Zmora

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zmora
Zmora
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,80  55,04 
Zmora
Zmora
Audiobook
Czyta Karolina Gruszka, Przemysław Bluszcz
36,90  26,94 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Korcz? Jak ten muzyk? Dobra – dodaje ojciec, siląc się na wesołość, i się rozłącza.

I znowu patrzymy na siebie, tym razem czekając na to, które z nas pierwsze zacznie.

To krótkie starcie wygrywa cisza.

Ojciec wychodzi z altany i z niedowierzaniem kręci głową. Przystaje obok mnie. Wygląda na zdezorientowanego.

– Czyli jednak ten Hałas miał rację – mówię.

Wzrusza ramionami.

– Coś ci grozi.

– Nie. – Odwraca się do wnętrza i zerka na telefon, który zostawił na stole.

– Ale…

– Sprawa jest przedawniona – wchodzi mi w słowo. – Przestań się martwić.

Jego twarz się rozpromienia, po raz pierwszy od czasu, kiedy tu przyszłam. Rozkłada ręce, robi krok w moją stronę i przytula mnie. Uścisk jest krótki, ale tonę w jego objęciach, nie zważam na fetor potu i znowu, tak jak wtedy, gdy byłam dziewczynką, czuję się bezpiecznie.

Poprawia mi włosy, zakłada je za ucho i gładzi szorstką dłonią po policzku. Tak samo, jak lata temu.

– Wszystko będzie dobrze – obiecuje i cofa rękę.

– Chcesz, żebym została?

– Nie. Ta rozmowa musi się odbyć bez świadków.

– Jesteś pewien?

– Znam się na tym.

Czekamy w bezruchu.

Wreszcie ojciec patrzy na zegarek.

– Przepraszam, powinienem tu trochę posprzątać. – Zerka w kierunku otwartych drzwi, a następnie omiata wzrokiem zagrabioną glebę zroszoną przez deszcz.

– Ale powiesz mi o tych nowych śladach? – nawiązuję do jego niedawnej rozmowy z policjantem.

– Córcia…

– Obiecaj.

Wznosi oczy ku niebu.

– Dobra, już dobra! – kapituluje. – Powiem. Ale najpierw ty mi powiedz, gdzie się zatrzymałaś?

– W lokalu.

– W lokalu? – dziwi się. – Ale jak ty to sobie wyobrażasz? Przecież możesz spać u mnie. Wciąż masz tam swój pokój. Zawsze na ciebie czeka.

Oboje dobrze wiemy, że nie chcę wracać do jego mieszkania i żyć z cieniem własnego ojca, który przestał o siebie dbać.

– To nie jest najlepszy pomysł – wyznaję.

– Nie bądź niemądra, córcia! Klucze przecież masz. Jedź i się rozpakuj!

Przeczekuję te rozkazy, nie wchodzę w dyskusję.

– Nie zapomnij do mnie zadzwonić.

Patrzymy na siebie krótko i w tej ciszy, kiedy odchodzę bez słowa, a milczący ojciec zapewne odprowadza mnie wzrokiem do furtki, wraca do mnie wszystko to, co przeżyłam dawno, dawno temu.

Dobiega mnie płacz chłopca, który brzmi w mojej głowie.

Płacz zaginionego bez wieści kolegi.

LATO 1986 ROKU

Wolałabym pamiętać twarz mojej matki, ale akurat ten obraz przysłania mgła.

Za to wszystkie złe wspomnienia są wyraźne. Wydrapuję je żyletką, ale bez skutku. Nadal je widzę. Nie do wymazania, jak rysy w marmurze. Jak moje stare blizny na przedramieniu. Zgrubiałe i obłe.

Wciąż pamiętam palący ból, kiedy zamykałam się w łazience i podbierałam ojcu żyletkę. Podwijałam rękaw swetra, a ostrze wnikało w skórę do krwi. Zaciskałam zęby, ale tylko przez chwilę. Kochałam ten ból. Po nim dryfowałam w morzu bez fal, w spokojnym oceanie.

Patrzę na blizny i wracam do tego, co kryje się za każdym cięciem. Do parnego lata tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego roku.

Mam siedem lat, tyle samo co rudy Piotrek, a oni – bliźniacy, świętujący zakończenie roku szkolnego – są nieco starsi ode mnie.

