Wstęga MöbiusaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wstęga Möbiusa
Wstęga Möbiusa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,90  55,12 
Wstęga Möbiusa
Audio
Wstęga Möbiusa
Audiobook
Czyta Jakub Kamieński
36 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie lubię ich, bo dziewczyny mają niejasną instrukcję użytkowania i generują zachowanie szczególnego dostrojenia. Coś jak w teorii chaosu: nawet jak zastosujesz wykładniki Lapunowa w standardowej mierze złożonego i chaotycznego zachowania do określenia parametru szczególnego dostrojenia, to wtedy też nie zadziała. Nie lubię ich. Poza tym mówią coś innego, niż myślą, nie lubię ich, są nieprzewidywalne.

Adrian wygłaszał tego rodzaju komentarze, jakby wyuczył się ich na pamięć. Mówił beznamiętnym głosem, unikając wzroku rozmówcy. Niestety kłopoty w kontaktach nie stanowiły tak wielkiego problemu jak lekcje w szkole. Na fizyce Adrian pytany o składniki materii zamiast wyliczać te zawarte w krótkiej książkowej definicji zaczynał odwoływać się do teorii strun bozonowych i istnienia fermionów, na matematyce, rozwiązując zadania z dwoma niewiadomymi, rozwodził się na temat teorii rekursji, zwykłą geometrię łączył zaś z topologią, irytując się, że nauczyciel matematyki nie jest w stanie zrozumieć i stosować tak prostych skojarzeń. Gdy nauczyciel próbował przerwać jego wypowiedź, Adrian zaczynał mówić głośniej i szybciej, tak jakby chciał skończyć to, co zaczął wcześniej tłumaczyć. Na historii pytany o daty podawał je ze skrupulatnością, wymieniając nawet dni tygodnia, i tak na pytanie o rozpoczęcie drugiej wojny światowej zaczynał odpowiedź od tego, że wojna rozpoczęła się o czwartej rano w piątek pierwszego września tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku. Po trzech latach w technikum przerwał edukację, głównie z tego powodu, że nie widział sensu przebywania w szkole, w której żaden nauczyciel nie był w stanie nauczyć go czegoś, czego już wcześniej nie wiedział. Warsztaty, w których odbywał praktyki, były dla niego zmorą. Jego obsesyjne zachowanie czystości budziło irytację reszty praktykantów i wychowawców. Adrian, ilekroć się ubrudził, biegł natychmiast do toalety myć ręce. Po kilku dniach miał skórę dłoni poranioną i przetartą. Dlatego wspólnie z bratem podjęli decyzję, że wynajmą małą kawalerkę. Adrian zostanie w domu, a Bernard spróbuje ukończyć technikum. Problemem były natomiast pieniądze. Z samych praktyk Bernarda na warsztatach nie było ich stać nawet na wynajęcie pokoju. Kiedy zastanawiali się, co zrobić, Adrian poszedł popołudniem na bazar, gdzie na zapleczu sklepu ze zniczami grano w karty, w tym zakazanego wtedy pokera. Stawki nie były wysokie, bo grywali tam badylarze, dostawcy i sporadycznie milicjanci, którzy wychodzili z słusznego założenia, że lepiej wiedzieć, kto gra i ile wygrywa, niż likwidować nielegalną melinę i tracić nad nią kontrolę. Adrian wszedł do gry jako zwykły młodzik, który liczy na szybki i łatwy pieniądz. Starzy gracze lubili takich gości, wiedzieli, że są łakomym kąskiem wśród stałych bywalców meliny. Jednak Adrian, grając w pokera, zastosował system Hutchisona, polegający na liczeniu punktów każdego gracza i ocenie zachowań oraz możliwych licytacji. Zaczął regularnie przynosić pieniądze, a Bernard nie mógł wyjść z podziwu nad tym, jak brat to robi.

Adrian, spytany o to, wzruszył tylko ramionami i spokojnie powiedział:

– To proste, w trakcie gry na bazarze stosuję strategię Kelly criterion. – Po tych słowach uśmiechnął się zagadkowo i dodał: – Trochę ją ulepszyłem, by była bardziej skuteczna i niezawodna, ale jak widzisz, działa.

– Co stosujesz? Że jak? – dopytywał Bernard.

– Kryterium Johna Kelly’ego połączone z systemem Hutchisona.

– Na czym to polega? To rodzaj szulerki?

Adrian pokręcił głową trochę zirytowany, że musi tłumaczyć tak oczywiste kwestie.

