Drzwi do lataTekst

Z serii: s-f
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Belle usiłowała pokazać, że „lubi” Pete’a, traktując go jak psa… więc ją podrapał. Następnie, jako rozsądny kot, uciekł i długo nie wracał – zupełnie słusznie, ponieważ przywaliłbym mu, a jeszcze nigdy mu się nie dostało, nie ode mnie. Bicie kota jest kompletnie bezsensowne; kota można wychować tylko cierpliwością, nigdy przemocą.

Przemyłem ranki Belle jodyną, a potem próbowałem jej wyjaśnić, co zrobiła źle.

– Przykro mi, że tak się stało, strasznie przykro! Jednak to się powtórzy, jeśli znowu to zrobisz.

– Ale ja tylko go pogładziłam!

– Hm, owszem… ale nie tak jak kota, tylko jak psa. Kota nie można poklepywać, trzeba go głaskać. Nie rób żadnych gwałtownych ruchów, kiedy jesteś w zasięgu jego pazurów. Nie możesz go dotknąć, dopóki nie zobaczy, że zamierzasz to zrobić… i zawsze musisz się zorientować, czy ma ochotę na głaskanie. Jeśli nie, przez chwilę będzie je z grzeczności znosić, bo koty są bardzo grzeczne, ale musisz wyczuć, że już go to nie bawi, i przestać, zanim wyczerpie się jego cierpliwość. – Zawahałem się. – Ty nie lubisz kotów, prawda?

– Co takiego? Nie mów głupstw! Oczywiście lubię koty. – Zaraz jednak dodała: – Pewnie za rzadko miałam do czynienia z kotkami. Ona jest bardzo drażliwa, prawda?

– On! Pete to kocur. I wcale nie jest drażliwy, ponieważ zawsze był dobrze traktowany. Trzeba jednak nauczyć cię właściwego podejścia do kotów. Hm, na przykład nigdy nie wolno ci się z nich śmiać.

– Co? A właściwie dlaczego?

– Nie dlatego, że nie są śmieszne; tak naprawdę są wyjątkowo komiczne. Nie mają jednak poczucia humoru i to jest dla nich obraźliwe. Och, kot nie podrapie cię za to, że się z niego śmiejesz; po prostu odejdzie i trudno ci będzie się z nim zaprzyjaźnić. Zresztą to nie jest aż tak istotne. O wiele ważniejsza jest umiejętność brania kota na ręce. Kiedy Pete wróci, pokażę ci, jak to robić.

Pete jednak nie wrócił, przynajmniej nie od razu, i nigdy jej tego nie pokazałem. Potem Belle już nie dotykała Pete’a. Mówiła do niego i zachowywała się tak, jakby go lubiła, ale trzymała się od niego z daleka, a on od niej. Wyleciało mi to z głowy; przecież z powodu takiej drobnostki nie mogłem zwątpić w uczucia kobiety znaczącej dla mnie więcej niż cokolwiek innego w moim życiu.

Jednak sprawa Pete’a o mało nie doprowadziła później do poważnego kryzysu. Belle i ja rozmawialiśmy o tym, gdzie będziemy mieszkać. Wciąż nie chciała ustalić daty ślubu, ale poświęcaliśmy dużo czasu na omawianie podobnych szczegółów. Ja chciałem kupić małe ranczo w pobliżu fabryki; Belle wolałaby mieszkanie w mieście, dopóki nie będzie nas stać na posiadłość w Bel-Air.

– Kochanie, to niepraktyczne – powiedziałem. – Muszę być blisko zakładu. Ponadto czy próbowałaś kiedyś trzymać kocura w mieszkaniu w kamienicy? – zapytałem.

– Ach, o to chodzi! Słuchaj, kochanie, cieszę się, że o tym wspomniałeś. Dużo czytałam o kotach, naprawdę. Każemy go wykastrować. Wtedy stanie się znacznie łagodniejszy i będzie szczęśliwy w mieszkaniu.

Wpatrywałem się w nią, nie wierząc własnym uszom. Zrobić eunucha ze starego wojownika? Zmienić go w ozdobę kominka?

– Belle, nie wiesz, co mówisz!

Próbowała uspokoić mnie starą śpiewką „mama wie najlepiej”, używając stereotypowych argumentów podawanych przez ludzi uważających kota za element wystroju mieszkania… że to nie będzie go bolało, że to w rzeczywistości tylko dla jego dobra, że ona wie, ile on dla mnie znaczy, i nigdy nie próbowałaby mnie go pozbawić, że to jest naprawdę bardzo proste, całkiem bezpieczne i najlepsze wyjście dla wszystkich.

– Dlaczego nie załatwisz tego dla nas obu? – wtrąciłem.

– Czego, kochanie?