Bawimy się w chowanego. Właśnie odliczam od dziesięciu w dół. Moje ciepłe dłonie zasłaniają oczy, niby szczelnie i mocno. Niby, bo kiedy unoszę powieki, rzęsy łaskoczą mnie w palce. Te same palce rozwierają się lekko, żeby dostrzec fragment skąpanej w słońcu wydeptanej ścieżki, która zakrętami biegnie do rzeki. Drwęca płynie cicho, bezszelestnie. Nie widzę jej, bo ukrywa się za pagórkami, za wysokimi chwastami. Za to przez ułamek sekundy dostrzegam Piotrka. Ogniście ruda, gęsta czupryna, żółty podkoszulek opinający pulchne ciało, krótkie, obcisłe spodenki i brudne stopy w sandałach. Biegnie i znika za zakrętem obrośniętym chaszczami.

W tej samej chwili krzyczę głośno:

– Szukam!

Ale nie idę za Piotrkiem. Wiem, że pewnie schował się przy wysokim drzewie, tym z liną zawiązaną na grubym konarze i zwisającą nad lustrem wody.

Nie. Nie idę tam, bo to by było zbyt proste. Od razu by wyczuli, że oszukiwałam. A to się nie może wydać. Odpuszczam Piotrkowi i zmierzam w przeciwnym kierunku. Oddalam się od rzeki i liny przy naszym kąpielisku.

Gruby sznur zawiesił ojciec Piotrka, w prezencie dla syna na Dzień Dziecka, żebyśmy mogli skakać do rzeki, która w tym miejscu zwalnia bieg, rozlewa się szeroko i przypomina jezioro. Dodatkowo rodzice wykarczowali roślinność i wysypali piasek, więc mamy namiastkę plaży.

Chłopcy skaczą do wody, mnie jednak nie wolno. Ojciec grozi mi palcem, ilekroć mówię, że idę z chłopakami nad rzekę. Ale nie jestem na niego zła. Po prostu bałabym się tej chwili, w której puściłabym gruby sznur i spadałabym do wody. Na samą myśl się wzdragam. Nigdy tego nie zrobię, nie tylko ze względu na obietnicę, którą złożyłam ojcu, ale głównie dlatego, że jest we mnie jakiś strach przed spadaniem.

Czasami przesiadujemy tu całą czwórką z naszymi rodzicami. Oni na leżakach, ze stolikiem turystycznym, na którym leżą chleb i duży talerz z kilkoma laskami kiełbasy, a nad szklankami z piwem bzyczą zawzięcie osy. Prowizoryczny ruszt, czarny od tłuszczu, dzieło mojego ojca, stoi okrakiem nad dwupalnikową kuchenką, dokręconą do czerwonej butli z gazem. Układają na nim kiełbaski, które po chwili zaczynają skwierczeć, krople tłuszczu kapią na butlę i szybko po niej spływają. Dorośli się śmieją, a my czasami siedzimy z nimi, czasami kąpiemy się w rzece. To znaczy oni się kąpią. Ja wolę tylko moczyć stopy.

Są bliźniacy, Michał i Tomek Bąkowie, rudy Piotrek Janocha i ja.

Latem wszyscy żyjemy na działkach, przyjeżdżamy do Lubicza z Torunia, z tego samego blokowiska, na którym mieszkamy. To stamtąd znają się nasi rodzice. Znają i lubią, a my musimy się ze sobą bawić, chociaż wolałabym spędzać ten czas z koleżankami. Skakać z Basią i Marzenką w gumę, na skakance, grać w klasy rozrysowane kredą na chodniku pod blokiem, wymieniać się widokówkami lub etykietami z butelek przeróżnych alkoholi.

Piotrek, młodszy ode mnie o kilka miesięcy, jest jak mój cień. Gdzie ja idę, tam on idzie. Oboje nie mamy rodzeństwa. Lgnie do mnie, bo myśli, że go lubię. Bawimy się razem, gdy jego rodzice przychodzą do nas z wizytą. Toleruję go, kiedy niezdarnie potrąca planszę do warcabów i rozsypuje pionki, gdy oblewa się sokiem, który kapie na moje prześcieradło. Nigdy nie wyzywam go od fałszywych rudzielców, grubasów, tłuściochów, spaślaków czy świń. Nie robię tego, bo tatuś mówi, że mamusia widzi mnie z nieba i chce, żebym była grzeczną dziewczynką. Piotrek lgnie więc do mnie wtedy, kiedy słyszy docinki wysportowanych bliźniaków o piwnych oczach i krótkich ciemnych włosach, ze skórą lśniącą w słońcu.

