Zmora

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zmora
Zmora
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,80  55,04 
Zmora
Zmora
Audiobook
Czyta Karolina Gruszka, Przemysław Bluszcz
36,90  26,94 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Robert Małecki, 2021

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Marketing i promocja: Greta Kaczmarek

Redakcja: Lena Marciniak-Cąkała / Słowne Babki

Korekta: Gabriela Niemiec, Mirosław Krzyszkowski

Projekt typograficzny, skład i łamanie: MELES-DESIGN

Projekt okładki i stron tytułowych: Tomasz Majewski

Fotografia na okładce: © Alexander Krivitskiy / Unsplash

Fotografia autora: © Zuza Krajewska / Warsaw Creatives

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66736-20-7

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

PROLOG

Kościół tchnie chłodem niczym zwłoki wystawione w kostnicy.

Zanim do niego wejdę i poczuję ten chłód na sobie, zanim wedrze się on pod ubrania i wprawi ciało w dygot, obserwuję złote liście porwane do tańca ze ścieżki. Wirują, unoszą się i opadają na tle czarnych szkieletów drzew i szarych chmur, szczelnie pokrywających niebo. Zapewne uśmiecham się na ten widok. Jestem przecież dziewczynką, wszyscy lubią, kiedy się uśmiecham.

Ojciec trzyma mnie za rękę. Twardym paznokciem kciuka bezwiednie pociera delikatną skórę mojej dłoni, gdy idziemy w stronę świątyni z czerwonej cegły.

Szarość wkrapla się przez strzeliste witraże, a boczne nawy toną w mroku. Głuche odgłosy kroków niosą się echem, stare ławki trzeszczą dłużej niż chwilę. Ktoś pochrząkuje, ktoś coś szepce. Wielkie drewniane wrota skrzypią przeraźliwie. Wyobrażam sobie, że to krzyk zbłąkanej duszy.

Płomienie świec tańczą na ołtarzu, a ja się nudzę. Szybko jednak znajduję sobie zabawę. Otwieram szeroko usta i wydycham powietrze, które zamienia się w jasnoszary obłok. Miękkie nitki unoszą się wolno i kłębią, przenikając się wzajemnie, a ja próbuję zmącić je ręką.

– Uspokój się! – syczy babka, matka mojego ojca, i chwyciwszy moją dłoń, ściąga ją gwałtownie w dół.

To boli, dlatego wykrzywiam usta w podkowę.

Czasami boję się tej starej kobiety.

Tata spogląda na mnie i wolno przymyka powieki. Nie jest zły, zresztą on tak szybko się nie złości. Po prostu daje mi znać, że wszystko będzie dobrze, żebym to wytrzymała.

Mam nie więcej niż trzy, może cztery lata i niewiele wspomnień tamtej chwili.

Siedzę na lodowatej ławce, wciśnięta między ojca a babkę, która strzepuje pyłki z gabardynowego płaszcza.

Pomimo niedawnej reprymendy szybko wynajduję sobie nowe zajęcie. Bawię się dużą, zimną dłonią ojca, którą położył na moich kolanach. Palcem wgniatam grube szare żyły układające się w sieć. Biegną tuż pod skórą, łączą się ze sobą i znikają przy szorstkich kłykciach, za którymi są już długie i grube palce. Te żyły są takie miękkie, łatwo poddają się naporowi, ale tylko na moment, tylko na chwilę. W miejscu, w którym uciskam, powstają białe placki. Znikają jednak szybko.

Po jakimś czasie znowu unoszę głowę, by spojrzeć na ojca. Chciałabym dotknąć kłującego rudawego zarostu, ale tego nie robię, bo jego dolna warga drży. Nos ma czerwony, pewnie z zimna. Ociera go chusteczką. Szkliste oczy patrzą przed siebie. Podążam za tym wzrokiem do przodu, przed ołtarz. I już oboje patrzymy na połyskującą lakierem sosnową trumnę.

Kolejne wspomnienie przenosi mnie na cmentarz, na pogrzeb, a dokładnie do tej chwili, kiedy ubrani na czarno mężczyźni spuszczają trumnę na pasach wprost do grobu. Ojciec trzyma mnie w silnych ramionach. Szczękam zębami i mówię mu, że jest mi zimno. Chcę, żeby zabrał mnie do domu. Szepczę mu to, niemal dotykając wargami jego ucha. Ale on nawet nie drgnie. Zresztą nikt się nie rusza. Przyszło niewiele osób, wszyscy zwieszają głowy. Próbuję dostrzec w ich twarzach coś więcej niż smutek wyrzeźbiony zimnym wiatrem.