– Tego samego. Byłbym posłuszniejszy, wieczorami siedziałbym w domu i nigdy bym się z tobą nie sprzeczał. Jak twierdzisz, to nie będzie bolało i prawdopodobnie stanę się znacznie szczęśliwszy.

Poczerwieniała.

– Jesteś nieznośny.

– Ty też!

Nigdy więcej o tym nie wspomniała. Belle nie pozwalała, by różnice zdań przeradzały się w kłótnie; milkła i czekała na odpowiedni moment. Nigdy jednak również się nie poddawała. Pod pewnymi względami miała w sobie wiele z kota… i może dlatego nie mogłem się jej oprzeć.

Cieszyłem się, że porzuciliśmy ten temat. Byłem pogrążony w pracy nad Fenomenalnym Frankiem. Wprawdzie Willie i Służka mieli nam przynieść sporo kasy, ale ja obsesyjnie myślałem o doskonałym, wszechstronnym robocie domowym, uniwersalnym służącym. No dobrze, nazwijcie go robotem, choć to mocno nadużywane słowo, a ja wcale nie zamierzałem stworzyć mechanicznego człowieka.

Pragnąłem urządzenia, które potrafiłoby zrobić w domu wszystko – oczywiście sprzątać i gotować, ale także wykonywać trudniejsze zadania, takie jak przewinięcie dziecka lub wymiana taśmy w maszynie do pisania. Chciałem, żeby zamiast całej hordy złożonej ze Służki, Wystawowego Williego, Niani Nancy, Sprzątacza Steve’a i Ogrodnika Olivera mąż i żona mogli kupić, och, na przykład za cenę dobrego samochodu, jedną maszynę dorównującą znanemu z książek chińskiemu służącemu, którego nikt z mojego pokolenia nigdy nie widział na oczy.

Gdybym odniósł sukces, byłaby to druga proklamacja emancypacji, wyzwolenie kobiet ze starego jak świat niewolnictwa. Chciałem obalić odwieczne twierdzenie, że „praca kobiety nigdy się nie kończy”. Prace domowe to monotonna i niepotrzebna harówka, obraźliwa dla mnie jako inżyniera.

Aby temu wyzwaniu mógł sprostać jeden konstruktor, niemal cały Fenomenalny Frank musiał się składać ze standardowych części i opierać na znanych już koncepcjach. Badania podstawowe przekraczają możliwości samotnego człowieka; musiałem oprzeć się na wcześniejszych dokonaniach albo zrezygnować.

Na szczęście miałem do dyspozycji strasznie dużo wcześniejszych rozwiązań i nie traciłem czasu, posługując się kategorią dostępu „Q”. To, czego chciałem, nie było tak skomplikowane jak zaprogramowanie zdalnie sterowanego pocisku.

Co według mnie miał właściwie robić Fenomenalny Frank? Odpowiedź: miał wykonywać wszelkie ludzkie prace w gospodarstwie domowym. Nie musiał grać w karty, kochać się, jeść czy spać, ale powinien umieć sprzątnąć po brydżu, gotować, ścielić łóżka i zajmować się dziećmi – a przynajmniej monitorować oddech dziecka i wezwać kogoś w razie potrzeby. Zadecydowałem, że nie musi odbierać telefonów, ponieważ AT&T już wypożyczała służące do tego urządzenie. Nie musiał także otwierać drzwi, gdyż większość nowych domów była wyposażona w domofony.

Aby jednak podołać moim rozlicznym wymaganiom, musiał mieć ręce, oczy, uszy i mózg… wystarczająco dobry mózg.

Ręce mogłem zamówić w firmach produkujących urządzenia dla elektrowni atomowych, które dostarczyły mi ręce dla Służki, choć tym razem potrzebowałem najlepszych, z serwomotorami o dużej mocy i o precyzji ruchów wymaganej przy wykonywaniu mikroanaliz i ważeniu radioaktywnych izotopów. Te same firmy mogły dostarczyć oczy – tyle że znacznie mniej skomplikowane, bo Frank przy pracy nie musiał sięgać wzrokiem i rękami za kilkumetrową betonową osłonę reaktorów jądrowych.

Uszy mogłem kupić od którejś z kilkunastu firm radiotelewizyjnych – chociaż zapewne musiałbym zaprojektować trochę nowych obwodów zapewniających jednoczesną kontrolę wzrokową, dźwiękową i dotykową nad ruchami rąk, tak jak u człowieka.

Jednak dzięki tranzystorom i obwodom drukowanym można zrobić strasznie dużo nawet w małej przestrzeni.

Frank nie będzie musiał wspinać się po drabinie. Chciałem, żeby wyciągał szyję jak struś i miał dłonie na wysięgnikach. Czy powinien umieć chodzić po schodach?

