Zwycięstwo albo śmierć

Tekst
Z serii: s-f
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zwycięstwo albo śmierć
Zwycięstwo albo śmierć
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,85  47,88 
Zwycięstwo albo śmierć
Zwycięstwo albo śmierć
Audiobook
Czyta Wojciech Masiak
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

O tomie pierwszym napisano:

„Autor kreuje łatwo przyswajalną wizję przyszłości, zbudowaną z klasycznych i dobrze znanych elementów, doprawioną odrobiną humoru, wartką akcją i zakamuflowanym nieco głębszym przesłaniem. (…) Szmidt serwuje bardzo popową, lekką lekturę z atrakcyjnym zakończeniem będącą jednocześnie obietnicą znacznie większego rozmachu i rozwinięcia zaprezentowanego świata w dalszych częściach. Warto czekać”.

www.dzikabanda.pl

„Zimny i brutalny jest wszechświat kosmicznych żołnierzy przyszłości z prozy Roberta J. Szmidta. (…) Jest misja, przymus, odpowiedzialność i smutek. I jeszcze wola przetrwania”.

Republika kobiet – Sylwia Skorstad

„Robert J. Szmidt – człowiek, od którego zaczęło się odrodzenie polskiej fantastyki w XXI wieku, który wymyślił i prowadził magazyn »Science Fiction«, kiedy wszyscy pukali się w głowę, że to totalny bezsens, wydał właśnie nową książkę. (…) To bardzo dobra, rozrywkowa space opera z ciekawymi bohaterami, wartką akcją i niepokojącymi pytaniami”.

Aleksander Kusz, szortal.com

Opinie z portalu LubimyCzytać (362 oceny, średnia ocena: 7,38/10)

„Z taką książką nawet najbardziej ponury dzień człowiekowi nie przeszkadza. Żeby nie rozwlekać: Łatwo być Bogiem to stara dobra fantastyka, ale napisana po filmowemu. Chwilami miałem wrażenie, że oglądam rasowe SF w kinie”.

Wojtek Grabowski

„Ta powieść zupełnie mnie nie zaskoczyła. Czemu? Bowiem po tym autorze spodziewałem się dokładnie takiej prozy: ciekawej, dynamicznej fantastyki ze znakiem wysokiej jakości, która pod wierzchnią, rozrywkową warstwą stara się pytać o rzeczy ważne i znaczące. I to właśnie w najnowszej książce Szmidta dostałem”.

Konrad

„Moim zdaniem dzięki powieści Łatwo być Bogiem Robert Szmidt staje w szeregu wielkich mistrzów fantastyki, takich jak Asimov, Clarke czy Aldiss. Autor serwuje nam klasyczną, twardą kosmiczną fantastykę. I okazuje się, że z takiej fantastyki się nie wyrasta. Książka jest napisana świetnym językiem – żywym, autentycznym. I naprawdę trudno odrywać się od czytania”.

McRap1972

O tomie drugim napisano:

„(…) wprowadza powiew świeżości do tego gatunku. Świetni bohaterowie, dynamiczna walka, plastyczne opisy. Czego chcieć więcej? Moja ocena to 9/10”.

Ksiazkinawieczor.blogspot.com

„Powiedzieć, że druga część cyklu »Pola dawno zapomnianych bitew« Roberta J. Szmidta okazała się równie dobra, jak otwierająca serię powieść Łatwo być Bogiem, to jawne kłamstwo. Ucieczka z raju okazuje się książką jeszcze lepszą, świetnie rozwijającą niektóre wątło naszkicowane wątki swojej poprzedniczki (…). Z najnowszej książki Roberta J. Szmidta jestem zadowolony jak diabli!”

Gloskultury.pl

„Szmidt w najlepszej formie – to chyba wystarczająca rekomendacja tej książki zawarta w jednym zdaniu. Każdy fan Roberta po tej kwestii powinien sięgnąć po tę pozycję, a ci, którzy z prozą Szmidta się dotychczas nie spotkali (są tacy?), powinni nadrobić braki”.

polacyniegesi.qs.pl

„Lektura kolejnych rozdziałów jest jak zjadanie pączka: przyjemna, z każdym kęsem coraz lepsza i z czekającą wewnątrz niespodzianką. Drugi tom cyklu »Pola dawno zapomnianych bitew« potwierdza, że Robert Szmidt ma świetne pomysły i potrafi doskonale prowadzić czytelnika… na manowce”.

geek-woman.blogspot.com

Opinie z portalu LubimyCzytać (179 ocen, średnia ocena: 7,85/10)

„Polecam każdemu miłośnikowi fantastyki i science fiction! Nie zawiedziecie się, słowo harcerza!”