Mój ojciec, zamiast mi odpowiedzieć, zamiast zabrać mnie do ciepłego mieszkania i bawić się ze mną, mocno zaciska powieki. Stawia mnie na ziemi, nie chce patrzeć mi w oczy, bo nie ma w sobie dość siły, żeby mi wyjaśnić, dlaczego nie możemy odejść. Opieram się o niego plecami i czuję, że cały się trzęsie.

Chwytam leżącą na moim ramieniu dłoń ojca i zginam jego grube palce. Niewykluczone, że coś do siebie mówię, może nawet podśpiewuję cicho: „Stary niedźwiedź mocno śpi, stary niedźwiedź mocno śpi, my się go boimy, na palcach chodzimy, jak się zbudzi, to nas zje”.

Przecież mogę robić wszystko to, co robią dzieci, gdy skupiają się na jednej czynności.

Nieważne.

I tyle właśnie z tego pogrzebu zapamiętałam.

Wiem, że na wrażenia dziecka nakładają się doświadczenia dorosłej kobiety i być może obrazy ze wszystkich pogrzebów, których byłam świadkiem.

Jeśli mam być szczera, nie wiem już, co jest prawdą, a co tylko moim wyobrażeniem.

Mimo to pielęgnuję w sobie te wspomnienia.

A wśród nich to, w którym mój ojciec długo gładzi mnie po głowie i ani razu nie gani, nie ma żalu o to, że bawię się na pogrzebie. Bo jestem zbyt mała, żeby zrozumieć, co się stało.

Żeby godnie pożegnać matkę.

KAMA

Trzask w głośniku przerywa sen, w którym spadam z ogromnej wysokości. Każdy zna to uczucie: żołądek podchodzący do gardła, mrowienie rozpełzające się z trzewi.

Lecę długo i ze świadomością, że zaraz zginę. Jestem gotowa na śmierć. Tuż przed uderzeniem w pomarszczoną taflę rzeki biorę haust zimnego powietrza. Zamykam oczy, spinam mięśnie i nagle z głośnym pluskiem wpadam w lodowatą toń.

W tej samej chwili drgam nerwowo.

Wypełnia mnie dziwne poczucie strachu wymieszane z ulgą.

– Szanowni państwo, zbliżamy się do stacji Toruń Główny. Planowy przyjazd pociągu: godzina szesnasta dwadzieścia dwie. Podróżnych wysiadających prosimy o zabranie bagaży i rzeczy osobistych oraz o zachowanie ostrożności. Dziękujemy za skorzystanie z usług PKP Intercity i życzymy udanego pobytu lub dobrej dalszej podróży.

Jestem przekonana, że ta zmora kiedyś mnie wykończy. Śni mi się ciągle, uparcie powraca. Na szczęście rzadko uderzam z impetem o bruk. Częściej, podobnie jak przed chwilą, topię się, nie umiem wypłynąć na powierzchnię. Zalewa mnie woda, pochłania mnie ciemność.

Ale sen już odszedł. Zastępują go kołyszący stukot kół, lepki pot na karku i ból zdrętwiałej stopy. Ciepłe powietrze wypełnia mi płuca. Zatrzymuję je na dłużej, po czym wydycham ze świstem.

Pod łokciem wyczuwam torebkę. Jest na swoim miejscu, zamknięta, ale dla pewności pociągam za suwak. Zerkam na półkę nad głową. Walizka tkwi tam, gdzie ją położyłam.

Przez lekko uchylone okno do pustego przedziału wpada z szumem wiatr, tarmosi zaciągniętą zasłonę, przez którą prześwitują gorące promienie gasnącego czerwcowego słońca.

Ocieram pozbawioną makijażu twarz i wciąż zaspana poprawiam się na siedzeniu. Mija chwila, nim dochodzę do siebie, bo krótki sen wyczerpał mnie całkowicie.

Wstaję i odsuwam zasłonkę. Za oknem dobrze znany las ustępuje miejsca nowoczesnym halom produkcyjnym oraz skrytym w gąszczu drzew i krzewów altanom, rozsianym gęsto na działkach. Wojskowe koszary, samochody na ulicach, refleksy słońca na karoserii i szybach. I to wszystko ucieka, znika mi z oczu.

Wreszcie pociąg wyraźnie zwalnia bieg, a gdy się zatrzymuje, szarpie mną lekko.

Kolejka zmęczonych ludzi przepycha się do wyjścia. Robię krok nad szczeliną między pociągiem a peronem i już ciągnę walizkę po kamiennych płytach w stronę dworca z żółtej cegły, która w popołudniowym słońcu nabiera wyjątkowo intensywnego odcienia.

