PornoTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Porno
Porno
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Porno
Porno
Audiobook
Czyta Jakub Kordas, Maciej Motylski, Marta Wągrocka
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Kocham cię, kocham cię

tak bardzo cię kocham!

Ja ciebie też nie

Kochany mój...

Akt miłości

jest jak sieć

I wstecz, i wstecz, potem w przód

prosto w żar twój

i wstecz, i wstecz, potem w przód

prosto w żar twój

Wejdź, nie zwlekaj już!

Serge Gainsbourg, Je t’aime... Moi non plus

(tłum. Filip Łobodziński)

Możemy się pieprzyć do rana

Prince, Erotic City


Wstęp
I

„Czy pamiętasz swoje pierwsze porno?” – zapytała mnie znajoma, gdy się dowiedziała, że pracuję nad tą książką.

Czy pamiętam? No właśnie.

W czasach kiedy byłem dzieciakiem, porno było czymś supertajnym. To słowo nie pojawiało się w rozmowach dorosłych zbyt często. A jeśli już, to wymawiane było z lekką nutą konspiracji. Co oczywiście nadawało mu posmak tajemnicy... Co to jest to „porno”, o którym rodzice i ich znajomi szepczą, chichocząc przy tym tak, jakby sami byli dziećmi?

W latach 80. XX wieku nie było internetu. Nie było komputerów. Nie było nic, co dziś daje dostęp do pornografii. Nawet kaset VHS jeszcze nie było (mam na myśli pierwszą połowę dekady). O pismach i magazynach też nie było co marzyć. W kioskach dominowały „Panorama”, „Kobieta i Życie” oraz „Przyjaciółka”. Pewnie, że zdarzały się drobne wyjątki. Po kinach wciąż krążyły Dzieje grzechu Waleriana Borowczyka, najmocniejszy polski erotyk. Film nakręcony w 1975 roku i pocięty przez cenzurę tak, że trudno mówić, że był to film.

Dekadę później erotyka znów oficjalnie zaatakowała Polki i Polaków za pomocą filmu. Reklamowano go wówczas jako niezwykle odważny, dziś budzi co najwyżej uśmiech politowania. Chodzi oczywiście o komedię Och, Karol Romana Załuskiego. I to tyle w kwestii seksu i „momentów”.

A porno? O tym nikt oficjalnie nic nie wiedział. Oficjalnie. Bo drugi, nieoficjalny obieg to zupełnie inna rzecz. Porno, które dziś jest powszechne, wtedy kupowało się na giełdach, straganach czy targach. Zawsze spod lady, niemal zawsze po niemiecku i co najważniejsze – nielegalnie. Bo posiadanie porno było złem. Nie tylko grzechem. Było przestępstwem, za które można było trafić nawet za kratki.

No więc czy pamiętam swoje pierwsze porno?

Tak.

Pamiętam kilka pierwszych razów.

Pierwszy raz, kiedy zobaczyłem gazetę porno. Pierwszy raz, gdy się dowiedziałem, że istnieją filmy porno. Pierwszego pornosa. Pierwszą wpadkę z oglądaniem porno. Pierwszy film, który obejrzałem w towarzystwie dziewczyny. Pierwszą płytę z porno. Moją własną.

Więc po kolei.

Pierwszy raz gazetę porno zobaczyłem gdzieś między 1985 a 1986 rokiem. Musiałem mieć siedem, może osiem lat. Nie było w tym nic świadomego. Ot, zwykły przypadek. W domu rodzinnym mieliśmy dwa pokoje. W jednym urzędowali rodzice, a w drugim ja. Na świecie nie było jeszcze mojej siostry, więc miałem pokój tylko dla siebie. W soboty czasami rodziców odwiedzali znajomi. Wtedy w ich pokoju działy się rzeczy, których nie rozumiałem. W nocy, kiedy wszyscy mówili już głośno i niewyraźnie, tata zamykał pokój na klucz i razem ze znajomymi coś oglądali, śmiejąc się przy tym głośno. Śmiechom towarzyszyły okrzyki w stylu: „O Jezu, ale balony!” albo: „Jak on ją może tak brać?!”. Oczywiście teraz wymyślam trochę, bo nie pamiętam dokładnie słów, ale śmiech i okrzyki pamiętam. I to, że kategorycznie zabraniano mi wchodzić do pokoju.

