Wszyscy jesteśmy Meekhańczykami

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

COPYRIGHT © 2009-2013 by Robert M. Wegner

COPYRIGHT © 2009-2013 by Powergraph

COPYRIGHT © 2009-2013 for the cover illustration by Rafał Kosik

WYDANIE I

ISBN 978-83-61187-89-9

Wszelkie prawa zastrzeżone

All rights reserved

REDAKCJA Michał Cetnarowski

KOREKTA Maria Aleksandrow

PROJEKT GRAFICZNY I OKŁADKA Rafał Kosik

SKŁAD Powergraph

WYŁĄCZNY DYSTRYBUTOR

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

tel./faks: 22 721 30 00

www.olesiejuk.pl, e-mail: fk@olesiejuk.pl


WYDAWCA

Powergraph sp. z o.o.

Cegłowska 16/2, 01-803 Warszawa

tel./faks: 22 834 18 25

www.powergraph.pl, sklep.powergraph.pl, e-mail: powergraph@powergraph.pl

50d1cb1863e5e14869000026

Spis treści

Okładka

Strona redakcyjna

Wszyscy jesteśmy Meekhańczykami

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wszyscy jesteśmy Meekhańczykami

Gdyby nie ta popijawa, potężny kac i niezgrabność Velergorfa oraz nerwowy muł nigdy nie odkryliby szpiegów i skończyłoby się tylko na nieprzyjemnym podejrzeniu. Kenneth wieczorem pozwolił ludziom na nieco więcej, niż powinien. W końcu od koszar dzielił ich tylko dzień drogi, jutro mieli nocować we własnych łóżkach i zacząć kilkunastodniowy wypoczynek, wypełniony naprawianiem broni i pancerzy, ćwiczeniami, pucowaniem oporządzenia i innymi nudnymi żołnierskimi rytuałami. Na dodatek do Belenden prowadziła prosta jak z łuku strzelił imperialna droga. Mogli wstać długo po wschodzie słońca i dojść do koszar na kolację.

Wracał z patrolu z połową kompanii, czyli z dwudziestoma ludźmi i kilkoma psami. Reszta odpoczywała w koszarach pułku. To była dziesięciodniowa, spokojna wycieczka po bezpiecznej prowincji, w sam raz, żeby na początku wiosny przypomnieć ludziom, że Górska Straż czuwa. W czasie pokoju pułki działały właśnie w ten sposób, połowa strażników w terenie, druga w koszarach, żeby dowództwo miało ich pod ręką. Wysyłanie w teren dwóch dziesiątek wyglądało jednak na kpinę. Od zeszłej jesieni obiecywali mu przynajmniej kolejnych dwudziestu ludzi – wtedy nazwanie Szóstej Kompanii kompanią właśnie nie zakrawałoby na kiepski żart.

W karczmie, dzień drogi od Belenden, dotarła do jednego z żołnierzy wiadomość. Hawen Rycw, najmłodszy z jego ludzi, został ojcem. Z radości przepuścił połowę miesięcznego żołdu, stawiając wszystkim piwo, wino i gorzałkę. Kenneth pozwolił im na picie i zabawę, patrol przebiegał spokojnie, do koszar mieli blisko. Co się mogło stać?

Wychodząc rankiem na podwórze, zderzył się w drzwiach z wysokim, czarnowłosym mężczyzną, owiniętym w wystrzępiony, lawendowy płaszcz. Brzęknęło i na ziemię spadła lira.

– Wybaczcie. – Obcy miał głęboki, melodyjny głos. – To moja wina.

Podniósł instrument lewą ręką, prawą miał zabandażowaną i powieszoną na temblaku.

– Wypadek?

Obcy parsknął kpiąco.

– Nie. Śmiałek, panie poruczniku, mój koń, znaczy się, choć pewnie ma pan rację, że powinienem nazwać go Wypadek. Przez to bydlę muszę wracać za Mały Grzbiet bez żadnego zarobku. Co to za muzyk, który grać nie może?

Kenneth uśmiechnął się, czując niepokojące ukłucie. Płaszcz, hełm i kolczugę zostawił w pokoju, zakładając tylko koszulę i pikowaną kurtkę. Przy pasie miał zwykły sztylet. Z pewnością nie widzieli się wczoraj, więc skąd obcy znał jego stopień?

– Gdzie to was spotkało?

– Na drodze między Lorst a Czawer. Niedźwiedź zszedł z gór, a mój koń uznał, że jeździec będzie mu przeszkadzać w ucieczce, więc mnie zrzucił, choć do bestii było ponad sto kroków. Jak widać, taki z niego Śmiałek, jak ze mnie kapłan Pani. Musiałem zawrócić.

