Ilu przyjaciół potrzebuje człowiek?

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Przedmowa do polskiego wydania

1. Na początku

2. Monogamiczny mózg

3. Liczba Dunbara

4. Sami swoi

5. Przodkowie za plecami

6. Więzi

7. Po co nam plotki

8. Piętno ewolucji

9. Nie igrać z ewolucją

10. Wojny o Darwina

11. Tak blisko, a tak daleko

12. Żegnajcie, kuzyni

13. Psychologia epoki kamienia łupanego

14. Naturalne umysły

15. Jak wstąpić do klubu kulturalnych

16. Inteligentni żyją dłużej

17. Piękno nauki

18. Co robisz dziś wieczorem?

19. Jak się witają Inuici

20. Zdradliwe serce

21. Moralność w mózgu

22. Jak ewolucja znalazła Boga

Podziękowania

Przypisy

Tytuł oryginalny

How Many Friends Does One Person. Dunbar’s Number and Other Evolutionary Quirks

© Copyright by Copernicus Center Press, 2019

Copyright © by 2010 by Robin Dunbar

Grafika na okładce

© Copyright by Tatiana Nikulina / iStock.com

Projekt okładki

Michał Duława

Skład

Artur Figarski

ISBN 978-83-7886-424-0

Wydanie drugie (pierwsze w tej edycji)

Kraków 2019

Copernicus Center Press Sp. z o.o.

pl. Szczepański 8, 31-011 Kraków

tel./fax (+48 12) 430 63 00

e-mail: marketing@ccpress.pl Księgarnia internetowa: http://ccpress.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Przedmowa do polskiego wydania

Przyjaźń jest bez wątpienia jedną z najcenniejszych rzeczy, które możemy w życiu zdobyć. A przyjaciele nie są z nami wyłącznie dla przyjemności. Okazuje się, że wywierają znacznie większy wpływ na nasze zdrowie, poczucie szczęścia i nasz dobrostan niż wszystko inne. W istocie posiadanie wiernych przyjaciół jest najlepszym predyktorem naszych szans na powrót do zdrowia po operacji, przeżycie po zawale, a nawet prawdopodobieństwa tego, że nie umrzemy w najbliższej przyszłości. Nie bez powodu mówi się, że samotność zabija. To samotność jest największym przekleństwem nowoczesnego świata; świata w którym nasze stare więzi wspólnotowe zostały porozrywane mechanizmami światowej gospodarki.

Niemniej, przyjaźnie to ciężka praca. Nie pojawiają się znikąd, w pełni ukształtowane. Utrzymanie ich wymaga ogromnego wysiłku i znacznych umiejętności społecznych. To część naszego biologicznego dziedzictwa, produkt naszej ewolucji z grona rodziny naczelnych (czyli małp zwierzo- i człekokształtnych). Tego rodzaju przyjaźnie były sekretem ewolucyjnego sukcesu tej niezwykłej zwierzęcej rodziny, do której należymy. Zrozumienie, jak funkcjonują przyjaźnie, staje się jednym z najważniejszych zadań dla nauki.

Ta książka poczęła się jako seria popularnonaukowych artykułów opublikowanych w różnych czasopismach i magazynach. Odzwierciedlają one moje długotrwałe zainteresowanie zarówno samą przyjaźnią, jak i ewolucją jako pojedynczym biologicznym procesem, który wpływa na to, co robimy. Nie oznacza to jednak, że zachowanie człowieka jest genetycznie zdeterminowane. W rzeczywistości głównym sensem ewolucji takiego wielkiego mózgu, jak mózg człowieka, jest umożliwienie pomyślenia o różnych okolicznościach i wyboru najlepszego sposobu realizacji własnych celów.

Ewolucja dostarcza tych celów, ale już nie sposobów, na jakie powinniśmy je realizować. Tymi celami są te, na których opiera się ewolucja drogą doboru naturalnego, to wspaniałe naukowe odkrycie poczynione w dziewiętnastym stuleciu przez Charlesa Darwina. Ewolucja zapewnia nam zestaw narzędzi do maksymalizacji liczby potomków, których pozostawiamy, ale od nas zależy, jak z niego skorzystamy. Potrzeba zawierania przyjaźni jest szczególnie ważnym elementem tego zestawu narzędzi. W niniejszej książce staram się zarówno wyjaśnić to, dlaczego przyjaźnie są dla nas tak ważne, jak i przedstawić głębsze ewolucyjne procesy, które kryją się za specyficzną ewolucją człowieka.