– Nie, to raczej czysta matematyka, nikogo tam nie oszukuję. Ten system to matematyczny algorytm mający na celu maksymalizację długoterminowych współczynników tempa wzrostu w przypadku powtarzalnych zjawisk posiadających określone ryzyko, czyli w tym wypadku gry w pokera. To tak w najprościej mówiąc.

Bernard podrapał się po głowie.

– Po prostu graj dalej, po co mi wiedzieć, jak to robisz, i tak nie zrozumiem.

Adrian przynosił coraz większe sumy, z czasem więcej niż Bernard miesięcznie z warsztatów. Co prawda po pewnym czasie nie mógł się pojawiać na bazarze częściej niż dwa razy w miesiącu, bo nikt z graczy nie usiadłby z nim do stołu dwa razy pod rząd, wiedząc, że niechybnie przegra. Jednak pamięć graczy była krótka, rotacja grających też spora. Adrian pomimo zamknięcia się na świat potrafił bezbłędnie ocenić tego rodzaju sytuacje. Oprócz zamiłowania do liczb posiadał zdolność wyjątkową przy jego chorobie: potrafił bezbłędnie oceniać i analizować mimikę twarzy, gestykulację, użycie pauzy w wypowiedzi, intonację, czyli wszystko to, co zwie się mową ciała. Z tej racji był w stanie bezbłędnie ocenić, kto jest mu życzliwy, a kogo należy się wystrzegać.

Oprócz dorywczej gry w karty interesowała go ekonomia. Z tego powodu coraz częściej radzono się młodego i szczupłego chłopca w sprawach finansowych, zwłaszcza kwestii obrotu walutą. Gdy jednemu z lokalnych handlarzy samochodów podczas gry w karty powiedział, by wbrew temu, co mu radzą inni, za posiadane dolary kupił złoto, a potem okazało się, że kurs dolara spadł drastycznie, złoto zaś podrożało do kwoty dotychczas niespotykanej, zyskał ogromny szacunek. Z czasem, za radą Bernarda, Adrian otworzył niedaleko bazaru małe, jednoosobowe biuro rachunkowe, które stało się potem poradnią w sprawach prawniczych, podatkowych, a nawet karnych. Adrian znał na pamięć nie tylko Kodeks prawa karnego, lecz także ustawy szczegółowe. Ponadto miał w małym palcu aktualne prawo podatkowe, z wyjątkami i aneksami, śledził notowania giełd towarowych oraz kursy walut. Bracia szybko wyczuli, że lokalny rynek finansowy korzysta często z ich wiedzy, dlatego postanowili wykorzystać okazję i zajęli się finansami oraz doradztwem w sprawach różnych. Bernard, znający się głównie na samochodach, zaczął sprowadzać luksusowe auta z zachodniej Europy. Handlarze coraz chętniej z nim współpracowali, gdyż jako jeden z nielicznych handlarzy w mieście był bardzo rzetelny i słowny. Gdy jeździł po Europie w poszukiwaniu okazji, zabierał czasem ze sobą Adriana, pomimo jego protestów. Obietnica, że pojadą tylko we dwóch, powodowała, że Adrian, mimo niechęci, zgadzał się. Nie rozstawał się jednak z małą kartką, na której miał zapisany schemat rozmowy z nieznajomymi. Bernard sporządził mu instrukcje, na której w kolejności opisał, jak powinna wyglądać standardowa rozmowa. Schemat zawierał przywitanie, formułę zapytania o samopoczucie oraz ewentualne pytania, które można zadać podczas rozmowy, formułę zakończenia rozmowy, rodzaje pożegnania, a nawet wskazówki dotyczące mimiki twarzy: kiedy się uśmiechnąć, a kiedy absolutnie nie należy tego robić. Adrian mimo tego, że znał kartkę z instrukcją na pamięć, ciągle nosił ją w kurtce w wewnętrznej kieszeni, a gdy widział, że zbliża się rozmowa, wyciągał pogięty papier i dokładnie studiował notatki. Od zawsze miał kłopoty z nawiązaniem swobodnej rozmowy, brał zbyt dosłownie każde luźne spostrzeżenie, nie potrafił prowadzić niezobowiązującego dialogu czy zwykłej konwersacji na dowolny temat. Każdą wymianę zdań traktował zadaniowo i celowo. Podczas wyjazdów z bratem nie miał natomiast żadnego problemu z tym, że jest przewodnikiem Bernarda. Przed każdym wyjazdem studiował trasę, którą mieli jechać. Bernard w zasadzie nie korzystał z map ani nawigacji, gdyż siedzący obok brat znał każdy odcinek drogi na pamięć, wiedział, dokąd prowadzi, gdzie trzeba zjechać, ile kilometrów zostało jeszcze do przejechania i jaki jest orientacyjny czas podróży. Gdy były remonty lub wypadek na drodze, potrafił natychmiast wyprowadzić auto objazdem. Nigdy się nie pomylił i nie zgubił. Znał ponadto wszystkie mijane stacje benzynowe, motele, lokalne ceny, a nawet prognozy pogody na konkretny dzień w danym regionie. Ponadto Adrian posiadał zdolność precyzyjnego odmierzania czasu z dokładnością porównywalną do zwykłych zegarów. Adrian zawsze wiedział, jak długo trwała podróż, ile czasu mają na postój, kiedy powinni zrobić przerwę. Niestety, wyjazdy te, ze względu na nieprzewidywalność trasy, męczyły Adriana. Z czasem jeździł już sam Bernard, żałując, że nie ma brata za przewodnika. Interes samochodowy działał bardzo dobrze. Jednak, jak to bywa w takich sytuacjach, pojawiły się i pierwsze kłopoty. Bernardowi sprzedano skradzione w Hamburgu auto. Gdy dowiedział się na miejscu o źródle pochodzenia samochodu, poradził się brata, co ma zrobić. Adrian kazał je natychmiast przekazać policji, zgłosić nieuczciwego handlarza i przyprowadzić do ich biura czterech rosłych osiłków z pobliskiej siłowni. Zaskoczony Bernard próbował dowiedzieć się czegoś więcej, jednak Adrian stanowczo zakończył rozmowę. Wiedział, że nieznoszący sprzeciwu ton brata wymaga, by spełnić to, o co prosi.