Żeby nie było. Nie pochodzę z domu tłamszonych pożądaniem seksoholików. Moi rodzice byli i są normalni. Po prostu wtedy byli młodzi i interesowali się tymi samymi rzeczami, którymi interesują się młodzi: trochę seksu, trochę muzyki i trochę zabawy.

Po jednej imprezie tata nie schował zielonej teczki. Tej, której pojawienie się powodowało zamknięcie drzwi i wyproszenie mnie z pokoju. Byłem zaintrygowany. Nie wiedziałem, co jest w środku, ale wiedziałem, że wszyscy dorośli chcą to zobaczyć. Więc chciałem i ja. Otworzyłem teczkę. Zamykała się na zatrzask, do dziś to pamiętam. Góra teczki odskakiwała, a całość otwierała się niczym kwiat. I otworzyła się, a moim oczom ukazał się widok, który mnie przeraził. Oto patrzyłem na kobietę, która leżała naga na dywanie, a między nogami miała wielką ranę. Czerwoną. A wiadomo, że jak czerwone, to musiała zostać przecięta. W moim dziecięcym umyśle pojawiła się myśl: „Oni patrzą na rozciętą panią!”. To było straszne! Potworne! Zamknąłem teczkę i uciekłem z pokoju, powtarzając w kółko jedną myśl: „Jak już będę duży, nigdy nie będę patrzył na rozcięte panie”.

No cóż... Kilka lat później się dowiedziałem, że pani nie była rozcięta... No i wtedy zapomniałem o swojej obietnicy.

To było moje pierwsze zetknięcie się z pornografią.

Nie miałem pojęcia, na co patrzę. Nikt wówczas nie rozmawiał ze mną o seksie. W ogóle nie wiedziałem, że coś takiego istnieje. Poza tym zajmowałem się ważniejszymi rzeczami niż dziewczyny (zgłębiałem m.in. tajniki technik walk Bruce’a Lee). Dlatego szybko zapomniałem o tych obrazkach, uznawszy, że dorośli są kompletnie porąbani, skoro chcą oglądać rozciętą panią. Przestałem też obrażać się o to, że rodzice nie pozwalali mi być z nimi i ich znajomymi w pokoju. Nie robili nic ciekawego, więc miałem ich w nosie.

Drugie spotkanie z pornografią było już świadome. To znaczy wciąż byłem gówniarzem, wciąż miałem nikłą wiedzę na temat tego, o co chodzi z dziewczynami, nie mówiąc już o tym, o co chodzi w porno. Ale chciałem zobaczyć. Bo oglądali to dorośli. No i widać tam było kompletnie gołe dziewczyny. A one w sumie bez ubrań wyglądały fajnie. Nawet jeśli w wieku lat trzynastu nie widziałem jeszcze nagiej dziewczyny (poza kuzynką, ale to się nie liczy), to czułem, że to może być bardzo przyjemny widok.

Drobny rys historyczny. Piszę to w 2020 roku. Teraz porno oglądacie w komórkach, w laptopach. Macie swoje porno pod ręką. Ale jedna rzecz w tym wszystkim się nie zmieniła: jak trzydzieści lat temu gazetki, tzw. świerszczyki, brało się do toalety, tak i dziś, wedle wszelkich badań, porno najczęściej oglądamy na komórkach w łazience. Ale do rzeczy. W roku 1990 oglądanie porno wiązało się z całym rytuałem. Po pierwsze, trzeba było mieć magnetowid, bo jedynym nośnikiem, na którym można było oglądać filmy, była kaseta VHS. Kiedy już się miało i film, i magnetowid (o telewizorze nie wspominam), trzeba było ogarnąć czas. Czyli wstrzelić się ze swoim porno w moment, kiedy akurat nikogo nie było w domu. Rodzice w pracy? Doskonale. To był twój czas. Twój i Teresy Orlowski czy Ciccioliny.