Zmierzam w kierunku frontu budynku, tam gdzie postój taksówek. Kilka wozów z kolorowymi naklejkami i gapami na dachach wyczekuje na kurs. Otwarte drzwi, opuszczone szyby. Zgarbiony kierowca ociera pot z czoła, zwiesza głowę, odjechałby stąd, poczuł wreszcie na skroniach pęd chłodnego wiatru. Zaraz przyniosę mu ulgę, bo moja przyjaciółka Aldona Terlecka wysłała mi wcześniej esemes, że nie da rady mnie odebrać. Może to i lepiej, nie jestem w nastroju do babskich pogaduch.

Obok, na parkingu, do ciemnego SUV-a wsiada kobieta z dziewczynką ubraną w zwiewną kwiecistą sukienkę. Mała ma wsuniętą we włosy opaskę opartą wysoko nad czołem i śnieżnobiały uśmiech szczęśliwego dziecka. W dłoni trzyma maskotkę misia.

Kiedy matka sadowi ją w foteliku, pluszak wypada i turla się pod koła. Dziewczynka płacze, ale kobieta, nieświadoma zguby, zatrzaskuje już drzwi. Siada za kierownicą, uruchamia wóz i odjeżdża.

Mały miś leży na plecach.

Proszę taksówkarza, aby schował mój bagaż, a sama podchodzę do zabawki. Schylam się po nią, wyciągam dłoń, a potem macham w kierunku samochodu, który zatrzymuje się kilkadziesiąt metrów dalej po to, by skręcić w prawo pod kolejowy wiadukt.

Ale ona mnie nie widzi. Wóz włącza się do ruchu i znika z mojego życia.

Przypatruję się pluszowemu wyrzutkowi i myślę o tym, jak wiele nas łączy.

 

– Widziała pani jej samochód? Drogi jak cholera. Pani się nie martwi. Na pewno kupi nowego misia – krzyczy taksówkarz.

Odwracam się do niego. Kręci się nerwowo przy otwartych drzwiach od strony kierowcy.

Omiatam wzrokiem dworzec. Ludzi już mniej, pociąg odjechał. Z głośników dworcowych niesie się kolejny komunikat. Neon „Toruń Główny”, zawieszony na szczycie elewacji, rozświetla się na niebiesko.

– No to jak? Jedziemy? – rzuca ochoczo kierowca w moją stronę.

Kiwam głową.

– Ale dokąd? – dopytuje mężczyzna.

– Na Kościuszki, do Rio Bravo.

Zbieram się w sobie i siadam na nagrzaną tylną kanapę.

Kiedy opony terkoczą po bruku, smutny pluszak patrzy mi prosto w oczy.

W połowie mostu, nad ciemną Wisłą, taksówkarz, obserwując mnie w lusterku wstecznym, ściąga mój wzrok.

– To z powodu tego misia? – pyta z uśmiechem na ustach. – No niechże pani nie żartuje. Przecież to śmieszne.

Nie mogę wydusić z siebie słowa. Nie chodzi o przytulankę, nie dlatego mam łzy w oczach. Chodzi o mnie. O powrót do miasta, z którego uciekłam. O powrót do życia, którego nie chciałam. O to, że świat, który miałam na wyciągnięcie ręki, okazał się nie dla mnie. Że wracam z podkulonym ogonem, bo nie sprostałam wyzwaniom. Moje nazwisko skreślili przy pierwszej turze redakcyjnych czystek.

– Nie bierz tego osobiście, Kama – powiedział wtedy mój naczelny, przesuwając palcem po grzbiecie nosa, żeby poprawić okulary. Dla lepszego efektu skrzywił się i podrapał po siwym zaroście.

– A jak mam to odebrać? Najlepszych przecież nie zwalniasz, prawda? – Ściskałam kurczowo wilgotne dłonie.

Szef w końcu na mnie spojrzał. Rozłożył ręce, jakby chciał coś wyjaśnić, ale prawdopodobnie nie znalazł odpowiednich słów, więc zrezygnował.

– Tak myślałam – stwierdziłam, odwracając się do drzwi.

– Znajdziesz coś sobie. Wystawimy ci dobre referencje.

– W dupie mam twoje referencje – szepnęłam.

Ta scena tkwi we mnie jak zadra, ale szybko pozbywam się jej z głowy i wracam do rzeczywistości.

Przykładam miękką zabawkę do nosa. Pachnie słodko, jak moje dzieciństwo.

Zanim – z powodu pewnych zdarzeń – uleciało przedwcześnie.

Cisza jest drugim pasażerem.