Cóż, istniał już zasilany energią elektryczną wózek inwalidzki, który to potrafił. Może powinienem taki kupić i wykorzystać jako podwozie, redukując rozmiary prototypu do wielkości takiego fotela, a wagę do jego udźwigu – w ten sposób ustaliłbym podstawowe parametry. Zasilanie i sterowanie podłączyłbym do mózgu Franka.

Z mózgiem miałem prawdziwy problem. Można skonstruować urządzenie o budowie podobnej do ludzkiego szkieletu albo o wiele lepszej. Można wyposażyć je w układ kontroli na tyle dobry, by potrafiło wbijać gwoździe, szorować podłogi i rozbijać jajka – lub ich nie stłuc. Dopóki jednak nie ma pomiędzy uszami tego, co mają ludzie, nie jest człowiekiem, a nawet żywym trupem.

Na szczęście nie potrzebowałem ludzkiego mózgu; chciałem stworzyć tylko posłusznego głupka zdolnego do wykonywania większości rutynowych prac domowych.

I tutaj przydały się moduły pamięci Thorsena. Pociski międzykontynentalne, które posłaliśmy w odwecie, „myślały” dzięki tym właśnie modułom, a systemy sterowania ruchem drogowym w takich miastach jak Los Angeles także używały ich bardziej debilnej wersji. Nie trzeba zagłębiać się w teorię działania elektronicznego modułu, którego nawet w Bell Labs w pełni nie rozumieją, rzecz w tym, że układ Thorsena można podłączyć do obwodu sterującego i wykonać jakąś operację przy ręcznym sterowaniu, a moduł „zapamięta” wszystkie działania i za każdym następnym przeprowadzi tę operację już bez nadzoru człowieka. Zwykłemu automatowi to wystarczy; natomiast w wypadku zdalnie sterowanych rakiet i Fenomenalnego Franka potrzebne są dodatkowe obwody, które umożliwiają mechanizmowi „ocenę sytuacji”. Oczywiście nie jest to prawdziwa ocena sytuacji (moim zdaniem maszyny nigdy nie będą mogły niczego oceniać); dodatkowe obwody są właściwie układami wyszukującymi, którym oprogramowanie nakazuje: „szukaj tego i owego w ramach takich a takich; gdy to znajdziesz, wykonaj instrukcję podstawową”. Ta podstawowa instrukcja może zawierać tyle poleceń, ile da się upchnąć w jednym module pamięci Thorsena – czyli naprawdę bardzo dużo! – i da się to tak zaprogramować, żeby obwody „oceniające” (kretyni kierujący wszystkim z tylnego siedzenia) przerwały w każdej chwili wykonywanie instrukcji podstawowej, jeśli operacja będzie niezgodna z tym, co pierwotnie zostało wprowadzone do modułu.

 

To oznaczało, że wystarczyło tylko raz zademonstrować Fenomenalnemu Frankowi, jak sprzątnąć ze stołu, usunąć resztki jedzenia z talerzy i włożyć do zmywarki, aby umiał sobie poradzić ze wszystkimi brudnymi naczyniami, jakie napotkał. Co więcej, kiedy włożono mu do głowy elektronicznie zduplikowany moduł Thorsena, Frank nawet przy pierwszym spotkaniu z brudnymi naczyniami zabierał się do nich… i nigdy żadnego nie stłukł.

Jeśli włożymy kolejny „zapisany” moduł obok pierwszego, Frank od razu będzie potrafił zmienić dziecku pieluchę i nigdy, przenigdy nie ukłuje go przy tym agrafką.

Sześcienna głowa Franka z łatwością mogła pomieścić setkę modułów Thorsena z elektronicznym „zapisem” rozmaitych prac domowych. Potem wystarczyło dodać obwód bezpieczeństwa do wszystkich obwodów „oceniających”, czyli taki, który kazał mu zatrzymać się i wezwać pomoc, jeśli zetknął się z czymś, czego nie przewidują instrukcje – żeby nie stracić dzieci lub talerzy.

Tak więc stworzyłem Franka na szkielecie elektrycznego wózka inwalidzkiego. Wyglądał jak wieszak na kapelusze kochający się z ośmiornicą… ale, ludzie, jak on umiał polerować srebra stołowe!

Miles obejrzał pierwszego Franka, a potem obserwował, jak miesza i podaje martini, następnie opróżnia i czyści popielniczki (nigdy nie dotykając tych niezabrudzonych), otwiera i zamyka okno, po czym podjeżdża do mojego regału, żeby odkurzyć i ustawić książki. Miles upił łyk martini.

– Za dużo wermutu – powiedział.

– Ja tak lubię. Możemy jednak mu polecić, żeby inaczej przyrządzał drinki dla ciebie, a inaczej dla mnie; ma jeszcze mnóstwo niezapisanych modułów. Fenomenalna pamięć.

