniści giną jeden po drugim. Spiker wywołuje ich do apelu poległych, słychać swojsko brzmiące nazwiska: Morzycki, Kunaszek, Górski… Trzech pozostałych przy życiu w ostatniej godzinie obrony podejmuje jeszcze jedną próbę – atakuje na bagnety… Takie jest przesłanie dla legionistów wszystkich czasów: walczcie do końca, to jest waszym najwyższym obowiązkiem! Żołnierzom prezentowany jest „relikwiarz” zawierający drewnianą protezę ręki kapitana Danjou. To najważniejszy z ideowych artefaktów.

 

Uroczystość dobiega końca. Oficerowie i zaproszeni goście udają się do kasyna na kolację. Legioniści siadają wokół długich stołów, zastawionych dzbanami czerwonego wina. Ale Dzień Cameron jest tylko raz w roku, a kontrakt trwa długie 5 lat. Dziś jest „rodzinnie”, ale to tylko pozory. Codziennością jest niewielki fort na skraju Sahary. Podmuchy hamsinu, monotonny szum piasku doprowadzają do szaleństwa. Przez pół roku widzisz tych samych kolegów, jesteś z nimi bez przerwy, nic nie może cię od nich uwolnić. Jedni piją na umór, inni się awanturują. Przychodzi dziwny stan, który nazywają cafard – nieokreślona melancholia, tęsknota i przemożna chęć wyrwania się stąd za wszelką cenę. Jedni strzelają sobie w łeb, inni „dezerterują”, idąc przed siebie w piaski pustyni. Komendant placówki pisze suchą formułę: „nie wytrzymał psychicznie trudów służby”; akta personalne nieszczęśnika lądują na półce w archiwum. Legioniści wiedzą to doskonale, ale większość z nich podpisze kolejne kontrakty i będzie chciała służyć Francji pod zielono-czerwonym sztandarem. Pochodzą z różnych krajów, ale wielu z nich na pytanie o narodowość odpowiedziałoby – Legionista! Większość z nich ucieka: przed bezrobociem i nędzą, prześladowaniami politycznymi, kłopotami rodzinnymi czy nawet, choć tych jest niewielu, przed prawem. Tylko nieliczni szukają przygód i mocnych wrażeń. Różni ludzie, różne charaktery, różnymi drogami trafili do punktów werbunkowych. Na co dzień mogą się kłócić czy nawet bić, ale w ogniu walki muszą na sobie polegać. Są zawodowcami, żołnierzami francuskiej Legii Cudzoziemskiej.

Łączy ich coś więcej niż czerwone wino, skarbowe gauloisy i znudzone prostytutki w wojskowych burdelach. Każda armia ma świętości, z których jest dumna, własny wyróżnik tożsamości. Z reguły są one kontynuacją ogólnonarodowych tradycji. Czym dla Polaków jest Wiedeń, Somosierra czy Westerplatte, tym dla Anglików Trafalgar, szarża lekkiej brygady i Bitwa o Anglię, dla Francuzów epopeja napoleońska i bitwa pod Verdun, dla Amerykanów Alamo, Guadalcanal i Okinawa, dla Rosjan Aleksander Suworow i obrona Stalingradu. Każda z tych nazw jest zapisem dramatu trwale zespolonego z dziejami narodu. W Legii sprawa jest trudniejsza, bo odwoływanie się do rycerskiej tradycji Karola Wielkiego czy napoleońskich marszałków byłoby nieporozumieniem. Bonaparte nie jest nikim ważnym dla służących w jej szeregach Marokańczyków czy przybyszów ze Sri Lanki. Oficerowie wychowawczy muszą wpajać rekrutom coś zupełnie innego – wiedzę o niemal 200-letniej tradycji formacji.