Nie przyglądam się miastu przez boczne szyby, bo obok na kanapie leży złożona na pół gazeta. Rozprostowuję „Echo Torunia”, bezpłatny tygodnik miejski prowadzony przez moją przyjaciółkę, i rozkładam go sobie na kolanach. Jak zahipnotyzowana wpatruję się w zdjęcie siedmioletniego rudego, pulchnego chłopca, którego doskonale pamiętam, i w znacznie mniejszy portret, a raczej grafikę przedstawiającą progresję wiekową, a więc prawdopodobny wygląd mężczyzny, którym Piotrek Janocha zapewne by się stał, gdyby nie zaginął w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym szóstym roku.

„Gdzie jesteś, Piotrze?” – grzmi tytuł wielką czcionką, a pod nim czytam: „Mijają trzydzieści trzy lata od tajemniczego zaginięcia w Lubiczu. Policja ponownie przygląda się tej zagadkowej sprawie i publikuje portret Piotr Janochy, który w tym roku skończyłby czterdzieści lat”.

Odwracam stronę i czytam artykuł Aldony Terleckiej, naczelnej „Echa”. Nie jestem zaskoczona, że nie pisze o nowych dowodach i śladach. Dziennikarka wspomina jedynie o powrocie policji do starego śledztwa. Ale to wystarczy, żebym zaczęła drżeć na myśl o latach mojego dzieciństwa. Bo być może w tym jednym zdaniu zawiera się znacznie więcej treści, niż można z niego wyczytać.

– Jesteśmy na miejscu – mówi kierowca, ale nie gasi silnika. – Osiemnaście pięćdziesiąt.

Płacę drobnymi.

Mężczyzna chowa bilon, po czym odpina pas i wysiada. Wciąż otumaniona robię to samo.

Chłód klimatyzacji zastępują smagnięcia rozgrzanego wiatru.

Kierowca wyciąga walizkę z bagażnika i stawia ją przy mnie. Żegna się delikatnym ukłonem i życzy mi miłego dnia.

– Mogę zabrać gazetę? – pytam, unosząc złożony tygodnik.

– Bardzo proszę, ja już przeczytałem.

Odprowadzam go do wozu i czekam, aż odjedzie, ale samochód ani drgnie.

Maskotkę razem z tygodnikiem chowam do obszernej torebki i wracam do rzeczywistości.

Rozglądam się. Zmieniło się, od kiedy byłam tu ostatnio. Za sobą mam szeroki wiadukt nad torami, z którego zjeżdżają samochody. Obok biurowiec z kolorową szklaną elewacją. Po prawej, w wysuniętym najbliżej jezdni fragmencie starej budowli, Młynów Richtera, trwają prace rozbiórkowe. Patrzą na mnie puste czarne oczodoły okien.

Przymykam powieki i robię kilka kroków do przodu w stronę mężczyzny, który wyszedł z restauracji i zatrzymuje się pod szklanym zadaszeniem.

Moja walizka terkocze.

Od łysej skóry głowy nieznajomego odbija się słońce. W lustrzankach na nosie zapewne widać moją postać, ale nie wiem tego na pewno, bo wciąż dzieli nas zbyt duża odległość.

Taksówkarz odjeżdża, odprowadzam wzrokiem jego samochód, ale trwa to chwilę. Ponownie odwracam się do mężczyzny. Wyraźnie i z zaciekawieniem spogląda w moją stronę, ale kiedy podchodzę bliżej, drzwi się rozsuwają i pojawia się w nich ubrana w granatowy kostium kobieta. Podchodzi do niego, on chwyta ją za rękę i oboje ruszają w moim kierunku. Przechodzą obok, rozmawiając cicho. Nie docierają do mnie żadne słowa, ale całkowicie zdezorientowana przystaję i oglądam się za nimi. Myślałam, że to właśnie z nim mam się spotkać.

Dystans między nami stale się zwiększa.

– Dzień dobry. – Za plecami słyszę niski głos. – Pani Kamila Kosowska?

Młody blondyn niedbale przeczesuje dłonią długą grzywkę.

Nie odpowiadam.

– To pani, prawda?

Mierzymy się wzrokiem, ale po chwili mężczyzna rozgląda się ostentacyjnie.

– Przejdziemy się czy woli pani usiąść i wypić kawę? Dodam tylko, że akurat w tej restauracji znakomicie ją zaparzają. – Łączy dłonie i bawi się obrączką na palcu.

Znowu wolę milczeć.

– Nasz stolik czeka – zachęca i podnosi moją walizkę.

Wpatruję się w jego szczupłą twarz. Ma niebieskie oczy i gładką linię brody, niemal pozbawioną zarostu. Może być młodszy ode mnie nawet o kilkanaście lat. A jednak budzi moje zaufanie, a może raczej ciekawość, i tylko dlatego kieruję się do drzwi. Poza tym w restauracji będę czuła się pewniej, przynajmniej tak mi się wydaje.