Kenneth przypomniał sobie wczorajszą rozmowę z karczmarzem. Gospodarz coś wspomniał o wędrownym muzyku w towarzystwie pachołka.

– A uczeń?

– Uczniem to on będzie za rok albo za dwa. Na razie tobołki nosi, obóz pomaga rozbijać, no i towarzystwo zapewnia, bo w górach człowiek nogę złamie na szlaku i z głodu zdechnie.

Ruszyli w stronę stajni. Oficer wciąż uśmiechając się uprzejmie, zajął miejsce po prawej stronie nieznajomego.

– Racja, panie…

– Wybaczcie. Mistrz Enwar z Wereh.

– Idziecie za góry? Przez Belenden? A potem? Na szczyt Przejścia Dwóch, przez Łysicę i w dół? Nie zdążycie przed nocą.

– Nie mam zamiaru. – Muzyk uśmiechnął się lekko. – Dobrze będzie, jak uda nam się dotrzeć na szczyt, a tam przenocujemy w strażnicy. I tak za późno wstaliśmy. Gdybym się nie spieszył, poprosiłbym was o towarzystwo, ale chcę zejść z gór jutro w południe, więc muszę wyruszyć już teraz.

Weszli do stajni. Sześć koni stało w boksach, a dwa wierzchowce i muł były właśnie przygotowywane do drogi. Na górze, na stryszku wypełnionym sianem, wciąż chrapali żołnierze. Kenneth przyszedł tu właśnie zarządzić pobudkę. Trochę zaspali, czekało ich szybkie śniadanie i jeszcze szybszy marsz, jeśli mieli zdążyć przed zmierzchem. Prawie z zazdrością spojrzał na konie muzyka i jego ucznia, osiodłane już i gotowe do drogi. Krępy wyrostek, będący zapewne towarzyszem Enwara, zaczynał właśnie troczyć sakwy na grzbiecie jucznego muła. Na widok mistrza skulił się i przyspieszył.

Z otworu w poddaszu wyjrzał dziesiętnik.

– Już na nogach, panie poruczniku?

– Tak, Varhenn, dola oficera – ostatni idzie spać, pierwszy wstaje, i tak dalej. Złaź.

– Już idę, panie poruczniku. Ależ mnie łeb boli…

– O ile dobrze pamiętam, Varhenn, uparliście się, że każdy postawi kolejkę. Tylko psy zwolniono z tego obowiązku.

Dziesiętnik uśmiechnął się boleśnie, usiadł na krawędzi, zsunął się, przez chwilę zawisł na rękach i ciężko zeskoczył na klepisko. Zachwiał się, zaklął, zrobił dwa szybkie kroki naprzód i żeby nie upaść, oparł się lekko o zad muła.

– Ostr…

Muzyk nie zdążył dokończyć. Zwierzę wydało z siebie dziki ryk, jakby nagle poczuło na skórze pazury niedźwiedzia, i stanęło dęba. Chłopaka, próbującego załadować mu na grzbiet kolejną sakwę, kopnęło w pierś. Pakunek rozwiązał się i na wszystkie strony poleciały jakieś rulony, karty i papiery. Kenneth spojrzał. Rysunki gór, miast, wsi, dróg.

– Nie mówiliście, że jesteście malarzem, mistrzu. – Porucznik podszedł do rozsypanych papierów, dając jednocześnie ręką znak Velergorfowi.

Uwaga. Niebezpieczeństwo.

– To nie ja, tylko Mallen, panie poruczniku. Chłopak. Pozwalam mu rysować co chce, bo nie dałby mi spokoju. Chyba będę musiał go oddać na naukę do malarza.

Muzyk, który pozwala uczniowi w terminie marnotrawić czas na rysowanie, zamiast gonić go do brząkania na lutni. Ciekawe. Oficer przykucnął, podniósł jeden z rulonów i go rozwinął.

– Mapy też rysuje? I skąd wiedziałeś, że jestem porucznikiem, skoro nie noszę dystynkcji?

Zgrzytnęło. W chwili, gdy się odwracał, Enwar runął na niego, łopocąc płaszczem. W prawej dłoni, cudownie uwolnionej z temblaka, trzymał sztylet o wąskim ostrzu. Kenneth rzucił mu w twarz mapę, złapał za rękę i czując, że napastnik przenosi ciężar ciała na przednią nogę, skręcił szybko biodra tak, że kolano, które miało trafić go w krocze, uderzyło w udo. Zabolało.