Wojtek Grabowski

„Fantastyczne rozwinięcie wątków zasygnalizowanych w pierwszym tomie, do tego szczypta zagadek i niesłabnąca akcja. Bohaterowie, z którymi można się zżyć i za których trzyma się kciuki, wydarzenia, które nie pozostawiają obojętnym. A to wszystko rozgrywa się w kosmosie, którego wizja nadzwyczajnie do mnie przemawia. Może dlatego, że wychowałam się na filmach space operowych, które ta książka mi przypomina? Stare dobre SF w najlepszym wydaniu! Polecam gorąco”.

Jadche

„Pełnokrwiści bohaterowie, a do tego akcja, akcja i jeszcze raz akcja. Działo się tyle, że starczyłoby na kilka książek. Intrygi, podejścia, ratowanie całych planet, wojsko, flota kosmiczna, wojna, Obcy – miodzio”.

Jacek Wesołowski


PROLOG

System Harare, Sektor Foxtrot,

04.03.2355

Jedna z zielonych sfer, którymi oznaczono na holomapie punkty wyjścia z nadprzestrzeni, zmieniła nagle kolor i zaczęła pulsować. Z każdym powiększeniem stawała się bledsza i żółciejsza.

– Trzy minuty do wyjścia – zameldował mechanicznym, choć przyjemnie brzmiącym głosem komputer Miecza. – Jeden obiekt… dwa… trzy… cztery… pięć… – Kolejne cyfry padały w równych interwałach. – Masa osiem koma jeden. Identyczna we wszystkich przypadkach.

Major Burescu przełączył skalę holomapy, przywołując zbliżenie tego sektora systemu. Dzięki równoległym transmisjom aż z czterech kwantowych stacji przekaźnikowych mógł obserwować sytuację w czasie rzeczywistym, i to zarówno przy samym punkcie skoku, jak i w pewnym oddaleniu od niego, tam gdzie znajdowały się długie kolumny jednostek przestrzennych zmierzających w kierunku trzech studni grawitacyjnych, które łączyły Harare z pasami F i G. Szybki rzut oka wystarczył, aby major zauważył, że nadlatujące t’iru zaraz po wyjściu z nadprzestrzeni znajdą się niebezpiecznie blisko jednego z tych szlaków.

Skoro jest ich w tej eskadrze aż pięć, pomyślał Burescu, niewykluczone, że podzielą siły, by dopaść tylu uciekinierów, ilu zdołają. Ja z pewnością tak bym postąpił.

Ma’lahn wyciągnęli słuszne wnioski z porażki na Sankt Petersburgu. Po utracie liniowca w starciu z połączonymi siłami drugiej i trzeciej floty zwiększyli liczebność swoich zespołów uderzeniowych niemal dwukrotnie. Takie przegrupowanie spowolniło tempo podboju Rubieży, lecz dla ma’lahn najważniejsze było bezpieczeństwo. Major Burescu nie dziwił się Obcym – przy długowieczności liczonej w dziesiątkach, a nawet setkach mileniów czas musiał mieć dla nich drugo-, jeśli nie trzeciorzędne znaczenie. Czymże bowiem jest ziemski rok dla stworzeń, które na własne oczy oglądały narodziny Homo sapiens?

Co najwyżej mgnieniem oka, odpowiedział sobie w duchu Burescu, obserwując rejestrowane przez przekaźniki równoczesne zmiany kursów dziesiątków frachtowców i innych małych jednostek na wspomnianym szlaku. Harare w odróżnieniu od setek fałszywych kolonii był jednym z najgęściej zaludnionych systemów pasa H. I chociaż planowa ewakuacja trzech zamieszkanych planet i kilkunastu księżyców rozpoczęła się na długo przed zamilknięciem stacji tranzytowej – co było zwyczajowym ostatnim ostrzeżeniem przed nadchodzącym atakiem – jak widać, to nie wystarczyło.

Półtora miliarda ludzi stanowi populację tak ogromną, że nawet wysoko zaawansowana technologicznie cywilizacja dysponująca wieloma tysiącami jednostek z napędem nadprzestrzennym potrzebowała całych tygodni, by poradzić sobie z ewakuacją na taką skalę. Do dnia inwazji w systemie pozostało nie więcej niż cztery miliony kolonistów, z czego zdecydowana większość znajdowała się już na pokładach jachtów, barek i transportowców pędzących nieprzerwanymi strumieniami w kierunku wszystkich bezpiecznych studni grawitacyjnych, których przepustowość – z nieznanych wciąż nauce powodów – była niestety ograniczona do czterech obiektów na sekundę. To oznaczało, że gros uciekinierów czekających na możliwość wykonania skoku na Fomalhaut 7 musi ewakuować się w inny, o wiele wolniejszy sposób.