Dziś, żeby ukryć oglądanie porno, wystarczy wygasić ekran. Wtedy to nie było takie proste. Trzeba było wykonać wiele czynności: przewinąć kasetę, wyłączyć telewizor, wyłączyć magnetowid, schować tego giganta, jakim była kaseta VHS. Samo czekanie, aż odtwarzacz wideo wypluje kasetę, trwało kilka sekund. Te sekundy często decydowały o tym, czy zostanie się złapanym czy nie. Wszystko było skomplikowane. Ale mimo to porno przyciągało.

Pewna znajoma opowiedziała mi historię, że kiedy była dwunastolatką, oglądała pornosy pod nieobecność rodziców. Pewnego dnia po prostu zabrakło prądu. I co? I bez prądu nie da się wyjąć kasety z magnetowidu. W ten sposób zostaje ślad. Co zrobiła znajoma? Padła na kolana i żarliwie modliła się do Boga, błagając o przywrócenie prądu. Obiecywała, że jeśli prąd wróci, to ona już nigdy nie obejrzy pornosa.

Wrócił.

Oglądała.

Lubi.

Próbowałem przypomnieć sobie tytuł pierwszego pornosa, jaki oglądałem na VHS, ale nie potrafię. Pamiętam za to, że ukrywałem kasety z filmami dla dorosłych, opisując je dla przykładu: American Ninja 1 i 2.

Pewnego dnia mama zapragnęła zobaczyć, o czym są te filmy karate, które oglądam.

Dostałem miesięczny szlaban.

Ciekawe jest to, że gdy myślimy o dzieciństwie i pornografii, zawsze układa się to w ten sam wzór: tajemnica, oglądanie w ukryciu, wpadka, wyrzuty sumienia i kara. Zupełnie jakby od wieku nastoletniego zamiast tłumaczyć nam, czym jest porno, rodzice wkładali do głowy tylko jeden przekaz: porno to coś, za co spotka cię kara i wstyd.

Trzeci raz był już dość prosty. W drugiej połowie lat 90. pojawiły się napędy CD-ROM. Internet stał się powszechny. Witaj, porno; żegnaj, wstydzie. Teraz już nikt nas nie złapie... No, prawie... Ale na własnym komputerze, którego najczęściej rodzice obsługiwać nie potrafią...

Mniej więcej wtedy zaczęła się zabawa z przesyłaniem sobie mailowo fragmentów filmów porno. Im mocniejszych, tym lepszych. Nigdy nie zapomnę momentu, kiedy otworzyłem e-mail w redakcji „Tygodnika Powszechnego”. Był rok 1999, może 2000. Załącznik o nazwie Laska zawierał dokładnie to, o czym myślicie. Wtedy internet działał wolno. Komputery także. Kiedy coś się zawieszało, to był koniec. Gdy do mojego biurka zaczęła się zbliżać Józefa Hennelowa z pytaniem, co to za zwierzątko tak głośno krzyczy, wyszarpnąłem wtyczkę z kontaktu. Tak było. Nigdy nie pobierajcie w pracy załączników o nazwie Laska.

II

Czy porno zrobiło mi krzywdę? Czasami zadaję sobie to pytanie. Czy zwichrowało moją seksualność i czy sprawiło, że jestem występnym dewiantem?

 

Gdy przypominam sobie kary i reprymendy, jakie dostawałem, gdy zostałem złapany na oglądaniu, to myślę, że powinienem być skrzywiony. No chyba że rodzice i reszta świata... kłamali. Straszne, prawda? Ale niestety prawdziwe.

Zanim zacząłem pisać tę książkę, odwiedziłem z pomysłem na nią kilka redakcji. Moja propozycja była prosta – zróbmy coś takiego: wywiady z ludźmi z branży porno. Pierwsze reakcje – zachwyt. Ale gdy zaczynałem opowiadać o tym, co chcę zrobić, i pokazywałem przykładowy tekst, nagle miny rzedły.

Rekord pobiła pani redaktor z jednego giganta wydawniczego.

– Robert, nie możesz pozwolić mówić ludziom z branży porno.

– Bo?

– Bo to źli ludzie.

– Skąd ten pomysł? Sami wydajecie książki o bandytach, świadkach koronnych itp.

– Ale oni niszczą kobiety... Możesz napisać tę książkę i wydamy ją, ale tylko wtedy, gdy pokażesz krzywdę kobiet.