Siadamy w ciszy przy stoliku w pobliżu oszklonej witryny z widokiem na ruchliwą jezdnię. Sala wystrojem przypomina westernowy bar. Ciemne drewno od podłogi po sufit. W rogu figura Johna Wayne’a, który mierzy do mnie z rewolweru. Na ścianach fotosy z amerykańskich kanionów, przy barze zamiast hokerów prawdziwe skórzane siodła. A drzwi do toalet z zakratowanymi kwadratami wyglądają jak cele w siedzibie szeryfa.

Kelner w stroju kowboja przyjmuje zamówienie i bezszelestnie odchodzi.

– Pani Kamilo…

– Wystarczy Kama, nie lubię pełnego imienia.

– Kama. Ładnie – cieszy się. – Paweł Hałas, miło mi.

Podajemy sobie dłonie nad stołem.

– Jesteś dziennikarką, prawda?

– Tak. – W zasadzie nie kłamię, wciąż jestem dziennikarką, tyle że bez etatu. I bez pieniędzy. W ciągu ostatnich kilku miesięcy próbowałam znaleźć coś w Warszawie, ale bezskutecznie. Oszczędności stopniały, zapał też.

– Armin mówił, że pracujesz w „Newsweeku”.

Potwierdzam. Z oddali dochodzi grzechot mielonych ziaren, a następnie syk ekspresu do kawy.

Armin, kolega z liceum, nalegał na to, żebym spotkała się z Hałasem. Pewnie dowiedział się o moim powrocie do Torunia od Aldony, ale nie mam jej tego za złe. Traktuję to jako wyraz troski ze strony przyjaciółki. A może troski ich obojga?

– Podobno masz coś dla mnie, tak? – pytam, bo nie chcę tracić czasu, chociaż mam go aż nadto.

Paweł zakłada nogę na nogę i splata dłonie na kolanie.

– Armin mówił ci, o co chodzi?

– Nie – odpowiadam, bo rzeczywiście nic mi nie powiedział.

Mój rozmówca wzdycha zawiedziony albo tylko udaje.

– Okej, w takim razie zaraz ci wszystko opowiem. – Podnosi wzrok na kelnera, który stawia na stole filiżanki. – Ale chciałbym jeszcze o coś zapytać. Ta robota zapewne zajmie ci sporo czasu, więc wolałbym mieć pewność, że jesteś osobą, która wypełnia swoje zobowiązania do końca. Mówiąc krótko, twój urlop szybko się skończy, a po nim rzucisz się w wir obowiązków zawodowych i…

– Armin na pewno wystawił mi dobrą opinię – przerywam jego wywód. – Inaczej w ogóle byśmy się nie spotkali – dodaję zaczepnie.

Śmieje się. Ale nie umiem ocenić, czy reakcja jest naturalna, czy sztuczna.

– Oczywiście. – Znowu poprawia grzywkę. – Sprawdziłem cię.

Zastanawiam się, po co mi to mówi. Gdyby rzeczywiście to uczynił, wiedziałby, że jestem bezrobotna.

– To płyńmy do brzegu – zachęcam.

– Masz rację, szkoda czasu na podchody.

Moje usta burzą idealną kawową piankę, a Paweł czeka.

– Z tego, co wiem, zresztą głównie z mediów, byłaś jedną z ostatnich osób, które widziały Piotra Janochę, siedmiolatka, zaginionego w osiemdziesiątym szóstym. Zgadza się?

Zamieram i próbuję przełknąć ślinę.

– Nie martw się, chodzi…

– Dlaczego o to pytasz?

– Zaraz wyjaśnię. Chodzi mi tylko o to, że na pewno, jako osoba, która przeżyła zaginięcie kolegi, i to w tak młodym wieku… Bo ile ty wtedy miałaś lat?

– Tyle samo co on.

– Tyle samo… – Kręci z niedowierzaniem głową. – Jasna cholera. To musiało być straszne. Wychowująca się bez matki dziewczynka, która przeżywa takie zdarzenie…

Zauważam, że na szyi, pod rozpiętą koszulą, nosi rzemień ze srebrną błyskotką. Czasami go dotyka.

– W ogóle pamiętasz z tego coś jeszcze? Z tamtego dnia? – ekscytuje się, jego oczy błyszczą.

– Niespecjalnie – kłamię, choć pamiętam każdy szczegół.

Unosi brwi.

– To zupełnie niesamowite. Oczywiście wiesz, co mam na myśli.

Nie wiem i w ogóle mnie to nie obchodzi.

– Twój ojciec jest policjantem, prawda?

– Był. Dawno temu.

– Służył w milicji, a później przeszedł weryfikację i został policjantem, tak?

Kiwam głową.

