KratyTekst

Z serii: Szczury Wrocława #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © 2019 Robert J. Szmidt

Redakcja

Urszula Gardner | urszulagardner.pl

Konsultacja naukowa

Katarzyna Cieślar

Korekta

Elżbieta Krok

Skład

Tomasz Brzozowski

Okładka i komiksy

Robert Rajszczak | facebook.com/RobertoBookCovers

Projekt planów Wrocławia

Design Partners | designpartners.pl

Konwersja do wersji elektronicznej

Aleksandra Pieńkosz

Copyright © for this edition

Insignis Media, Kraków 2019. Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-66071-68-1


Insignis Media

ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków

tel. +48 (12) 636 01 90

biuro@insignis.pl, www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

Snapchat: insignis_media

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wprowadzenie

Wieczorem 9 sierpnia 1963 roku milicjanci pilnujący izolatorium na Psim Polu są świadkami mrożących krew w żyłach zdarzeń. Część poddanych kwarantannie cywilów zamienia się w krwiożercze bestie. Przełożeni lekceważą pierwsze doniesienia o nieumarłych, ale gdy sygnały zaczynają napływać z innych miejsc odosobnienia, major Biedrzycki, sekretarz Niesyto, podsekretarz Bremer i kapitan Łukasz Brandys, zastępujący podczas feralnego weekendu najważniejszych dygnitarzy, zostają zmuszeni do podjęcia zdecydowanych działań. Sytuacja w mieście wymyka się jednak spod kontroli pomimo wysłania do akcji nie tylko zwykłych milicjantów, ale też elitarnych oddziałów ZOMO.

Decydenci, widząc beznadziejność sytuacji, rejterują kolejno, pozostawiając walkę z hordami zombie „młodym wilkom”. Biedrzycki i jego towarzysze nie zamierzają się jednak poddać. Do akcji wkracza więc wezwane wojsko, ale i ono nie jest w stanie powstrzymać rzesz tysięcy nieumarłych, tym bardziej że poczynione wcześniej kroki zaradcze, takie jak palenie unieszkodliwionych chodzących trupów, okazują się śmiertelnie groźne dla tych, którzy wciąż żyją. Dymy zasnuwające miasto roznoszą zarazę w rejony, które do tej pory wydawały się bezpieczne.

Dochodzi do masakry. Zatłoczone dworce stają się masowymi grobami tych, którzy próbują zbiec z miasta. Upada także Komenda Wojewódzka, z której kierowano działaniami sił zbrojnych. Pozbawieni dowództwa żołnierze dezerterują dziesiątkami. Zdawać się może, że nie ma już żadnej nadziei.

Informowany o sytuacji towarzysz Zatylny, ostatni z sekretarzy PZPR, jacy pozostali w mieście, zwraca się najpierw do władz centralnych, a za ich zgodą do Rosjan, z prośbą o bratnią pomoc, czyli o zrzucenie na miasto bomby termonuklearnej, ponieważ tylko jej moc może – jego zdaniem – powstrzymać tę potworną zarazę. Termin nalotu wyznaczono na godzinę szóstą trzydzieści następnego ranka, skazując tym samym na pewną śmierć nie tylko tych mieszkańców Wrocławia, którzy ocaleli, ale także tysiące mundurowych, którzy z poświęceniem własnego życia starają się zapanować nad chaosem.

Tymczasem w mieście trwa akcja ewakuacji decydentów. Elita komunistycznych władz zamierza przetrwać bombardowanie w schronie przeciwatomowym, który mieści się pod gmachem Komitetu Wojewódzkiego PZPR, jednakże i decydenci napotykają na swojej drodze przeszkody, gdyż nad wieloma dzielnicami panują już hordy krwiożerczych żywych trupów.

Próby podejmowane przez majora Biedrzyckiego, który chce odwieść Zatylnego od popełnienia potwornej zbrodni, nie przynoszą skutku, lecz atak nie następuje, ponieważ apokalipsa zombie, która rozpoczęła się we Wrocławiu, w ciągu kilku godzin obejmuje niemal cały świat. Wirus czarnej ospy, jak się okazuje, był katalizatorem, który przyśpieszył rozwój wypadków w stolicy Dolnego Śląska, ale problem dotyczy wszystkich kontynentów.

Zdani tylko na siebie obrońcy w obliczu grożącej im klęski postanawiają przegrupować siły i wycofać się na rzadziej zaludnioną Wielką Wyspę, by tam przygotować plany dalszej obrony i kontrataku. Z tysięcy żołnierzy i milicjantów posłanych do walki z zombie na teren ogrodu zoologicznego dociera tylko garstka, lecz to dopiero początek walki o przetrwanie.

