Jestem Legendą i inne utwory

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

jestem legendą

część pierwsza. styczeń 1976

część druga. marzec 1976

część trzecia. czerwiec 1978

część czwarta. styczeń 1979

piekielny dom

18 grudnia 1970

20 grudnia 1970

21 grudnia 1970

22 grudnia 1970

23 grudnia 1970

24 grudnia 1970

człowiek, który nieprawdopodobnie się zmniejszał

opowiadania

koszmar na wysokości dwudziestu tysięcy stóp

test

człowiek, który nie lubił świąt

montaż

dystrybutor

tylko umówione wizyty

guzik, guzik

pojedynek

mucha


Tytuł oryginału: I Am Legend. Hell House. The Shrinking Man

Copyright © 1954, 1971, 1956 by Richard Matheson

Copyright for the Polish translation © 2019 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Joanna Figlewska

Korekta: Urszula Okrzeja

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

Projekt graficzny serii, projekt okładki oraz ilustracja na okładce: Dark Crayon

Nazwa serii: Vanrad

Redaktor serii: Andrzej Miszkurka

ISBN 978-83-66409-75-0

Wydanie II

Wydawca: Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

tel./fax 228134743

www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor: Dressler Dublin sp. z o. o.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

tel. 227335010

www.dressler.com.pl

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

jestem legendą

Przełożyła Paulina Braiter

część pierwsza styczeń 1976

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

rozdział pierwszy

W pochmurne dni, takie jak ten, Robert Neville nigdy nie był pewien, kiedy dokładnie zachodzi słońce, i czasem pojawiali się na ulicach, nim zdążył wrócić.

Gdyby należał do ludzi bardziej skłonnych do analiz, mógłby obliczyć przybliżony czas ich przybycia. Wciąż jednak nie zdołał uwolnić się od nawyku oceniania pory dnia po kolorze nieba, a w pochmurne dni ta metoda zawodziła. Dlatego właśnie przy takiej pogodzie wolał trzymać się blisko domu.

Okrążył go teraz w szarym półmroku popołudnia, z papierosem wiszącym w kąciku ust, ciągnąc ponad ramieniem wężową wstęgę dymu. Kolejno oglądał okna, sprawdzając, czy któraś z desek nie odpada. Po gwałtownych atakach drewno często pękało i musiał przybijać nowe, czego nienawidził. Dziś tylko jedna deska okazała się obluzowana. Czyż to nie zdumiewające? – pomyślał.

Na podwórku obejrzał szklarnię i zbiornik z wodą. Czasami konstrukcja podtrzymująca zbiornik zaczynała trzeszczeć albo któraś z rynien wyginała się lub pękała. Czasami przerzucali kamienie nad wysokim ogrodzeniem wokół szklarni i któryś pocisk rozdzierał rozciągniętą w górze siatkę. Wówczas Neville musiał wymieniać szyby.

Dzisiaj zbiornik i szklarnia okazały się nietknięte. Wrócił do domu po młotek i gwoździe. Otwierając pchnięciem drzwi, spojrzał na swe zniekształcone odbicie w pękniętym lustrze, które powiesił na nim miesiąc temu. Za parę dni potrzaskane kawałki srebrzonego szkła zaczną wypadać. Niech sobie wypadają, pomyślał. To ostatnie pieprzone lustro, jakie tam powiesi. Efekty nie były warte wysiłku. Zastąpi je czosnkiem. Czosnek zawsze działał.

Przeszedł powoli przez pogrążony w ciszy i półmroku salon, skręcił w lewo, w wąski korytarzyk, i znów w lewo, do sypialni.

Kiedyś pokój urządzono i udekorowano w przyjemnych, ciepłych barwach. To jednak działo się w innych czasach. Teraz stał się pomieszczeniem czysto funkcjonalnym, a ponieważ łóżko i biurko Neville’a zajmowały bardzo mało miejsca, w jednym kącie urządził sobie warsztat.

Długa ława ciągnęła się niemal pod całą ścianą. Na blacie zamontował ciężką krajzegę, tokarkę do drewna, szlifierkę i imadło. Wyżej, na krzywych półkach leżały różne przydatne narzędzia.