Paweł Hałas omiata wzrokiem pustawą salę restauracyjną. Daleko za nami rozlega się kobiecy śmiech.

– Pracował nad tą sprawą – dodaje mężczyzna.

– No i?

– Opowiadał ci o tym, jak wyglądało to śledztwo?

– A dlaczego pytasz?

Unosi ręce w obronnym geście i pochyla się w moją stronę.

– Z czystej ciekawości. – Rozpromienia się jak na zawołanie i z powrotem odchyla się na oparcie krzesła. – Czy nie było tak, że w trakcie wywiadów, których swego czasu, jak pamiętam, sporo udzielałaś, dziennikarze chcieli wyciągnąć od ciebie informacje o szczegółach działań ówczesnej milicji, a później policji?

Wracam myślami do tamtych chwil. Rzeczywiście tuż przed ukończeniem drugiej klasy liceum spotykałam się z kilkoma reporterami. Ich teksty lub zapis rozmów ukazały się w dziesiątą rocznicę zaginięcia Piotrka, pierwszego dnia wakacji tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego szóstego roku. A jednak nie myślałam wtedy o nim. Myślałam o sobie, o swojej szansie na zaistnienie, na zwrócenie na siebie uwagi koleżanek i kolegów. Ale nic to nie dało, bo rozpoczęły się wakacje i wszyscy się rozjechali. Tylko kilka sąsiadek mnie zaczepiło, gratulowały i uśmiechały się promiennie, pokazując lokalne gazety. A z klasy jedynie Armin pochwalił się wyrwaną z czasopisma kartką, na której znajdowało się moje zdjęcie na tle szarej szkoły z wielkimi oknami. Świat bez Facebooka wyglądał inaczej, bo w tamtych czasach ludzie nie mieli jeszcze telefonów komórkowych ani po kilka laptopów. Mam wrażenie, że tak naprawdę jedyną osobą, która zwróciła uwagę na te wywiady i fotografie, był mój ojciec. Do dziś pamiętam złość w jego oczach, drobinki śliny tryskające z ust, gdy krzyczał, że jestem głupia i nieodpowiedzialna.

W zasadzie wciąż nie rozumiem, co go tak zdenerwowało.

Tydzień później ojciec odebrał kilka głuchych telefonów. A kiedy któregoś dnia podniosłam słuchawkę, usłyszałam nerwową, przerywaną płaczem wypowiedź, kilka prostych słów, wygłoszonych prawdopodobnie przez nastolatka.

„To nie było tak”.

Po latach, kiedy pracowałam już jako dziennikarka, postanowiłam zestawić te wywiady z zeznaniami, które znalazły się w aktach sprawy. Nie odkryłam istotnych rozbieżności, więc nie wiem, co nieznajomy mógł mieć na myśli.

Powtarzam to Pawłowi.

– Myślisz, że to dzwonił któryś z braci? – pyta, sięgając po filiżankę.

 

– Brałam to pod uwagę.

– Spotkali się z tobą?

– Nie, raczej nie. – Kręcę głową. – Albo zwyczajnie nie pamiętam.

– Śledzili cię?

Zastanawiam się.

– Nie wiem. Chyba nie.

– A czy wtedy, w tych wywiadach, oskarżyłaś ich wprost o to, że mieli coś wspólnego z zaginięciem Piotrka?

– Po prostu powiedziałam, że to dziwne, że nie chcą powiedzieć głośno o tym, co wówczas robili.

Hałas upija łyk kawy.

– A sprawdzałaś, jak przebiegało to śledztwo?

– Swego czasu uzyskałam dostęp do akt.

– No i?

– No i co?

– Tam nie ma wszystkiego.

– Nie rozumiem. – Przekrzywiam głowę.

Macha ręką.

– Nieważne – mówi. – Po prostu od pewnego czasu interesuje mnie ta sprawa.

– Z jakiegoś konkretnego powodu?

Czubkiem języka dotyka górnych jedynek.

– Zaginięcie dziecka wydaje się czymś zupełnie nienaturalnym. Nieprawdopodobnym. I po prostu… – Szuka odpowiedniego słowa, pomagając sobie pstrykaniem palcami. – Cholera, to jest zwyczajnie przerażające.

Staram się wyczytać z jego oczu jak najwięcej. Ale jest w nich coś, co sprawia, że przegrywam tę grę. Najpierw gapię się w obrus, a potem topię usta w kawie.

– Czego dotyczy twoja propozycja? – pytam, gdy cichną odgłosy wesołości z końca sali.

– Zaraz ci wyjaśnię. Jeszcze tylko jedno pytanie, jeśli pozwolisz.

– Słucham.