Spoceni i potężnie zbudowani młodzieńcy przyszli punktualnie do biura rachunkowego, nie kryjąc zdziwienia, zwłaszcza że Bernard nie chciał im zdradzić powodu spotkania. Zapewnił ich tylko o tym, że nie będą żałować. Adrian również pojawił się o czasie, bez przywitania usiadł za biurkiem, poprawił leżące na stole dokumenty, wyrównując je z brzegiem stołu, i wskazał bratu oraz czekającym już osiłkom przygotowane krzesła.

– Panowie – rozpoczął cicho, nie patrząc na siedzących. – Mam dla was propozycję pracy. Taką propozycję dostaje się raz w życiu, bo i praca jest na całe życie, słowem, taka okazja trafia się raz. Możecie zrezygnować, odmówić bez podania przyczyn albo po prostu wyjść w trakcie spotkania. Nikt nie będzie miał do was pretensji. Natomiast jeśli zostaniecie i przystaniecie na moje warunki, nie będzie już potem odwrotu. Więc cokolwiek postanowicie, zróbcie to z odpowiednim namysłem.

Adrian przesunął faktury na bok biurka, splótł dłonie i spojrzał na siedzących pakerów.

– Jaka to robota? – spytał krępy blondyn.

– Dochodowa przede wszystkim – odparł Adrian, po czym zrobił krótką pauzę. – Czym się zajmujesz? – zapytał. – Poza siłownią, oczywiście.

 

Blondyn podrapał się z chrzęstem w krótko ostrzyżoną głowę i spojrzał na siedzącego obok szczupłego kolegę, jakby u niego szukał pomocy w odpowiedzi.

– W soboty stoję na bramce w dyskotece, trochę się kręcę po bazarze, takie tam...

Adrian ze zrozumieniem pokiwał głową i gestem poprosił o odpowiedź następnego mężczyznę.

– Jak Heniek, trochę robię u Sołtysa, pieniądze mu ściągam należne, za kierowcę robię, gońca. Reszta z nas tak samo.

Dwóch pozostałych zgodnie pokiwało głowami.

Adrian przeszedł do rzeczy.

– Będę zadawał pytania. Przy pierwszej mojej wątpliwości albo negatywnej odpowiedzi wychodzicie, czy to jasne?

Młodzieńcy nie kryli zaskoczenia, a nawet dezorientacji. Co chwilę spoglądali na Bernarda, którego dobrze znali z siłowni. Ten jednak uspokajał ich gestem dłoni, by wysłuchali do końca.

– Potrzebuję pracowników do specjalnych poruczeń. Z pracą dla mnie wiążą się ogromne przywileje, ale też i nietypowe obowiązki. Przede wszystkim to praca na wyłączność. Jak robicie dla mnie, nie ma mowy o dorabianiu na boku. Gwarantuję, że to, co zarobicie u mnie, wystarczy wam na życie i przyjemności, a może jeszcze zostanie coś, by odłożyć. Jednym słowem finansowo będzie nieporównywalne z tym, co teraz macie.