Zabrał z blatu młotek, z jednego z nieporządnie ustawionych pojemników wziął kilka gwoździ. Potem wrócił na dwór i przybił mocno deskę do okiennicy. Resztę gwoździ wyrzucił do śmieci w sąsiedztwie.

Jakiś czas stał na trawniku przed domem, wodząc wzrokiem po milczącej Cimarron Street.

Był wysokim, trzydziestosześcioletnim mężczyzną angielsko-niemieckiego pochodzenia, o przeciętnej, nieciekawej twarzy, którą wyróżniały tylko wąskie, zaciśnięte z determinacją usta i jasnoniebieskie oczy, badające teraz zwęglone ruiny domów otaczających jego własny.

Spalił je, by uniemożliwić im przeskakiwanie na jego dach.

Po paru minutach odetchnął powoli, głęboko, i wrócił do domu. Rzucił młotek na kanapę w salonie, zapalił kolejnego papierosa i nalał sobie południowego drinka.

Później zmusił się do wizyty w kuchni, gdzie zmielił pięciodniowe śmieci w zlewie. Wiedział, że powinien też spalić papierowe talerze i sztućce, odkurzyć meble, umyć zlew, wannę i toaletę, a także zmienić pościel i powłoczki na łóżku. Ale nie miał na to ochoty.

Był bowiem mężczyzną, żył sam i wszystkie te czynności nic dla niego nie znaczyły.

* * *

Dochodziło południe. Robert Neville zbierał w szklarni czosnek do koszyka.

Na początku woń czosnku w takim stężeniu budziła w nim mdłości i żołądek ściskał mu się nieustannie. Teraz zapach przesiąknął jego dom, ubranie, a czasami zdawało mu się nawet, że ciało.

Neville w zasadzie już go nie dostrzegał.

Gdy zgromadził dość główek, wrócił do domu i wrzucił je do zlewu. Pstryknął wyłącznikiem; światło zamrugało, po czym rozbłysło zwykłym blaskiem. Syknął z niesmakiem przez zaciśnięte zęby. Generator znów zaczynał głupieć. Będzie musiał ponownie wyciągnąć cholerną instrukcję i sprawdzić przewody. A jeśli naprawa okaże się zbyt skomplikowana, trzeba będzie zainstalować nowy.

Ze złością przyciągnął do zlewu wysoki stołek, wziął nóż i usiadł ze znużonym sapnięciem.

Najpierw podzielił główki na drobne cząstki w kształcie sierpa, następnie przeciął na pół każdy różowy, skórzasty ząbek, odsłaniając jasny miąższ. Powietrze zgęstniało od ciężkiego, ostrego smrodu. Gdy stał się zbyt duszący, Neville włączył klimatyzator, który wyssał gęstą chmurę woni.

Teraz sięgnął na górę i z wieszaka na ścianie zdjął szpikulec do lodu. Przebił każdą połówkę ząbka na wylot, po czym nawlókł je na drut. Po jakimś czasie miał już dwadzieścia pięć naszyjników.

Z początku zawieszał je na oknach, lecz oni ciskali kamieniami i musiał zasłaniać wybite szyby kawałkami sklejki. W końcu pewnego dnia zdarł sklejkę i zamiast niej przybił równe rzędy desek. Dom zmienił się co prawda w ponury grobowiec, ale lepsze to niż kamienie wpadające do pokojów w deszczu szklanych odłamków. A kiedy zainstalował trzy klimatyzatory, nie było nawet tak źle. Jeśli trzeba, człowiek jest w stanie przywyknąć do wszystkiego.

Gdy skończył nawlekanie ząbków czosnku, wyszedł na dwór i przybił naszyjniki do desek na oknach, zastępując stare, które już niemal straciły zapach. Musiał powtarzać tę czynność dwa razy w tygodniu. Dopóki nie znajdzie czegoś lepszego, była to jego pierwsza linia obrony.

Obrony? – zastanawiał się często. Ale po co?

Przez całe popołudnie robił kołki.

Toczył je z grubej belki pociętej krajzegą na dwudziestodwucentymetrowe kawałki. Następnie przykładał je do wirującej szlifierki, tak że stawały się ostre jak sztylety.

 

Była to nużąca, monotonna praca, w powietrzu unosiły się kłęby rozgrzanego drzewnego pyłu, który zatykał mu pory, osiadał w płucach i wywoływał ataki kaszlu.