W mieście za rzeką pozostali wciąż czekający na ratunek cywile…




1

sobota, 10 sierpnia 1963, godzina 04:04

Zakład Karny Nr 1 przy ulicy Klęczkowskiej* 35

– Zamknijcie to okno, do cholery – warknął kapitan Wojciech Okrutny, nie odrywając wzroku od leżących przed nim papierów.

– No ale jakże to tak, szefie kochany – zaprotestowała piskliwym głosem ukryta za ścianą sekretarka. – Podusimy się przecie, jak te karpie w wannie na święta…

– Kubisiowa! – Poirytowany zastępca naczelnika podniósł głos jeszcze bardziej. – Wy mi tu z tymi waszymi religijnymi zabobonami nie wyjeżdżajcie. To nie harcerstwo, tylko służba więzienna. Jeśli mówię zamknąć okno, to zamykacie i na tym koniec!

Przygadał Agatce ostrzej, niż zamierzał, ponieważ sytuacja zaczynała go przerastać. Poza tym, będąc mężczyzną słusznej postury, pocił się za dwóch. Noc okazała się wyjątkowo upalna, a jedyna szansa na złapanie oddechu odeszła właśnie w niepamięć, gdy lekki wiaterek ponownie zmienił kierunek, ściągając nad kompleks więzienia kłęby gęstego, cuchnącego potwornie dymu.

Od strony sekretariatu dobiegło najpierw głośne trzaśnięcie, potem trudne do zrozumienia, ale na pewno gderliwe mamrotanie sekretarki. Niemal natychmiast zrobiło się duszniej, całkiem jakby ktoś włączył palnik pod tym wielkim poniemieckim ceglanym piekarnikiem, w którym przyszło im spędzić ostatnią noc.

Okrutny skwitował narzekania Agaty podobnym nieartykułowanym pomrukiem, po czym przeniósł wzrok z zapisanego maczkiem skoroszytu na czekających w równym szeregu podwładnych. Stali przed nim trzej mężczyźni i kobieta.

– Jest tylko jeden sposób – powiedział, stukając palcem wskazującym w sporządzone przez siebie wyliczenia. – Jeśli mamy zdążyć, musimy wyprowadzać na dziedziniec całe bloki.

– Ale to po trzystu chłopa będzie – zaoponował Sękala, szczupły i niemal łysy okularnik, który nawet gdy stał przed siedzącym przełożonym, niespecjalnie nad nim górował. Wymięta bluza mundurowa z dystynkcjami starszego sierżanta wisiała na nim jak na wieszaku, spodnie też były za luźne, mimo że wydano mu najmniejsze dostępne w magazynie sorty. – A mamy na zmianie tylko dwudziestu czterech ludzi, jeśli liczyć wieżowych i baby.

– Nie zapanujemy nad takim tłumem, jeżeli dojdzie do… – poparła go sierżant Agnieszka Medygrał, piastująca funkcję szefowej przeznaczonego dla kobiet bloku D. Była niższa nawet od Sękali, drobniutka jak nastolatka, a gdy spoglądała na człowieka tymi wielkimi, błękitnymi oczami, serce od razu miękło, choć niejeden absztyfikant przekonał się boleśnie, że zadzieranie z nią nie jest najlepszym pomysłem. Jak przychodziło co do czego, nie było ostrzejszej kosy wśród tutejszych strażniczek.

– Do niczego nie dojdzie, możecie mi wierzyć – przerwał jej kapitan.

– Gdy tylko zauważą, że są w przewadze… – nie ustępowała.

– Wiem, co robię, zaufajcie mi. – Okrutny wszedł jej w słowo po raz drugi. – Plan wygląda następująco. Zaczniemy od oczyszczenia kurwidołka, a zaraz po babach zajmiemy się blokiem C, gdzie siedzą sami tymczasowi i ci z najniższymi wyrokami. Z nimi problemów nie będzie, więc połowę roboty odwalimy w try miga. Dalej przejdziemy do skrzydła B. Tam mamy sporo recydywy, ale to przecież w przeważającej większości doliniarze, pospolite draby i moczymordy. Nie sądzę, by zmuszenie ich do wyjścia za mur nastręczyło nam większych problemów. Blok A zostawimy sobie na koniec.

– I tu zaczną się schody – wycedził starszy sierżant.