– Skacz, grubasie! – krzyczą jeden przez drugiego, a potem chrumkają jak świnie i rżą ze śmiechu, gdy dłonie Piotrka puszczają linę, a jego ciężkie czerwone ciało spalone słońcem spada w toń. Chlupot, korona wody jak z fontanny tryska na boki. I nagle, w tym miejscu, w którym zniknął Piotrek, rozchodzą się okręgi. Zabiera je spokojny nurt rzeki. A rudy grubasek wypływa gdzieś obok, pluje wodą i wychodzi na brzeg.

Czasami po kąpieli bliźniacy zabierają mu ciuchy i chowają w krzakach albo wrzucają na drzewo. Ale wtedy Piotrek może na mnie liczyć, bo umiem się wspinać i robię to zawsze, gdy Michał i Tomek sobie pójdą. Zostaję z Piotrkiem. Zrzucam mu spodenki i koszulkę. Ale zamiast tego wolałabym zrobić coś, żeby Michał i Tomek dali mu spokój. Krzyknąć na nich, poskarżyć się ich rodzicom. Ale to nic nie da. Oni mają matkę. Oni nie muszą być grzeczni. A ja jestem od nich młodsza. I jestem dziewczynką. I moja mamusia patrzy z nieba.

Piotrek się ubiera. W pośpiechu wkłada spodnie i traci równowagę. Do mokrej skóry klei się piasek. Plamy czerwieni wykwitają na pulchnych policzkach.

Milczymy oboje.

Jego dolna warga drży.

W końcu odchodzi nerwowym krokiem, jak automat, bez słowa. Ale później, po obiedzie, przychodzi do mnie na działkę, puka cicho do drzwi, bo wie, że popołudniami mój ojciec zasypia na ławce na werandzie, i przynosi mi śliwki. Nie chce wchodzić. Nachyla się do stojącego przed drzwiami stolika i delikatnie, tak żeby nie spadł mu żaden owoc, przesypuje je z dłoni na blat.

Zostawia mi swój uśmiech i znika. Cieszę się, bo nie chcę, żeby bliźniacy widzieli nas razem.

Michał, ten z pieprzykiem na szyi, się we mnie podkochuje. Dla mnie rzuca kamieniami w szyby opuszczonej cegielni. Szkło pęka i z brzękiem sypie się na ziemię. Dla mnie wygrywa z bratem bieg wokół działek. Dla mnie przynosi pasiaste kamyki z dna rzeki. Dla mnie kopie rudzielca i rechocze, gdy ten upadnie. Dla mnie tak wykręca Piotrkowi rękę, że ten z rykiem pada na kolana. Dla mnie to wszystko. Dla mnie łzy Piotrka.

Im bardziej nim poniewiera, tym bardziej odwracam się od tego rudego chłopca. Kiedy widzę go na ścieżce, jak z nadzieją na dobrą zabawę zmierza do naszego domu, proszę tatę, by mu powiedział, że śpię albo czytam. Albo że się źle czuję. I tata robi to niechętnie, bo przecież mamusia patrzy. Niedługo później widzę, jak Piotrek powłóczy nogami, wracając do siebie.

I wciąż mam w pamięci ten obraz: odrzucony i smutny chłopiec ze spuszczoną głową na wąskiej drodze między działkami. Tak wąskiej, jak jedna z moich blizn.

Buduję między nami mur i przekraczam go tylko wtedy, kiedy sama chcę to zrobić. Wszystko na moich zasadach.

Także wówczas, gdy bawimy się w chowanego. Być może dlatego tym razem nie chcę go znaleźć, mimo że domyślam się, gdzie się ukrywa.

 

Wolę zapolować na bliźniaków.