Rok 2000. Kilkanaście kilometrów za Marsylią ciężarówka wtacza się na dziedziniec otoczony białymi budynkami i doskonale utrzymanymi trawnikami. Zatrzymuje się przed tym, na którym widnieje tablica „Musee de la Légion Etrangère”. Na pasażerów, młodych mężczyzn w polowych mundurach, czeka kapitan w galowym mundurze i białym kepi: „Witam was, dziś zapoznacie się z przeszłością Legii Cudzoziemskiej. Słuchajcie i patrzcie uważnie, wszystko tu jest częścią tradycji. Teraz i waszej”. Siwowłosy przewodnik wskazuje na swą pierś: „Ja sam jestem właściwie muzealnym eksponatem. Te medale są za Indochiny, Kanał Sueski, wojnę w Algierii i Czadzie. Wielu z was nie było jeszcze wtedy na świecie”. Pomieszczenia muzeum są mroczne, a może to tylko kontrast z jasnym dniem na zewnątrz. Mężczyźni idą powoli przez duże sale, słuchając monotonnego głosu przewodnika. „Walczyliśmy na czterech kontynentach, w kilkudziesięciu krajach, braliśmy udział w setkach bitew i tysiącach potyczek…”. Żołnierze, wielu nie zna jeszcze francuskiego, przyglądają się starej broni, dziwacznym mundurom, przyborom, które nie wiedzieć czemu służą. „Poległy nas tysiące, wielu zostawiło tu zdrowie i młodość, ale dziesiątkom tysięcy daliśmy poczucie dumy, że należeli do Legionu Cudzoziemskiego…”. Z portretów i sepiowych fotografii patrzą zmarli przed laty bohaterowie, niemodnie uczesani, z podkręconymi wąsami i spojrzeniem, w którym znać dumę i odwagę. Przewodnik rzuca nic niemówiące rekrutom nazwiska: Martinez, Carbuccio, Aage… Na stojakach rozpięte sztandary – wytarte, obwieszone odznaczeniami, z wyhaftowanymi nazwami bitew. „Służył u nas jeden król, czterech książąt, kilku marszałków, tuziny generałów. Wielu z nich zaczynało tak jak wy – od stopnia legionisty II klasy. Ale nie myślcie, że i wam się uda zostać marszałkiem Francji, chociaż – tego nie wie nikt”. Idąc między gablotami, przewodnik wspomina nietypowych rekrutów: czechosłowackiego generała Josefa Snejdarka, prekursora surrealizmu w poezji i powieściopisarza Blaise’a Cendrarsa, klasyka teatru absurdu Jeana Geneta, eseistę i znawcę bolszewizmu Artura Koestlera, reportera Curzia Malapartego, wreszcie księcia Monako Louisa II (1870–1949, podporucznika w 1. RE) i jazzmana Cole’a Portera.

Muzeum Legii Cudzoziemskiej mieści się w jej kwaterze głównej, w koszarach Vienot[1] w Aubagne. Jest miejscem refleksji nad losami tysięcy mężczyzn, którzy pod obcym sztandarem walczyli o nie swoje sprawy niemal we wszystkich zakątkach globu. Wiosną 1888 r. płk Wartingue, dowódca 1. Pułku Cudzoziemskiego stacjonującego w Sidi-bel-Abbes, nakazał utworzyć w koszarach izbę tradycji i zobowiązał podległe sobie oddziały do przekazywania tam wojennych trofeów. W jego zamyśle sala tradycji miała obrazować przeszło 50 lat wysiłku włożonego przez legionistów w budowę francuskiego imperium kolonialnego. Plon rozkazu był nadspodziewany. Z najdalej leżących placówek zaczęła płynąć egzotyczna broń, cenne tkaniny, niezwykłe dokumenty. Niektórzy zaczęli dołączać do nich pamiątki po swych dawnych dowódcach i kolegach, których na zawsze przykryła gruba warstwa saharyjskiego piachu. Na wielbłądzich grzbietach i w towarowych wagonach wędrowały do Sidi paki listów i rozkazów, wytarte siodła, wyschnięte kałamarze i wysiedziane fotele. Z każdym z nich wiązała się legenda. Trafiały tu także niezwykłej urody dzieła sztuki, pochodzące z dzikich wykopalisk „archeologicznych” prowadzonych przez nudzących się oficerów. Wreszcie wydano okólnik precyzujący, co można uznać za godne umieszczenia w zbiorach muzeum. Za najbardziej interesujące uznano pamiątki z okresu pionierskiego, obejmującego lata 1831–1834. Nie pogardzono zabytkami z czasów podboju Algierii, kampanii krymskiej i hiszpańskiej, wypraw do Meksyku i Tonkinu. Nowoczesne muzeum otwarto w roku 1931, podczas hucznie obchodzonego stulecia istnienia formacji. Skromną, mimo wysiłków, ekspozycję zastąpiono wówczas okazałą „temple des heros”. W 1936 r. muzeum udostępniono publiczności, rozpoczęto ożywioną działalność wystawienniczą i informacyjną. Po roku 1962 zbiory muzealne, księgozbiór i archiwum Legii przeniesiono do prowansalskiego Aubagne. Porządkowanie i naukowe katalogowanie kolekcji trwało 4 lata. Nieco szybciej uporano się z montażem przewiezionego z Sidi pomnika poległych. W 1966 r. minister obrony Francji Pierre Messmer (zresztą były kapitan Legii) dokonał uroczystego otwarcia muzeum. Powiedział wtedy, że „jest to hołd i nasza powinność wobec tych, co już odeszli, ale zostawili nam cząstkę swej duszy”.