Ikonki symbolizujące jednostki cywilne zaczęły gasnąć na oczach majora – najpierw pojedynczo, później masowo. Wielu kapitanów uznało, że bezpieczniej będzie zniknąć z przestrzeni euklidesowej, niż ryzykować starcie z nadlatującym bezwzględnym wrogiem.

– Minuta do wyjścia – zameldował ten sam mechaniczny głos.

Major wyprostował się w fotelu. W kwestii powstrzymania wroga niewiele mógł zrobić mimo najszczerszych chęci. Podległa mu eskadra składała się bowiem z trzech korwet rozpoznania drugiej generacji. Nie był więc w stanie zagrozić ani jednemu t’iru, a co dopiero mówić o zespole uderzeniowym składającym się z pięciu liniowców. Nie był nawet w stanie wspomóc akcji ewakuacyjnej, ponieważ konstruktorzy jednostek klasy Venom nie przewidzieli miejsca dla większej liczby pasażerów. Poza tym otrzymał inne rozkazy.

Podobnie jak setki dowódców został wysłany w strefę działań wroga nie po to, by walczyć ani przyjmować na pokład ewakuantów. Przeciwnie, polecono mu trzymać się z dala od wiru wydarzeń bez względu na to, jak dramatyczny obrót by przybrały. Jego zadaniem było zarejestrować moment wyłączenia ekranów energetycznych t’iru. Dane pozyskane za pomocą niedawno zamontowanych czujników najnowszej generacji zostaną przepuszczone przez specjalne moduły analizujące, a jeśli wynik okaże się pozytywny, major Burescu wprowadzi do systemu kod, który ujawni mu dalsze – na razie ściśle tajne – rozkazy.

Tylko tyle wiedział, gdyż admiralicja nie raczyła go poinformować, czemu ma służyć ta dziwna misja, a plotek krążących po bazie i domysłów kolegów nie brał na serio.

 

W ciągu ostatniego półrocza wykonał już ponad dwadzieścia takich lotów, za każdym razem wracając z niczym, nie spodziewał się więc, że rutynowy wypad na Harare okaże się wyjątkiem od tej reguły. Nie obawiał się także spotkania z ma’lahn. Rozkazy precyzowały jasno, że korwety nie mogą znaleźć się bliżej niż piętnaście minut świetlnych od jednostek wroga, co dawało im praktyczną nietykalność. Jedyne, z czym załoganci Miecza musieli sobie radzić, to nieustanna nuda i poczucie narastającej frustracji, zwłaszcza gdy trafiali do systemów gęsto zaludnionych, takich jak Harare, gdzie ginęli prawdziwi ludzie, nie awatary stworzone przez speców od manipulacji.

Aczkolwiek major Burescu uważał, że nawet pobyt w systemach, które admiralicja poleciła zamienić w wabiki, bywa frustrujący. Wzdrygnął się na wspomnienie komunikatów odbieranych niekiedy z fałszywych kolonii. Te rozpaczliwe wezwania pomocy, błagania tak przejmujące, że człowiekowi aż jeży się włos na karku…

Programując te przekazy, fachowcy od wojny psychologicznej odwalili kawał dobrej roboty, uznał Burescu. Gdyby nie poinformowano nas na odprawie, że to tylko mistyfikacja, miałbym spore problemy z powstrzymaniem ludzi przed rozpoczęciem nieregulaminowej akcji ratunkowej.

Dzięki istnieniu tych fałszywek Obcy tracili mnóstwo czasu na bombardowanie prowizorycznych zabudowań, w których nigdy nie postała stopa człowieka. Iluzja była jednak tak doskonała, że kiedy Burescu postanowił z nudów przeskanować instalację na pobliskim księżycu, wykrył w jej wnętrzu liczne biosygnatury nieodbiegające niczym od normalnych. Ten, kto je stworzył, musiał być mistrzem w swoim fachu. Nawet komputery systemów bojowych nieodmiennie identyfikowały każdy z tych sygnałów jako odzwierciedlający kontakt z żywymi ludźmi.

– Wyjście pierwszego obiektu. – Zagłębiony w myślach major usłyszał krótki meldunek.