– Czyli nie mogę pokazać prawdy i pozwolić tym ludziom mówić. To ma być tylko wasza wersja?

– To nie jest nasza wersja, to jedyna wersja.

– Nie zmienię wypowiedzi bohaterek tylko dlatego, że nie wpisują się w waszą polityczną linię.

– Ale one nie mogą tego lubić.

– Ale mówią, że lubią.

– Nie wiedzą, co mówią, są absolutnie nieświadome tego, co robią.

Tu skończyliśmy rozmawiać.

Puentę do tej sytuacji dopisała pewna stacja telewizyjna. Gigantyczna. Nagrali wywiad z jedną z postaci z branży porno, a potem zdecydowali, że go nie wyemitują. Powód? Banalny. Okazało się, że owa postać mówiła o swojej pracy w samych superlatywach. A przecież nie wolno. Porno to patologia. Porno to zło. Porno to krzywda kobiet.

Kiedy rzeczywistość nie zgrywa się z naszymi wyobrażeniami o niej, najlepiej powiedzieć, że to nie my się mylimy, tylko rzeczywistość.

W 2012 roku powstały badania Pornography actresses: An assessment of the damaged goods hypothesis[1]. Aby zweryfikować różnice w seksualnym rozwoju między kobietami występującymi w filmach porno a kobietami, które nigdy nie wystąpiły przed kamerą, grupa naukowców (James T. Griffith i Lea T. Adams z Uniwersytetu Shippensburg w Pensylwanii, Christian L. Hart z Texas Women’s University i Sharon Mitchell z fundacji Medical Healthcare) zaprosiła do badania 177 aktorek i 177 zwyczajnych pań. Celem badania było pokazanie, jak porno wpływa na rozwój i kondycję psychiczną kobiet. Efekt? Niezwykle intrygujący. Okazuje się bowiem, że poziom traumy, czyli doświadczenia seksualnego wykorzystania w dzieciństwie, jest taki sam u kobiet spoza branży, jak u aktorek porno. Stanowcze różnice zaczynają się w chwili, gdy dochodzimy do podejścia kobiet do ciała i seksualności. Okazało się, że to kobiety z branży porno mają większą świadomość seksualną, lepiej rozumieją swoje ciało, a co za tym idzie, są w lepszej kondycji psychicznej niż kobiety, które nigdy nie wystąpiły przed kamerą. Czy to znaczy, że porno leczy? Że każda kobieta powinna spróbować zagrać w pornosie? Nie. Nic z tych rzeczy. Po prostu kobiety pracujące ciałem mają z nim lepszy kontakt. Znają siebie, szukają swoich potrzeb i nie boją się podejmować eksperymentów. To znaczy tyle, że opowieści o tym, że panie w filmach porno są udręczonymi ludzkimi wrakami, są mitem. Różnica między podatnością na uzależnienia między kobietami z branży a spoza niej wynosi dziewięć punktów procentowych. Nie jest to dużo, zważywszy na fakt, że porno to część branży rozrywkowej, która sama w sobie jest o wiele bardziej podatna na używki niż wszystkie inne. Nie przez przypadek w końcu mówiło się, że alkoholizm to choroba artystów.

To, że kobiety w porno są kobietami upadłymi i gorszymi, jest opowieścią używaną przez przeciwników pornografii i seksu jako takiego. Twierdzeniem, które ma odstraszać ludzi i pokazywać, jak wielkim złem jest pornografia. A to narzędzie niezwykle przydatne w walce o rząd dusz. Nie od dziś wiemy, że każda populistyczna czy konserwatywna władza bardzo szybko występuje przeciwko pornografii i przeciwko seksowi samemu w sobie. W Polsce w ostatnich latach widać to najlepiej. Edukacja seksualna jest złem. Zgodnie z zapędami naszego rządu porno ma zniknąć z publicznego dostępu. Nasze dzieci zatem będą bezpieczne. Nie będzie porno, więc nic złego im się nie stanie.

Pytanie tylko, czy rzeczywiście porno jest źródłem całego zła. Czy problemy z seksualnością wynikają tylko z tego, że dzieci oglądają filmy porno?

Tu chciałbym na chwilę zatrzymać się na określeniu tego, czym jest pornografia.