Robin Dunbar, październik 2018

Oxford

(tłumaczył Łukasz Kwiatek)

1. Na początku

Łączy nas wspólna historia. Historia, w której moja i twoja opowieść, biegnąc przez czas, zbliżają się do siebie coraz bardziej, aż w końcu stykają się tam, gdzie mamy wspólnego przodka. Być może nasze rodowody spotkały się zaledwie kilka pokoleń wstecz, a może tysiąc lat temu. Być może było to tak dawno, że jeszcze przed samą historią – chociaż nawet wtedy byłby to okres jedynie dwustu tysięcy lat, mgnienie w dziejach Ziemi. Wszyscy bowiem żyjący współcześnie ludzie wywodzą się od wspólnego przodka, który wędrował po równinach Afryki zaledwie dziesięć tysięcy pokoleń temu... dziesięć tysięcy matek, które zrodziły dziesięć tysięcy córek... nie więcej, niż zamieszkiwałoby dziś w niewielkim miasteczku.

Ma to dla nas dwie ważne konsekwencje. Jedna polega na tym, że większość cech mamy wspólnych. Od Alaski do Tasmanii i od Ziemi Ognistej aż po Spitzbergen jesteśmy rodziną, tym samym gatunkiem biologicznym połączonym wspólnym pochodzeniem. Druga jest taka, że te wspólne cechy są produktem ewolucji, kształtowanym przez wymagania życia, jakie wiedli nasi przodkowie. Czasami są one efektem bardzo dawnych ewolucyjnych dziejów, cechami, które łączą nas z innymi członkami naszej biologicznej taksonomicznej rodziny małp człekokształtnych, a zwłaszcza z gatunkami afrykańskimi. Niekiedy noszą na sobie piętno określonych okoliczności, z którymi nasi bezpośredni przodkowie musieli się zmierzyć w walce o życie, i są to cechy wyróżniające nas jako ludzi – nie gatunkowe, ponieważ jesteśmy tylko jednym z wielu dziesiątek tysięcy odrębnych i unikalnych gatunków zwierząt, ale wyjątkowe dlatego, że tylko my je posiadamy. Niektóre z nich dały nam możliwość tworzenia kultury – tego szczególnego wytworu ludzkiego umysłu, który uczynił nas tym, czym jesteśmy – pozwoliły oderwać się od naszych biologicznych korzeni i zadecydowały o historii ludzkości.

Jednak przy całym entuzjazmie dla ludzkiej kultury czasami pomijamy to, jak duża część zachowań ludzi wynika z ewolucji biologicznej. Umysł człowieka to z pewnością jeden z cudów świata przyrody, ale czasem wydaje się tak pospolity i ograniczony, że trudno jest dostrzec różnice między nami a innymi naczelnymi. Mieszkamy w ogromnych milionowych konurbacjach, będących rezultatem naszej kulturowej elastyczności, jeśli można mówić o czymś takim. Wioski zamieszkujemy zaledwie od dziesięciu tysięcy lat, a w miastach, takich jak Mumbaj (Bombaj) lub Rio de Janeiro, najwyżej od stulecia. Są to niedawne wynalazki, efekt ludzkiej zdolności radzenia sobie z rzeczywistością. Jednak zarazem nasz świat społeczny jest wciąż tym, czym był wieleset tysięcy lat temu. Liczba ludzi, których znamy osobiście, którym ufamy i z którymi czujemy jakąś emocjonalną bliskość, wynosi nie więcej niż 150, i jest to tak zwana liczba Dunbara. A dlatego właśnie tyle, ponieważ nasz umysł nie jest w stanie jej powiększyć. Jesteśmy wytworem historii ewolucyjnej w takim samym stopniu jak każdy inny gatunek.

Zainteresowanie ewolucją zawdzięczam prawdopodobnie mojej amerykańskiej babce. Była misjonarką prezbiteriańską pełną gorliwej bojaźni bożej, ale także chirurgiem oraz osobą na tyle obeznaną z problemami naukowymi, by entuzjastycznie przyjmować nowe odkrycia dotyczące rozwoju człowieka, jakich dokonywano w Afryce w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Kiedy miałem dziesięć czy jedenaście lat, wysłała mi serię broszurek wydawanych przez Audubon Society, dotyczących wszelkich możliwych tematów związanych ze światem przyrody, w komplecie z nalepkami. Jedna z tych książeczek traktowała o ewolucji i obejmowała wszystko – od dinozaurów do ludzi. Wtedy właśnie zafascynowała mnie historia człowieka. Kilka lat później przeczytałem pracę O powstawaniu gatunków Darwina, którą znalazłem przypadkiem w bibliotece szkolnej. Było to ciekawe doświadczenie, ale nie powiem, żebym zbyt wiele wtedy zrozumiał. Coraz bardziej pociągała mnie filozofia, a nie nauki przyrodnicze.