Skupił wzrok na przekazie stacji znajdującej się najbliżej punktu skoku. Zapętlony, kilkusekundowy obraz – t’iru zniszczył nadajnik kwantowy, gdy tylko ten znalazł się w zasięgu jego broni – pokazywał pięć lecących w równym szyku liniowym obco wyglądających okrętów. Ich kształty rozmywały się lekko na krawędziach, co było dowodem na to, że ma’lahn nie zapomnieli otrzymanej pół roku temu lekcji i spodziewając się ataku, ustawili ekrany energetyczne na maksimum mocy.

Drugi nadajnik kwantowy był umieszczony minutę świetlną dalej. I właśnie dane uzyskane za jego pomocą – o ile nie dojdzie do nieprzewidzianych komplikacji – posłużą systemom Miecza oraz pozostałych korwet do poszukiwań owego tajemniczego sygnału. Tym razem transmisja trwała całe sześćdziesiąt sekund. Mniej więcej w połowie przekazu obraz obcych jednostek uległ gwałtownemu wyostrzeniu. Ma’lahn, nie wykrywszy żadnych zagrożeń, wyłączyli osłony.

Gdy nadajnik stacji monitorującej umilkł, Burescu wydał rozkaz. Nie musiał nic mówić, wpisał odpowiednią komendę już dawno temu, wystarczyło więc nacisnąć klawisz komunikatora, by jej treść dotarła do dowódców pozostałych jednostek.

Eskadra rozpadła się kilka sekund później. Trzy fregaty włączyły główne napędy i obrały kursy różniące się o sto dwadzieścia stopni kątowych, by Obcy, nawet gdyby podjęli próbę przejęcia eskadry, nie mieli najmniejszych szans na dopadnięcie wszystkich okrętów. To także był element misji zaplanowany przez admiralicję – przy liczonych w minutach świetlnych odległościach dzielących korwety od wroga nie mogło dojść do kontaktu bojowego, nawet gdyby t’iru rozwinęły maksymalną prędkość. Różnica w wysokości .1 świetlnej dawała im nad jednostkami ludzi sporą przewagę taktyczną, ale nawet przy jej pełnym wykorzystaniu Obcy potrzebowaliby wielu godzin na doścignięcie potencjalnych celów, a te mogły w razie zagrożenia opuścić przestrzeń euklidesową w ciągu minut, jeśli nie sekund.

Majorowi nakazano trzymać się pozycji oddalonych o pół godziny świetlnej od obserwowanego punktu skoku, aby w momencie odebrania pakietu danych każdy z trzech podległych mu okrętów zszedł z kursu nadlatujących liniowców Obcych i okrężną drogą ruszył w pobliże strefy skoku, pozorując ucieczkę. W razie niewykrycia sygnału wszystkie korwety ewakuują się do sąsiedniego pasa śladem jednostek cywilnych, co nie powinno wzbudzić najmniejszych podejrzeń wroga. Burescu nie wiedział, jakie otrzyma rozkazy, jeśli analizy wykażą obecność poszukiwanej anomalii. I niespecjalnie chciał się tego dowiedzieć.

Nie w tym systemie. Nie tego dnia.

Świadomość, że za każdym głosem wołającym o pomoc kryje się nie stworzony przez programistów awatar, lecz żywy człowiek, była na tyle przygnębiająca, że Burescu niemal natychmiast po przylocie na Harare nakazał zablokowanie łącz odbierających transmisje na częstotliwościach cywilnych, sobie tylko pozostawiając dostęp do kilku najważniejszych kanałów alarmowych. Zdawał sobie bowiem sprawę, że gdy na tutejsze planety dotrze wieść, iż Obcy wkroczyli do systemu, w eter popłyną setki tysięcy rozpaczliwych wezwań i komunikatów.

Według najbardziej optymistycznych szacunków (nie admiralicji, ale lokalnych władz) na trzech zamieszkanych planetach, kilkunastu księżycach i w reszcie instalacji krążących w systemie tej podwójnej gwiazdy utknie jakieś półtora miliona kolonistów. W stosunku do całości populacji – zaledwie promil, lecz w ludzkiej skali, która w takich chwilach ma o wiele większe znaczenie, będzie to liczba niewyobrażalna. Sama myśl o rozmiarach tragedii przyprawiała majora o depresję. Dlatego wolał, by jego podwładni w decydujących godzinach akcji nie zawracali sobie głowy nieszczęśnikami, których nie zdołano w porę ewakuować, mimo że Rada i admiralicja robiły co w ich mocy, aby zredukować straty do absolutnego minimum.