– Robert dobrze gada – odezwał się milczący do tej pory sierżant Tomasz Rawiński, dowódca zmiany na wspomnianym bloku, wyższy o pół głowy od Sękali i znacznie masywniejszy warszawiak, swojak z Pragi, który dobrze poznał półświatek stolicy, i to z obu stron, zanim trafił do dolnośląskiej służby więziennej. – Babami i doliniarzami możemy się nie przejmować, pełna zgoda, ale blok A to zupełnie inna sprawa. Moje żuczki już zauważyły, że za murem coś się dzieje. Nie wiedzą jeszcze, co jest grane, to prawda, ale odgłosy całonocnej strzelaniny na pewno dały im do myślenia. Doniesiono mi – dodał – że mniej więcej od północy między celami krążą grypsy mówiące o wybuchu kontrrewolucji. Dlatego chłopcy mają pietra, że zaraz po otwarciu cel osadzeni mogą czegoś próbować.

 

– Nawet jeśli im powiemy, że władza ludowa ogłosiła bezwarunkową amnestię?

– Dla krawaciarzy? – zaśmiał się Rawiński. – Uwierzylibyście na ich miejscu w takie rewelacje, towarzyszu kapitanie? Bo ja na pewno nie.

– Święta racja – wtrącił Sękala, odwdzięczając się koledze.

Skazani na śmierć bandyci nieufnie podejdą do takiej obietnicy. Niektórych od zadyndania na stryczku dzieliło już tylko kilka dni. Nie byli też tak głupi jak przestępczy plankton siedzący za zgarnięcie flaszki z knajpy albo obrobienie piwnicy.

– A co wy o tym wszystkim sądzicie, Patryku? – Okrutny przeniósł wzrok na chorążego Rojewskiego, ostatniego z wezwanych podoficerów, szczupłego jak Robert, ale najwyższego z tej trójki brodacza o sterczących włosach i pociągłej twarzy, któremu podlegał blok C.

– Ryzykowne posunięcie moim zdaniem. – Patryk odpowiedział po chwili zastanowienia. – Rzekłbym nawet, że zbyt ryzykowne. Recydywa postawi się, jak tylko wyczuje pismo nosem. A nasi chłopcy są za bardzo przestraszeni, żeby zgrywać twardzieli, co dodatkowo może ośmielić wyprowadzanych na plac apelowy żuczków.

– W takim razie mamy cholerny problem. – Kapitan odepchnął się od biurka, by wstać przy akompaniamencie przeraźliwego zgrzytu nóg ciężkiego krzesła. – Nie wiem, co Zatylny nam rychtuje, ale Bednarek słyszał na własne uszy, jak ta gnida mówi staremu, że ewakuacja działaczy musi się zakończyć przed wpół do szóstej. Bezwzględnie. A to znaczy, że zostało nam… – spojrzał na zegarek – …osiemdziesiąt minut, może półtorej godziny, ale na pewno nie więcej. Przeliczyłem to na wszelkie sposoby. – Wskazał leżące na blacie notatki. – Albo zaczniemy akcję opróżniania więzienia w tej chwili, wyprowadzając na plac całe bloki, albo możecie się pożegnać z rodzinami… – Przesunął wzrokiem po twarzach podwładnych. – Nie liczcie na to, że oni okażą komukolwiek litość.

Podoficerowie spuścili głowy. Wiedzieli, co zrobią poproszeni przez sekretarza o pomoc Rosjanie, gdy wejdą do miasta. Żaden nie będzie pytał, czy napotkany człowiek jest zarażony. Tylko mur mógł zagwarantować ich bliskim względne bezpieczeństwo, przynajmniej w pierwszych godzinach czystki, kiedy będzie najgoręcej.

– Może pozbądźmy się tylko bab i tych z niskimi wyrokami, a resztę hołoty zostawmy w celach – zaproponował po chwili milczenia Rawiński.

– Chcecie, żeby nasze żony i dzieci przebywały w tym samym miejscu co taki Sprycha, Nerynk albo Magdziarek? – zapytał z niedowierzaniem w głosie Wojciech. – Poza tym jak to sobie wyobrażacie?

– Możemy odciąć ten blok od reszty… – zaczął Sękala.

– Albo przenieść ich do Babińca – przerwała mu Medygrał. – Potem, już na spokojnie, pod bronią maszynową, cela po celi.

Kapitan kręcił wolno głową. Rozważał to rozwiązanie, ale im dłużej nad nim myślał, tym więcej widział zagrożeń. W bloku A siedzieli najgorsi przestępcy, a takim nie trzeba wiele, żeby pokazali, na co ich stać – a przecież właśnie przed tym chciał ochronić najbliższych, zarówno swoich, jak i pozostałych funkcjonariuszy.

– Nie – rzucił zdecydowanym tonem. – To nie wchodzi w rachubę.