 

Pięć czy sześć lat później, już jako doktoranta, znów pochłonął mnie świat Darwina. Byłem głęboko zaangażowany w badanie małp żyjących na swobodzie i w latach siedemdziesiątych przez długi czas prowadziłem prace badawcze w Afryce. Myślenie ewolucyjne w naukach behawioralnych miało wówczas tendencję do pewnej chaotyczności i zbaczania na manowce. Pod koniec 1975 roku wróciliśmy z badań terenowych w Etiopii, by stwierdzić, że świat stanął na głowie. Edward O. Wilson właśnie opublikował swoją Socjobiologię, a Richard Dawkins za rok miał wydać Samolubny gen. Dla nas wszystkich był to zasadniczy zwrot w życiu. Niemal z poniedziałku na wtorek musieliśmy zacząć analizować procesy ewolucyjne w znacznie bardziej rygorystyczny sposób. Po kilkudziesięciu latach coraz swobodniejszego, często spekulatywnego myślenia, które w połowie wieku zdominowało dużą część biologii organizmalnej, należało wrócić do Darwinowskiej perspektywy. Oczywiście, w żadnej z tych książek nie wymyślono niczego naprawdę nowego. Obie jednak, na różne sposoby, szczegółowo i konkretnie przedstawiały idee, które biolodzy ewolucyjni rozwijali stopniowo w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat.

Wielka intelektualna zmiana polegała na przejściu od poglądu, że ewolucja działa na korzyść gatunków, do przekonania, że ewolucja działa na korzyść genów, które leżą u podłoża danej cechy, czy to fizycznej, czy behawioralnej. Nie powinno się przez to rozumieć, że zachowanie jest wdrukowane, zdeterminowane przez geny, które dziedziczymy. Niewiele jest w biologii tak prostych cech. Ale przyjęcie perspektywy genu, w której korzyści z danej cechy szacuje się w kategoriach jej wpływu na to, jak często dany gen jest reprezentowany w kolejnym pokoleniu, zbliża nas do pierwotnej Darwinowskiej koncepcji ewolucji na drodze doboru naturalnego. Co być może ważniejsze, odsuwa jednocześnie od naiwnego podejścia: „geny determinują wszelkie zachowanie”, tak często komplikującego myślenie w tej dziedzinie, na rzecz takiego, w którym jednostka swobodnie decyduje o swoim zachowaniu, wolna od wszelkich bezpośrednich sygnałów genetycznych, a które wciąż daje się zrozumieć w ramach koncepcji Darwina. W kolejnych dekadach nastąpiła prawdziwa eksplozja badań. W niezwykle krótkim okresie dużo się nauczyliśmy. Patrząc z dystansu, trudno przekazać ówczesną atmosferę podniecenia. Bardzo wiele z tego, co wówczas było odkryciem, teraz jest przyjmowane jako oczywistość.

Darwin, rzecz jasna, nie wymyślił teorii ewolucji. W europejskiej biologii miała ona już długą historię, sięgającą co najmniej stu lat przed narodzinami Karola. Jego dziadek, wszechstronny uczony Erasmus Darwin, sam miał doniosły wkład w propagowanie idei ewolucji w jednym ze swych bestsellerów. Jeśli komukolwiek można przypisać zasługę wymyślenia teorii ewolucji, to prawdopodobnie wielkim osiemnastowiecznym biologom francuskim – między innymi Cuvierowi, Buffonowi, Lamarckowi. Ale oni zamknięci byli w średniowiecznym sposobie myślenia, wywodzącym się z poglądów Arystotelesa i Platona, przefiltrowanym przez „intelektualne okulary” Ojców Kościoła – wpływowej grupy wczesnych teologów chrześcijańskich, którzy stworzyli zrąb nowoczesnej teologii. Opierając się na myśli ich greckich poprzedników, postrzegali ewolucję jako stopniowy proces, w którym każdy gatunek powoli, lecz nieubłaganie wspina się po „wielkiej drabinie bytów”, od form prymitywnych aż do aniołów usadowionych tuż poniżej Boga, który, przynajmniej z ich punktu widzenia, stoi oczywiście na jej szczycie.