Mężczyźnie nie kryli już oburzenia. Jeden z nich spytał wprost Adriana:

– A kto ty jesteś, by takie rzeczy nam proponować? Skąd wiesz, ile teraz zarabiam? Skąd mogę wiedzieć, że nie jesteś parówą policji albo zwyczajną wtyką, co chce podejść Sołtysa? Muszę się wywiedzieć na mieście, coś ty za jeden, a przede wszystkim spytać szefa, dla którego robię, czy mogę dorobić u ciebie.

Adrian zmrużył stalowe oczy. Jego wyraz twarzy zmienił się. Bernard znał dobrze brata, wiedział, że gdy przybiera taką postawę, zaczynają się go bać nawet ci, którzy nic mu nie zrobili. W jego oczach pojawiały się wtedy okrucieństwo i dzikość.

– Wyjdź – powiedział cicho głosem nieznoszącym sprzeciwu. – I więcej się tu nie pokazuj. Nie zrozumiałeś nic z tego, co mówiłem. Za głupi jesteś, by dla mnie pracować. – Pozostałych spytał: – Też chcecie pyskować, czy pogadamy o biznesach?

Zapanowało pewne zamieszanie, wytypowany do opuszczenia sali zrozumiał, że zagrał zbyt ostro i dodał głosem niemal przepraszającym:

– Nie chciałem pana urazić. Normalne, że pytam, nie?

Adrian uciął jego tłumaczenia.

– Ja mówię tylko raz, nigdy nie powtarzam. Wyjdź. Nie nadajesz się, idź dalej robić u Sołtysa za te parę złotych jako goniec. No, zjeżdżaj.

Osiłek wstał, nerwowym ruchem chwycił ręcznik i rzucił na odchodne:

– Spotkamy się jeszcze, zobaczysz.

– Dla twojego dobra mam nadzieję, że nie – pożegnał go Adrian.

Poczekał, aż zamknie drzwi i wtedy spojrzał na pozostałych, jakby lekko zmieszanych.

– Zostajecie? Mam mówić dalej? Czy też wychodzicie, jak wasz kolega?

Wszyscy zgodnie pokręcili głowami, gotowi wysłuchać propozycji, jaką chciał im przedstawić brat Bernarda. Adrian mówił długo, ale bardzo precyzyjnie. Widział, których wypowiedzi nie są w stanie zrozumieć i tłumaczył wtedy dokładnie, czego będzie od nich oczekiwał. Nie zgodzili się od razu. Zwłaszcza propozycja zrobienia operacji plastycznych i zakaz stosowania używek wzbudziła u nich największe kontrowersje. Dopiero długi wykład Adriana, przekonujący ich, że osobliwy wygląd i trzeźwość umysłu spowoduje, że zyskają wręcz większą atencję u kobiet, do nich trafił.