Miles pociągnął następny łyk.

– Kiedy będzie gotowy do produkcji?

– Hmm, chciałbym poświęcić mu jeszcze z dziesięć lat. – Zanim Miles zdążył jęknąć, dodałem: – Jednak model o ograniczonych możliwościach powinniśmy wypuścić za pięć.

– Nonsens! Zapewnimy ci wszelką możliwą pomoc i będziemy mieli pierwszy model za sześć miesięcy.

– Gdzie tam, do diabła. To dzieło mojego życia. Nie wypuszczę go na świat, dopóki nie będzie dziełem sztuki… trzykrotnie mniejszy, z wymienialnymi wszystkimi częściami oprócz modułów Thorsena i tak wszechstronny, że nie tylko wypuści kota na dwór i wykąpie dziecko, ale nawet zagra w ping-ponga, jeżeli klient zapłaci za dodatkowe programowanie.

Spojrzałem na Franka. Spokojnie ścierał kurz z mojego biurka i odkładał na miejsce każdy papier, który podniósł.

– Jednak gra z nim w ping-ponga nie byłaby zabawna; nie puściłby żadnej piłeczki. Cóż, przypuszczam, że nauczylibyśmy go przegrywać, gdybyśmy wprowadzili obwód losowy. Hmm… tak, to możliwe. Zrobimy tak i będziemy mieli świetne demo.

– Jeden rok, Dan, i ani dnia dłużej. Wynajmę kogoś od Loewy’ego, żeby ci pomógł z projektem.

– Miles, kiedy wreszcie zrozumiesz, że to ja jestem szefem konstrukcji? Kiedy ci go przekażę, będzie twój… lecz ani sekundy wcześniej.

– I tak daje za dużo wermutu – odparł Miles.

Tyrałem z pomocą mechaników z warsztatu, aż Frank zaczął wyglądać mniej jak efekt zderzenia trzech samochodów, a bardziej jak coś, czym można się chwalić przed sąsiadami. Tymczasem usunąłem mnóstwo błędów w układzie sterowania. Nauczyłem go nawet głaskać Pete’a i drapać go po szyi w sposób, jaki kot lubił – i wierzcie mi, że wymagało to oprogramowania równie precyzyjnego jak to wykorzystywane w laboratoriach atomowych. Miles mnie nie poganiał, choć od czasu do czasu przychodził i obserwował postępy pracy. Najczęściej pracowałem nocami, po kolacji z Belle i odprowadzeniu jej do domu. Potem przesypiałem większość dnia, przychodziłem do firmy późnym popołudniem, podpisywałem wszystkie przygotowane przez Belle dokumenty, sprawdzałem, co za dnia zrobiono w warsztacie, i znów zabierałem Belle na kolację. Wcześniej niewiele robiłem, ponieważ wskutek twórczej pracy człowiek śmierdzi jak cap. Po ciężkiej nocy spędzonej w laboratorium jedynie Pete znosił moje towarzystwo.

Gdy pewnego dnia kończyliśmy kolację, Belle zapytała mnie:

– Wracasz do warsztatu, najdroższy?

– Oczywiście. Dlaczego nie?

– To dobrze. Bo Miles będzie tam na nas czekał.

– Słucham?

– Chce zrobić zebranie akcjonariuszy.

– Zebranie akcjonariuszy? Po co?

– To nie potrwa długo. W gruncie rzeczy, kochanie, ostatnio zupełnie nie interesowałeś się sprawami firmy. Miles chce wyjaśnić kilka spraw i ustalić pewne zasady.

– Całkowicie pochłania mnie projektowanie. Co powinienem jeszcze robić dla firmy?

– Nic, najdroższy. Miles mówił, że to nie potrwa długo.

– W czym problem? Czy Jake nie umie sobie poradzić z linią montażową?

– Nie wiem, najdroższy. Miles niczego mi nie wyjaśnił. Dopij kawę.

Miles czekał na nas w fabryce i potrząsnął moją dłonią tak poważnie, jakbyśmy się miesiąc nie widzieli.

– Miles, o co chodzi? – spytałem.

Obrócił się do Belle.

– Przynieś te dokumenty, dobrze?

Już samo to powinno mnie ostrzec, że Belle skłamała, utrzymując, iż Miles nie powiedział jej, czym zamierza się zająć. Jednak nie zastanawiałem się nad tym – do diabła, przecież ufałem Belle! – a ponadto moją uwagę przykuło coś innego, gdyż Belle podeszła do sejfu, przekręciła gałkę i otworzyła go.

– A właśnie, kochanie – powiedziałem – chciałem otworzyć go wczoraj wieczorem i nie mogłem. Zmieniłaś szyfr?