Legioniści wychodzą na nasłoneczniony dziedziniec. W ruch idą camele i gauloisy. Zakończyli właśnie unitarne szkolenie w pułku stacjonującym w Castelnaudary – dostali tam w kość niemiłosiernie. Ale są ochotnikami, trafili do Legii na własne życzenie, przeszli żmudne badania lekarskie i psychologiczne, zdali dziesiątki testów ze sprawności fizycznej. W tym czasie II Oddział dyskretnie sprawdzał ich przeszłość. Wbito im w głowy podstawowe prawa Legii, twardy kodeks, który obowiązuje we wszystkich regimentach. Teraz, kiedy stoją w grupie, w szarozielonych uniformach i beretach ze srebrną odznaką, trudno rozpoznać, jak dziwnymi drogami trafili do tych koszar. Są wśród nich Amerykanie szukający przygód, Polacy, Czesi, Pakistańczycy w pogoni za pracą, ekskomandos z Budapesztu i posępny Rumun. Za kilka dni nowi legioniści rozjadą się do jednostek. Można w nich przesłużyć cały kontrakt i powąchać prochu tylko na strzelnicy. Ale równie dobrze można zginąć. Ale teraz legioniści II klasy jeszcze o tym nie myślą.

1 Większość baz i obiektów Legii nosi imiona bohaterów i dowódców formacji.

Będzie utworzony Legion
Obcy to problem

Zakończenie wojen napoleońskich i ustanowienie nowego ładu europejskiego na kongresie wiedeńskim spowodowało, że wiele krajów, w tym Francja, zaczęło poważnie myśleć o budowie swych imperiów kolonialnych. Stare potęgi morskie – Hiszpania i Portugalia – znajdowały się w odwrocie, a świat odkrywany przez kupców i podróżników wydawał się niezmierzony. We Francji wzrok polityków i wojskowych przyciągał kraj leżący wprawdzie za morzem, ale w bezpośredniej bliskości Europy – Algieria. Kiedy oficerowie sztabowi ekspansywnego mocarstwa zaczynają bacznie przyglądać się obcemu krajowi, przeważnie dla słabszego nic dobrego z tego nie wynika. Dnia 25 maja 1830 r. potężna flota inwazyjna wypłynęła z Tulonu. 675 statków transportowych, ochranianych przez 103 okręty wojenne, wiozło na swych pokładach 27 tys. marynarzy, 36 tys. żołnierzy, silną polową artylerię oraz potrzebny sprzęt. 14 czerwca francuski desant wylądował na wybrzeżu algierskim, w niedużej zatoce osłoniętej półwyspem Sidi Ferrusz, ok. 30 km na zachód od stolicy[2]. Bej Hussejn – turecki namiestnik Algieru – zamierzał zniszczyć desant giaurów, wykorzystując warunki naturalne kraju. Ale mimo problemów terenowych i klimatycznych przewaga wojsk inwazyjnych była przytłaczająca. 19 czerwca na płaskowyżu Staueli korpus francuski stoczył zwycięską i decydującą o przebiegu kampanii bitwę z 50-tysięczną armią algierską. 5 lipca załoga Algieru skapitulowała, nie podejmując obrony. Łupem zdobywców padło ok. 49 mln franków w złocie oraz portowe miasto wraz z umocnieniami i artylerią. Wprawdzie saldo wypadło niemal na zero, gdyż wyprawa kosztowała Francję 43,5 mln franków oraz życie 415 żołnierzy, ale w jej rękach pozostał przyczółek ekspansji kolonialnej w północnej Afryce.