Publikacja w 1859 roku książki Darwina O powstawaniu gatunków usunęła w cień dawną scala natura, czyli ową drabinę bytów, stanowiącą fundament ewolucyjnego myślenia jeszcze od czasów Platona. Darwin wytyczył nowy szlak w myśleniu o świecie przyrody, którego dziejami rządzą wymogi skutecznej reprodukcji biologicznej. Przy okazji narobił niezłego zamieszania, również dlatego, że jego nowa wizja ewolucji podważała wiktoriańskie przekonania o ustalonym porządku. Anglicy nie byli już największym ukonorowaniem ewolucji, a co gorsza, na szczycie nie było już także zbyt wiele miejsca dla Boga.

Wielki geniusz Darwina polegał na odkryciu, że to dobór naturalny jest siłą napędową ewolucji człowieka. Tym samym wyprowadził on teorię ewolucji ze średniowiecznej stagnacji w świat nowoczesny. Pokazał mechanizm, dzięki któremu można było wyjaśnić, jak życie na Ziemi powstało bez udziału Stwórcy. Zarazem mógł on wytłumaczyć, jak i dlaczego dany gatunek wytworzył określone cechy, pozwalające poszczególnym osobnikom skuteczniej się rozmnażać.

Jak to bywa z koncepcjami naukowymi, Darwin znacznie rozwinął swoją teorię w ciągu kilkudziesięciu lat po publikacji O powstawaniu gatunków. Rozszerzył zagadnienie doboru naturalnego o dobór płciowy (selekcję pod względem cech zwiększających atrakcyjność dla przyszłego partnera). Zastosował swój model do raczkującej dopiero psychologii, poświęcając wiele miejsca tematom takim, jak muzyka, język, emocje, atrakcyjność fizyczna, i wreszcie także pochodzeniu człowieka.

Koncepcja Darwina nie popadła w zapomnienie wraz z jego śmiercią w 1882 roku. Kontynuowali ją następcy uczonego. Obecnie wiemy więcej, niż wiedział Darwin, ale zrąb nowoczesnej teorii ewolucji oraz wiele jej intelektualnych pochodnych wciąż mają za podstawę jego prostą ideę: organizmy zachowują się w określony sposób, by zwiększyć częstość, z jaką geny, których są nosicielami, są przekazywane kolejnym pokoleniom.

Właśnie takie podniecenie przeżywałem jako młody badacz w latach siedemdziesiątych XX wieku. Byliśmy zelektryzowani i przejęci możliwościami, jakie się przed nami otwierały, upojeni koktajlem nowych koncepcji Darwinowskich, których mocne przesłanki mogły kierować naszymi badaniami i pozwolić zadawać pytania, jakich nikt przed nami nie stawiał. Kiedy teraz wspominam okres mniej więcej trzydziestu lat tych badań, zdaję sobie sprawę, jak uprzywilejowanym byliśmy pokoleniem. Oglądaliśmy prawdziwą rewolucję naukową. Nasz sposób myślenia zmienił się na zawsze, tak samo jak światopogląd ludzi epoki wiktoriańskiej przeobraził się pod wpływem Darwina. Pojawiły się nowe koncepcje dotyczące zachowania i ewolucji zwierząt, które podważyły utrwalone od lat przekonania. Mniej więcej dziesięć lat później zaczęliśmy stosować tamte idee w badaniach nad zachowaniami ludzi.

W kolejnych rozdziałach spróbuję przekazać co nieco z tamtej ekscytującej atmosfery. W dużej mierze będę mówił o własnych badaniach albo pracach członków mojego zespołu. Ale w niektórych punktach skorzystam, może w nieco specyficzny sposób, z prac innych naukowców, dotyczących tematów, które inspirowały moje badania przez ostatnie dziesięć lat – na przykład dlaczego ludzie zachowują się tak, jak się zachowują oraz co to znaczy być człowiekiem.