– Jest jeszcze jedno wyjście, towarzyszu kapitanie – przypomniał mu Rawiński, zniżając głos.

Okrutny westchnął ciężko.

Tak, nad tym także się zastanawiał, choć znacznie krócej. W odróżnieniu od podwładnych miał bowiem lepsze rozeznanie w sytuacji. Wciąż jednak nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał od przyjaciela, intendenta dwójki, naocznego świadka niedawnych wydarzeń w Komendzie Wojewódzkiej. Gdyby nie znał majora Brandta tak dobrze – i gdyby pół godziny później nie utracił łączności z Zakładem Karnym Nr 2 – być może uznałby, że to jakiś głupi żart Krzysztofa. Nieumarli? Ludzie, których nie da się zabić? Długo bił się z myślami, czy podzielić się tymi informacjami ze swoimi podwładnymi, od których zależało powodzenie akcji ewakuacyjnej, lecz ostatecznie uznał, że nie powinien tego robić.

– Znacie kogoś, kto wykona dwieście egzekucji w półtorej godziny? – zapytał, patrząc podoficerom prosto w oczy.

Spuścili wzrok, nie odpowiedzieli. Nie musieli pytać podległych im funkcjonariuszy, by wiedzieć, jaką otrzymają odpowiedź. Gdyby zdecydowali się na to rozwiązanie, likwidacja najgorszego elementu spadłaby na nich samych.

– Może nie dwieście… – mruknął po chwili Rawiński.

– A jaka jest waszym zdaniem różnica między setką a dwiema setkami straconych? – odwarknął kapitan.

– Krawaciarzy mamy tylko nieco ponad dwudziestu – przypomniał wszystkim zebranym Sękala.

– I z trzy razy tyle niewiele od nich lepszej recydywy z wyrokami dłuższymi od niejednego życiorysu – skontrował od razu kapitan. – Nie mówiąc o tym, że po pierwszych strzałach dobiegających od strony magazynu każdy pensjonariusz bloku A wpadnie w amok.

– Mamy przecież trzy jadzie – rzuciła niepewnym tonem Medygrał.

– I tylko dziewięćdziesiąt minut, a właściwie… – Wojciech zerknął na zegarek.

– Lepsze to niż ryzyko buntu, zanim ściągniemy tutaj naszych.

Dalszą wymianę zdań ucięło zadane przez milczącego od dłuższej chwili Rojewskiego pytanie:

– Jak stoimy z bronią?

– W sensie? – Dowódca wydawał się zaskoczony.

– W sensie: ile mamy broni na całym obiekcie.

– Jeśli wziąć pod uwagę wszystko, co znajduje się w zbrojowni… – Kapitan przeliczył szybko w pamięci. – Wyjąwszy mojego makarowa, dysponujemy czterdziestoma czterema tetetkami i ośmioma peemami.

– Mało – westchnął Sękala. – O wiele za mało.

– Na trzystu chłopa i przy tak małej przestrzeni stanowczo za mało. – Rawiński poparł go, jak można było się tego spodziewać.

– Trudno, będzie musiało wystarczyć – zbył ich wzruszeniem ramion Okrutny.

– A co z amunicją? – nie ustępował Rojewski.

Spojrzeli po sobie. Władza ludowa nie lubiła ryzyka, nie zbroiła więc swoich obywateli tam, gdzie nie zachodziła taka potrzeba. Służba więzienna, jak każda formacja mundurowa socjalistycznej ojczyzny, dysponowała wprawdzie bronią palną, lecz z dostępem do amunicji różnie bywało. Klawisze pełniący dyżury w blokach A i B mieli w magazynkach po sześć naboi, z czego trzy pierwsze ślepaki. Strażnicy w wieżach dysponowali ostrą amunicją, ale wydawano im magazynki z co najwyżej dwunastoma nabojami. I to wszystko. Żadnej rezerwy w zbrojowni nie trzymano. Władza wychodziła ze słusznego założenia, że tyle naboi powinno wystarczyć do podniesienia morale załogi i powstrzymania ewentualnej ucieczki jednego bądź nawet kilku osadzonych, ponieważ – w razie gdyby sprawy za murem przybrały gorszy obrót – do akcji miało wkroczyć KBW.

– Mamy jej tyle, co kot napłakał… – Rawiński wyraził na głos obawy wszystkich.

Patryk potoczył wzrokiem po pozostałych i uśmiechnął się zagadkowo.

– Chyba wiem, jak możemy z tego wybrnąć.