Ale nigdy nie mógł dotrzymać im kroku. Nieważne, ile kołków przygotował, kończyły się w mgnieniu oka. Coraz trudniej przychodziło też znalezienie belki, w końcu będzie musiał zacząć obrabiać zwykłe deski. Też mi perspektywa, pomyślał z irytacją.

Wszystko to okropnie go przygnębiało i po raz kolejny postanowił wymyślić lepszą metodę pozbywania się ich. Ale jak to zrobić, skoro nie miał szansy choćby na chwilę zwolnić tempa i spokojnie pomyśleć?

Pracując, słuchał muzyki dobiegającej z ustawionego w sypialni głośnika – trzeciej, siódmej i dziewiątej symfonii Beethovena. Cieszył się, że już jako chłopak nauczył się od matki cenić ten gatunek muzyki. Pomagała mu zapełnić straszliwą pustkę mijających godzin.

Od czwartej jego wzrok co chwila wędrował ku zegarowi na ścianie. Pracował w milczeniu, zaciskając wargi w twardą linię, z papierosem w kąciku ust, zapatrzony w końcówkę wgryzającą się w drewno i posyłającą na podłogę mączasty pył.

Czwarta piętnaście. Czwarta trzydzieści. Za kwadrans piąta.

Za godzinę znów zaczną atakować dom. Paskudne dranie. Gdy tylko zgaśnie światło.

* * *

Stał przed olbrzymią zamrażarką, planując kolację.

Zmierzył zmęczonym wzrokiem stos mięs, mrożone warzywa, upchnięte niżej chleby i ciasta, wreszcie lody i owoce.

Zdecydował się na dwa kotlety baranie, fasolkę i małe opakowanie sorbetu pomarańczowego. Wyjął pudełka z zamrażarki i łokciem zatrzasnął drzwi.

Następnie przeszedł do nierównych stosów puszek, piętrzących się aż po sufit. Wziął sok pomidorowy i wyszedł z pokoju, niegdyś należącego do Kathy, a teraz do jego żołądka.

Przeszedł powoli przez salon, spoglądając na fototapetę pokrywającą tylną ścianę. Przedstawiała skalne urwisko opadające ku zielononiebieskiemu oceanowi, którego fale rozbijały się na czarnych kamieniach. Wysoko, na błękitnym niebie białe mewy szybowały na wietrze, a po prawej poskręcane drzewo wisiało nad przepaścią. Czarne gałęzie odcinały się ostro od jasnego nieba.

Neville wszedł do kuchni i rzucił jedzenie na stół. Jego wzrok powędrował ku zegarowi. Za dwadzieścia szósta. Już niedługo.

Nalał odrobinę wody do małego rondla i postawił go na palniku. Rozmroził kotlety i wsunął je na grill. Do tego czasu woda już się gotowała; wrzucił do niej mrożoną fasolkę i przykrył.

Już przy stole ukroił sobie dwie kromki chleba i nalał szklankę soku pomidorowego. Usiadł, obserwując czerwoną wskazówkę sekundnika, zataczającą powolne kręgi wokół tarczy. Dranie wkrótce się zjawią.

Skończywszy sok, ruszył do frontowych drzwi i wyszedł na werandę. Zeskoczył na trawnik i pomaszerował w stronę chodnika.

Niebo ciemniało, robiło się zimno. Powiódł wzrokiem po Cimarron Street, chłodny wiatr zwichrzył mu jasne włosy. W tym właśnie tkwi problem z pochmurnymi dniami – nigdy nie wiadomo, kiedy tamci się zjawią.

No cóż, przynajmniej lepsze to niż przeklęte burze piaskowe. Wzruszył ramionami i poszedł z powrotem przez trawnik do domu. Zamknął za sobą drzwi i wsunął na miejsce ciężki rygiel. Potem zajrzał do kuchni, obrócił kotlety i zgasił ogień pod fasolką.

Nakładając jedzenie na talerz, zamarł i zerknął szybko na zegar. Dziś zjawili się o szóstej dwadzieścia pięć. Ben Cortman krzyczał właśnie:

– Wychodź, Neville!

Robert Neville usiadł z westchnieniem i zaczął jeść.