Najprościej rzecz ujmując – porno to fantazja. Taka sama jak, powiedzmy, seria Szybcy i wściekli. Porno pokazuje świat seksu, który w rzeczywistości nie istnieje, Szybcy i wściekli – świat wyścigów. Nikt z nas nie będzie zachowywał się w łóżku jak gwiazda porno, podobnie jak nikt z nas nie będzie jeździł jak Donny Toretto. Problem pojawia się w chwili, gdy rzeczywistość zaczyna mieszać się nam z fikcją. Gdy myślimy, że możemy się ścigać jak Donny, najczęściej giniemy w wypadku samochodowym. Gdy próbujemy być jak gwiazda porno, kończy się to traumą, kompleksami, w najgorszym razie – przemocą. Bo jak nikt z nas nie jest Vinem Dieslem, tak nasze partnerki i partnerzy nie są bohaterami filmów porno. Trójkąt nie będzie fajną zabawą, bo może skończyć się rozwodem lub rozpadem związku. Wyzywanie dziewczyny w łóżku od kurew bez wcześniejszego uzgodnienia, że będziecie się obrażać, może sprawić, że zamiast się napalić, da wam w pysk. Bo porno to nie życie. To fantazja. Bajka. Możemy je oglądać, możemy czerpać z niego przyjemność, ale musimy być na tyle emocjonalnie dojrzali, by odróżniać fikcję od prawdy. To działa na wielu poziomach. Począwszy od tego podstawowego: moje życie to nie porno, nie jestem Rocco, a moja dziewczyna to nie India Summer; do tego bardziej złożonego: to, co robią dziewczyny w filmach, jest wyreżyserowane. Nie mają orgazmów, nikt ich nie gwałci, a krztuszenie się penisem nie jest grą wstępną, tylko sceną, którą odgrywają. Dziewczyny z filmów porno nie są prostytutkami. Są aktorkami, które grają swoje role. Po skończonych zdjęciach idą do domów, mają rodziny, chłopaków, przyjaciół. Nie można żadnej nazwać suką, nawet jeśli jej pseudonim to Suka. To gra. Fantazja. To nie jest prawda.

Kiedy zostawiamy dzieci same z filmami o superbohaterach, zakładają peleryny i skaczą z foteli, zdziwione, że obijają sobie kolana. Wtedy im tłumaczymy, czym jest fikcja. Dziwi mnie, że w przypadku porno nie potrafimy zrobić tego samego. Kiedy nasze dzieci przypadkowo – lub nie – oglądają film porno, my zamiast usiąść i wytłumaczyć im, co zobaczyły, grozimy im karą i piekłem. Mówimy, że porno to coś, co zniszczy im życie. A potem się dziwimy, że mimo wszystko właśnie porno buduje ich wyobrażenie o seksie. Przypomnijcie sobie, co zbudowało wasze? Rozmowy pod trzepakiem? To raczej już nie pokolenie urodzone po 1990 roku. Filmy, gazety, zdjęcia, seks z koleżankami, nieporadny, nieudany. Poczucie wstydu, że nie potrafi się tak jak w filmach? My to przerabialiśmy, przerabiać będą nasze dzieci i ich dzieci. Chyba że przerwiemy ten krąg i wytłumaczymy im, czym jest porno. Że będziemy rozmawiać, zamiast zakazywać.

Często czytam, że wszystkie dzieci oglądają porno. Gdy słyszę takie zdanie z ust seksuologa, mam ochotę wstać i walnąć go w głowę. Wszystkie? Każdy smartfon to porno? Nie. Według najnowszych badań przeprowadzonych przez organizację Common Sense Media w październiku 2019 roku[2], w Stanach Zjednoczonych około 50 procent dzieci w wieku między 10 a 13 lat widziało film porno. Pozostała połowa używa smartfona do wielu innych rzeczy, ale nie do porno. Myślę, że u nas jest podobnie. Oczywiście połowa dzieci to wynik bardzo wysoki (zwłaszcza że w USA w 2015 roku było to 30 procent dzieci), ale to nie wynika z faktu, że nasze dzieci się seksualizują, tylko raczej z tego, że jako rodzice zostawiamy je same z telefonami. Bo to przecież wygodne. Można pracować w spokoju, gdy dzieciak gra na komórce. Straszenie pornografią jest modne, ale to nie pornografia sprawia, że nasze dzieci, a przede wszystkim my nie potrafimy zachowywać się w relacjach. Że mamy problemy z erekcją, że czujemy się wyobcowani. Na kondycję psychiczną człowieka ma wpływ wiele czynników. Jednym z nich jest oczywiście porno i nierozumienie tego, co się widzi, ale to nie determinuje zachowania. A już na pewno nie sprawia, że uczymy się braku szacunku do kobiet i przemocy. Wynosimy to z domu, ze szkoły, widzimy przemoc w filmach i programach informacyjnych w telewizji, czytamy o niej na czatach i w dyskusjach w social mediach.