Adrian zaproponował im, by zostali jego gwardią przyboczną. Płacił każdemu wielokrotność kilku dobrych miesięcznych pensji i oferował premie w zależności od efektywności ich pracy. System pracy był zmianowy. Zapewniał im za to prywatną siłownię, trenerów osobistych, dietetyków i stylistów, a wszystko po to, by pracując dla niego, robili na innych wrażenie. Adrian zdawał sobie sprawę, że większość spornych kwestii jest w stanie załatwić nie tyle siłowymi argumentami, dyskusją czy za pomocą broni, ile wyłącznie wizualnie. Sam wygląd jego obstawy powinien zadziałać. Jego gwardia miała na innych po prostu robić wrażenie. Chciał działać strachem. Dlatego warunkiem pracy dla niego był wygląd gladiatora o twarzy rasowego psychopaty zabójcy. Ponadto każdy z jego obstawy musiał przejść indywidualny kurs karate i walk ulicznych, tak by w razie fizycznego kontaktu dysponowali taktyczną przewagą nad przeciwnikiem. Gdy trzech ochotników wróciło po dwóch tygodniach z Dortmundu, gdzie wykonano im operacje plastyczne twarzy według dokładnych wskazówek Adriana, chłopcy robili na wszystkich wrażenie. Adrian w rozmowie telefonicznej z chirurgiem plastycznym wyjaśnił szczegółowo, jak powinni wyglądać po zabiegu jego pacjenci. Opisując ich wygląd, wzorował się na tablicach graficznych Cesarego Lombrosa i Francisa Galtona. Ich wygląd po powrocie z kliniki chirurgii plastycznej był tak osobliwy, że zaskoczył nawet samego pomysłodawcę. Ochroniarze budzili strach na pierwszy rzut oka. Powiększona masywna szczęka, duże, wystające kości policzkowe, małe uszy, krzywy nos, mięsiste wargi, karbowane włosy, liczne blizny i zwężone oczy przekazywały jednoznaczny komunikat: ochroniarzom od Adriana źle z oczu patrzy i należy im schodzić z drogi. O dziwo sami zainteresowania byli zadowoleni z metamorfozy, wyróżniali się w tłumie, ustępowano im wszędzie miejsca i schodzono z drogi bez zbędnych dyskusji. Czyniono to wyłącznie ze względu na ich wygląd. Teraz wszystkie ich prośby w miejscach publicznych spełniano bez zbędnych komentarzy. Adrian kazał Bernardowi ubrać chłopaków w najlepsze garnitury, szyte na miarę, by nie chodzili, jak dotychczas, w kreszowych dresach z bazaru. Z tak ubraną trzyosobową gwardią ruszył na pierwsze rozmowy handlowe z półświatkiem. W większości przypadków nie trzeba było używać siły, wystarczyło opanowanie Adriana, jego spokój, przywołana argumentacja i zimny, nieznoszący sprzeciwu wzrok, by przekonać oponentów do swoich racji i poddaństwa. Gdy jednak to nie wystarczało, do rozmów włączała się gwardia Adriana, która odpowiednio przeszkolona przez szefa dawała do wyboru rozmówcy listę proponowanych stanowisk negocjacyjnych, czyli tortur. Zwykle przytrzymywany oponent mający wybrać między nacięciem żyletką soczewki oka a wbiciem gwoździa pod każdy paznokieć ręki wybierał powrót do konstruktywnych rozmów. Adrian, zdając sobie sprawę z tego, że z trzyosobową gwardią jest w stanie działać wyłącznie na lokalnym rynku wpływów i to niedługo, nakazał każdemu z gwardzistów wprowadzenie trzech zaufanych kolegów, za których mogą ręczyć własną głową. Wraz ze zdobywaniem kolejnych wpływów rosły oczywiście dochody braci i liczba osób dla nich pracujących. Ambicją Adriana było opanowanie całego miasta, zdjęcie parasola ochronnego nie tylko znad głów lokalnych bossów przestępczego półświatka, lecz także zdobycie wpływów tam, gdzie dotychczas żaden z gangów nie miał dojścia. Dlatego kolejnym krokiem stało się zorganizowanie kilku płatnych prostytutek. Wedle Adriana miały mu one ułatwić rozmowy z klientami, których nie można było zastraszać fizycznie.

– Ile ich potrzebujesz? – spytał Bernard podczas wspólnego obiadu z bratem.

Adrian wytarł starannie usta w chustkę z monogramem i dopiero wtedy odpowiedział:

– Z cztery, może pięć. Na teraz wystarczy.

Bernard pokiwał głową, ale rzekł jakby z zakłopotaniem:

– Ciężko będzie wyciągnąć jakieś spod kurateli alfonsów. Poszukam raczej wśród cichodajek, które pracują na własną rękę, chociaż coraz mniej jest takich na rynku. Branża płatnych panienek działa dzisiaj jak sprawnie zarządzana korporacja, trudno w niej robić na własne konto bez zgody kogoś, kto tym zarządza. A może pogadam z kimś od nas, kto prowadzi burdel, niech oddeleguje kilka panienek, legalnie i za jego wiedzą.

Adrian zdecydowanie pokręcił głową i odparł stanowczo:

– Nie, absolutnie nie tego szukamy. Nic nie rozumiesz, Bernard. To mają być piękne kobiety, a nie jakieś dmuchawki, które można kupić za grosze. – Po chwili dodał: – Poszukaj raczej w modelingu czy w agencjach castingowych. Przyślij je do mnie, a ja już z nimi porozmawiam, przekonam, że opłaca się im pracować dla nas, a nie dla jakiegoś spoconego i śliniącego się dyrektora domu kultury. Ale wybrać je musisz ty, bo ja się na tym nie znam.

Bernard pokiwał głową ze zrozumieniem i niespodziewanie spytał:

– Skąd u ciebie taka niechęć do kobiet? Naprawdę, nie czujesz do nich pociągu, nie brakuje ci bliskości? Może przy tej okazji daj sobie szansę i sprawdź, z czego rezygnujesz?

Adrian odstawił talerz i zakończył rozmowę słowami:

– Na wtorek pięć kandydatek. I pamiętaj, mają mieć zadatki na wytworne kobiety, a nie urodę opony od ziła i aparycję sprzedawczyni z warzywniaka.

– Czyli?

Adrian spojrzał na Bernarda, dziwiąc się, że pyta go o tak oczywiste kwestie.