* * *

Siedział w salonie, próbując czytać. Przy małym barze nalał sobie whisky z wodą i ściskał w dłoni zimną szklankę, czytając podręcznik fizjologii. Z głośnika nad drzwiami wylewały się na korytarz głośne dźwięki muzyki Schönberga.

Ale nie dość głośne. Wciąż słyszał ich na zewnątrz, ich pomruki, kroki i krzyki, warknięcia i odgłosy walk między sobą. Od czasu do czasu o ścianę domu uderzał kamień bądź cegła. Poszczekiwał pies.

A wszyscy przybyli tu po to samo.

Robert Neville na moment przymknął oczy, zaciskając usta. Potem rozwarł powieki, zapalił kolejnego papierosa i wciągnął dym głęboko w płuca.

Pożałował, że nie miał czasu, by wytłumić ściany. Gdyby nie musiał ich słuchać, nie byłoby tak źle. Mimo upływu pięciu miesięcy wciąż nie potrafił do nich przywyknąć.

Już na nich nie patrzył. Z początku zrobił otwór we frontowym oknie i ich obserwował. Wówczas jednak kobiety go zobaczyły i zaczęły przybierać ohydne pozy po to, by wywabić go z domu. Nie chciał na to patrzeć.

Odłożył książkę i zapatrzył się tępo w dywan, słuchając „Verklarte Nacht” dźwięczącej w głośnikach. Wiedział, że mógłby wsunąć do uszu zatyczki, by odciąć dźwięki, ale to wyciszyłoby też muzykę, a nie chciał się czuć jak zamknięty w skorupie.

Znów zamknął oczy. To kobiety sprawiały, że było tak trudno. Kobiety pozujące nocą niczym lubieżne marionetki, na wypadek gdyby je zobaczył i postanowił wyjść.

Wstrząsnął nim dreszcz. Każda noc była taka sama. Czytał i słuchał muzyki, potem zaczynał myśleć o wytłumieniu ścian, a potem o kobietach.

Gdzieś w głębi ciała znów pojawił się nieznośny supeł gorąca. Neville zacisnął wargi tak mocno, że zbielały. Dobrze znał to uczucie i wkurzało go, że nie potrafi go zwalczyć. Narastało i narastało, aż w końcu nie był w stanie usiedzieć spokojnie. Wówczas wstawał z miejsca i zaczynał krążyć po pokoju, zaciskając pięści. Czasami rozstawiał projektor albo coś jadł, albo za dużo pił, albo puszczał muzykę tak głośno, że bolały go uszy. Kiedy robiło się naprawdę źle, musiał się czymś zająć.

Czuł, jak mięśnie brzucha napinają się niczym zwoje sprężyny. Podniósł książkę, próbując czytać dalej, wargi bezgłośnie, boleśnie wymawiały powoli każde słowo.

Po chwili książka znów znalazła się na kolanach. Spojrzał na biblioteczkę naprzeciwko. Cała wiedza ukryta w tych tomach nie potrafiła ugasić płonącego w nim ognia. Wszystkie słowa stuleci nie umiały położyć kresu bezdźwięcznemu, bezmyślnemu pragnieniu ciała.

Ta świadomość sprawiła, że zrobiło mu się niedobrze. Była to obraza dla jego męskości i człowieczeństwa. No dobrze, zgoda, to naturalny popęd, ale w żaden sposób nie mógł go już zaspokoić. Zmusili go do życia w celibacie i będzie musiał jakoś to wytrzymać. Masz przecież mózg, prawda? – rzekł do siebie. Użyj go więc.

Wyciągnął rękę i jeszcze głośniej podkręcił muzykę. Potem zmusił się do przeczytania bez przerw całej strony. Czytał o komórkach krwi, przenikających przez błony, o jasnej limfie niosącej odpady naczyniami blokowanymi przez węzły chłonne, o limfocytach i fagocytach.

„...by połączyć się w okolicach lewego ramienia w pobliżu krtani z dużym naczyniem układu krwionośnego...”.

Książka zamknęła się z trzaskiem.

Czemu nie zostawili go w spokoju? Naprawdę sądzili, że wszyscy mogą go dostać? Czy byli aż tak głupi? Dlaczego przychodzili każdej nocy? Po pięciu miesiącach można by sądzić, że zrezygnują i spróbują gdzie indziej.