Pozwól więc, Czytelniku, że zaproszę Cię do wspólnego zgłębienia takich oto kwestii: ilu masz przyjaciół, czy masz mózg swego ojca czy matki, czy poranne mdłości mogą być dla ciebie korzystne (a przynajmniej dla twojego dziecka), dlaczego zwycięstwo Baracka Obamy w kampanii prezydenckiej w 2008 roku było z góry przesądzone, dlaczego Szekspir naprawdę był geniuszem, co ma wspólnego język gaelicki z żywicą olibanową i dlaczego się śmiejemy. Zastanowimy się także nad rolą religii w ewolucji człowieka, faktem, że większość z nas ma nieoczekiwanie sławnych przodków, oraz nad tym, dlaczego mężczyźni i kobiety nigdy nie dogadają się w kwestii kolorów.

Odpowiedzi na te wszystkie pytania przedstawię w kategoriach ewolucji i wielkich odkryć Darwina, czegoś, co skłania do zastanowienia nad samymi podstawami nauki.

Zacznijmy od samej istoty tego, co czyni nas ludźmi... od naszych wielkich mózgów.

2. Monogamiczny mózg

Spośród wszystkich cech, które zdołała dla nas wytworzyć selekcja naturalna, nasze mózgi są bez wątpienia najcenniejsze. Mózg to największy ewolucyjny wynalazek wszech czasów. Miał wyzwolić nas z najgorszego ewolucyjnego kieratu, który jest charakterystyczny dla reszty świata zwierzęcego. To mózg sprawia bowiem, że potrafimy dostosowywać zachowania do sytuacji. Możemy rozważać rozmaite opcje, oceniać wszelkie za i przeciw, martwić się skutkami takiego lub innego rozwiązania, a potem wybrać to, które wygląda na najbardziej rozsądne. W ten sposób właśnie wznosimy się ponad świat zwierzęcy – jako najdoskonalszy twór ewolucji. A przynajmniej tak nam się wydaje.

W istocie mózg jest dużo bardziej skomplikowany, niż można by sądzić. Ale mimo to nie jest aż tak elastyczny i wszechwiedzący, jakbyśmy chcieli, i nadspodziewanie wiele jego cech zawdzięczamy kaprysom historii ewolucyjnej.

Romeo! Czemuż ty jesteś Romeo?

Nasz mózg jest niebywale kosztowny, pochłania bowiem około 20 procent całkowitej energii dostarczanej organizmowi każdego dnia. A przecież jego waga to tylko mniej więcej 2 procent ciężaru ciała. To olbrzymi wydatek, trudny do udźwignięcia, mózg musi być zatem czymś wyjątkowo ważnym, skoro jest wart takiej ceny.

Powszechnie przyjmuje się, przynajmniej w odniesieniu do rzędu naczelnych, że mamy tak wielki mózg, by radzić sobie ze złożonością świata społecznego. Jednakże w tej dziedzinie, w wyniku badań nad ptakami oraz innymi niż naczelne grupami ssaków, dokonał się ostatnio interesujący zwrot. Badania nad tym fenomenem przeprowadziłem niedawno we współpracy z Susanne Schultz. Otóż zauważyliśmy, że to związki monogamiczne pochłaniają najwięcej energii mózgu.

Pozwól więc, że zapytam: czy męczą cię dziwactwa twojego partnera lub partnerki? Jeśli życie w stałym związku oznacza dla ciebie ciężką pracę, nie jesteś w tym osamotniony. Na ogół właśnie gatunki ptaków i ssaków o największych mózgach w stosunku do rozmiarów ciała tworzą związki monogamiczne. Te, które żyją w wielkich, anonimowych stadach i mają wielu partnerów, wykształciły zazwyczaj dużo mniejsze mózgi.

Zwłaszcza u ptaków bardzo ważną sprawą są silne, trwałe, długoletnie więzi. Są dwa dość różne grupy ptaków żyjących w związkach monogamicznych. Do pierwszej należą na przykład znane z naszych ogrodów rudziki i sikory, które wybierają nowego partnera co roku podczas pory godowej. Ale jest wiele innych, na przykład ptaki drapieżne, sowy oraz większość krukowatych i papugowatych, które łączą się w pary na całe życie. To właśnie ta druga grupa ma największe mózgi spośród wszystkich ptaków, dużo większe niż gatunki łączące się w pary okresowo. I jest to niezależne od stylu życia, diety i rozmiarów ciała.

Monogamia wśród ssaków jest o wiele rzadsza (tylko jakieś 5 procent ssaków żyje w związkach monogamicznych), ale te, które tworzą pary na całe życie – w tym wiele gatunków z rodziny psowatych, antylopy, takie jak koziołek skalny oraz dikdik – również mają większe mózgi niż te żyjące w większych grupach społecznych, w których panuje promiskuityzm.