Na początku tej inwazji różnie bywało, lecz w miarę upływu czasu, gdy na Rubieże Wewnętrzne dotarły nie tylko okręty wojenne oddelegowane z kilku flot, ale też lecące za nimi zarekwirowane w reszcie metasystemów frachtowce i rdzeniowce, sytuacja uległa radykalnej poprawie. Już w połowie stycznia znacznemu zmniejszeniu uległ odsetek spisanych na straty kolonistów zamieszkujących systemy w pasach przygranicznych i co ważniejsze, tendencja ta wyraźnie się utrzymywała. Zdarzało się, że w wyniku akcji dezinformacyjnej i dzięki poświęceniu dowódców i marynarzy flota zyskiwała czas na wywiezienie całych, nieraz bardzo licznych populacji. W ciągu pół roku ze strefy zagrożonej ewakuowano parę miliardów ludzi przy stratach wynoszących tylko jedenaście milionów.

Burescu prychnął pod nosem. Na planecie, z której się wywodził, mieszkało sześć razy mniej kolonistów. Mimo to był pełen podziwu dla Farlanda i jego sztabu: ćwierć promila to naprawdę niewiele w stosunku do początkowo zakładanych przez admiralicję pięćdziesięcioprocentowych strat. Burescu często się zastanawiał, jak sam by postąpił, gdyby zrządzeniem losu znalazł się na miejscu pułkownika Święckiego, największego bohatera Federacji (przynajmniej zdaniem majora). Nie wierzył, że podołałby tak niewdzięcznemu zadaniu, i dziękował w duchu, że nie musiał dokonywać podobnych wyborów.

– Skanowanie w toku – zameldował komputer, gdy Burescu wcisnął kolejny wirtualny klawisz, z przyzwyczajenia sprawdzając postępy poszukiwań. – Przeprowadzono analizę sześćdziesięciu czterech procent danych. Wynik nega… – Mechaniczny głos zamilkł niespodziewanie. Niecałą sekundę później, równie bezbarwnym tonem jak poprzednio, rozległ się nowy komunikat: – Namierzono poszukiwany sygnał.

– W dżeta czarnej dziury… – wymamrotał zaskoczony major, gestem uciszając wiwaty podwładnych.

Na mostku zapadła kompletna cisza. Otaczający go oficerowie i załoganci spoglądali na niego z wyczekiwaniem. Wielu zapewne zdążyło już pojąć, że właśnie stali się częścią historii. O tej chwili będą się rozpisywać w podręcznikach. Daty „czwarty marca dwa tysiące trzysta pięćdziesiątego piątego roku”, nazwy jednostki Miecz, a kto wie, czy też nie ich dwumianów i nazwisk, trzeba się będzie uczyć na pamięć do egzaminów na wszystkich akademiach.

Burescu, któremu po głowie krążyły podobne myśli, przyłożył opuszkę kciuka do pojemnika zawierającego kartę kodową ze ściśle tajnymi rozkazami. Pokazał wszystkim wąski pasek przezroczystego tworzywa oznaczony logo admiralicji, zanim wsunął go w szczelinę czytnika na głównym terminalu. Zastanawiał się przez moment, czyby nie odciąć stanowiska dowodzenia kokonem pola ochronnego, ale uznał, że nie ma to większego sensu. Towarzyszący mu ludzie już za chwilę będą musieli wykonać nowe rozkazy, których treść miał właśnie poznać.

Szybka, nerwowa lektura kilku linijek tekstu przyniosła mu ulgę. Spodziewał się niezwykle ryzykownej misji, tymczasem jego zadanie będzie polegać na podjęciu obiektu, który został wykryty przez systemy. Oczywiście bez wzbudzania podejrzeń Obcych. Miecz zbliży się do źródła sygnału, rozpocznie hamowanie, jakby chciał zaczekać na pozostałe jednostki eskadry, a gdy te znajdą się z powrotem w szyku, przyśpieszy ponownie. Z obiektem – czymkolwiek ów był – przytwierdzonym do jego poszycia.

Plan nie wymagał kontaktu z t’iru, czego major obawiał się najbardziej. Po masakrze na Rwandzie stało się jasne, że admiralicja jest gotowa poświęcić całe zgrupowanie, byle osiągnąć zakładany cel, nawet jeśli miałby on być czysto propagandowy. Jak inaczej bowiem rozumieć straceńczą misję obsadzonych kryminalistami starych pancerników i eskortujących je krążowników i niszczycieli? Rada osiągnęła wymarzony sukces kosztem ogromnych strat w ludziach i sprzęcie, ale mogła zatkać gęby krytyków. Czy więc ktoś z jej członków przejąłby się losem kolejnych dziewięćdziesięciu sześciu osób, i to w systemie, który lada chwila stanie się grobem ponad miliona kolonistów? Burescu nie miał złudzeń, odetchnął zatem z tym większą ulgą, kiedy już zapoznał się do końca z treścią ściśle tajnych rozkazów.