Podszedł do baru, zrobił sobie kolejnego drinka. Obracając się w stronę krzesła, usłyszał łoskot kamieni uderzających o dach i lądujących z hukiem w krzakach przy domu. Wśród wszystkich hałasów wybijał się głos Bena Cortmana, który jak zawsze krzyczał:

– Wychodź, Neville!

Któregoś dnia dopadnę sukinsyna, pomyślał, pociągając duży łyk gorzkiego napoju. Któregoś dnia wbiję mu kołek prosto w cholerną pierś. Specjalnie dla niego zrobię wyjątkowy, długi na stopę, ozdobiony wstążkami. Cholerny drań.

Jutro. Jutro wytłumi ściany. Jego palce zacisnęły się, kostki pobielały. Nie mógł znieść myśli o tych kobietach. Gdyby ich nie słyszał, może by o nich nie myślał. Jutro. Jutro.

Muzyka dobiegła końca. Zdjął z talerza stosik płyt i wsunął je z powrotem w koperty. Teraz słyszał ich jeszcze wyraźniej. Sięgnął po najbliższy krążek, położył na gramofonie i podkręcił dźwięk do maksimum.

Uszy wypełnił mu „Rok zarazy” Rogera Leie. Skrzypce zgrzytały i zawodziły, kotły wybijały rytm umierającego serca, flety wygrywały osobliwe, atonalne melodie.

W nagłym ataku złości złapał płytę i złamał na kolanie. Już dawno miał zamiar ją zniszczyć. Na sztywnych nogach przeszedł do kuchni i cisnął odłamki do skrzyni ze śmieciami. Potem stał bez ruchu w ciemnym pomieszczeniu, zaciskając powieki i zęby, zasłaniając dłońmi uszy. Dajcie mi spokój, dajcie mi spokój, dajcie mi spokój!

Nic z tego, nocą nie dało się ich pokonać. Nie ma nawet co się starać. To był ich czas. Głupio robił, że w ogóle próbował. Czy powinien obejrzeć film? Nie, nie miał ochoty rozstawiać projektora. Pójdzie do łóżka i wsadzi zatyczki do uszu. Ostatecznie tak właśnie kończył się każdy wieczór.

Szybko, próbując w ogóle nie myśleć, pomaszerował do sypialni i się rozebrał. Naciągnął spodnie od piżamy i przeszedł do łazienki. Nigdy nie nosił bluzy od piżamy, to nawyk jeszcze z Panamy, z czasów wojny.

Myjąc się, spojrzał w lustro na swą szeroką pierś, ciemne włosy wijące się wokół sutków i ich prostą linię pomiędzy żebrami. Przyjrzał się ozdobnemu krzyżowi, który wytatuował sobie na piersi pewnej pijackiej nocy w Panamie. Jakim głupcem wtedy byłem, pomyślał. Cóż, może ten krzyż ocalił mu życie.

Starannie umył zęby i przeczyścił nitką. Starał się bardzo dbać o zęby, bo teraz był własnym dentystą. Niektóre sprawy mogą pójść w diabły, ale nie zdrowie, pomyślał. W takim razie czemu nie przestaniesz wlewać w siebie alkoholu?

A może się zamkniesz? – rzekł do siebie w myślach.

Ruszył przez dom, gasząc po drodze światła. Przez parę minut wpatrywał się w fototapetę, próbując sobie wmówić, że naprawdę widzi ocean. Jak jednak mógł w to uwierzyć wśród huków, łoskotów, wrzasków, warkotów i nocnych krzyków?

Zgasił lampę w salonie i wrócił do sypialni.

Na widok trocin pokrywających łóżko zacmokał z niesmakiem. Strzepnął je szybkimi ruchami dłoni, myśląc, że powinien zbudować ściankę oddzielającą warsztat od części sypialnej. Powinienem to, powinienem tamto, pomyślał ponuro. Ma tyle cholernych rzeczy do zrobienia, że nigdy nie zajmie się właściwym problemem.

Wepchnął do uszu zatyczki i natychmiast spowił go kokon ciszy. Zgasił światło i wśliznął się pod kołdrę. Spojrzał na fosforyzującą tarczę zegarka i przekonał się, że jest zaledwie parę minut po dziesiątej. I dobrze, pomyślał. Dzięki temu jutro wstanę wcześniej.