Wyciągała dokumenty i nie odwróciła się.

– Nie mówiłam ci? Po tym alarmie w zeszłym tygodniu patrol poprosił, żeby go zmienić.

– Och. Lepiej podaj mi ten nowy szyfr, bo inaczej kiedyś będę musiał zadzwonić do kogoś z was o okropnej porze.

– Pewnie.

Zamknęła sejf i położyła na stole teczkę, w której trzymaliśmy dokumenty potrzebne podczas zebrań.

Miles odchrząknął i powiedział:

– Zaczynajmy.

– Dobrze – powiedziałem. – Kochanie, jeżeli to jest oficjalne spotkanie, to chyba powinnaś je protokołować… Hmm, środa 18 listopada 1970, dwudziesta pierwsza dwadzieścia, wszyscy akcjonariusze obecni – wpisz nasze nazwiska – D.B. Davis, przewodniczący rady nadzorczej. Jakieś zaległe sprawy?

Nie było żadnych.

– Świetnie, Miles, teraz ty. Jakieś nowe sprawy?

Miles znowu odchrząknął.

– Chcę omówić politykę firmy, przedstawić program na przyszłość i przedłożyć radzie nadzorczej propozycję zdobycia nowego źródła finansowania.

– Finansowania? Nie gadaj głupstw. Jesteśmy na plusie i z każdym miesiącem jest lepiej. O co ci chodzi, Miles? Nie wystarcza ci twoja gaża? Możemy ją trochę zwiększyć.

– Nie wyjdziemy na plus, realizując nowy program. Musimy zwiększyć nakłady inwestycyjne.

– Jaki nowy program?

– Proszę cię, Dan. Zadałem sobie trochę trudu i wszystko dokładnie opisałem. Niech Belle nam to przeczyta.

– Cóż… dobrze.

Jeśli pominąć napuszony wstęp – jak wszyscy prawnicy uwielbiał wielosylabowe słowa – Miles chciał zrobić trzy rzeczy: a) odebrać mi Fenomenalnego Franka, przekazać go zespołowi produkcyjnemu i niezwłocznie rzucić na rynek; b)…

W tym momencie przerwałem Belle:

– Nie!

– Chwileczkę, Dan. Jako prezes i naczelny dyrektor niewątpliwie mam prawo przedstawić myśli w określonym porządku. Na razie ich nie komentuj. Pozwól Belle dokończyć.

– Cóż… w porządku. Ale i tak się nie zgadzam.

Punkt b) sprowadzał się do tego, że powinniśmy przestać się ograniczać do jednotorowej działalności. Mamy coś wspaniałego, równie wspaniałego jak kiedyś samochód, i jesteśmy pierwsi; tak więc powinniśmy natychmiast rozbudować firmę, zakładając w kraju i na całym świecie oddziały zajmujące się sprzedażą i dystrybucją oraz zwiększając produkcję.

Zacząłem bębnić palcami po stole. Już widziałem siebie w roli głównego inżyniera takiej firmy. Prawdopodobnie nawet nie pozwoliliby mi podejść do deski kreślarskiej, a gdybym chwycił lutownicę, związki zawodowe ogłosiłyby strajk. Równie dobrze mogłem zostać w wojsku i starać się awansować do stopnia generała.

Jednak nie przerywałem Belle. Punkt c) oznajmiał, że nie zdołamy tego zrobić bez grosza; potrzebne będą miliony. Kasę miało wyłożyć Przedsiębiorstwo Mannix – w praktyce oznaczało to, że sprzedalibyśmy cały majdan wraz z Fenomenalnym Frankiem i stalibyśmy się filią tej grupy. Miles pozostałby dyrektorem, a ja głównym inżynierem działu badań, ale dawna wolność by się skończyła, obaj bylibyśmy pracownikami.

– To wszystko? – spytałem.

– Hmm… tak. Omówmy to i przeprowadźmy głosowanie.

– Trzeba tam jeszcze zagwarantować nam prawo do siedzenia wieczorem przed domem i śpiewania pieśni niewolników!

– To nie są żarty, Dan. Tak musi być.

– Ja nie żartowałem. Niewolnik musi mieć przywileje, żeby zachowywał spokój. No dobrze, czy teraz moja kolej?

– Mów.

Złożyłem kontrpropozycję, która od dawna chodziła mi po głowie. Chciałem, abyśmy zaprzestali produkcji. Jake Schmidt, szef naszego warsztatu, był dobrym fachowcem; mimo to nieustannie wyrywał mnie z miłego oparu twórczej weny, żebym usuwał jakieś błędy w produkcji – co było równie przyjemne jak lodowaty prysznic w ciepłym łóżku. To był prawdziwy powód tego, że unikałem fabryki za dnia i pracowałem głównie w nocy. Ponieważ kupowaliśmy coraz więcej elementów z wojskowego demobilu i rozważaliśmy uruchomienie nocnej zmiany, wiedziałem, że wkrótce nie będę miał czasu na twórczą pracę, nawet jeśli odrzucimy ten niestrawny plan dołączenia do grona General Motors i Consolidated. Nie mogłem się rozdwoić, być jednocześnie wynalazcą i kierownikiem produkcji.