Biolodzy być może nie ekscytowaliby się faktem posiadania przez nas tak dużego mózgu, gdyby nie to, że rozwój i utrzymanie tkanki mózgowej są dla organizmu niesłychanie kosztowne – bardziej kosztowne są tylko serce, wątroba i jelita. Wytworzenie na drodze ewolucji większego mózgu nie jest więc w kategoriach ewolucyjnych kwestią bez znaczenia. A biorąc pod uwagę jego zadania, widzimy, że związki monogamiczne stanowią pod jakimś względem dużo większe wyzwanie niż życie w wielkim anonimowym stadzie ptaków morskich, jeleni lub antylop.

Co zatem sprawia, że związki z jednym partnerem są tak wymagające?

Jedna z możliwych przyczyn jest taka, że monogamia trwająca przez całe życie niesie ze sobą ogromne ryzyko. Jeśli źle wybierzemy partnera – trafi nam się niepłodny, niechętny do opieki nad dziećmi albo skłonny do skoków w bok – ryzykujemy, że nie wniesiemy swego wkładu do puli genetycznej gatunku. A ponieważ z biologicznego punktu widzenia w życiu o to właśnie chodzi, nietrudno dostrzec ogromne korzyści ewolucyjne, które równoważą cenę posiadania mózgu dość dużego, by dostrzec sygnały, że perspektywy nie są najlepsze. W ten sposób można uniknąć mnóstwa kłopotów i zyskać lepszą pozycję w wyścigu ewolucyjnym.

Jest jednak inny aspekt monogamii, być może równie istotny – zdolność koordynowania własnego zachowania z zachowaniem partnera. Weźmy na przykład przeciętnego ptaka śpiewającego na drzewie. Sprawa wyboru partnera załatwiona, samiczka złożyła jaja, ale robi się mniej przyjemnie – ptaki mają przed sobą długie godziny ich wysiadywania, a potem karmienie piskląt. Gdyby teraz jeden z nich zaczął spędzać cały dzień w ptasim odpowiedniku pubu, drugi stanąłby przed niewdzięcznym wyborem: albo porzucić jaja na pastwę chłodu i drapieżników, żeby móc coś zjeść, albo siedzieć dalej w gnieździe i głodować. Dla niewielkiego ptaszka, który co dzień musi skonsumować tyle, ile sam waży, tylko po to, by przeżyć, nie jest to błaha kwestia. Krótko mówiąc, potrzebujemy partnera dość bystrego, by potrafił wyobrazić sobie nasze potrzeby i wiedział, kiedy powinien wrócić i odrobić swoją część obowiązków lęgowych.

 

Być może zatem to niezbędna umiejętność wzięcia pod uwagę odczuć partnera jest tak wymagająca. Wiemy z własnego doświadczenia, że utrzymanie stabilnego związku przez lata to bardzo delikatna sprawa, i że trzeba wielu przemyślnych manewrów, by przewidzieć i oddalić potencjalne źródła konfliktów. A kiedy pojawiają się nie wiadomo skąd i dostrzegamy je dopiero, gdy w nas uderzą, trzeba umieć dostrzec, jak naprawić szkody i przywrócić w związku równowagę.

Kiedy zachodzisz w głowę, dlaczego twój małżonek znów zachował się tak paskudnie, niech pocieszy cię myśl, że ewolucja pobłogosławiła ludzi jednym ze swych szczytowych osiągnięć – mózgiem, który potrafi wymyślić, jak robić dobrą minę do złej gry. Potem to już bułka z masłem. Nawet zwyczajne ptaszki w ogrodzie dają sobie radę.

Czyj to w końcu mózg?

Pomyśl tylko: masz dwoje rodziców, a każde z nich daje ci jeden zestaw genów, kompletny i określający ciebie. Ale nie jesteś po prostu mieszanką pół na pół obu tych zestawów. Zazwyczaj bywasz bardziej podobny do jednego lub drugiego z rodziców; ale tak naprawdę stanowisz po trosze układankę: nos po mamie, podbródek po tacie, a włosy może nawet po dziadku, w wyniku dziwnego powrotu do poprzednich pokoleń. Wszystko to rozumiemy już dosyć dobrze, głównie dzięki pionierskim badaniom, jakie w połowie XIX wieku podejmował pewien niestrudzony mnich naukowiec, ojciec założyciel nowoczesnej genetyki, Gregor Mendel.