Leżąc w łóżku, oddychał głęboko w ciemności, czekając na sen. Niestety cisza nie pomagała: wciąż ich tam widział. Mężczyzn o białych twarzach, krążących dookoła, niestrudzenie szukających drogi do środka. Niektórzy zapewne przyczaili się jak psy, obserwując dom błyszczącymi oczami i zgrzytając zębami. Tam i z powrotem, tam i z powrotem. A kobiety...

Naprawdę musiał znów zacząć o nich myśleć? Z przekleństwem na ustach przekręcił się na bok i wcisnął twarz w rozgrzaną poduszkę. Leżał tak, dysząc ciężko i poruszając się lekko na prześcieradle. Niech już będzie rano. Jego umysł co noc wymawiał te słowa. Dobry Boże, niech już będzie rano.

Śniła mu się Virginia. Zaczął krzyczeć we śnie, a jego palce ściskały pościel niczym szpony szaleńca.

rozdział drugi

Budzik zadzwonił o wpół do szóstej. Robert Neville wyciągnął w porannym półmroku zdrętwiałą rękę i wyłączył go.

Sięgnął po papierosy, zapalił, usiadł. Po paru chwilach wstał, przeszedł do ciemnego salonu i otworzył wizjer.

Na zewnątrz na trawniku ciemne postaci czuwały niczym milczący żołnierze na warcie. Kiedy na nie patrzył, pierwsze zaczęły się oddalać. Słyszał, jak mamroczą z niezadowoleniem między sobą. Kolejna noc dobiegła końca.

Wrócił do sypialni, zapalił światło, ubrał się. Gdy naciągał koszulę, usłyszał krzyk Bena Cortmana:

– Wychodź, Neville!

I to już wszystko. Potem odeszli – wiedział, że odrobinę słabsi niż wtedy, kiedy przybyli. Chyba że zaatakowali jednego ze swoich. Często to robili. Nie było wśród nich jedności, kierowało nimi wyłącznie pragnienie.

Neville ubrał się i z sapnięciem usiadł na łóżku. Przygotował listę na ten dzień:

– tokarka u Searsa

– woda

– sprawdzić generator

– belki

– to, co zwykle.

Pośpiesznie przygotował śniadanie: szklankę soku pomarańczowego, tosta, dwa kubki kawy. Zjadł szybko, żałując, że brak mu cierpliwości, by smakować posiłek.

Po śniadaniu wyrzucił do śmieci papierowy talerz i kubek i umył zęby. Mam przynajmniej jeden dobry nawyk, pocieszył się.

 

Pierwszą rzeczą, jaką zrobił po wyjściu, było spojrzenie w niebo. Okazało się czyste, w zasadzie bezchmurne. Dziś mógł oddalić się od domu. Świetnie. Kiedy przechodził przez werandę, trącił stopą odłamki lustra.

Cholerstwo trzasnęło, dokładnie tak jak myślałem. Uznał, że posprząta później.

Jedno z ciał leżało na chodniku, drugie częściowo przysłaniały krzaki. To były kobiety. To niemal zawsze były kobiety.

Otworzył kluczem drzwi garażu i wycofał na słońce swojego willysa kombi. Następnie otworzył tylną klapę. Naciągnął ciężkie, robocze rękawice i podszedł do kobiety na chodniku.

Za dnia nie mają w sobie niczego atrakcyjnego, pomyślał, ciągnąc zwłoki przez trawnik i wrzucając na brezentową płachtę. Nie pozostała w nich nawet kropla krwi. Obie barwą przypominały wyrzucone z wody śnięte ryby. Opuścił klapę i zabezpieczył.

Następnie przeszedł się po trawniku, zbierając kamienie i cegły i chowając do płóciennego worka. Zapakował go do wozu, zdjął rękawice, wrócił do domu, umył ręce, przygotował lunch: dwie kanapki, parę ciasteczek i termos gorącej kawy.

Zajrzał do sypialni i zabrał torbę z kołkami. Zarzucił ją na plecy, do pasa przypiął kaburę z młotkiem. Potem wyszedł z domu, zamykając na klucz frontowe drzwi.