– Wprowadzić żądaną korektę kursu i prędkości – polecił, udostępniając pionowi nawigacyjnemu pierwszy pakiet danych.

Drugi skierował do pozostałych jednostek eskadry, znajdujących się obecnie w odległości dwu sekund świetlnych. Wszystko zależało od skoordynowania ich ruchów tak, by wróg uznał postój Miecza w strefie skoku za coś naturalnego i nie domyślił się, że korweta przejmuje tajemniczą przesyłkę.

Major rozumiał, że ma do czynienia z niezwykle zaawansowanym sprzętem szpiegowskim, którego nawet ma’lahn nie zdołali wykryć. Sądząc po sygnaturze, na pewno nie było to urządzenie bazujące na elektronice. Nigdy wcześniej nie widział podobnej anomalii.

Czyżby naukowcy zdołali przechwycić i udoskonalić jakąś technologię Obcych? zastanowił się, zmieniwszy skalę obrazu na głównym ekranie, by zyskać szerszy ogląd sytuacji. Nie zdziwiłby się, gdyby tak właśnie było. Od zarania dziejów postęp technologiczny przyśpieszał podczas wojen.

T’iru nie rozerwały jeszcze szyku, ale to powinno ulec zmianie w ciągu najbliższego kwadransa, o ile analitycy floty prawidłowo przewidzieli rozwój wypadków. Liniowce dotrą wkrótce do punktu, w którym muszą się rozdzielić, by zaatakować równocześnie wszystkie główne cele, czyli trzy zamieszkane planety. Stacje orbitalne i instalacje przemysłowe na gazowych olbrzymach i w pasie asteroid zostaną zniszczone dopiero wtedy, gdy ostatnia kolonia zamieni się w pył. Tak przynajmniej wyglądały poprzednie ataki ma’lahn na zaludnione systemy. Informacje uzyskane na wcześniejszych etapach inwazji posłużyły analitykom floty do stworzenia planu ewakuacji Harare, w którym pierwszeństwo w dostępie do środków transportu przydzielono mieszkańcom najbardziej zagrożonych obiektów.

Beta, na której mieściła się największa kolonia tego systemu, dzięki takiemu podejściu zamieniła się w martwą skałę już kilka godzin temu. Jedynymi formami życia na jej powierzchni były rośliny z porzuconych upraw hydroponicznych. Z Delty odlatywały właśnie ostatnie frachtowce wypełnione przerażonymi ludźmi. Całą resztę dostępnych jednostek przekierowywano na Lambdę, najodleglejszą zamieszkaną planetę tego systemu, do której jeden lub dwa t’iru – jeśli Obcy zgodnie z przewidywaniami złamią szyk – dotrą trzy godziny później niż do opuszczonych kolonii.

Te sto osiemdziesiąt minut pozwoli na podebranie z pokrytego wieczną zmarzliną globu dodatkowych kilkunastu, może nawet kilkudziesięciu tysięcy mieszkańców, na pewno jednak nie wszystkich oczekujących na ewakuację. Właśnie dlatego Burescu trzymał kciuki za to, by Obcy po raz pierwszy zmienili przyzwyczajenia i skoncentrowali wszystkie siły na niszczeniu infrastruktury Bety. Niestety zdawał sobie sprawę, jak płonne są jego nadzieje. Ma’lahn działali metodycznie niczym maszyny: systematycznie unicestwiali ślady bytności człowieka, nie przejmując się specjalnie nim samym, zupełnie jakby demolowanie zabudowań kolonii było ważniejsze od zabijania jej mieszkańców. Major nie słyszał o przypadku, w którym t’iru podjęłyby pościg za jednostkami ewakuującymi kolonistów. Liniowce ignorowały też całkowicie obecność niewielkich formacji okrętów wojennych floty, o ile te trzymały się w bezpiecznej odległości.

 

Sztabowcy oraz naukowcy widzieli tylko jedno sensowne wytłumaczenie takiego zachowania wroga. Człowiek nie jest w stanie przetrwać w przestrzeni; odbierając mu całą infrastrukturę, skazuje się go na zagładę.

Może i powolną z naszego punktu widzenia, przyznał w duchu Burescu, lecz czymże są miesiące, niechby nawet lata z perspektywy istot żyjących tak długo jak Obcy?