– Czyli, żeby nie było widać od razu, że panna to dyspozycyjna kurwa. Zastanów się, po co one nam są? My nie będziemy oferować pań do towarzystwa, to robią gangsterzy i agencje towarzyskie. My będziemy dyskretnie podsuwać kobiety, by potem romansem z nimi szantażować i łamać opornych. Im wytworniejsze kobiety, tym większe nasze zyski i szansa na powodzenie całego przedsięwzięcia. Dobre i wytworne kobiety pracujące dla nas są warte każdych pieniędzy, bo zyski, które nam zapewnią, gwarantuję ci, będą o wiele większe niż to, ile w nie zainwestujemy. Sam wiesz najlepiej, że są kobiety, którym trudno się oprzeć. Podobno to działa lepiej niż narkotyk. I takie mi załatw. Jak ktoś rozpozna, że to dyspozycyjna i opłacana kurwa, cały plan na nic. Rozumiesz?

– Teraz tak – odparł Bernard.

Kilka dni później Bernard przyprowadził pięć młodych kobiet o nieskazitelnej urodzie. Dalsza rozmowa z kandydatkami była wyjątkowo łatwa. Adrian, choć przygotował się do rozmowy i miał naszykowaną całą strategię perswazji oraz zachęt, nie musiał używać wielu słów, co przekonało go do tego, że kobiety są skrajnymi materialistkami i dla większego zysku potrafią zrobić naprawdę wszystko. Po długiej rozmowie z każdą z osobna Adrian zaoferował wszystkim podobne warunki pracy: wynajęty apartament w mieście, samochód i wysoka, comiesięczna pensja. Co więcej, zagwarantował dziewczynom, że przejdą kurs ogłady i manier, konwenansów towarzyskich oraz znajomości obyczajów obowiązujących w dyplomacji, reguł grzecznościowych i nauki uwodzenia, otrzymają nauczyciela wybranego języka obcego, a w wieku trzydziestu pięciu lat przejdą na godziwą emeryturę, którą zagwarantuje im notarialnie zastawiony po podpisaniu umowy weksel w banku. Dodatkowo przydzielił wszystkim dziewczynom stylistę, który miał zadbać o ich garderobę, kosmetyczkę i fryzjera. W zamian oczekiwał lojalności i gotowości do pracy o każdej porze dnia i nocy. Zapewnił też, że oficjalnie, dla rodziny i bliskich, zatrudnione będą w legalnych firmach jako asystentki, z umową o pracę i wszystkimi urzędowymi poświadczeniami.

◊ ◊ ◊

Wraz z rozwojem imperium wpływów zaczęły się też pierwsze kłopoty. Zresztą Adrian przewidywał, że pojawienie się nowego gracza w rozgrywkach przestępczych nie zostanie przyjęte przez półświatek pokojowo. Gdy Bernard po raz kolejny zauważył, że ktoś go śledzi, przekazał tę informację Adrianowi. Chciał, by brat poradził mu, co ma zrobić. Ten natychmiast kazał umówić spotkanie ze swym księgowym. Po długiej rozmowie w cztery oczy, mającej na celu precyzyjne określenie stanów finansów firmy, Adrian podjął decyzję o budowie dziwacznej posiadłości. Po intensywnych poszukiwaniach na rynku nieruchomości bracia kupili parterowy budynek na przedmieściach, w spokojnej i zielonej dzielnicy domków jednorodzinnych. Posiadłość spełniała ich wygórowane oczekiwania. Budynek sąsiadował od frontu z ulicą i szerokim podjazdem, nadawał się więc na siedzibę firmy lub sklep, ale co najważniejsze, był położony na ogromnej działce, zaniedbanej i porośniętej chaszczami. Bracia dokupili z tyłu dwie sąsiadujące parcele, które graniczyły z lasem nad rzeką. Dwa miesiące po zakupie postawiono, na czas remontu, wielki płot, szczelnie zasłaniający nieruchomość od ulicy. Zaniedbany dom praktycznie zburzono i zbudowano w jego miejsce nowy, z wielką witryną od frontu. Adrian po konsultacji z Bernardem stwierdził, że oficjalnie od ulicy budynek będzie siedzibą firmy zajmującej się filtrami do pomp wysokociśnieniowych. Chodziło o to, by do sklepu wchodziło jak najmniej interesantów, by pozostał sklepem wysokospecjalistycznym, a nie detalicznym. Niemiła obsługa miała dodatkowo zniechęcić klientów, by nie przychodzili do punktu ponownie. Każdego przypadkowego człowieka witały dwie starsze panie, które informowały zza monitora komputera, że sklep zajmuje się wyłącznie sprzedażą wysyłkową i nie obsługuje detalicznych klientów. Pod sklepem natomiast zrobiono osobne pomieszczenia, znacznie przekraczające powierzchnię górnego budynku. W podziemiach wybudowano wedle drobiazgowego projektu Adriana mieszkanie dla niego i siedzibę prawdziwej firmy.