Naparł na fałszywego muzyka, odchylił się lekko i uderzył głową w twarz przeciwnika. Mężczyzna zdążył się lekko odchylić i cios nie rozkwasił mu nosa, tylko trafił w policzek.

– Varhenn!

Świsnęło. Drewniany cebrzyk z wodą do pojenia zwierząt zatoczył krótki łuk i trafił szpiega w potylicę. Było po wszystkim.

* * *

Zbiórka odbyła się w trybie bojowym. W niecałe trzy minuty oddział był pod bronią i w pełnym rynsztunku. Kac nie kac, byli Górską Strażą.

Więźnia rozebrali do przepaski biodrowej i związali. Tak jak Kenneth się domyślał, jego prawa ręka była zdrowa. Za to odzież kryła liczne niespodzianki. Znaleźli cztery sztylety do rzucania, stalową garotę, sześciocalową szpilę z wydrążonym ostrzem i kilka małych buteleczek, wypełnionych bezbarwnymi i bezwonnymi płynami. Osiem wytrychów i mały nożyk, z ostrzem z brązu i miedzianą rękojeścią, cały pokryty piktogramami. Gdy Kenneth wziął go do ręki, miał wrażenie, że broń wibruje. Magia.

Zebrali się na dziedzińcu. Szpieg leżał na wznak, niemal nagi, i nadal nie dawał oznak życia.

Karczmarz podszedł do oficera i ukłonił się z szacunkiem.

– Chłopak powinien wyżyć, panie poruczniku. Ma połamane żebra i ze dwa dni będzie nieprzytomny, ale jeśli bogowie pozwolą, wyliże się.

– To dobrze.

Pomocnik wyszedł najgorzej z całego zajścia. Choć z drugiej strony, muły wywodzące się z miejscowych zwierząt znane były z tego, że potrafią kopnięciem zabić górskiego lwa. Chłopak i tak miał szczęście. Kenneth postanowił jednak nie ryzykować przenoszenia go w takim stanie do Belenden. Młodzik miał zostać w karczmie, pilnowany przez kilku strażników, a jutro przyślą po niego wóz. Ważniejszego jeńca mieli zabrać od razu.

Dał znak dwójce żołnierzy, od jakiegoś czasu trzymających już wiadra z wodą.

– Nie trzeba. – Związany nagle otworzył oczy. – Po co mam mokry iść.

Strażnicy popatrzyli na dowódcę, ten spokojnie kiwnął głową.

Dwa strumienie lodowatej wody trafiły mężczyznę w pierś. Zaklął paskudnie i próbował poderwać się z ziemi, ale jeden z żołnierzy wcisnął go nogą w błoto.

 

– To ostrzeżenie. – Kenneth stanął nad szpiegiem i spojrzał mu prosto w oczy. – Nie będziesz więcej udawał nieprzytomnego. Jeśli zrobisz to jeszcze raz, każę połamać ci ręce, tak na wszelki wypadek. Poza tym jak ci będzie zimno, to zaczniesz się szybciej ruszać, a ja chcę być w koszarach przed wieczorem. Teraz cię rozwiążemy, a ty się ubierzesz.

Wskazał na stare portki, słomiane łapcie i brudną koszulę, którą dostali od karczmarza.

– A moje ubranie? – Nawet leżąc w błocie i trzęsąc się z zimna, jeniec potrafił nadać głosowi ton oburzenia.

– Za dużo tam ciekawych drobiazgów, a ja nie jestem pewien, czy wszystkie znaleźliśmy. Dowódca pułku zawiadomi miejscowe Szczury i oni je sobie dokładnie obejrzą.

Agenci imperialnego Wywiadu Wewnętrznego sami nazywali się Szczurami. Kenneth wprawdzie nie znał żadnego, ale pułkownik Akeres Gewanr, dowódca Szóstego, z pewnością miał z nimi kontakt.

Dał znak, żołnierz zdjął nogę z piersi szpiega i postawił go na nogi. Gdy rozcinano więzy jeńca, w rękach kilku strażników pojawiły się napięte kusze, ale żołnierze nawet nie zadali sobie trudu, żeby w niego mierzyć. Nie wyglądał na głupca.

Więzień, krzywiąc się i trzęsąc z zimna, założył przyniesione łachmany, po czym ponownie związano mu ręce na plecach.

– Zaraz ruszamy – Kenneth podniósł głos, aby wszyscy go usłyszeli. – Będziemy szli szybkim marszem, więc odlać się i załatwić inne rzeczy teraz. Najbliższy postój po południu.