Zdobycie Algieru odbiło się początkowo szerokim echem w stolicach europejskich i afrykańskich, jednak szybki rozwój wydarzeń w Europie w roku 1830 spowodował, że niebawem kwestia ta zeszła na dalszy plan. 27 lipca w Paryżu wybuchła rewolucja. Tak zwana monarchia lipcowa nie bardzo wiedziała, co czynić z afrykańską zdobyczą, kontynuowała więc politykę obalonego rządu. Pozostawienie gen. Bertranda Clausela z niewielkimi siłami (ok. 9 tys. żołnierzy) w ogromnym, wrogim kraju zmusiło go do podjęcia niekonwencjonalnych działań w polityce kolonialnej. Już w październiku 1830 r. utworzył pierwszy oddział żuawów, tj. tubylczych Kabylów, dowodzonych przez francuskich oficerów. Clausel uznał, że najlepiej podbijać Afrykę rękami jej mieszkańców. Powstanie formacji można uznać za faktyczny początek francuskich wojsk kolonialnych. Wkrótce utworzono kolejne jednostki. Wojska walczące w Algierii nazywano pospolicie Armią Afrykańską. Jej podstawę stanowiły pułki francuskie, które w ramach siedmioletniej służby przerzucano za Morze Śródziemne. W razie potrzeby z Metropolii przysyłano uzupełnienia. Oficerowie Armii Afrykańskiej niechętnie widzieli w Algierii świeżego rekruta, woleli starych, doświadczonych żołnierzy. Od 1831 r. stan armii nieustannie się powiększał, by w 1845 osiągnąć 106 tys. ludzi. Później liczebność ulegała zmianom, np. w latach 1855–1856 liczyła ok. 64 tys. żołnierzy. Obok pułków francuskich służyły w niej różne formacje specjalne. Z tubylców, oprócz żuawów, utworzono Korpus Spahisów. Strzelcy Afrykańscy i Bataliony Afrykańskie składały się głównie z żołnierzy francuskich, którzy ze względu na wykroczenia dyscyplinarne nie mogli pozostać w swych jednostkach i musieli pełnić długoterminową służbę w Algierii[3].