 

Pomieszczenia w podziemiach były zaprojektowane w taki sposób, by choroba Adriana była dla niego jak najmniej uciążliwa. Całość była klimatyzowana – Adrian czuł się dobrze wyłącznie w temperaturze dwudziestu stopni. Zalecił też, by w pomieszczeniach panowała wilgotność na poziomie trzydziestu dwóch procent. Cała aparatura utrzymująca temperaturę i wilgotność kosztowała więcej niż wyposażenie fikcyjnego sklepu i pensje obsługi, ale Bernard rozumiał, że jest to konieczne i wynika z choroby Adriana, dlatego też nie dyskutował. Zresztą było ich stać na zbudowanie tej dziwacznej posiadłości. Oprócz tego w podziemiach obok salonu, kuchni, gabinetu i sypialni, zbudowano nietypową bibliotekę. Nie było w niej ani jednej książki beletrystycznej. Adrianowi nie sprawiało przyjemności czytanie tego rodzaju pozycji. W większości uważał je za skrajnie nudne albo w ogóle ich nie rozumiał. W jego księgozbiorze znajdowały się wyłącznie książki naukowe, głównie z dziedziny matematyki, fizyki czy nauk przyrodniczych. Oprócz tego w posiadłości znajdował się wyciszony specjalnymi matami akustycznymi pokój do gry na fortepianie. Całość podziemnej posiadłości wykończona była w czerni i bieli, gdyż tylko te kolory zyskały akceptację Adriana. Jeżeli którykolwiek ze sprzętów był dostępny wyłącznie w innym kolorze, dostawca za odpowiednią kwotę musiał go przemalować na biało lub czarno. Na dole, obok głównej sypialni, znajdował się też mały, ale w pełni wyposażony gabinet dentystyczny z dodatkowym minipokojem zabiegowym. Adrian, nieznoszący dotyku innych, wiedział, że z czasem będzie musiał przejść badania medyczne, przegląd dentystyczny czy choćby obcięcie włosów. Dlatego raz na jakiś czas aplikował sobie przez wenflon hydroksyzynę, która hamowała jego centralny układ nerwowy. Wtedy to leczono mu zęby i pobierano krew. Na koniec przychodziła zaufana fryzjerka, która strzygła mu włosy. Od momentu przeprowadzki do nowej posiadłości Adrian ograniczył drastycznie kontakt ze światem zewnętrznym – praktycznie nie opuszczał podziemnych pomieszczeń. Nie wynikało to bynajmniej ze strachu przed konkurencją, było raczej efektem jego choroby. Nie korzystał z telefonu ani poczty internetowej, wszystkie sprawy załatwiał przez brata. Po roku mieszkania w podziemnej posiadłości nakazał na tyłach ogrodu wybudować niewielką szklarnię, w której zamontowano skomplikowany system ogrzewania, oświetlenia i podlewania. Zatrudniony ogrodnik dbał o to, by utrzymać całoroczne plony warzyw, które miały zadowolić kulinarny gust Adriana. Nie było to trudne, gdyż był wegetarianinem i jadał wyłącznie pomidory, ogórki oraz cukinie. Dużo trudniej było wyhodować zboża, z których pieczono potem chleb, a także uzyskać nasiona kawy, które hodowano w specjalnym pomieszczeniu. Adrian pijał codziennie kawę zmieloną z sześćdziesięciu dwóch ziaren. Każde odstępstwo od normy wywoływało u niego irytację, a nawet agresję. Odpowiednio przeszkolony ogrodnik był odpowiedzialny nawet za proces palenia surowych ziaren kawy. Adrian akceptował wyłącznie ziarna wypalane w temperaturze dwustu dwudziestu pięciu stopni przez osiem minut – wtedy to ilość substancji aromatycznych i smakowych podwajała się, dając idealne połączenie. Tak wypalone ziarna musiały być zużyte do parzenia kawy w ciągu tygodnia, ponieważ szybko traciły swój aromat i walory smakowe. Ziarna były palone w piecu specjalnie sprowadzonym z Kolumbii. Zamontowano go w północnej części ogrodu, gdzie postawiono minipiekarnię, w której wypiekano chleb i hodowano drożdże w warunkach beztlenowych. Mocne przywiązanie do rytuału było u Adriana tak silne, że zażyczył sobie stałego codziennego jadłospisu, którego nie chciał zmieniać. Od lat jadał to samo na śniadanie, obiad i kolację. Nawet minimalna zmiana smaku poszczególnej potrawy wprawiała go we frustrację, której nie potrafił ukryć. Gdy kiedyś podano mu nie do końca dojrzały pomidor, kazał natychmiast odprawić ogrodnika pracującego w szklarni i zatrudnić na jego miejsce kolejnego.