Nie rozległ się jęk zawodu, wszyscy czuli, że sprawa jest poważna. Wśród kart i zwojów znalezionych przy szpiegu były dokładne mapy nie tylko powszechnie znanych dróg przez góry, lecz także zaznaczono na nich nieoficjalne przejścia, wąskie ścieżki i mało uczęszczane dróżki, z których korzystała głównie Górska Straż i bandyci. Położenie niektórych z tych szlaków było ścisłą tajemnicą, bo zwłaszcza w czasie wojny, szybkie i bezpieczne przemieszczanie wojska miało w górach kluczowe znaczenie. Poza tym wśród szkiców były też pejzaże, pokazujące górskie szczyty, wsie, miasta, pojedyncze wieże strażnicze i dokładnie rozrysowany z kilku stron widok na Belenden. Podejścia pod mury miasteczka, umocniony garnizon, brama wjazdowa. Chłopak, jeśli to naprawdę on rysował, miał w dłoniach i oczach prawdziwy majątek. Prawie szkoda, że zgodnie z imperialnym prawem te dłonie zostaną odcięte, a oczy wyłupione.

Konie zostawili na miejscu, zabierając ze sobą tylko muła, obładowanego rzeczami szpiega. Kenneth przywołał Velergorfa.

– Ilu ludzi zostaje?

– Czterech. Dostali rozkazy.

– Dobrze.

Ta czwórka miała pilnować chłopaka. Nie tylko żeby nie uciekł, ale też żeby nie podciął sobie żył. Na przykład.

– Szykować się! – porucznik podniósł głos. – Wymarsz za pięć minut!

* * *

Nie oszczędzali go. Zresztą siebie też nie. Szybki marsz Górskiej Straży oznaczał kwadrans truchtu i kwadrans normalnego marszu. Na zmianę, czasami przez wiele godzin. Dla kogoś przywykłego do podróżowania konno było to mordercze doświadczenie i już po pierwszej godzinie szpieg słaniał się na nogach i rzęził, jakby miał wypluć płuca. Związane z tyłu ręce nie ułatwiały mu biegu.

Nie trzymali specjalnego szyku. Przed szpiegiem i za nim maszerowało po trzech żołnierzy, potem Kenneth z Velergorfem i reszta oddziału. Na końcu wlókł się muł, wytrzeszczając przerażone oczy na towarzyszące mu psy.

– Meekhańskie pieski – wychrypiał jeniec, odzywając się po raz pierwszy w połowie drugiej godziny marszu, gdy właśnie przeszli do zwykłego chodu. – Chędożone imperialne pachołki.

Kenneth zignorował go, zajęty poprawianiem oporządzenia. Rzemień, na którym zawiesił nową tarczę, niemiłosiernie wrzynał mu się w ramiona, pas z mieczem obijał o nogi, a hełm ocierał czoło. Zdjął go i starannie poprawił wyścielającą jego wnętrze skórzaną plecionkę.

Podbiegł do niego Hawen.

– Panie poruczniku, mam prośbę.

– Jeśli nie dotyczy kopnięcia pewnego sukinsyna, to słucham.

– Kamień chciałbym znaleźć, dla syna. Na stos przy belendeńskim zejściu.

Kenneth pozwolił sobie na uśmiech, kiedy strażnik przypomniał wieści, które zastały go w karczmie.

– Dziesięciofuntowy? Zamierzasz go nieść aż pod miasto?

– No nie, panie poruczniku, taki normalny, jak pięść.

– Wiem, wiem… Zrobimy postój przy potoku, to poszukasz. Tylko żeby ładny był.

– Będzie jak perła, panie poruczniku! – Hawen zasalutował w marszu i zajął miejsce w kolumnie.

Wtedy po raz pierwszy szpieg się przewrócił.

– Meekhańskie kundle – wysapał z twarzą wciśniętą w ziemię.

Kenneth gestem uniesionej dłoni zatrzymał oddział, lecz zanim zdążył podejść do więźnia, uprzedził go jeden z ludzi z dziesiątki Velergorfa. Cawe Kaln, zwany Wilkiem, uchodził za mruka i milczka, ale nie było lepszego zwiadowcy i tropiciela w całym Szóstym Pułku. Ubrany w lekki, skórzany pancerz i narzucony na wierzch plamisty kaftan zakończony kapturem, zazwyczaj znakomicie wtapiał się w tło. Jego kusza była pomalowana na czarno, a uzupełniała ją para kordów i kilka noży za pasem.

– Będziesz biec razem z nami albo każemy cię przywiązać do ogona muła i powleczemy za nim – żołnierz powiedział to bez specjalnego nacisku. – W garnizonie mamy czarownika – uzdrowiciela, który poskłada twoje resztki do kupy, nawet jeśli przywieziemy mu tylko beznogi zewłok.