Tak więc zaproponowałem, żeby ograniczyć, a nie zwiększyć produkcję – sprzedać licencję na Służkę i Wystawowego Williego, niech ktoś inny je wytwarza i sprzedaje, a my będziemy tylko pobierać opłaty licencyjne. Kiedy skończymy Fenomenalnego Franka, znowu sprzedamy licencję. Jeżeli Mannix zechce nabyć prawa do nich i przebije rywali, świetnie! Tymczasem zmienimy nazwę na Firma Badawcza Davis i Gentry i ograniczymy się po prostu do nas trojga oraz paru mechaników pomagających mi konstruować nowe urządzenia. Miles i Belle będą tylko siedzieć i liczyć pieniądze, które wpływają do kasy.

Miles powoli pokręcił głową.

– Nie, Dan. Sprzedaż licencji przyniosłaby nam pewien zysk, przyznaję. Jednak na pewno nie taką kasę, jaką zarobilibyśmy, gdybyśmy robili to sami.

– Rzecz w tym, Miles, że nie robilibyśmy go sami. Zaprzedalibyśmy się ludziom Mannixa. Co do pieniędzy, to ile chcesz ich mieć? Nie możesz korzystać z więcej niż jednego jachtu lub jednego basenu naraz… a będziesz miał oba przed upływem roku, jeśli chcesz.

– Nie chcę.

– No to czego chcesz?

Popatrzył na mnie.

– Dan, ty chcesz być wynalazcą. Ten plan ci to umożliwia, dając wszelkie niezbędne udogodnienia, pomocników i fundusze. Ja chcę kierować wielką firmą. Naprawdę wielką firmą. Mam do tego talent. – Zerknął na Belle. – Nie mam ochoty spędzić życia na środku pustyni Mojave jako przedstawiciel handlowy wynalazcy samotnika.

Spojrzałem na niego ze zdumieniem.

– W Sandii tak nie mówiłeś. Chcesz odejść, stary? Belle i ja nie chcielibyśmy, żebyś odszedł… ale jeśli tego sobie życzysz, to chyba mógłbym wziąć kredyt hipoteczny czy coś w tym stylu i cię spłacić. Nie chciałbym nikomu wiązać rąk.

Byłem wstrząśnięty, ale jeśli Miles się niecierpliwił, to nie miałem prawa go zatrzymywać.

– Nie, nie chcę odejść; pragnę rozszerzyć naszą działalność. Słyszałeś moją propozycję. To oficjalny plan rozwoju firmy. Proponuję go przegłosować.

Przypuszczam, że miałem zdziwioną minę.

– Upierasz się przy utrudnianiu sprawy? W porządku, Belle, głosuję przeciwko. Zapisz to. Jednak nie poddam dziś mojej kontrpropozycji pod głosowanie. Przedyskutujemy to i wymienimy poglądy. Chcę, żebyś był zadowolony, Miles.

– Załatwmy to we właściwy sposób – z uporem rzekł Miles. – Głosowanie, Belle.

– Tak jest. Miles Gentry, akcje uprawniające do głosowania… – Odczytała szereg numerów seryjnych. – Jak głosujesz?

– Za.

Zapisała to w notatniku.

– Daniel B. Davis, akcje uprawniające do głosowania… – Ponownie przeczytała szereg numerów seryjnych; nie słuchałem tej części formalnej. – Jak głosujesz?

– Przeciw. To przesądza sprawę. Przykro mi, Miles.

– Belle S. Darkin – ciągnęła – akcje uprawniające do głosowania… – Znów podała ciąg liczb. – Głosuję za.

 

Rozdziawiłem usta, ale jakoś zdołałem powstrzymać jęk i rzuciłem:

– Ale, skarbie, nie możesz tego zrobić! Jasne, to są twoje akcje, ale doskonale wiesz, że…

– Ogłoś wynik – warknął Miles.

– Większość jest za. Propozycja została przyjęta.

– Zapisz to.

– Tak jest.

Następne kilka minut pamiętam jak przez mgłę. Najpierw wrzeszczałem na nią, potem próbowałem ją przekonać, a następnie warknąłem, że to po prostu nieuczciwe – rzeczywiście przepisałem akcje na nią, ale wiedziała równie dobrze jak ja, że zawsze podejmowałem najważniejsze decyzje, że nie miałem zamiaru tracić kontroli nad firmą, że był to po prostu prezent zaręczynowy, tylko tyle. Do diabła, w kwietniu nawet zapłaciłem za te akcje podatek dochodowy. Jeżeli mogła wyciąć mi taki numer jako moja narzeczona, to jak będzie wyglądało nasze małżeństwo?