* * *

Pomysł chorążego się sprawdził. Opróżnienie żeńskiej części więzienia przebiegło szybko, sprawnie i bez incydentów. Podobnie wyglądało oczyszczanie bloku C, a nawet B. Rozwiązanie podsunięte przez Patryka było genialne w swojej prostocie. Strach ma wielkie oczy… To stare porzekadło sprawdza się nawet w przypadku najbardziej zatwardziałych kryminalistów, a na Klęczkowskiej siedziało ich naprawdę wielu.

– Pobudka! – Walenie pałką w drzwi potęgowało chaos panujący od jakiegoś czasu pod celami. Strażnicy postarali się, by szczęk zasuw i zgrzyt przekręcanego w zamku klucza zabrzmiały równie groźnie.

Osadzeni zeskakiwali z prycz, cofali się pod zakratowane okna, chwytali co było pod ręką, byle stawić opór oprawcom. Widząc skierowane na siebie lufy tetetek i peemów, musieli czuć strach. I o to chodziło. Im mocniej się bali, tym bardziej byli podatni na sugestię.

– To jebana rewolucja! Partia wydała rozkaz likwidacji wszystkich osadzonych! – krzyczeli wybrani podoficerowie, stając pomiędzy uzbrojonymi kolegami a więźniami. – Spierdalajcie żuczki, póki możecie! – dodawali zaraz, cofając się za próg, by zrobić przejście. – Ruchy, kurwa, ruchy! Musimy otworzyć tyle cel, ile się da, zanim dotrą tutaj Ruscy i KBW!

W takich chwilach człowiek przestaje się zastanawiać. Niczym przysłowiowy tonący gotów jest chwycić się brzytwy, idzie przecież o życie. A jeśli dodać do tego perspektywę wyrwania się zza znienawidzonych krat, choćby nawet na krótko…

Okrutny obserwował z okna kancelarii, jak nieprzerwany strumień więźniów znika w mroku za rozsuniętymi na całą szerokość skrzydłami niebieskiej bramy. Nikt nie przystawał, nikt się nie rozglądał. Gnali przed siebie ile sił w nogach, jakby nie wierzyli we własne szczęście. Strach ma wielkie oczy, a dziś podsycano go wyjątkowo efektywnie, z jednej strony wykorzystując godziny oczekiwania w napięciu i niepokój wzbudzony odgłosami całonocnej strzelaniny, a z drugiej potęgując umiejętnie eksponowane detale – jak zapalone światła i krzątanina przy budynku magazynu, gdzie najpierw Gestapo, a potem NKWD przeprowadzało masowe egzekucje; jak ciężarówka załadowana do pełna prostymi skrzyniami, w których składano zwłoki.

Każdy, kto opuszczał krzyż więziennych zabudowań i trafiał na półkolisty placyk przed komendanturą, mógł zobaczyć to wszystko na własne oczy, jeśli więc zbudziły się w nim nawet jakieś wątpliwości, w tym momencie tracił je bezpowrotnie.

To miejsce cieszyło się ponurą reputacją. Najpierw było niemiecką, a potem hitlerowską katownią, jeszcze później służyło tym samym celom, ale już nowej, socjalistycznej władzy. Gilotyna, szubienice, rozstrzeliwania, czasami masowe. Osadzeni o wszystkim wiedzieli. Naczelnik zadbał bowiem, by każda egzekucja odbijała się znacznie szerszym echem, niż powinna, ponieważ jego zdaniem nic tak nie trzyma ludzi w ryzach jak obawa przed utratą życia.

Ten sam lęk zaślepiał dzisiaj złodziei, gwałcicieli, pospolitych opryszków i wszelkiej maści element antysocjalistyczny. Tylko dzięki strachowi w niespełna godzinę od rozpoczęcia akcji udało się pozbyć zza muru ponad tysiąca osadzonych. Znacznie szybciej, niż można by przypuszczać.

Pozostał już tylko ostatni, ale zarazem najtrudniejszy etap. Wypuszczenie pospolitych przestępców na wolność, nawet tak iluzoryczną, to jedno, ale pozbycie się z więzienia najgorszych szumowin, w tym ponad dwudziestu zbrodniarzy oczekujących na egzekucję, to zupełnie co innego. Szczególnie w wypadku człowieka, dla którego prawo to świętość. Podoficerowie byli gotowi na podjęcie takiego ryzyka, ale nie on. Postawił więc sprawę jasno: żaden z osiemdziesięciu czterech więźniów, którzy odsiadywali na Klęczkowskiej najdłuższe wyroki, nie wydostanie się za tę bramę, nawet jeśli zapowiadane masowe czystki rozpoczną się w ciągu pół godziny. Po krótkiej i zaciekłej dyskusji, podczas której raz jeszcze rozważono rozstrzelanie osób i tak skazanych na karę śmierci, Medygrał zaproponowała pewne rozwiązanie. I ono było połowiczne, ale usatysfakcjonowało kapitana.