Można zatem się spodziewać, iż będziesz przypadkową mozaiką, ułożoną z odziedziczonych po rodzicach kawałków, i że będzie ona odmienna u różnych osobników – połowa populacji odziedziczy określoną cechę po ojcu, a drugiej tę samą cechę przekaże matka.

Wydaje się jednak, że jest inaczej. Okazuje się, iż niektóre fragmenty układanki zawsze dziedziczymy po matce, a inne – po ojcu. Geny jakby wiedziały, od kogo mają pochodzić, a które powinny się wyłączyć (w żargonie fachowym: pozostać uśpione).

Niespodzianką jest to, co dzieje się w naszych mózgach. W pewnym eksperymentalnym badaniu wrodzonych deficytów genetycznych u szczurów Barry Keverne i jego koledzy z Uniwersytetu w Cambridge stwierdzili, że zwierzęta bez matczynych chromosomów nie miały w pełni rozwiniętej kory nowej, podczas gdy u tych pozbawionych chromosomów ojcowskich nie rozwinął się w pełni system limbiczny. Ten proces, w którym jeden zestaw genów pozostaje zawsze „uśpiony”, znany jest jako imprinting genomowy. Chociaż nie w pełni jeszcze rozumiemy jego mechanizm, wydaje się, że pojedyncze geny „wiedzą”, czy były genami ojcowskimi, czy matczynymi.

Odkrycie to jest doskonale spójne z wynikami innego niedawno przeprowadzonego badania. Rob Barton z Uniwersytetu Durham wraz z kolegami wykazał, że u wielu gatunków ssaków rozmiar kory nowej wykazuje najwyższą korelację z liczbą samic w stadzie, podczas gdy rozmiar systemu limbicznego (stanowiącego część mechanizmu reakcji emocjonalnych) wykazuje większą współzależność z liczbą samców. Jako że zwykle liczba samic, jakie dany gatunek może utrzymać w typowej grupie, odzwierciedla ich umiejętności społeczne, ma to sens, ponieważ kora nowa odpowiada właśnie za umiejętności społeczne. Jednakże u większości gatunków naczelnych relacje damsko-męskie oparte są raczej na rywalizacji o miejsce w hierarchii (od której zależy sukces samców w znalezieniu partnerki), co, rzecz jasna, ma dużo więcej wspólnego z zapałem samców do walki.

Fakt, że imprinting genomowy działa w ten szczególny sposób, intryguje. U większości gatunków naczelnych kluczem do sukcesu reprodukcyjnego samicy jest wsparcie, jakie uzyskuje ona od innych samic. W ich przypadku udane relacje społeczne wymagają umiejętności wynegocjowania sobie miejsca w złożonym świecie społecznym. Jak wynika z analiz gromadzonych od ponad trzydziestu lat historii rodzinnych w populacjach pawianów żyjących w Parku Narodowym Amboseli w Kenii, samice, które najlepiej radzą sobie pod względem społecznym, mają też pod koniec życia największą liczbę ocalałego potomstwa.

Jednak w przypadku samców chodzi nie tyle o umiejętności społeczne, ile o skłonność do załatwiania porachunków w walce. Każdy rozumny osobnik, który podejmie walkę, szybko zda sobie sprawę, że lepsza rozwaga niż odwaga, i z wdziękiem się wycofa, chcąc dalej żyć (a być może walczyć). Lecz gdy idzie o dobieranie się w pary, ci, którzy rezygnują ze starcia, nie zdobędą partnerki. Tak więc mechanizm, który daje samcom przewagę wściekłości nad rozsądkiem, zwykle daje lepsze efekty. Bywa, że ryzykują rany, albo nawet śmierć, ale w tej grze zwycięzca bierze wszystko, nie ma więc sensu znaleźć się na drugim miejscu.

Niewielka kora nowa i rozbudowany system limbiczny to właśnie to, czego ci trzeba. Jeśli musisz walczyć o życie, lepiej najpierw gryźć, a potem myśleć.

W rezultacie samice wygrywają bitwę o to, kto kontroluje korę nową, ponieważ umiejętności społeczne są dla nich cenniejsze. Samce natomiast zwyciężyły w walce o to, kto decyduje o systemie limbicznym, ponieważ nie opłaca się za dużo myśleć, kiedy już wdamy się w bójkę. Ewolucyjna walka płci ostatecznie dotyczy więc kontroli nad obszarami mózgu, chociaż wciąż pozostaje tajemnicą, jak się to dokonuje.