Rozglądam się uważnie, ale wysokie trawy ani drgną. Nie słyszę tupotu nóg, stłumionego śmiechu, głośnego sapania. Żadnego z nich nie ma za pozostałością drewnianego płotu. Jest cisza nad rzeką i żar z nieba. Idę w prawo, w kierunku ogrodzonych działek, tam gdzie wysokie pagórki, a między nimi sterty śmieci, gdzie przerdzewiałe druty sterczą z opon, gdzie rdza trawi starą pralkę, a w bębnie zbiera się stos kamieni rzucanych z oddali przez bliźniaków. Mają cela, chłopcy.

Zaglądam za każdy pagórek, ale nikogo tu nie ma.

I wtedy rozlega się głośny plusk.

A kiedy wybrzmi, słyszę wyraźny łomot mojego serca.

– Piotrek? – wypowiadam cicho jego imię.

W oddali zbierają się granatowe chmury.

KORCZ

Komisarz Lesław Korcz przyciszył radio, po czym nachylił się do drzwi pasażera i pociągnął za klamkę. Szum wzbierającego deszczu wypełnił wnętrze jego prywatnego focusa, którego dieslowski silnik wciąż pomrukiwał na jałowym biegu. Nie zgasił go, przy takiej pogodzie szyby zaszłyby parą.

Policjant obserwował siwowłosego mężczyznę, zmierzającego wolnym krokiem, z rękoma w kieszeniach, w stronę wymalowanej na zielono bramy ogródków działkowych Relaks. Jakby ulewa w niczym mu nie przeszkadzała.

A Korcz miał wyjątkową awersję do deszczu, szczególnie od dnia, kiedy rozstał się z Alicją, nauczycielką matematyki, z którą żył bez ślubu w szeregowcu po rodzicach na Brzezinie, krok od Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Gdy zabierała swoją walizkę, lało jak z cebra.

Alicja lubiła, gdy wkładał mundur. Wówczas rzadko z niego korzystał, wyłącznie w sytuacjach przewidzianych policyjnym ceremoniałem. Chcąc się jednak przypodobać nauczycielce, częściej wyjmował go z szafy. Obserwowała Korcza z progu kuchni, gdy stawał w korytarzu przed lustrem i unosił kołnierz białej koszuli z granatowymi pagonami, na których wyhaftowano trzy gwiazdki. Zakładał krawat, a następnie zawiązywał go podwójnym windsorem. Wszystko pod czujnym okiem Alicji, która częstowała go tajemniczym uśmiechem. Na koniec poprawiał kołnierzyk koszuli, wkładał policyjną kurtkę wyjściową i nadawał węzłowi odpowiedni kształt, aż uzyskał idealny, odwrócony szeroki trójkąt.

Wpatrywał się w lustro, gładził dłonią policzki, rzadko trafiając na niedogolony zarost. Gorzej, że doskonale zdawał sobie sprawę z przerzedzających się, siwiejących włosów, które na szycie głowy odsłaniały skórę.

Potem Alicja podchodziła do niego, kładła dłonie na klapach kurtki, stawała na palcach i całowała go na do widzenia. Lubił ten moment. Początkowo to ona wiązała mu krawat, ale najczęściej robiła to źle, nie zwracając uwagi na to, by dolna, szeroka część sięgała do klamry służbowego pasa. Nic jej nie mówił. Za każdym razem poprawiał wiązanie już w samochodzie.

Tak było dawniej. A od kiedy w jego życiu zabrakło Alicji, bo przedkładał pracę nad związek, postanowił odwiesić mundur, ale z rozpędu pozostał przy marynarkach, koszulach i krawatach w szarych odcieniach, które nosił do czarnych dżinsów. Wybierał też eleganckie buty.

Kiedy więc dziś rano zaparkował pod komendą, otworzył parasolkę i przeszedł do głównego wejścia, starając się omijać kałuże, bo miał na nogach świeżo kupione czarne zamszowe półbuty. Włożył je tylko dlatego, że nastawiał się na nadgonienie zaległości i robotę za biurkiem. Kolejny raz służba przypomniała mu, że planować można jedynie urlop. O ile nie przerwie go telefon z sekretariatu komendanta.

Korcz uznał, że teraz nie ruszy się z samochodu. Raz, że padało, a dwa, że po spacerze po przerośniętej trawie i błocie na drodze prowadzącej w głąb działek mógłby od razu wyrzucić buty do kosza.

– Pan Waldemar Kosowski? – starał się przekrzyczeć ulewę.