Kolejną formacją stworzoną na potrzeby tej wojny była Legia Cudzoziemska. Tradycje pułków cudzoziemskich w armii francuskiej sięgają średniowiecza. Istniały pułki szwajcarskie strzegące króla, irlandzka gwardia i cała grupa cudzoziemskich pułków jazdy, takich jak Royal-Allemand, Royal-Suedois, Royal-Cravate czy Royal-Pologne. Za czasów Pierwszego Cesarstwa Wielka Armia pełna była regimentów obcej narodowości. Służyli w nich Polacy, Niemcy, Włosi, Hiszpanie, Portugalczycy, Chorwaci, Szwajcarzy, Belgowie i Holendrzy. W dniach 9 i 10 marca 1831 r. król Ludwik Filip wydał dwa ordonanse, z których pierwszy powoływał do życia legion złożony z cudzoziemców, a drugi zawierał instrukcje dotyczące zasad jego formowania. Inicjatorem utworzenia Legii Cudzoziemskiej był ówczesny sekretarz stanu przy Departamencie Wojny, bohater spod Austerlitz, marszałek Nicolas Soult, książę Dalmacji. Pragnął on za jednym zamachem załatwić wiele spraw, z którymi borykała się francuska administracja. Przede wszystkim chodziło o stworzenie nowych jednostek, których można by użyć w wojnie w Algierii. Ich powstanie przyczyniłoby się zarazem do usunięcia z terenu Francji dużej liczby cudzoziemców, a komendę nad nimi można by powierzyć oficerom, których z różnych przyczyn nie chciano przyjąć do pułków francuskich. Plan ministra został zaaprobowany przez króla i radę ministrów. Z napływem ochotników nie było problemu. Legia powstawała w okresie rewolucyjnego wrzenia w różnych częściach Europy i wśród masy politycznych uchodźców napływających do Francji znalazło się wielu chętnych do wstąpienia do służby w armii francuskiej. Dla rządu szczególnie istotną sprawą było pozbycie się z kraju uchodźców. Uważano ich, nie bez racji, za niebezpiecznych dla porządku społeczno-prawnego i bezpieczeństwa publicznego. Obawiano się zwłaszcza sympatyków karbonariuszy oraz ludzi związanych wcześniej z demokratycznym nurtem republikańskim. Powołanie Legii Cudzoziemskiej stanowiło także pewnego rodzaju barierę, chroniącą rząd przed żądaniami ze strony części emigrantów, domagających się zgody na utworzenie na terenie Francji formacji wojskowych o charakterze wyzwoleńczym. Powstanie batalionów[4] narodowych zaspokajało te niebezpieczne aspiracje, nie narażając Francji na konflikty na arenie dyplomatycznej. Ale aspekt polityczny to tylko jedna strona problemu imigrantów we Francji. Ludzie ci stanowili przecież poważne obciążenie dla budżetu państwa, a stały ich napływ stwarzał problemy nawet z zakwaterowaniem. Niektórych z nich brak nadziei i środków do życia pchał w szeregi pospolitych przestępców. Do punktów rekrutacyjnych Legii zgłaszali się różni ludzie. Obok uchodźców politycznych liczną grupę stanowili dezerterzy z wszystkich praktycznie armii europejskich, pospolici przestępcy szukający schronienia przed wymiarem sprawiedliwości, poszukiwacze przygód. Częstym motywem ochotniczego zaciągu było bezrobocie czy chęć ucieczki przed dotychczasowym życiem. Legia Cudzoziemska miała złą opinię. Jeden z polskich emigrantów, przed którym pojawiła się możliwość służby w tej jednostce, latem 1832 r. pisał: „Nie chcieli służyć w Legii Cudzoziemskiej, którą złożono w znacznej części z dezerterów, złodziejów, łotrów etc. państw sąsiednich. Porównanie żołnierzy polskich ze stekiem takich ludzi lub najmniejsze zbliżenie się do niego jest zniewagą i hańbą gorszą od samej niewoli”[5]. Ale w Legii znaleźli się także żołnierze, których fachowości, doświadczenia i oddania Francji nikt nie kwestionował. Byli to wojskowi wszystkich stopni, pochodzący z utworzonej w czasie restauracji Legii Hohenlohe, do której weszły szczątki cudzoziemskich pułków Napoleona i królewskiej gwardii szwajcarskiej. Po skasowaniu tej formacji nie mogli oni przejść do pułków francuskich, nie mając naturalizacji, gdyż prawo zabraniało obcokrajowcom służby w tych regimentach[6]. Utworzenie nowej jednostki było dla nich jedyną szansą. Znając wojenne rzemiosło, oddali Legii nieocenione usługi, dostarczając jej kadr – rachmistrzów i instruktorów.

 