Po zastanowieniu stwierdzam, że wywód ten zaczyna mnie trochę niepokoić... Może zmienimy temat?

Czworo oczu to więcej niż troje

Czy wiedzieliście, że nasze oczy są w istocie częścią mózgu? To taka niezwykła wypustka, która wytworzyła wrażliwość na światło i wysunęła się na jego powierzchnię i ku przodowi. Dzięki temu możemy odbierać wszystko, co dzieje się w świecie zewnętrznym, w szczególny sposób, jakiego nie zapewnia nam dotyk ani węch. Jak wiedzą to aż nazbyt dobrze ludzie, którzy utracili wzrok, naszym życiem rządzi obraz – a zwłaszcza ten największy cud: możliwość oglądania świata w kolorach.

Pozwólcie, że zwrócę się do panów z intymnym pytaniem. Czy wasze żony nie doprowadzają was do rozpaczy, marudząc podczas dobierania kolorów ubrań, które zawsze jakoby się gryzą i nie pasują, chociaż według was wyglądają zupełnie w porządku? Cóż, żona może mieć rację: wygląda na to, że mniej więcej jedna trzecia kobiet widzi świat w czterech kolorach podstawowych, podczas gdy mężczyźni odbierają tylko standardowe trzy (czerwony, niebieski i zielony). Kobiety dysponujące widzeniem tetrachromatycznym (czterokolorowym) odbierają dodatkowy odcień zieleni albo dodatkowy odcień czerwieni. O zgrozo! – bywa, że rejestrują nawet wszystkie pięć kolorów. Niektóre kobiety naprawdę widzą świat o wiele inaczej!

Zgodnie ze standardową historyjką, którą słyszeliśmy na lekcjach biologii, mamy na siatkówce (wrażliwej na światło warstwie na dnie gałki ocznej) dwa rodzaje komórek wzrokowych: pręciki, które pozwalają na czarnobiałe widzenie nocą, oraz czopki, które umożliwiają postrzeganie kolorów za dnia. Istnieją trzy rodzaje czopków, każdy czuły na nieco inną częstotliwość światła. Odbierają one światło czerwone, niebieskie i zielone, dokładnie tak jak na ekranie telewizora. Kolory tęczy uzyskujemy poprzez zmieszanie się tych trzech kolorów w różnym stopniu nasycenia.

Geny odpowiadające za dwa z tych trzech kolorów (wymiar czerwony–zielony) znajdują się na chromosomie X, a te odpowiadające za niebieski są umieszczone gdzie indziej, na chromosomie siódmym. Wyjaśnia to, dlaczego mężczyźni – bardzo rzadko kobiety – niekiedy nie widzą kolorów i dlaczego jest to zwykle ślepota na czerwony, a nie na niebieski. Mężczyźni posiadają tylko jeden chromosom X (odziedziczony po matce), i jeśli jest on trochę uszkodzony, nie mają wsparcia dla żadnego ze znajdujących się na nim genów. Ponieważ kobiety posiadają dwa chromosomy X (po jednym od każdego z rodziców), zawsze mają wsparcie na wypadek sytuacji kryzysowych.

W ten sposób otrzymujemy bardzo proste wyjaśnienie zjawiska widzenia w czterech lub pięciu kolorach. Niewielkie mutacje genów, które kodują światłoczułe barwniki w siatkówce, mogą oznaczać, że różni ludzie będą nieco inaczej widzieli rozmaite odcienie zieleni albo czerwieni. Mężczyźni odbierają taki odcień, o jakim decyduje pojedynczy chromosom X: tak widzą świat. Za to kobiety mogą dostrzegać dwa, nieco inne, odcienie czerwieni albo zieleni, dzięki swoim dwóm chromosomom X. Jeśli oba chromosomy X uaktywnią się podczas rozwoju oczu, kobiety te mogą mieć czopki odpowiadające za wrażliwość na oba barwniki i wówczas uzyskują zdolność rozróżniania dodatkowego wymiaru koloru, a w niektórych przypadkach nawet dwóch – niebieskiego, czerwonego, przesuniętego czerwonego, zielonego i zmodyfikowanego zielonego – łącznie pięciu.

I tu właśnie zaczynają się schody. Wszystko to mogłoby po prostu oznaczać, że kobiety żyją w bogatszym kolorystycznie świecie niż mężczyźni. A jednak Mark Changizi i jego koledzy z California Institute of Technology w Pasadenie mają trudny orzech do zgryzienia.