Mężczyzna minął uchyloną furtkę i uniósł wzrok, po czym zbliżył się do forda i nachylił do wnętrza samochodu.

Na końcówkach siwych strąków zbierały się krople. Twarz błyszczała wilgocią.

– Dzień dobry, może pan tam zaparkować. – Kosowski odwrócił się w stronę ogrodzenia i wskazał miejsce palcem. – Poczekam.

Lesław Korcz tylko pokręcił głową.

– Niech pan wsiada – stwierdził.

– Nie pójdziemy do mnie? To zaledwie kawałek. – Kosowski wyglądał na zaskoczonego.

Korcz poprawił mankiet koszuli i wyciągnął go spod rękawa marynarki, tak by przykrywał nadgarstek.

– Niech pan wreszcie usiądzie, bo mi całą tapicerkę zaleje.

Emerytowany policjant z rezygnacją zajął miejsce na fotelu pasażera i zatrzasnął drzwi.

– Dokąd jedziemy? – spytał, sięgając po pas.

– Donikąd. – Korcz sięgnął za fotel pasażera i wyciągnął skórzaną torbę.

Położył ją sobie na kolanach i otworzył.

W radiu spiker mówił o nadchodzącej krótkotrwałej zmianie pogody i szybkim powrocie do deszczowej aury.

– Kojarzy pan Wiesława Batorskiego? – spytał Korcz.

Waldemar Kosowski otarł twarz i wytarł ręce o spodnie.

– Pracowaliśmy razem. Stare czasy. Przez jakiś czas byłem jego szefem.

Kosowski obrócił się do Korcza.

Komisarz zdążył przyjrzeć się sieci zmarszczek na szczupłej twarzy emeryta i głęboko osadzonym szarym oczom. Skóra pod brodą była wiotka i pomarszczona.

– Dobrze pana wspomina – kontynuował Korcz.

– A co to ma do rzeczy?

Komisarz poprawił ułożenie krawata.

– Ano chociażby to, że przyjechałem tu do pana, zamiast wysłać zaproszenie na komendę. – Korcz patrzył przed siebie na skąpaną w strugach deszczu bramę ogródków i wypełnione deszczówką koleiny na drodze tuż za nią. – Rozumiemy się?

– Wspomniał pan, że chodzi o zaginięcie Piotrka Janochy.

Komisarz przytaknął.

– No to niech pan mówi – ponaglił go Kosowski.

Szum nawiewu zagłuszał terkot diesla.

Korcz kątem oka obserwował dłonie starego gliniarza. Mężczyzna złączył je, po czym brudnymi paznokciami zaczął drapać zgrubiały odcisk w pobliżu palca serdecznego.

– Znaleźliście go? – odezwał się Kosowski. – Znaleźliście ciało Piotrka?

Policjant nie odpowiedział. Sięgnął do torby po kolorową teczkę i otworzył ją.

– Kiedy ostatni raz widział się pan z Ryszardem Janochą, ojcem zaginionego chłopca?

– Z Ryśkiem? Jezu, cholernie dawno, kilka miesięcy temu pewnie.

– To nie jest oficjalne przesłuchanie.

– Doceniam, ale to niczego nie zmienia. – Kosowski rozprostował dłonie i położył je na udach.

Korcz zamknął teczkę i wsunął ją do kieszeni w drzwiach.

Wrzucił wsteczny.

– Niech pan jednak zapnie pas – poprosił, kiedy wóz potoczył się do tyłu.

– Dokąd jedziemy?

– Zobaczy pan.

Policjant nawrócił i dojechał do skrzyżowania z Rudacką. Kierunkowskaz tykał miarowo, gdy łysawy mężczyzna, zgarbiony i kruchy, ukryty pod obszerną czaszą czarnego parasola, wolno przemierzał pasy tuż przed maską forda. Staruszek uniósł wolną rękę w podziękowaniu i wszedł na chodnik.

Korcz rozejrzał się, po czym skręcił w lewo w pustą ulicę, na błyszczący od deszczu asfalt. Nieco dalej, kiedy przed ich oczami wyrosła wysoka estakada Trasy Wschodniej, zjechał w zatokę autobusową i się zatrzymał, ale nie wyłączył ani wycieraczek, ani silnika.

– Poznaje pan? – spytał Kosowskiego.