Do punktów werbunkowych stawili się także wojskowi różnych narodowości, służący dawniej w armii Napoleona. Starzy wiarusi nie bardzo już nadawali się na żołnierzy. Kilkunastoletni rozbrat z czynną służbą wojskową osłabił ich poczucie karności i wojskowego obowiązku. Utrzymanie ich w ryzach było niemożliwe. Większość z nich zresztą szybko opuściła szeregi Legii. Zgłosiło się wiele osób, które – choć francuskiego pochodzenia – nie mogły z różnych względów pełnić służby w regularnej armii francuskiej. Należeli do nich m.in. oficerowie Domu Wojskowego Karola X i jego gwardziści, rozpuszczeni podczas rewolucji lipcowej, jak ich krańcowi przeciwnicy – oficerowie, którzy podczas tej rewolucji ostro występowali przeciwko legalnej władzy dowódców. Do Legii odesłano tych, których chciano pozbyć się z pułków ze względu na złą opinię czy karciane długi, nie powodując utraty stopni oficerskich. Wcielano młodych oficerów, dla których brakło etatów w pułkach francuskich. Podstawę nowej formacji stanowili cudzoziemcy. Zgłaszali się Niemcy, głównie Nadreńczycy, Hiszpanie, Włosi, Belgowie, Holendrzy oraz Polacy – choć ci ostatni nie w takiej liczbie i nie z taką ochotą jak przedstawiciele innych narodowości. Niemców i Belgów ciągnęła w szeregi francuskie wciąż żywa pamięć o Napoleonie; Hiszpanie i Włosi uciekali przed prześladowaniami w ojczyźnie; Polaków ożywiała nadzieja utworzenia opartego na Legii polskiego legionu w Algierii. Wszyscy potrzebowali dachu nad głową, utrzymania i pieniędzy. Łączył ich hart ducha i doskonały stan zdrowia. Powszechną przypadłością ochotników był brak dokumentów. Ponieważ przyjmowano prawie wszystkich, to skład był zróżnicowany: od arystokraty po włóczęgę i żebraka. Z tej rozmaitości ludzi i charakterów wynikało przesadne wyobrażenie oficerów o znaczeniu bardzo surowej, graniczącej z okrucieństwem, dyscypliny.

Pierwotnie bataliony Legii tworzone były zgodnie z zasadą podziału etnicznego. Tam gdzie to było możliwe, żołnierzy grupowano według narodowości. Pierwszy depot – tak z francuskiego zwał się ośrodek szkoleniowy – został otwarty w połowie marca 1831 r. w Langres, a 21 marca przeniesiony do Bar le Duc. Organizację i wstępne szkolenie 1. Batalionu ukończono 15 maja. Złożony prawie wyłącznie z Niemców, składał się pierwotnie z 8 kompanii centralnych po 112 ludzi każda. W roku 1832 utworzono kompanie wyborowe (compagnies d’elite). Duży napływ niemieckojęzycznych ochotników sprawił, że w lipcu 1831 r. zakończono formowanie dwóch kolejnych batalionów (2. i 3.)[7]. Kształtowanie 4. Batalionu rozpoczęto na początku kwietnia 1831 r., wcielając do niego ochotników z Hiszpanii – przybyszów szukających we Francji schronienia przed szykanami ze strony króla Ferdynanda. Równocześnie w Auxerre formowano 5. Batalion, złożony z emigrantów włoskich i sardyńskich. Pierwszą fazę organizacji Legii uznano za dokonaną. W dniu 12 lipca 1831 r. powołano sztab oraz kompanię przeznaczoną do jego ochrony. Pierwszym komendantem został płk Krzysztof Antoni baron von Stoffel, Szwajcar, w którego rodzinie zawód najemnego żołnierza przechodził z pokolenia na pokolenie prawie od 300 lat. Od stycznia 1832 r. rozpoczęto przerzucanie utworzonych we Francji batalionów przez Tulon do Afryki.