Popatrzyła na mnie i nagle jej twarz wydała mi się zupełnie obca.

– Danie Davis, jeżeli myślisz, że nadal jesteśmy zaręczeni po tym, jak mnie przed chwilą potraktowałeś, to jesteś nawet głupszy, niż zawsze uważałam. – Odwróciła się do Gentry’ego. – Odwieziesz mnie do domu, Miles?

– Oczywiście, moja droga.

Zacząłem coś mówić, ale zaraz się zamknąłem i poszedłem sobie, nie nałożywszy kapelusza. Był najwyższy czas, żeby wyjść, bo inaczej zapewne zabiłbym Milesa, skoro Belle nie byłbym w stanie tknąć.

Oczywiście nie zdołałem zasnąć. Około czwartej wstałem, przeprowadziłem kilka rozmów telefonicznych, zgodziłem się zapłacić więcej, niż to było warte, i o piątej trzydzieści wysiadłem z furgonetki przed fabryką. Podszedłem do bramy, zamierzając ją otworzyć i podjechać do rampy, żeby włożyć przez tylną klapę Fenomenalnego Franka, który ważył czterysta funtów.

Brama była zamknięta na nową kłódkę.

Przelazłem przez ogrodzenie, kalecząc się drutem kolczastym. Gdy wejdę do warsztatu, brama nie będzie żadnym problemem, gdyż było tam ze sto narzędzi, którymi mogę zerwać kłódkę.

Jednak zamek w drzwiach też został zmieniony.

Patrzyłem nań, próbując zdecydować, czy łatwiej wybić okno łyżką do opon, czy wyjąć z ciężarówki lewarek i wetknąć go między futrynę a klamkę, gdy ktoś krzyknął:

– Hej, ty! Ręce do góry!

Nie podniosłem rąk, ale się odwróciłem. Mężczyzna w średnim wieku mierzył do mnie z karabinu tak wielkiego, że mógłby zbombardować miasto.

– Kim pan jest, do diabła?

– A kim pan jest?

– Jestem Dan Davis, główny inżynier tego przedsiębiorstwa.

– Och. – Trochę się odprężył, ale nadal celował we mnie z tego moździerza. – Tak, opis się zgadza. Ale jeśli ma pan przy sobie jakiś dokument, to lepiej niech mi go pan pokaże.

– Dlaczego miałbym to zrobić? Pytałem, kim pan jest.

– Ja? Nie zna mnie pan. Nazywam się Joe Todd i jestem z Pustynnej Firmy Ochroniarskiej i Patrolowej. Prywatna koncesja. Powinien pan wiedzieć, kim jesteśmy; jako nasi klienci już od miesięcy zlecacie nam patrole w nocy. Jednak dzisiaj pełnię szczególną wartę.

– Doprawdy? Zatem jeśli dali panu klucze, proszę otworzyć drzwi. Chcę wejść do warsztatu. I proszę przestać mierzyć we mnie z tego garłacza.

– Nie mogę tego zrobić, panie Davis. Po pierwsze, nie mam klucza. Po drugie, dostałem specjalne polecenia co do pańskiej osoby. Nie może pan tam wejść. Wyprowadzę pana przez bramę.

– Owszem, bramę też proszę otworzyć, ale zamierzam wejść do środka.

Rozejrzałem się za kamieniem, którym mógłbym wybić szybę.

– Proszę, panie Davis…

– No co?

– Przykro mi, że pan się upiera, naprawdę. Ponieważ nie mogę ryzykować strzału w nogi; nie jestem zbyt dobrym strzelcem. Musiałbym strzelić panu w brzuch. Ta broń jest nabita kulami z miękkim końcem; robią paskudne dziury.

Zapewne dlatego zmieniłem zdanie, chociaż wolę uważać, że z innego powodu; mianowicie, gdy znów zajrzałem do warsztatu przez okno, zobaczyłem, że Fenomenalnego Franka nie ma tam, gdzie go zostawiłem.

Wypuszczając mnie przez bramę, Todd wręczył mi kopertę.

– Kazali mi ją panu dać, jeśli się pan tu zjawi.

Przeczytałem wiadomość w kabinie furgonetki. Oto, co głosiła:

18 listopada 1970

Szanowny Panie Davis,

na stałym zebraniu rady nadzorczej, zwołanym w dniu dzisiejszym, przegłosowano zerwanie z Panem wszelkich kontaktów (poza zobowiązaniami wobec Pana jako akcjonariusza) zgodnie z paragrafem trzecim umowy. Ma Pan zakaz wchodzenia na teren fabryki. Pańskie dokumenty i rzeczy osobiste prześlemy przez posłańca.