Ma’lahn realizują swój plan, nie śpiesząc się i nie ryzykując niepotrzebnie, kontynuował rozmyślania major, ale ta ostrożność i metodyczność w ostatecznym rozrachunku może przyczynić się do ich klęski. Albowiem dając nam czas, zamiast rozprawić się z nami raz a dobrze, umożliwiają ludzkości tworzenie nowych generacji broni, a także okrętów zdolnych stawić im czoło. Chaotyczna ucieczka przed Obcymi wkrótce dobiegnie końca, a ta misja, ten dzień, zapisze się złotymi zgłoskami w annałach jako najważniejszy punkt zwrotny tej wojny…

Burescu wyrwał się z zamyślenia, gdy jakiś ruch na ekranie zwrócił jego uwagę. T’iru – zgodnie z przewidywaniami analityków – rozdzieliły się na trzy zespoły. Dwa liniowce ruszyły w kierunku Bety, dwa kolejne obrały kurs na Deltę, a ostatni mknął nadal starym wektorem, by jak najszybciej uderzyć na wciąż ewakuowaną Lambdę.

Wróg nie podjął próby przejęcia uciekających jednostek i kompletnie zignorował omijające go szerokim łukiem korwety.

* * *

W ciągu następnych trzydziestu minut niewiele się zmieniło. Pierwszy zespół uderzeniowy ma’lahn rozpoczął bombardowanie pobliskiej Bety, drugi utrzymał kurs na Deltę, a piąty t’iru gnał ku Lambdzie, wyciągając ponad .3 świetlnej, jakby jego załoga pozazdrościła siejącym już zniszczenie towarzyszom.

Major spoglądał na główny ekran mostka, analizując sytuację. Mimo braku zainteresowania ze strony wroga większość jednostek zmierzających w kierunku studni grawitacyjnych wybrała ucieczkę w podprzestrzeń, natomiast te nieliczne, które jeszcze się na to nie zdecydowały, schodziły na pełnym ciągu z wektorów podejścia, by jak najbardziej się oddalić od lecących w głąb systemu liniowców. Ostatnie frachtowce wychodzące z gęstej azotowej atmosfery Delty nie próbowały nawet obierać kursu na strefę skoku, nie byłyby bowiem w stanie dotrzeć do niej, nie narażając się na przejęcie przez wrogie okręty. Nie mając alternatywy, musiały wybrać bezpieczniejszą – ale i wolniejszą – drogę do sąsiednich systemów.

To będzie bolesny cios dla chłopców planujących przyszłe akcje ewakuacyjne, uznał Burescu, sprawdzając podsumowania. Kilkudniowe opóźnienia w powrocie do bazy pomnożone przez liczbę wypadających z harmonogramu jednostek przyprawią o ból głowy niejednego oficera w pionie logistyki. Mimo to major nie winił kapitanów tych statków, gdyż na ich miejscu postąpiłby identycznie. Opóźnienie to tylko chwilowa strata sprzętu, pocieszał się. Zniszczenie statku wyłączyłoby go na zawsze z dalszych akcji ratunko…

Burescu otrzeźwiał w momencie. Jedna z ikon znajdujących się mniej więcej w połowie wektora łączącego Deltę ze strefą skoku zapłonęła krwistą czerwienią. Przeważająca większość znaczników pokrywających wielki ekran świeciła uspokajającą zielenią, poprzetykaną tu i ówdzie migoczącymi plamkami żółci w rozmaitych odcieniach. Czerwonych plamek major naliczył dwanaście, ale tylko jedna z nich pulsowała jak szalona.

Na Harare skierowano tego dnia ponad tysiąc trzysta jednostek przestrzennych – w tak ogromnej masie sprzętu musiało dojść do szeregu mniej lub bardziej poważnych awarii, aczkolwiek do tej pory zgłoszono ich zadziwiająco mało, jeśli wziąć pod uwagę wiek oraz stopień wysłużenia statków biorących udział w akcji ratunkowej. Z tuzina całkowicie niesprawnych zaledwie jeden wzywał pomocy. Reszta bądź już miała zapewnione wsparcie techniczne, bądź liczyła na rychłe poradzenie sobie z problemem.

Burescu powiększył obraz sektora, z którego nadchodziły wezwania. Gdy pulsujący czerwienią znacznik znalazł się w centrum ekranu, komputer wyświetlił dane dotyczące obserwowanej jednostki.

– A niech mnie… – mruknął major, skupiając całą uwagę na nowych odczytach.