Szpieg nie tyle dyszał, ile zasysał powietrze rozpaczliwymi haustami. Góral złapał go za ramię i postawił na nogi.

– Wilk!

– Tak jest, panie poruczniku. – Strażnik stanął na baczność, puszczając jeńca.

– On ma dojść o własnych siłach i w takim stanie, żeby mógł mówić.

– Tak jest! Ale… Panie poruczniku, on mnie obraża.

– Uważasz się za meekhańskiego kundla?

– Nie, panie poruczniku.

– A za kogo?

– Za Meekhańczyka, panie poruczniku.

Kenneth przyjrzał mu się uważnie. Cawe Kaln miał pięć stóp, osiem cali wzrostu, czarne włosy, bladą twarz i jasne oczy. Nie było na nim grama zbędnego tłuszczu. Gdyby ktoś chciał namalować obraz zatytułowany Góral z krwi i kości, wybrałby właśnie jego na wzór.

– Naprawdę?

Ta deklaracja była niezwykła. Większość miejscowych lubiła podkreślać swoje wessyrskie korzenie oraz to, że Imperium nie zdołało podbić Północy zbrojnie, lecz przyłączyło ją na drodze dyplomatycznych zabiegów. Co prawda od prawie trzystu lat mieszane małżeństwa i koligacenie rodzin stopniowo wzbogacało lokalną krew o – jak mówiono – smak południa, ale górale nadal potrafili się obrazić, gdy ktoś nieopatrznie nazwał ich Meekhańczykami.

– Naprzód! A ty do mnie. – Porucznik skinął na Wilka.

Pozwolił, by jeniec oddalił się na kilkanaście kroków, i dopiero ruszył.

– Cawe, mamy go doprowadzić do koszar żywego.

– Rozumiem, panie poruczniku.

– I poganianie więźnia zostaw mnie, w końcu biorę za to żołd. Zrozumiano?

– Tak jest!

– Na miejsce, strażniku.

Wilk oddalił się truchtem.

– Co on się nagle zrobił taki imperialny, Varhenn? Ja to co innego, jeszcze mój dziadek był Meekhańczykiem, nazwisko nie kłamie. Ale Wilk?

Dziesiętnik popatrzył na niego spokojnie, a pokryta niebieskim tatuażem twarz nie wyrażała niczego. Po chwili uśmiechnął się lekko.

– Wie pan, gdzie jesteśmy?

– Głupie pytanie, Varhenn.

– Nie, panie poruczniku, nie pytam o miejsce czy prowincję, tylko o okolicę. Nie służył pan tu przedtem, a ja dawno temu, ale pozwolił pan poszukać Hawenowi kamienia dla syna na stos.

– Wszyscy tak robią, jak słyszałem, rodzice każdego nowo narodzonego dziecka kładą kamień na stos liczebny, przy zejściu z Łysicy.

– A dlaczego?

– Miejscowy zwyczaj? Prastara tradycja? Mnie nie pytaj.

– Ta tradycja ma ćwierć wieku, panie poruczniku. Co jest za Łysicą?

– Dolina Wares i szlak na południe, do Kalen.

– Tak, szlak, którym jeżdżą wozy kupieckie do i z Nowego Rewendath. Główna droga łącząca nas z południem Imperium.

– Dolina Wares… Tam Se-kohlandczycy wyrżnęli połowę Siedemnastego Pułku Piechoty?

– Nie połowę, ledwo jedną trzecią, panie poruczniku.

– Byłeś tam?

Na mgnienie oka twarz dziesiętnika ściągnęła się dziwnie, skamieniała.

– Tak, byłem. Opowiedzieć?

Kenneth rozejrzał się. Spokój, cisza, do następnego truchtu mieli jeszcze kilka minut. Szpieg był związany i pilnowany, a w okolicy nie było nawet przepaści, w którą mógł się rzucić.

– Mów.

* * *

– Na żelaznego fiuta Reagwyra!

Kawer Monel, nazywany Czarnym Kapitanem, stał na szczycie Łysicy i patrzył na południe. Widok był przepiękny. Na niebie nie gościł nawet najmniejszy obłok, słońce wspięło się już spory kawałek nad horyzont i wzrokiem, jeśli ktoś miał wystarczająco bystry, można było sięgnąć pięćdziesiąt mil w przód. Pola, łąki, rybne stawy, dwa szmaragdowe w tym świetle jeziora, spore połacie lasu, wioski i miasta, połączone siatką dróg. Żyzny, bogaty, ludny teren.