– Kiedy zostałaś dziennikarką, sporo uwagi poświęcałaś zaginięciom, prawda?

Chcę coś odpowiedzieć, Hałas unosi jednak dłoń.

– Ale tej sprawie, która pewnie boli cię najbardziej, sprawie zaginięcia Piotrka Janochy, nigdy nie poświęciłaś choćby słowa. Właściwie dlaczego? – dziwi się.

– Etyka zawodowa. Mówi ci to coś? – denerwuję się.

– Chodzi o zachowanie bezstronności? – dopytuje poważnie, a ja kiwam głową. – Okej. – Wyraźnie zakłopotany pociera wnętrze dłoni.

I nagle rozumiem, dlaczego mnie tu ściągnął.

– Chyba nie sądzisz, że zabiorę się do tej sprawy? – Niespodziewanie dla siebie samej staję się agresywna.

Hałas się nie odzywa. Przynajmniej nie od razu.

– Czy nie jest tak – wygląda na zadowolonego z siebie – że współcześnie świat wartości nie ma szans ze światem materialnym? Etyką się nie wyżywisz, nie zapłacisz rachunków. A dobrym apartamentem albo samochodem, zwitkiem setek w portfelu wkurwisz wszystkich, rodzinę i znajomych, biednych, ale przede wszystkim zazdrosnych bogatych.

Zaczynam się wiercić na krześle.

– Jesteś jakoś związany z jego rodziną? – pytam podejrzliwie.

– Ja? Ależ skąd!

– To w takim razie czemu tak bardzo interesuje cię ta sprawa?

Wystudiowanym gestem sięga do kieszeni marynarki, skąd wyjmuje skórzane etui na wizytówki. Wyciąga jedną i kładzie w pobliżu mojej filiżanki.

Paweł Hałas. Producent filmowy. W prawym górnym rogu kartonika znajduje się niewielkie logo, kilka kresek składających się na wizerunek kamery, z podpisem: Noise Production.

– Rozpoczynam przygotowania do realizacji serialu dokumentalnego Gone Forever dla Netflixa. – Opiera łokcie na stole. – Chodzi o rekonstrukcję zdarzeń poprzedzających tajemnicze zaginięcia. Każda sprawa zostanie przedstawiona przez znakomitych dziennikarzy. Idziemy na ostro, bo zamiast dotykać wyłącznie polskiego podwórka, chcemy sięgnąć do spraw z całej Europy. Pierwszy sezon, wstępnie osiem lub dziesięć odcinków, poświęcony będzie wyłącznie zaginięciom dzieci. Same hity. Na przykład szokująca sprawa czteroletniej Brytyjki Madeleine McCann i jej tajemnicze zniknięcie z pokoju hotelowego w Portugalii. Do dziś to zdarzenie wywołuje dreszcze. Ale jest też zaginięcie Andrew Gosdena, zdolnego nastolatka z angielskiego Doncaster, który bez uzgodnienia z rodziną wsiada do pociągu do Londynu i tam, na stacji King’s Cross, łapie go kamera monitoringu, po czym chłopak rozpływa się w metropolii jak we mgle. Zupełnie jakby był duchem. – Hałas zniża głos. – I do tych właśnie spraw dołączy jedno jedyne zaginięcie z Polski. – Celuje we mnie palcem wskazującym. – I będzie to zaginięcie Piotrka Janochy.

Dopijam kawę i uśmiecham się najbardziej promiennie, jak tylko potrafię.

– Pierwszy sezon trafi do kilkunastu krajów – dodaje mężczyzna. Uśmiecha się, przekonany, że zdobył to, co chciał.

– Nie jestem zainteresowana. – Wstaję.

Hałas nie wygląda jednak na zaskoczonego albo umiejętnie maskuje emocje.

Podaję mu rękę, a on podnosi się i ją ściska.

– Dziękuję za spotkanie. I za kawę. Naprawdę niezłą tu parzą. – Zabieram walizkę i odchodzę.

– Oprócz serialu, który zobaczy pół Europy – Hałas podnosi głos – każda sprawa zostanie wydana w formie książki, reportażu, mamy już wstępnie uzgodnione wejście na rynek brytyjski, niemiecki, francuski i rosyjski.

Zatrzymuję się i odwracam.

Młody blondyn wsuwa ręce w kieszenie i podchodzi do mnie.

– To zajęcie idealne dla ciebie. Zyskasz sławę i rozgłos nie tylko w Polsce – kusi. – Już nie będziesz musiała się starać o żadną robotę. Teraz to robota postara się o ciebie.

Stoimy naprzeciwko siebie.

– I tak, to jest ten moment, w którym śmiało możesz pytać o honorarium. – Rozpromienia się i zarzuca grzywką.

– Mogę, ale nie chcę.