Rada nadzorcza chce podziękować Panu za usługi i ubolewa nad tym, że różnice poglądów na kierunek działania firmy zmusiły nas do tego kroku.

Z poważaniem

Miles Gentry

przewodniczący rady nadzorczej i naczelny dyrektor

sporządziła

B.S. Darkin

skarbnik

Przeczytałem to dwa razy, zanim przypomniałem sobie, że nigdy nie zawarłem z firmą żadnej umowy, na której podstawie można byłoby się powołać na trzeci lub jakikolwiek inny paragraf.

Nieco później tego samego dnia kurier przyniósł paczkę do motelu, w którym trzymałem czystą bieliznę. Zawierała mój kapelusz, pióro, suwak logarytmiczny, dużo książek i korespondencji oraz trochę dokumentów. Nie było tam jednak moich notatek i szkiców Fenomenalnego Franka.

Niektóre dokumenty były bardzo ciekawe. Na przykład moja „umowa” – istotnie, paragraf trzeci pozwalał im zwolnić mnie bez uprzedzenia z uwzględnieniem prawa do trzymiesięcznych poborów. Paragraf siódmy był jeszcze ciekawszy. Była to najnowsza forma klauzuli o zakazie konkurencji, zgodnie z którą pracownik zgadzał się przez pięć lat po zwolnieniu nie podejmować działalności konkurencyjnej, a jego dotychczasowi pracodawcy mieli mu płacić gotówką za prawo pierwokupu wynalazków; tak więc mogłem w każdej chwili wrócić do pracy, gdybym z kapeluszem w ręku poszedł do Milesa i Belle i poprosił ich, żeby dali mi robotę – może dlatego zwrócili mi ten kapelusz.

Przez pięć długich lat nie będę mógł pracować nad urządzeniami gospodarstwa domowego, jeśli ich nie poproszę o zgodę. Prędzej poderżnąłbym sobie gardło.

W paczce były kopie cesji na rzecz firmy Służka SA wszystkich moich patentów, Służki, Wystawowego Williego oraz paru pomniejszych wynalazków. (Oczywiście Fenomenalny Frank nie został opatentowany – no, przynajmniej tak wtedy myślałem; dopiero później odkryłem prawdę).

Nigdy jednak nie opatentowałem żadnego z moich wynalazków ani nie udzieliłem licencji na ich wykorzystywanie Służce SA; firma była moim dziełem i nie spieszyło mi się z tym.

Trzy ostatnie dokumenty to moje potwierdzenie posiadania akcji firmy (tych, których nie dałem Belle), wystawiony czek i pismo wyjaśniające jego wysokość: sumaryczne dochody po odliczeniu bieżących wydatków, odprawa w wysokości trzymiesięcznej „pensji”, część należności zgodna z „paragrafem siódmym”… oraz tysiącdolarowa premia „za świadczone usługi”. To ostatnie było naprawdę miłym gestem z ich strony.

Kiedy ponownie czytałem ten zdumiewający zbiór dokumentów, miałem czas uświadomić sobie, że zapewne nie wykazałem się bystrością umysłu, podpisując wszystko, co kładła przede mną Belle. Nie było cienia wątpliwości co do tego, że sam złożyłem podpisy.

Następnego dnia ochłonąłem na tyle, żeby omówić wszystko z adwokatem, bardzo sprytnym i chciwym prawnikiem, który nie miał nic przeciwko kopaniu, gryzieniu i ciosom poniżej pasa. Z początku bardzo chciał zająć się moją sprawą za procent od kwoty ewentualnego odszkodowania. Lecz gdy skończył przeglądać zaprezentowane przeze mnie dokumenty i wysłuchał szczegółowych wyjaśnień, rozsiadł się wygodnie, splótł palce na brzuchu i zrobił kwaśną minę.

– Dan, dam ci pewną radę i nie będzie cię to nic kosztować.

– Tak?

– Nic nie rób. Nie masz najmniejszych szans.

– Ale mówiłeś…

– Wiem, co mówiłem. Wykolegowali cię. Tylko jak im to udowodnisz? Byli za sprytni na to, żeby wykraść ci twoje akcje albo wywalić cię bez jednego centa. Zrobili to, czego mógłbyś się spodziewać, gdybyś rzeczywiście odszedł lub został zwolniony w wyniku – jak to ujęli – różnicy poglądów na kierunek działalności firmy. Dali wszystko, co ci przysługuje… oraz nędzny tysiąc dolarów więcej, żeby pokazać, iż nie żywią do ciebie urazy.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?