Łysica była forpocztą Małego Grzbietu, łańcucha gór, o które Imperium Meekhańskie oparło się w trakcie swojej zbrojnej ekspansji. Prawdę powiedziawszy, Imperium przekroczyło Mały Grzbiet dopiero wtedy, gdy gospodarczo i politycznie wchłonęło ziemie Ligi Wessyrskiej, czego po serii nieudanych wojen dokonano na drodze trwającego kilkadziesiąt lat koligacenia rodów, mieszania interesów i zacieśniania więzów politycznych. Sprawę ułatwiał fakt, że Wessyrczycy nie wyznawali jednego boga, tylko wychodzili z założenia, że w panteonie jest miejsce dla wszystkich; wojownicze kulty, które przez setki lat tworzyły teokracje w różnych miejscach kontynentu, nie zdołały ich przekonać do swojej wizji prawdy. Religia zatem nie stanowiła problemu. Nadal jednak doliny pomiędzy Małym a Wielkim Grzbietem oraz tereny do pięćdziesięciu mil na południe od Małego Grzbietu, czyli do rzeki Vanawen, uchodziły za ziemie wessyrskie. Jeśli ktoś miałby wystarczająco bystry wzrok, mógłby ze szczytu Łysicy dostrzec rzekę – szarą wstęgę na horyzoncie.

Góra miała niemal milę wysokości i wyglądała, jakby ktoś kiedyś wziął potężny młot i dla zabawy z całej siły przygrzmocił w jej zbocze. Tak powstała dolina Wares, która formalnie doliną nie była, owalna niecka o średnicy ponad ćwierć mili, obejmowana z dwóch stron przez skaliste ramiona i zamykana prawie pionową ścianą samej Łysicy. Wejście do tej niby-doliny miało ledwo pięćdziesiąt jardów szerokości. Prowadził tędy imperialny szlak, kamienna droga szeroka na dwa wozy. Nazywano ją Furtką Północy, bo było to jedyne miejsce w promieniu prawie stu mil, gdzie wozy kupieckie mogły przekroczyć Mały Grzbiet.

Jednak choć szlak wiodący na szczyt Łysicy prowadził wąską drogą, wyciętą w diabelnie stromej ścianie góry, to budujący ją imperialni inżynierowie zasłużyli na wszelkie honory i zaszczyty, jakimi ludzka pamięć i wdzięczność mogła ich obdarować. Trakt wspinał się zakosami, miał osiemnaście zakrętów i łączną długość prawie siedmiu mil. Wóz kupiecki, ciągnięty przez czwórkę silnych koni, wspinał się na szczyt cały dzień. Ale i tak mógł się dostać do Nowego Rewendath kilkakroć szybciej, niż gdyby miał jechać sto mil na wschód, aby skorzystać z Wielkiej Bramy.

Tylko że teraz wóz kupiecki wspinałby się na Łysicę przez trzy dni. Albo dłużej.

– Jak stado baranów. – Kapitan splunął na ziemię, nie wiadomo – zniesmaczony widokiem, czy po prostu chcąc się pozbyć żółci zalegającej w ustach.

Młody strażnik poruszył grdyką. Sam chętnie by splunął, pozbył się kuli gęstej, lepkiej flegmy podchodzącej pod gardło, ale nie wypadało. Oficerowi przysługuje zazwyczaj dużo więcej. Lepszy żołd, lepsze kwatery, lepsze porcje ze wspólnego kotła. Prawo plucia, kiedy się zechce.

Teraz jednak nie zamieniłby się ze swoim kapitanem za wszystkie te niewątpliwe przywileje.

– Ty masz być moim gońcem? Jak cię zwą?

– Varhenn, panie kapitanie.

Czarny Kapitan oderwał wzrok od doliny i przyjrzał mu się uważnie.

– Bergeńczyk, co? – Zawiesił wzrok na plemiennych tatuażach, pokrywających policzki, czoło i grzbiety dłoni młodego strażnika.

– Z ojca i matki.

– Ile masz lat?

– Siedemnaście, panie kapitanie.

– A ja jestem cesarskim zięciem. Ile, pytam!

– Piętnaście.

– No, tak lepiej. Umiesz się tym posługiwać? – Szturchnął palcem ciężki topór, zatknięty za pasem młodzika.

– Od dziecka, panie kapitanie.

– To dobrze, przyda ci się. Co o tym sądzisz? – Oficer wskazał na dolinę.