– Bo? – Nie kryje zdziwienia. – Podobno potrzebujesz kasy.

A więc jednak wszystko o mnie wie. Czuję się jak zaszczuty pies. Dreszcz schodzi mi wzdłuż kręgosłupa.

– Po prostu nie pracuję z ludźmi, dla których pieniądze są ważniejsze niż zasady. – Mój głos jest twardy jak stal.

Śmieje się, ale sztuczna wesołość szybko gaśnie.

– I tak właśnie było w Warszawie? Dlatego stamtąd wracasz?

Mierzymy się wzrokiem.

– Pytałaś, dlaczego zajmuję się tą sprawą, prawda? – Jego twarz nie wyraża żadnych emocji.

– O co ci chodzi?

Wskazuje na stół.

– Coś ci pokażę, tylko usiądźmy.

Waham się. Zainteresowanie bierze górę. Hałas czeka, aż siądę, a potem przysuwa się wraz z krzesłem do stołu.

Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyciąga iPhone’a, szuka w nim czegoś, po czym odwraca ekranem w moją stronę. Na zdjęciu jest dom schowany w gęstwinie drzew. Rozpoznaję go od razu, a moje ciało reaguje natychmiast. Zimny dreszcz przebiega mi po plecach. Nerwoból w klatce piersiowej narasta z każdym uderzeniem serca. Moją twarz wykrzywia grymas.

Widzę ten dom w wyblakłych wspomnieniach, które powoli nabierają barw. I naglę patrzę na zdjęcie, jakby dawno zasypana przeszłość wygrzebała się spod ziemi. Świeże, jasne drewno, nowy dach, otwarte okna i okiennice. Drzewka owocowe to ledwie cienkie witki z kilkoma gałązkami na krzyż. W tle majaczący jaz na Drwęcy.

Ale widzę coś jeszcze, coś, co podpowiada mi wyobraźnia.

W drzwiach domu stoi pulchny rudzielec z nogami krzywymi jak iks. Uśmiecha się do mnie przyjaźnie, ufnie. Tak jakby nie miało znaczenia to, że kilka razy go zawiodłam.

– W tym domu mieszkał kiedyś Piotrek, prawda? – odzywa się Hałas.

Nie wiem, czy jestem w stanie odpowiedzieć, ale kiwam głową.

– Podobno można go wynająć. To nie byłoby głupie… nakręcić tam kilka scen z tobą. Co sądzisz? – pyta młody blondyn.

I nagle staje się zupełnie niewyraźny i zamazany.

– To ja o tym zdecyduję. – Wstaję zbyt gwałtownie i potrącam stolik.

Filiżanka się przewraca, ale na szczęście jest pusta.

Potrzebuję chwili samotności, dlatego dyszę w lustro w łazience i z trudem powstrzymuję emocje. Nie widziałam tego domu od ponad trzydziestu lat, a teraz każde związane z nim wspomnienie odżywa. Być może dlatego trzęsą mi się dłonie, kiedy obmywam twarz zimną wodą.

Wracam do stolika i czuję na sobie wzrok Hałasa.

– Alergia – mówię, wskazując na zaczerwienione oczy.

– Wiem coś o tym, ale się odczulam. – Blondyn zerka na kartę menu. – Napijesz się jeszcze czegoś? A może coś zjemy?

– Nie jestem głodna – odpowiadam i między nami zapada cisza.

Mężczyzna przygryza wewnętrzną część policzka. Tak mi się przynajmniej wydaje.

– Jesteś mi potrzebna. – Próbuje nowej taktyki. – Po pierwsze, znasz się na tym, jesteś dziennikarką. Po drugie, to, co przeszłaś w dzieciństwie, to, że zawodowo zajmowałaś się zaginięciami, stawia cię na szczycie listy kandydatów do tej pracy. Po przeczytaniu twoich tekstów wiem, że masz w sobie niezbędne pokłady empatii, żeby wgryźć się w tę sprawę. Kiedy zapoznasz się z aktami, zrobisz naprawdę niezły materiał, kto wie, czy nie najlepszy. – Łączy dłonie w piramidkę. – Jeśli brakuje ci czasu, dam ci speca od dokumentacji. Odwali za ciebie brudną robotę i…

Hałas mówi dalej, ale wyłączam się, żeby przeanalizować tę rozmowę. Mam wrażenie, że wcale nie chodzi mu o mnie, że jestem tylko pretekstem. Myślę więc gorączkowo.

– …być może nawet kilka zdjęć nakręcimy w tym domu. – Młody mężczyzna się emocjonuje. – Na podstawie starych policyjnych fotografii odtworzymy też ogród. Wszystko będzie wyglądało jak kiedyś.