Tego ranka nie zamierzał zawracać sobie głowy szukaniem Bena Cortmana, miał do załatwienia za dużo innych spraw. Przez sekundę pomyślał o wytłumieniu ścian, którym obiecał sobie się zająć. Do diabła z tym, uznał. Załatwię to jutro albo w jakiś inny pochmurny dzień.

Wsiadł do wozu, sprawdzając listę. Najpierw tokarka u Searsa. Oczywiście po tym, jak wyrzuci ciała.

Uruchomił silnik i wycofał się szybko na ulicę, zmierzając w stronę Compton Boulevard. Tam skręcił w prawo, na wschód. Po obu stronach stały milczące domy, przy krawężnikach parkowały samochody, puste i martwe.

Wzrok Roberta Neville’a powędrował na moment ku wskaźnikowi poziomu paliwa. Wciąż pozostało pół baku, ale równie dobrze mógł zatrzymać się na Western Avenue i zatankować. Po co zużywać benzynę zgromadzoną w garażu, skoro nie ma takiej potrzeby?

Zajechał na milczącą stację i zahamował. Wytoczył beczkę z benzyną i zaczął napełniać bak, aż w końcu jasnobursztynowy płyn polał się z otworu na cement.

Sprawdził poziom oleju, wody, akumulator i opony. Wszystko było w dobrym stanie. Jak zwykle bardzo dbał o samochód. Gdyby kiedykolwiek się zepsuł i nie dowiózł go do domu przed zachodem słońca...

Nie, nie ma sensu nawet o tym myśleć. Gdyby coś takiego się zdarzyło, to byłby koniec.

Jechał dalej Compton Boulevard, mijając wysokie wieże wiertnicze i kolejne ciche ulice. Nie dostrzegał nikogo.

Mimo to Robert Neville dobrze wiedział, gdzie są.

Ogień nadal płonął. Gdy samochód dotarł na miejsce, Neville nałożył rękawice i maskę przeciwgazową, obserwując przez okulary gęsty woal dymu wiszący nad ziemią. Całe pole rozkopano i zamieniono w jedną olbrzymią jamę. Stało się to w czerwcu 1975 roku.

Zaparkował i wyskoczył z wozu, marząc o tym, by jak najszybciej załatwić sprawę. Odczepił haczyk, szarpnięciem otworzył klapę, wyciągnął jedno z ciał i powlókł na skraj dołu. Tam wyprostował się i je pchnął.

Ciało odbiło się i sturlało ze stromego zbocza. W końcu zatrzymało się na wielkim stosie dymiących popiołów.

Robert Neville, oddychając głośno, pośpieszył z powrotem do samochodu. Podczas każdej wizyty tutaj miał wrażenie, że się dusi, nawet w masce.

Zawlókł do jamy drugie ciało i wepchnął do niej. Potem, cisnąwszy im do towarzystwa worek z kamieniami, wsiadł do willysa i odjechał.

Przejechawszy niemal kilometr, zsunął maskę i rękawice i rzucił na tylne siedzenie. Jego usta otwarły się, wciągnął w płuca kilka głębokich haustów świeżego powietrza. Ze schowka na rękawiczki wyjął piersiówkę i pociągnął długi łyk piekącej whisky. Następnie zapalił papierosa, odetchnął głęboko. Czasami całymi tygodniami coś w nim pragnęło co dzień odwiedzać ognistą jamę i od tej myśli zawsze robiło mu się niedobrze.

Gdzieś tam w dole była Kathy.

W drodze do Inglewood zatrzymał się w markecie z zamiarem zabrania butelkowanej wody. W cichym sklepie nozdrza wypełnił mu smród psującego się jedzenia. Szybko popychał wózek milczącymi, zakurzonymi przejściami. Ciężki smród rozkładu budził w nim mdłości, zmuszał do oddychania przez usta.

Znalazł butelki na tyłach sklepu, a niedaleko nich drzwi, prowadzące na schody. Zaniósł wodę do samochodu, po czym wszedł na górę. Możliwe, że krył się tam właściciel sklepu. Równie dobrze mógł zacząć od razu.

Było ich dwoje. W salonie na kanapie leżała kobieta koło trzydziestki, ubrana w czerwony szlafrok. Spała z zamkniętymi oczami i dłońmi splecionymi na brzuchu.