Profesor Emily F. Rothman z Boston University, pediatra, jedna z największych specjalistek od wychowania seksualnego, w swoim fenomenalnym wystąpieniu na TedMed w 2018 roku[3] zwraca uwagę na fakt, że przedmiotowego traktowania kobiet dzieci wcale nie uczą się z pornografii, tylko ze swojego otoczenia: z reklam, z teledysków, z wypowiedzi polityków, rodziców, nauczycieli. Ale gdy trzeba znaleźć winnego tego, że chłopcom wpada do głowy zgwałcić koleżankę na pierwszej randce albo że dziewczyny traktują seks analny jako metodę antykoncepcji, najłatwiej wskazać to, co najbardziej rzuca się w oczy – porno. Tylko że nie porno nie wyprowadza naszych córek z błędnego przeświadczenia, że seks analny jest bezpieczny i można z każdym i ile się chce. W ciążę nie zajdą, owszem. Całą resztę chorób złapią na bank. To powinniśmy robić my – rodzice.

A zatem – nie, porno nie jest złem tego świata. Jest tylko jedną z części biznesu zwanego rozrywką. Roczny przychód z pornografii – według niepotwierdzonych danych, ponieważ nie każda firma udostępnia swoje przychody – wynosi 97 miliardów dolarów, w samych Stanach – blisko 50 miliardów (inne raporty zaniżają te wyniki do 15 miliardów przychodów w USA[4]). Tak czy siak to gigantyczne pieniądze. Jeśli porównamy je z kosztem produkcji, okazuje się, że porno jest o wiele bardziej dochodowe niż Hollywood. Wedle danych udostępnianych przez branżowe pisma w Hollywood powstaje rocznie około 600 filmów fabularnych, a dochód z nich to blisko 10 miliardów dolarów. Filmów porno powstaje ponad 13 tysięcy, a zarabiają 15 miliardów dolarów[5]. Z samej dystrybucji fizycznej, reszta to przychód online. Oczywiście to dane, które nie są oficjalnie zweryfikowane. Ale nie zmienia to faktu, że pornografia przynosi więcej pieniędzy niż NBA, Liga Bejsbolowa i NHL razem wzięte! Dodajmy, że co sekundę z Pornhuba, zgodnie z tym, co raportuje firma, ściąganych jest 209 GB danych[6], co czyni go największą platformą streamingową na świecie. Większą niż Netflix, Amazon i Twitter razem wzięte. A żeby obejrzeć wszystkie materiały, jakie zostały tam wrzucone, potrzeba... stu sześćdziesięciu dziewięciu lat. Stu sześćdziesięciu dziewięciu lat! To nie jest ogrom danych. To praktycznie nieskończona ilość danych.

W latach 1962–1979 w Stanach Zjednoczonych liczba rozwodów wzrosła o 25 procent[7]. Wiecie, kogo o to oskarżono? Jeśli nie wiecie, to wam powiem – magazyn „Playboy”. W tym samym okresie sprzedaż pisma osiągnęła szczyt, więc naukowcy wyszli z założenia, że skoro faceci oglądają zdjęcia pięknych kobiet, to pewnie czują rozczarowanie żonami, więc się rozwodzą. W swoim wywodzie zapomnieli o jednym – w latach 60. i 70. XX wieku przeżyliśmy rewolucję seksualną, wielki boom seksu grupowego i narodziny klubów swingerskich. I jak myślicie – wolna miłość czy biedny papierowy „Playboy”? Co miało większy wpływ na wzrost liczby rozwodów?