Strażnik spojrzał w dół. Z tej wysokości jej dno wyglądało jak falujące morze. Ludzie, zwierzęta, wozy, wszystko przemieszane i splątane w wielki kobierzec. W przewężenie wlewały się kolejne grupy szukających ratunku uchodźców. Imperialna droga była zapchana ludźmi, wozami, przeganianymi stadami. Nawet tu, stojąc na szczycie, słyszał ten tłum. Zmieszane głosy ludzi i zwierząt tworzyły groźne, mroczne tło. Panika, to słowo podjeżdżało mu palącą kulą do gardła. Jedno słowo, jeden okrzyk o najeźdźcach, a cała ta masa runie w stronę drogi prowadzącej na Łysicę i zacznie się deptać, dusić i umierać. Najpierw starcy, kobiety i dzieci, a później reszta. Jedno słowo zabije więcej ludzi niż nacierająca armia.

 

Nie wiedział, co powiedzieć.

– Też tak sądzę. – Kapitan stanął w rozkroku, wsadził ręce za pas, poczerniona kolczuga, którą zazwyczaj nosił na czarnym, skórzanym pancerzu, brzęknęła głucho. – Se-kohlandczycy zapędzają ich tu jak ryby w sak. A jutro, najdalej pojutrze, zjawią się, żeby wybrać co lepsze kąski.

To akurat wiedzieli wszyscy. Imperium od trzech lat chwiało się pod ciosami armii koczowników. Plonem tej wojny było na razie pięć przegranych wielkich bitew i niezliczona ilość potyczek i starć, które zniszczyły mit o niezwyciężonej meekhańskiej piechocie. Koczownicy nie byli jakąś bandą, której udało się wedrzeć na terytorium Imperium, tylko stutysięczną, zaprawioną w bojach armią konną, świetnie dowodzoną i umiejącą wykorzystać swoją przewagę. Poruszali się dwa razy szybciej niż korzystające z sieci imperialnych dróg meekhańskie pułki, unikali bitew, jeśli nie mieli przynajmniej dwukrotnej przewagi liczebnej, uderzali tam, gdzie byli pewni zwycięstwa. Koczowniczą armię tworzyło pięć wielkich, dwudziestotysięcznych zagonów, a ich bojowe a’keery, liczące od stu dwudziestu do stu pięćdziesięciu koni, potrafiły pojawić się niemal w każdym miejscu na północ od Gór Krzemiennych. Rabowały, paliły, mordowały i plądrowały wszystko, co stanęło im na drodze. Centralne prowincje Imperium od prawie trzystu lat cieszyły się pokojem. Wioski, miasteczka, nawet spore miasta nie miały murów i były niczym otwarte ule dla roju wściekle głodnych szerszeni.

Przed dziesięcioma dniami przyszła wieść, że dwa z tych zagonów skręciły na północny zachód, przekroczyły rzekę i wtargnęły do podgórskich prowincji. Trzydzieści, czterdzieści tysięcy najeźdźców bez trudu rozbiło dwa imperialne pułki, liczące razem nie więcej niż pięć tysięcy ludzi. I zaczęło plądrować. Obaj strażnicy wiedzieli, że jeszcze wczoraj niebo szpeciły dymy z płonących wiosek i miast. Dziś horyzont był pusty, co tylko wzmagało poczucie zagrożenia. Nie wiedzieć, gdzie znajduje się wróg, to sto razy gorzej, niż mieć go tuż przed oczami.

Tylko że Se-kohlandczycy nie musieli się teraz spieszyć. Kapitan Monel miał rację, dolina Wares była sakiem, do którego mieszkańcy prowincji dali się zapędzić jak bezrozumne zwierzęta. Dziesiątki tysięcy ludzi pchały się tu, z wozami załadowanymi dorobkiem całego życia, jakby nie pamiętały, że droga na szczyt nawet zwykłemu piechurowi zajmuje pół dnia. Wóz wjeżdżał cały dzień, pod warunkiem że zaprzęgnięto do niego silne, zdrowe zwierzęta i nie był obładowany ponad miarę. A teraz na górę pchały się pokraczne, ciężkie wiejskie wehikuły, wypełnione do granic możliwości wszelkim dobytkiem i ciągnięte przez jedną, czasem dwie, wychudzone i osłabione po kilkudniowej ucieczce szkapy. Początek ludzkiego węża, wspinającego się na Łysicę, znajdował się ledwo w jednej trzeciej szlaku. Varhenn wiedział, że nie ma szans, by przed nocą miał dotrzeć na szczyt. Dolina okazała się śmiertelną pułapką.

Kapitan westchnął i znów splunął przed siebie.