Ręce Roberta Neville’a sięgnęły po kołek i młotek. Najciężej było, gdy jeszcze żyli, zwłaszcza w przypadku kobiet. Znów poczuł powracające bezmyślne pragnienie, napinające mięśnie. Zmusił się, by je zwalczyć. To szaleństwo, nie było w nim niczego racjonalnego.

Nie wydała z siebie żadnego dźwięku, prócz nagłego, ochrypłego westchnienia. Idąc do sypialni, słyszał odgłos przypominający szum płynącej wody. A co innego mógłbym robić? – spytał samego siebie, wciąż bowiem musiał się przekonywać, że postępuje właściwie.

Zatrzymał się w progu, patrząc na małe łóżeczko przy oknie. Jego grdyka się poruszyła, oddech ze świstem wypełnił płuca. A potem zebrał się w sobie, podszedł do łóżka i spojrzał na nią.

Czemu wszystkie zawsze wyglądają jak Kathy? – pomyślał, wbijając drżącymi rękami drugi kołek.

* * *

Podczas powolnej jazdy do Searsa próbował zapomnieć, zastanawiając się, czemu działają na nie tylko drewniane kołki.

Zmarszczył brwi. Na pustym bulwarze było słychać jedynie stłumiony warkot silnika. Co to za obłęd, że potrzebował pięciu miesięcy, by zacząć się nad tym zastanawiać.

Co nasuwało kolejne pytanie. Jakim cudem zawsze udawało mu się trafić w serce? To musiało być serce, doktor Busch tak twierdził. Ale przecież on, Neville, w ogóle nie znał się na anatomii.

Zmarszczył czoło. Świadomość, że tak długo kontynuował ów upiorny proceder bez choćby chwili zastanowienia, wzbudziła w nim irytację.

Pokręcił głową. Nie, powinienem dokładnie to przemyśleć, uznał. Powinienem zebrać wszystkie pytania, nim spróbuję na nie odpowiedzieć. Trzeba to rozwiązać we właściwy, naukowy sposób.

Tak, tak, tak. Oto dziedzictwo starego Fritza. Tak się nazywał jego ojciec. Neville nienawidził ojca i całe życie walczył z odziedziczonymi po nim zdolnościami mechanicznymi i skłonnościami do logicznego myślenia. Ojciec nie żył, do końca gwałtownie i kategorycznie odrzucał możliwość istnienia wampirów.

U Searsa znalazł tokarkę, załadował na skrzynię i zaczął przeszukiwać sklep.

W piwnicy spało ich pięcioro, ukrytych w ciemnych miejscach. Jeden przyczaił się w zamrażarce. Na widok mężczyzny leżącego w emaliowanej trumnie Neville nie zdołał powstrzymać śmiechu. Cóż za zabawna kryjówka.

Później pomyślał, że świat naprawdę stał się ponury, skoro trzeba szukać humoru w takich okropnościach.

Około drugiej zaparkował i zjadł lunch. Miał wrażenie, że wszystko smakuje czosnkiem.

Zaczął się zastanawiać, jak działa na nich czosnek. To zapach musiał ich przeganiać. Ale dlaczego?

Wszystkie związane z nimi fakty wyglądały dziwnie: ukrywanie się za dnia, unikanie czosnku, śmierć po przebiciu kołkiem, legendarny lęk przed krzyżami, domniemana niechęć do luster.

Weźmy choćby to ostatnie. Według legendy nie odbijali się w lustrze, wiedział jednak, że to nieprawda. Podobnie jak przesąd, że zamieniali się w nietoperze. Logika i obserwacje z łatwością rozprawiły się z tymi wierzeniami. Nie miał też powodów sądzić, że umieli zamieniać się w wilki. Bez wątpienia istniały psy wampiry, widywał je i słyszał nocą wokół domu. Ale to były tylko psy.

Robert Neville zacisnął usta. Daj sobie spokój, rzekł do siebie. Nie jesteś jeszcze gotów.

Nadejdzie dzień, gdy zrozumie, gdy wszystkie szczegóły wskoczą na swoje miejsce. Ale nie teraz. Na razie miał na głowie inne zmartwienia.

Po lunchu zaczął krążyć od domu do domu. Wykorzystał wszystkie kołki. Miał ich czterdzieści siedem.