Stojąc teraz w zaciemnionym pokoju, Wojciech patrzył przez okno na znajdujący się dwie kondygnacje niżej zasnuty dymem placyk, przez który wciąż przebiegali rozglądający się trwożliwie mężczyźni. Wyczekiwał znaku, ostrego brzęku telefonu, który wezwie go do głównego budynku, zanim zbiorą się tam wszyscy uzbrojeni strażnicy. Jeszcze chwila i rodziny strażników, czekające w należących do kompleksu więzienia kamienicach, będą mogły wejść za mur, gdzie znajdą schronienie przed siepaczami nasłanymi przez towarzysza, tfu, sekretarza. Jeszcze momencik…

Telefon w sekretariacie zaczął dzwonić.

* * *

Pierwsi ewakuowani członkowie rodzin przekroczyli próg więzienia, zanim kapitan zdążył zbiec na wybrukowany sześciokątnymi płytami plac. Szedł więc razem z nimi, otoczony tłumem milczących kobiet i dzieci – przerażonych nagłym rozkazem opuszczenia przydziałowych kwater jeszcze bardziej niż usuwani kryminaliści. Jedynymi dźwiękami, jakie docierały w tym momencie do uszu Okrutnego – prócz nieustannego szurania zdartych podeszew o bruk – były niemal nieustanne pokasływania, co przy potwornym zadymieniu nie wydało mu się niczym dziwnym. Od czasu do czasu dolatywały go także zduszone szlochy.

Ci ludzie przeszli swoje. Najpierw wsłuchiwali się w narastającą z każdą godziną palbę – a strzelano przecież tuż za ich oknami. Potem kazano im się spakować, wyprowadzono ich z mieszkań, przewieziono na Klęczkowską i upakowano w sześciu trzykondygnacyjnych kamienicach należących do zbudowanego pod koniec dziewiętnastego wieku kompleksu więziennego. Tam rodziny strażników czekały na umówiony sygnał, gnieżdżąc się w ciasnych klitkach, a nawet na schodach, bo dla takiej masy osób brakowało miejsca. Na szczęście nie trwało to długo, ale i ta godzina z okładem wystarczyła, by wyprać ewakuowanych z wszelkich uczuć poza przygnębieniem i strachem.

 

– Towarzyszu kapitanie! – Wojciech zatrzymał się, słysząc znajomy głos.

Obejrzał się, a że przy wzroście sięgającym prawie dwóch metrów górował nad strumieniami przepływających przez plac uciekinierów, bez trudu dostrzegł machającego do niego ciemnowłosego kaprala.

– Zawieźliście pułkownikową i jej pomiot do KW? – zapytał, gdy Bednarek zdołał się do niego przecisnąć.

– Tak jest, towarzyszu kapitanie. – W głosie młodego podoficera dało się wyczuć lekki akcent charakterystyczny dla pogórza, co nie było dziwne, zważywszy, że Paweł pochodził z Nowego Sącza. – Odprowadziłem wszystkich pod same drzwi bunkra.

– Jak wygląda sytuacja?

– Mocno nieciekawie, towarzyszu kapitanie. – Bednarek poprawił palcem okulary. – Przy placu Dąbrowszczaków zrobił się nieludzki korek, zwożą tam na potęgę rodziny wszystkich dygnitarzy.

Ta wiadomość, wprawdzie spodziewana, lecz wciąż niepokojąca, sprawiła, że Okrutny instynktownie podjął marsz w kierunku zbudowanych na planie krzyża gmachów.

– Dowiedzieliście się czegoś konkretnego?

– Nie. Ważniacy nabrali wody w usta. Żaden szofer nic nie wie. A jeśli już któryś się odezwie, to gada takie rzeczy, że szkoda mówić. – Kapral machnął ręką.

– Na przykład co?

– Na przykład, że chcą nas zbombić jak tę tam, Hiroszimę.

– Chcą zrzucić na Wrocław bombę atomową? – zaśmiał się kapitan. Były to jednak tylko pozory wesołości: na dnie żołądka czuł znajomy ucisk, jakby mu tam ktoś kamieni nawrzucał, a po jego plecach przebiegał właśnie bardzo wolno zimny i naprawdę nieprzyjemny dreszcz. Zatylny był tak wielką kanalią, że mógł poprosić towarzyszy z Moskwy o całkowite zniszczenie miasta. – Bzdura – dodał, pilnując się, by głos mu nie zadrżał. – Nie powtarzajcie tych kretyńskich plotek nikomu. Chłopcy są już i tak zdrowo podenerwowani.