– Niby co? – Były gliniarz wyjrzał przez boczną szybę.

Stała tam nowoczesna, ale pobazgrana sprejem wiata przystankowa, a za nią, w niewielkim oddaleniu, rozciągały się nieużytki porośnięte młodymi drzewami.

Korcz ponownie położył teczkę na kolanach i postukał w nią palcem.

– Mam tu nowe ślady w sprawie, która, jak sądzę, nadal pana interesuje. – Spojrzał na Kosowskiego.

Ten podrapał się po zaroście.

– Pokazałbym to panu. W zamian za uczciwość.

Kosowski odchrząknął, ale dalej milczał.

Wycieraczki z przytłumionym piskiem ściągnęły wodę z przedniej szyby.

– Uparty pan. Ale okej, w takim razie ja zacznę. – Korcz westchnął. – Tydzień temu spotkał się pan tutaj z Ryszardem Janochą, lekarzem psychiatrą i pana kolegą z dawnych lat. I stąd skrótem – wskazał dłonią na drogę, która przecinała łąkę i znikała za młodymi drzewami – poszliście do pana na działkę. Było tak?

– No i?

– Było tak czy nie? – odparował policjant, który przygotowując się do tej rozmowy, przeprowadził wywiad z innymi mieszkańcami działek.

Kosowski wyraźnie posmutniał i zrezygnowany skinął głową.

– Janocha to panu powiedział? – spytał.

– Nie.

– Nie? – Stary gliniarz uniósł brwi.

Lesław Korcz zabębnił palcami w tekturową teczkę.

– Teraz pana kolej – rzekł.

Kosowski raz jeszcze zerknął na wiatę przystankową. Przez chwilę milczał, ale kiedy wycieraczki kolejny raz zapiszczały na mokrej szybie, wreszcie się odezwał.

– Widziałem się z Rychem tydzień temu. Czekał tu na mnie.

– W jakim celu?

– Zdarzało się, że dzwonił do mnie, żeby sprawdzić, czy są jakieś nowe ślady w sprawie zaginięcia jego syna.

– Od ilu lat jest pan na emeryturze?

– Od piętnastu.

– Doktor Janocha o tym wiedział, prawda? – Komisarz zerknął w lusterko wsteczne, w którym zobaczył wjeżdżający do zatoki autobus. Włączył awaryjne.

– Tak, ale to nie przeszkadzało mu się ze mną kontaktować. Jak pan wie, od samego początku byłem zaangażowany w to śledztwo i w zasadzie pomimo umorzenia w osiemdziesiątym ósmym trzymałem rękę na pulsie.

Korcz odczekał, aż autobus odjedzie, po czym przeniósł wzrok z bocznego lusterka na Kosowskiego.

– Czego Janocha chciał od pana tym razem?

– W zasadzie to niczego. Pogadać po prostu. Chyba po to przyszedł. Im był starszy, tym więcej miewał gorszych dni. A zaginięcie dziecka… – Kosowski ponownie patrzył w stronę nieużytków. – No, sam pan rozumie.

– Czy od waszego spotkania tydzień temu kontaktowaliście się?

Kosowski pokręcił głową.

– Na pewno?

– Tak, na pewno. Ale dlaczego o nim rozmawiamy? Stało się coś?

Korcz otworzył teczkę, która spoczywała na jego kolanach, i wyjął z niej zdjęcie zrobione telefonem w szpitalu.

– Rozpoznaje pan? – spytał, podając wydruk Kosowskiemu.

Ten długo wpatrywał się w fotografię, po czym zamknął oczy i przełknął ślinę.

– Co się stało? – zapytał, kiedy bębnienie kropel deszczu o dach ustało.

– Wypadek. Potrącił go pijany kierowca.

Kosowski pokręcił głową z niedowierzaniem.

– Kiedy i gdzie?

– Nazajutrz po spotkaniu z panem – wyjaśnił Korcz. – Pomyślałem, że chciałby pan to wiedzieć.

– Jak on się czuje?

– Nie wiem, czy z tego wyjdzie.

– I niby to są te nowe ślady w sprawie? – Kosowski zmrużył oczy.

– Nie.

– A więc?

Korcz schował zdjęcie potrąconego lekarza do teczki, a następnie wygładził krawat.

– Nie interesuje pana, kto był sprawcą wypadku?