Ianthony McDonald, wycieczkowiec transsystemowy klasy Mgławica, jeden z najstarszych, jakie wciąż krążyły po metasektorze, ale wciąż sprawny i często wykorzystywany. Awaria wysłużonego reaktora. Bardzo poważna, jeśli wierzyć napływającym na bieżąco raportom.

Burescu wrócił wzrokiem w prawy dolny róg ekranu, gdzie system wyświetlał informacje techniczne jednostki. Odszukał liczbę, która interesowała go najbardziej, po czym zmełł w ustach przekleństwo. Nagle przestał się dziwić panikarskiemu tonowi komunikatów wysyłanych w przestrzeń przez kapitana Cusslera.

Dziewiętnaście tysięcy stu osiemdziesięciu pięciu ewakuantów i ośmiuset dwunastu członków załogi. Razem prawie dwadzieścia tysięcy ludzi. Niemal dwa razy więcej, niż powinno się znajdować na pokładzie tego luksusowego giganta. Nie to jednak wzbudziło niepokój majora, który wiedział, że wycieczkowce buduje się tak, by oferowały pasażerom poczucie swobody, dzięki czemu nie brakuje na nich wolnej przestrzeni.

Burescu poddał sytuację wnikliwej analizie, trzykrotnie przeliczył wszystkie wektory i czasy i uległ wyraźnemu zdenerwowaniu. Opadł ciężko na oparcie fotela i raz jeszcze wszystko dokładnie przemyślał, zanim palcem wskazującym musnął wirtualny klawisz komunikatora.

– Konradamie – powitał zaskoczonego Fahrida, współdowódcę Miecza, ledwie jego stanowisko spowił kokon pola ochronnego.

– Andremy – odparł komandor, mierząc rozmówcę uważnym spojrzeniem. Spostrzegłszy jego minę, natychmiast odciął się od reszty mostka nawigacyjnego złotawym ekranem. – Jakiś problem?

– Spójrz na to! – Plik z danymi wycieczkowca trafił na konsolę współdowódcy Miecza.

– Nie myślisz chyba… – Prócz zaskoczenia w oczach Fahrida widniała także złość.

– Popatrz na wyliczenia – poprosił major.

– Wszystko pięknie, ale mówimy tutaj o niesubordynacji. To byłoby złamanie rozkazu! Poza tym… – Komandor zamilkł, jakby ugryzł się w język.

– Poza tym co?

– Nic. Nieważne. – Fahrid zabrał się do przeglądania plików. Co chwilę wpisywał coś nerwowo, a gdy wyniki okazywały się nie po jego myśli, marszczył nos w typowym dla niego grymasie frustracji.

– Sam przeliczyłem to trzy razy – odezwał się w końcu major. – Jesteśmy ich jedyną szansą.

– Ale co my możemy? – obruszył się komandor. – Nie przejmiemy załogi i ewakuantów. Nie naprawimy awarii reaktora. A bez niego…

– Nie zamierzam próbować ani jednego, ani drugiego – zapewnił Burescu. – Nie mamy na to czasu.

– Jaki masz zatem plan?

– Będziemy robili za holownik.

– Oszalałeś?! Jeśli przerwiemy misję, admiralicja obedrze nas ze skóry. Gdybyśmy nie odebrali tego pieprzonego sygnału, może… ale tylko może… zdołałbyś się jakoś wyłgać, lecz w tych okolicznościach… – Znienacka w oczach Fahrida pojawił się błysk. – Poszukajmy, kto w tamtym sektorze może przycumować do tego giganta i…

– System sprawdził wszystkie jednostki cywilne znajdujące się w pobliżu. To sama drobnica niedysponująca sprzętem pozwalającym na przeprowadzenie takiej akcji.

– Poczekaj. – Komandor znów zaczął coś wpisywać.

– Nie męcz się, sprawdź załącznik numer osiem.

Fahrid spojrzał na majora spode łba, ale postąpił zgodnie z jego radą.

– Musi istnieć inne rozwiązanie – rzucił w końcu, przenosząc wzrok z wyświetlacza na hologram współdowódcy.

– Bardzo bym chciał, aby tak było – oświadczył z powagą Burescu.

Fahrid spojrzał mu prosto w oczy.

– Nie zgadzam się. Nie chcę trafić pod sąd w chwili, gdy… – Znów urwał w pół zdania, jakby bał się podzielić na głos myślą.

– Wyduśże to z siebie. – Burescu postanowił go przycisnąć. Doskonale wiedział, co komandorowi chodzi po głowie. – Nie chcesz stracić okazji, by zapisać się na kartach historii.