– Jasna sprawa, towarzyszu kapitanie.

Okrutny wzdrygnął się wewnętrznie. Jeśli to prawda, skonstatował, schronienie się za murem nie zwiększy naszych szans. Bezwiednie oblizał spierzchnięte wargi. Co mógł w tej sytuacji zrobić?… Wtem doznał olśnienia. Schrony przeciwlotnicze z czasów wojny! Mieli ich tu kilka. Tylko że były słabo wyposażone i dość ciasne, bo przewidziane na wypadek chwilowego, co najwyżej kilkugodzinnego pobytu w nich znacznie mniejszej liczby osób. Bez mebli, sanitariatów, studni artezyjskiej…

Zamyślony głęboko kapitan minął próg bloku A, nie odpowiadając na salut stojącego przy drzwiach wartownika. Zastanawiał się, jak przerzucić część żywności i wody do pomieszczeń, które mogą, choć nie muszą, przetrwać niszczycielską eksplozję. Jak to zrobić, nie budząc podejrzeń tych, którzy pozostaną na zewnątrz? Oto jest pytanie…

– Bednarek! – Odwrócił się nagle do kaprala. – Pędźcie na piętro do sierżanta Sękali i powiedzcie mu, żeby poczekał na mnie z rozpoczęciem akcji. Przekażcie, że wpadłem na świetny pomysł, ale muszę coś sprawdzić.

– Tajest.

Paweł ruszył biegiem w górę schodów.

* * *

– Jakiś problem? – zainteresował się Rawiński, gdy kapitan dotarł w końcu na blok.

– Bednarek wam nie powiedział? – Wojciech udał zdziwienie.

– Coś tam pitolił, ale niekonkretnie. Podobno wpadliście na świetny pomysł i dlatego kazaliście na siebie czekać – odparł Sękala.

– Niestety pomysł okazał się chybiony – rzekł wymijająco kapitan i aby zmienić niewygodny temat, zaraz dodał: – Bierzmy się do roboty. Dzięki Rojewskiemu mamy spore przody, ale zostało nam niespełna pół godziny. Nie chcecie chyba, żeby chłopaki z kolumny transportowej przywitały krasnoarmiejców gdzieś na ulicy? – Nie chcieli, mógł więc spokojnie przejść do następnego punktu odprawy. – Dobra, panowie. Mamy cztery wozy, do każdego pakujemy po dwudziestu jeden żuczków. Jest nas tylu, że spokojnie możemy podzielić siły na dwie grupy i pracować równolegle. W każdym zespole będzie trzech chłopaków z bronią maszynową i czterech z tetetkami. Reszta zabezpiecza przejścia, tu, tam i tam – wskazał rozmieszczenie posterunków. – Otwieramy celę, skuwamy drani, wyprowadzamy pod lufami, pakujemy do wozów, zamykamy na kłódkę, wyrzucamy kluczyk i wyprawiamy w miasto. – Funkcjonariusze kiwali głowami, przyjmując do wiadomości kolejne polecenia. – Ślepaki usunięte? – zapytał jeszcze Okrutny, zanim ruszyli.

– Tajest!

– Jak tylko zauważycie, że coś jest nie tak, walcie od razu w ścianę albo podłogę, żeby widzieli ślady po kulach. Coś takiego na pewno da im do myślenia. Tylko pamiętajcie, pod żadnym pozorem nie możecie żadnego zastrzelić.

– Wy naprawdę wierzycie w te opowieści o nieumarłych, towarzyszu kapitanie? – zapytał całkiem poważnym tonem Sękala.

Wojciecha zamurowało.

– Skąd o nich wiecie? – bąknął dopiero po kilku sekundach.

– Stąd co wszyscy – zaśmiał się sierżant. – Od chłopaków, którzy pilnowali ewakuowanych. Ludzie opowiadali niestworzone historie. Ponoć tych suczych synów nie da się zabić…

– Bujdy – rzucił któryś z funkcjonariuszy.

– Bajanie wystrachanej cywilbandy – dodał inny, rechocząc.

– Albo i nie – zgasił go Okrutny. – Pewien człowiek, oficer, któremu w pełni ufam, był w Komendzie Wojewódzkiej, kiedy doszło tam do rzezi naszych.

– Jakiej rzezi? – Rawiński zrobił wielkie oczy.