Najpóźniej rozpoczęto formowanie batalionu polskiego. W listopadzie 1831 r. władze francuskie podzieliły polskich emigrantów na cywilów i wojskowych, wyznaczając tym ostatnim Awinion na miejsce pobytu. Myślano o ich wcieleniu do Legii i w pierwszej połowie stycznia 1832 r. wysłano tam oficerów werbunkowych (majorów W. Kormańskiego i K. Bobowskiego). Przez całe lato 1832 r. do Tulonu napływali Polacy chcący wstąpić do Legii Cudzoziemskiej. Nie byli to tylko prości żołnierze: „Przede wszystkim byli to dawni podchorążowie, uczestnicy sprzysiężenia Piotra Wysockiego i nocy listopadowej. […] Przez parę miesięcy służył w Legii Aleksander Walewski (1810–1868), syn Napoleona I i Marii Walewskiej (rychło, dzięki protekcji marszałka Étienne Gerarda, zmienił przydział, wybierając 2. Pułk Strzelców Afrykańskich). Był tu także Józef Tański, znany emigracyjny publicysta. W Legii służyli dwaj bracia Rzewuscy, kuzyni Balzaka. Był młody Sułkowski, syn księcia na Bielsku, owego wielce kontrowersyjnego Jana, pułkownika z wojen napoleońskich”[8]. We wrześniu polscy ochotnicy zostali przeniesieni do Afryki, a 1 lutego 1833 w Algierze utworzono 1. Kompanię polską, liczącą początkowo 50 żołnierzy, pod dowództwem mjr. Tadeusza Horaina, uczestnika Nocy Listopadowej, odznaczonego Krzyżem Złotym Virtuti Militari za bitwę pod Opatowem[9]. W 1833 roku sformowano jeszcze trzy kompanie, łącznie ok. 250 ludzi. Te cztery kompanie polskiego 7. Batalionu zostały 21 stycznia 1834 przewiezione statkiem z Algieru do Bone i przebywały tam do 11 maja. W połowie stycznia 1834 r. zapadła decyzja o stworzeniu polskiego batalionu Legii. Miejscem postoju miał być Oran. Dnia 27 kwietnia 1834 roku ze świeżo przybyłych z Anglii wychodźców utworzono 5., 6., 7. i 8. kompanię Legii. W połowie maja cały 8-kompanijny batalion polski był już gotowy, a 1 lipca 1834 został oficjalnie powołany do życia. Liczył 683 żołnierzy, w tym 21 oficerów. Trzeba jeszcze wyjaśnić sprawę numeracji polskiego batalionu. Powstał on jako ostatni, siódmy. Wcześniej, 1 maja 1833, definitywnie zakończono organizację 6. Batalionu, złożonego niemal w całości z dezerterów z armii belgijskiej i holenderskiej. Polski batalion powinien był więc otrzymać numer 7, dostał jednak numer 4., ponieważ batalion hiszpański, noszący dotąd ten numer, został rozwiązany w Oranie 16 kwietnia 1834, a jego żołnierze, po śmierci króla Ferdynanda VII, otrzymali zgodę na powrót do ojczyzny.

Od początku 1832 roku pododdziały Legii były sukcesywnie wysyłane do Afryki. Kończył się okres organizacji i szkolenia, zaczynały się lata ciężkiej, wyczerpującej służby. Nastąpiła zmiana na stanowisku dowódcy Legii Cudzoziemskiej. Miejsce płk. Stoffela 1 kwietnia 1832 zajął płk Combe[10], który przybył do Algieru 24 czerwca 1832, przywożąc sztandar Legii, na którym widniał napis: „Le Roi des Francais a la Légion Etrangère”. Dnia 9 kwietnia 1833 na czele Legii stanął ppłk Bernelle z 10. Pułku Piechoty. Dowódcy borykali się z brakiem dyscypliny wśród żołnierzy. Pijaństwo, bójki, gwałty i kradzieże zdarzały się niemal codziennie, dlatego jednym z pierwszych rozkazów było rozbicie stojących na skraju obozowiska kadzi z winem i rozpędzenie armii prostytutek ciągnących za wojskiem. Często wybuchały waśnie na tle narodowościowym. W lutym 1832 roku pisarz regimentu zanotował: „Dwóch zmarłych z powodu malarii, dziewięciu zmarłych na cholerę, siedemnastu zabitych skutkiem strzelaniny między batalionami”[11]. Dowódca nie mógł ich nawet karać więzieniem, gdyż przybytek w Algierze był zbyt mały, aby pomieścić wszystkich winnych. Chcąc ukrócić ekscesy, zaczęto stosować karę, która do tradycji Legii przeszła pod nazwą „grób”: winowajca był zakopywany po szyję w piachu, wystawiony na działanie słońca i nocnych przymrozków; tkwił tak od 12 do 60 godzin bez wody i jedzenia. Na trzech ukaranych żywy wychodził jeden. Ten drakoński sposób nieco zahamował wybryki legionistów.

Inne książki tego autora