– Idź do porucznika Kawacra i powiedz, żeby ze swoją kompanią zaczął schodzić w dół szlaku. Wszystkie wozy mają zepchnąć z drogi, zwierzęta mogą zostać, ale pod warunkiem, że nie opóźniają marszu. Jak któreś zwalnia, zarżnąć i na bok. Na każdym zakręcie niech postawi po dwóch, trzech ludzi, żeby kontrolowali sytuację i poganiali tłum. Żadnych przestojów. Jeśli ktoś nie daje rady, ma ustąpić innym. Resztę strażników niech zostawi tutaj, mają spychać ludzi na drugą stronę, żadnego zatrzymywania się na górze, bo zakorkują nam szczyt. I niech ich liczy. Chcę wiedzieć, ilu przejdzie za Mały Grzbiet. Ja z resztą kompanii zejdę bokiem, najpierw Trzecia i Ósma, na końcu moja. Biegnij!

Młody strażnik skinął głową, zasalutował i pomknął w stronę niewielkiej wieży, gdzie czekała reszta oddziału. Czarny Kapitan przyprowadził na Łysicę cztery kompanie, Pierwszą, Trzecią, Ósmą i Dziesiątą z Czwartego Pułku Górskiej Straży. Łącznie niespełna czterystu ludzi. Rozkazy dostali ledwo pięć dni temu, co świadczyło o tym, że system łączności, zwykłej i magicznej, mocno już szwankował. Se-kohlandzkim zagonom towarzyszyli najczęściej potężni plemienni szamani, zwani źrebiarzami, którzy z wściekłym uporem polowali na imperialnych czarodziejów. Zwłaszcza tych służących w wojsku. W ten sposób powoli wyrywano armii kły, oślepiano ją i ogłuszano. Sieć konnych gońców już dawno została poszarpana przez lotne a’keery. Koczownicy przejęli inicjatywę i Imperium powoli przegrywało tę wojnę.

Porucznik Dewen Kawacr, dowodzący Pierwszą Kompanią, bez słowa wysłuchał rozkazów i ruszył ze swoimi ludźmi w stronę podejścia. Przypadło mu najniewdzięczniejsze zadanie. Ale jeśli ktokolwiek miał wyjść z życiem z pułapki, jaką stała się dolina, szlak musiał zostać udrożniony. Piechur wchodził na górę dwa razy szybciej niż wjeżdżał wóz i ta prawda narzucała im metodę działania, bo Górska Straż miała chronić przede wszystkim ludzi.

Varhenn przekazał pozostałym dwóm porucznikom rozkaz przygotowania się do zejścia. Mieli ześlizgnąć się na dno doliny, wykorzystując liny, haki i czekany. Straż umiała wspinać się i schodzić po niemal pionowych ścianach, więc nie powinno im to zająć więcej niż dwie godziny. Gdy ruszał z powrotem do kapitana, Trzecia Kompania właśnie zaczęła się szykować do wykonania rozkazu. W dół poleciały zwoje lin i pierwsi strażnicy znikli za skalnym występem. Powinni być na dole szybciej, niż Pierwsza dotrze do czoła wspinającego się mozolnie w górę ludzkiego węża.

Zastał kapitana stojącego w tym samym miejscu i wpatrującego się w horyzont. Na południowym wschodzie pojawiła się wstęga czarnego dymu, szybko pnąca się w górę. Gdy oficer go zauważył, zaczął mówić.

– Abereh. Mała wioska. Dwadzieścia pięć mil stąd. Dwie, trzy godziny trochę szybszym kłusem. Ale po drodze są stawy rybne, z tymi piekielnie wąskimi groblami, rzeczka i las. Gdyby ktokolwiek tam na dole miał łeb na karku, można by urządzić piękną zasadzkę. Mówią, że nie ma to jak konnica na grobli i pięćdziesięciu zdecydowanych ludzi z dobrymi kuszami w rękach.

– Tak jest, panie kapitanie.

– Ty mi tu nie takjestuj, chłopcze. Ilu tam na dole jest ludzi? Jak sądzisz?

Młody strażnik spojrzał na zatłoczoną dolinę.

– Dwadzieścia tysięcy?

– Nie chłopcze, co najmniej trzydzieści. Może więcej. Są tu mieszkańcy Maawah, Lawerdonu, Starego Opann i Kaless. I z wszystkich okolicznych wiosek. A drugie tyle jest w drodze i będzie docierać cały dzisiejszy dzień i noc. Rankiem będzie tutaj sześćdziesiąt tysięcy dusz, połowa prowincji upchnięta na jednej piątej mili kwadratowej. Nie licząc bydła, owiec, kóz i świń. Wiesz, co to znaczy?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?