Kapitan już otwierał usta, chcąc streścić rozmowę z majorem Brandtem, ale zrezygnował. Nie mieli teraz czasu na puste gadanie. Sękala natychmiast to wykorzystał, by wtrącić swoje trzy grosze:

– Rozumiem, że ta zaraza zmienia ludzi w krwiożercze bestie, bardzo odporne i nieczułe na ból, ale w życiu nie uwierzę, że nie da się ich zabić.

– Uważacie, sierżancie, że władza ludowa spieprzyłaby do bunkrów, zostawiając sprzątanie Ruskim, gdyby chodziło o jakąś bagatelę?

– Ja tylko mówię, że zarażeni są…

– Człowieku, im dłużej będziemy tu pieprzyć bez sensu, tym mniejsze szanse na bezpieczny powrót za mur będą mieli chłopcy z konwoju. Jeśli nie zamkniesz natychmiast ryja, sam będziesz przekazywał wdowom informacje, że nadal mogłyby mieć mężów, lecz tobie zachciało się zgłębiać tajemnicę życia, przez co staliśmy tutaj jak kołki, zamiast robić swoje!

Sękala nie odpowiedział. Obrócił się na pięcie i pognał pomostem, machając ręką na przydzielonych mu ludzi. Rawiński, zawiedziony wyraźnym unikiem przełożonego, poprowadził drugi oddział przeciwległym pomostem. Resztę uzbrojonych w peemy i pistolety funkcjonariuszy rozmieszczono przy schodach i wyjściu, skąd w razie potrzeby mogliby razić ogniem tych osadzonych, którzy próbowaliby uciekać z podstawianych na plac więźniarek.

Pierwsze drzwi na górze otworzyły się z głośnym łomotem, który natychmiast utonął we wrzaskach strażników. Kilka sekund później padł strzał, potem drugi. Zanim ich echa wybrzmiały w wielkiej, pustej przestrzeni więziennego bloku, u szczytu klatki schodowej pojawili się skuleni mężczyźni. Truchtali gęsiego z rękami założonymi na kark. Za każdym z nich szedł mundurowy z pistoletem gotowym do strzału; naglące dźgnięcia lufą w nerki motywowały skazańców do szybszego marszu. Po otwarciu następnych cel nikt nie strzelał, konieczność użycia broni zaszła ponownie dopiero wtedy, gdy opróżniano czwarte z kolei pomieszczenie.

Tym razem po huku wystrzału nie zapadła cisza. Stojący na parterze Wojciech usłyszał nieludzki skowyt, który zwiastował problemy. Kapitan opuścił więc posterunek przy drzwiach i pognał ile sił w nogach w górę schodów. Czwarta cela od końca po prawej. Siedziało tam trzech delikwentów z parszywej dwunastki, jak po cichu nazywano morderców czekających na wykonanie najwyższego wyroku.

– Co ja mówiłem o strzelaniu do osadzonych?! – wysapał gniewnie kapitan, przepychając się między stojącymi w drzwiach funkcjonariuszami.

– Skurwiel próbował odebrać broń Olkiewiczowi – poskarżył się blady jak ściana szeregowy Radosław Lenart, wskazując przełożonemu dymiący wciąż pistolet.

Okrutny obrzucił wzrokiem celę, w której tłoczyli się trzej struchlali przestępcy, zbici w grupkę wokół stolika pod jedynym oknem, i zwijający się z bólu funkcjonariusz.

Krauz nie przestawał syczeć, obiema dłońmi zaciskał obficie krwawiącą łydkę.

– Żuczek chciał odebrać broń Olowi i dlatego raniliście Łukasza? – Okrutny miażdżył wzrokiem wystraszonego strzelca.

– To był rykoszet, towarzyszu kapitanie. – Sękala wskazał na obłupany tynk łukowego nadproża. – Pech, po prostu pech.

– Ty i ty. – Wojciech wskazał stojących najbliżej funkcjonariuszy. – Zanieście rannego do ambulatorium. Migiem, zanim nam się tu wykrwawi. Ja was zastąpię – dodał złowróżbnym tonem, przenosząc wzrok na osadzonych. – Który próbował odebrać ci broń? – Zwrócił się do Olkiewicza.

– Me… me… melduję, że Ma… Ma… – bełkotał roztrzęsiony Tomasz, wskazując palcem wysokiego brodacza z tatuażem na potylicy.

– Towarzysz Magdziarek. – Okrutny poruszył głową, jak bokser rozluźniający mięśnie karku przed walką. – Wyprowadzić pozostałych – rozkazał, nie spuszczając wzroku z winnego. – I kontynuować akcję. Ja się zajmę wyjaśnieniem tej sprawy.