W zasadzie cała podziemna posiadłość z czasem stała się samowystarczalna. Była formą minimiasta lub czymś na wzór średniowiecznego opactwa. Ogromne generatory prądu skryte w osobnym pomieszczeniu za magazynami służyć miały temu, by w czasie awarii elektrowni miejskiej posiadłość funkcjonowała bez zarzutu. W ogrodzie, obok szklarni i piekarni, stał najmniejszy z budynków, w którym pracował informatyk, dbając o zasilanie i utrzymanie całej aparatury elektronicznej. Po jakimś czasie do obiektu dobudowano kolejny, który został przeznaczony dla ochrony. Całodobowo, przy włączonych monitorach z podglądem posiadłości, czuwali co najmniej dwaj ochroniarze, którym zainstalowano obok minisiłownię i pokój rekreacyjny. Adrian po dwóch latach spędzonych w posiadłości wszedł w stały rytm dnia, który pozwalał mu w miarę normalnie funkcjonować. Od maja do października wychodził na tył ogrodu do oranżerii, ale wyłącznie wtedy, gdy temperatura zewnętrzna wahała się między dwudziestoma a dwudziestoma trzema stopniami Celsjusza i nie wiał wiatr. Gdy na zewnątrz panowały takie warunki, w dolnym salonie zapalała się zielona lampa sygnalizująca możliwość wyjścia do ogrodu. Pod lasem znajdowała się osobna konstrukcja, kształtem przypominała szklany pawilon, do którego prowadził osobny wjazd od ulicy. W oranżerii bracia spotykali się na rozmowy z gośćmi, których przywoził Bernard. Adrian poza bratem nigdy nie przyjmował w domu żadnych interesantów. Wyjątkiem był fałszerz Krajewski, któremu bezgranicznie ufał i którego darzył sympatią. Fałszerz był samoukiem, a dzięki swojemu talentowi i drobiazgowości potrafił podrobić niemal wszystko. Dla Adriana pracował od kilku lat i fałszował głównie dolary. Gdy pewnego dnia na spotkanie przyniósł podrobiony banknot studolarowy, Adrian nie mógł wyjść z podziwu. Był tak dobrze sfabrykowany, że ze sprzedażą nie było problemu ani w kantorze, ani w banku. Sprawdzano go pod światłem ultrafioletowym, lecz nie wzbudził żadnych obiekcji. Adrian kazał wydrukować na pierwszy rzut trzysta tysięcy dolarów.

◊ ◊ ◊

Gdy bracia zdali sobie sprawę z tego, że stają do walki o wpływy w świecie przestępczym, postanowili unikać otwartej i siłowej konfrontacji. Starali się raczej zapobiegać sytuacjom skrajnym. Dlatego też Adrian, poprzez swe stare znajomości bazarowe z czasów, gdy jeszcze grywał w pokera z policjantami, umówił się na spotkanie z oficerem odpowiedzialnym w Komendzie Głównej za walkę ze zorganizowaną przestępczością. Na tydzień przed spotkaniem wykonał telefon do jednej z dyżurnych dziewcząt i zaprosił ją do szklanego pawilonu w ogrodzie, gdzie przekazał jej precyzyjne wskazówki dotyczące nowego zadania. W przeddzień spotkania z komendantem Adrian miał już komplet zdjęć kompromitujących oficera policji. Gdy zajechali potem w dwa auta pod umówioną restaurację, w której miały się odbyć rozmowy, zobaczyli przez przeszkloną witrynę, że oficer nie był sam. Pojawił się w towarzystwie dwóch kolegów, też wysokich rangą policjantów. Atletycznie zbudowani ochroniarze Adriana, ubrani w czarne, szyte na miarę garnitury od Armaniego, obstawili wejście i wyjście z restauracji i przez krótkofalówkę poinformowali Bernarda, że może wyjść z bratem z auta. Całość zaaranżowano w taki sposób, by siedzący przy witrynie policjanci wszystko widzieli. Pierwszy wysiadł Bernard, również ubrany w czarny garnitur, i w towarzystwie dwóch ochroniarzy wszedł szybkim krokiem do restauracji. Podeszli w trójkę do stolika, przy którym siedzieli policjanci. Bernard podał każdemu dłoń na przywitanie i powiedział: