Ostatnia twierdza Hitlera. Breslau 1945

Tekst
Z serii: Historia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Machina pro­pa­gan­dowa oczy­wi­ście przed­sta­wiała ope­ra­cję „Bar­told” jako nie­kwe­stio­no­wany suk­ces. „Dzięki ogrom­nemu wysił­kowi lud­no­ści wschod­nich regio­nów Nie­miec stwo­rzono pozy­cje obronne cią­gnące się na wiele setek kilo­me­trów, dając w ten spo­sób gwa­ran­cję woj­skom nie­miec­kim wal­czą­cym na przed­po­lach gra­nic Rze­szy, że tą ener­giczną akcją ojczy­zna udziela im sil­nego wspar­cia”. Peter Ban­nert wie­rzył pro­pa­gan­dzie. „Rosja­nie wykrwa­wią się na śmierć na naszych pozy­cjach i zwy­cię­stwo będzie nasze” – pisał z dumą w liście do domu. Znacz­nie czę­ściej było jed­nak sły­chać głosy nie­do­wiar­ków. Mło­dzi chłopcy żar­to­wali sobie, że sfor­so­wa­nie Ostwall zaj­mie Rosja­nom zale­d­wie trzy­dzie­ści dwie minuty: naj­pierw przez pół godziny będą się śmiać z tych umoc­nień, a następ­nie poko­nają je w dwie minuty. Hugo Har­tung pod­słu­chał, jak jeden z ofi­ce­rów narze­kał: „To nie zatrzyma żad­nego sowiec­kiego czołgu, a jeżeli nawet któ­ryś wpad­nie do tego rowu, to następne po nim prze­jadą”. Ludzie zasta­na­wiali się nad tym, jak zwy­kłe okopy i wały ziemne mają zatrzy­mać wroga, skoro zawiódł zbu­do­wany z betonu i stali Wał Atlan­tycki. Pewien star­szy ofi­cer pod­czas inspek­cji powie­dział ludziom pra­cu­ją­cym przy budo­wie umoc­nień: „To cudowne, co tutaj robi­cie, ale to wszystko na nic”57.

Oprócz ogrom­nego Wału Wschod­niego, który wspól­nym wysił­kiem miesz­kań­ców Ślą­ska powsta­wał na daw­nej gra­nicy nie­miecko-pol­skiej, Bre­slau mógł liczyć na jedy­nie nie­liczne for­ty­fi­ka­cje beto­nowe i ziemne jesz­cze z cza­sów pierw­szej wojny świa­to­wej. Napo­leon w 1807 roku naka­zał zbu­rzyć śre­dnio­wieczne mury miej­skie i bastiony, dla­tego bli­sko sto lat póź­niej wznie­siono trzy forty pie­choty zwane I-Werke i ozna­czone nume­rami od 41 do 43, które miały bro­nić mia­sta od pół­nocy, a czwarty zbu­do­wano koło cmen­ta­rza Gra­bi­szyń­skiego około pię­ciu kilo­me­trów na połu­dniowy zachód od cen­trum mia­sta.

Kopane ręcz­nie rowy prze­ciw­czoł­gowe i okopy oraz kilka lek­kich for­ty­fi­ka­cji polo­wych to było wszystko, czym dys­po­no­wał gene­rał major Johan­nes Krause, gdy przy­był 25 wrze­śnia 1944 roku do sto­licy Ślą­ska. Bre­slau został ogło­szony „twier­dzą” (Festung), któ­rej komen­dan­tem mia­no­wano wła­śnie tego pięć­dzie­się­cio­jed­no­let­niego gene­rała. Krause był arty­le­rzy­stą o sto­sun­kowo nie­wiel­kim doświad­cze­niu fron­to­wym, gdyż więk­szość wojny spę­dził w Gre­cji. Wie­dział jed­nak, co ozna­cza ter­min „twier­dza”. Jeśli wojna przyj­dzie do Bre­slau, to mia­sto będzie bro­nione do ostat­niego naboju.

Jak prze­ko­nał się gene­rał Krause, do obrony Bre­slau nie tylko bra­ko­wało for­ty­fi­ka­cji, ale rów­nież ludzi. Miał do dys­po­zy­cji ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy w pode­szłym wieku, zdol­nych jedy­nie do lek­kiej służby. Jego gar­ni­zon skła­dał się z dwóch bata­lio­nów rezer­wi­stów i Volks­sturmu, zło­żo­nych nie­mal wyłącz­nie ze star­szych lub cho­rych męż­czyzn. Arty­le­rię sta­no­wiły zdo­byczne działa fran­cu­skie, radziec­kie, jugo­sło­wiań­skie i pol­skie, z któ­rych część nie miała urzą­dzeń optycz­nych i tabel ognia, nie­zbęd­nych do ich obsługi. Z kolei do spraw­nych dział było tak mało amu­ni­cji, że w zasa­dzie rów­nież nie można było na nich ćwi­czyć58.

Sto­pień woj­skowy i doświad­cze­nie Krau­sego nie­wiele zna­czyły dla bon­zów par­tyj­nych. Nie miał nic do powie­dze­nia przy budo­wie linii „Bar­told”, w kwe­stii spo­sobu kopa­nia i prze­biegu linii oko­pów oraz budowy bun­krów. Kiedy jego ludzie chcieli zain­sta­lo­wać w nowo wybu­do­wa­nych umoc­nie­niach kara­biny maszy­nowe, oka­zało się, że broń po pro­stu nie pasuje do kon­struk­cji. Całe tygo­dnie zajęło im wydłu­ba­nie kilku cen­ty­me­trów w beto­nie, żeby można było zamon­to­wać broń. Dostar­czono jedy­nie nie­wielką część łóżek potrzeb­nych dla obroń­ców Wału Wschod­niego. Z powodu trwa­ją­cych żniw miej­scowi rol­nicy nie chcieli udo­stęp­niać woj­sku swo­ich pojaz­dów, które były potrzebne do prze­trans­por­to­wa­nia mate­ria­łów budow­la­nych ze sta­cji kole­jo­wych na miej­sca budowy umoc­nień. Zresztą i tak nie­zbyt wiele mate­ria­łów udało się dostar­czyć koleją, gdyż w Bre­slau bra­ko­wało paliwa do prze­wo­że­nia towa­rów z maga­zy­nów na sta­cje kole­jowe, a kolej miała zbyt mało wago­nów, żeby prze­trans­por­to­wać je na wieś59.

Trud­no­ści, z jakimi w tam­tym cza­sie musiała się zma­gać nie­miecka kolej, nie odbi­jały się tylko na ogrom­nym pro­gra­mie budowy umoc­nień. Trans­port kole­jowy odgry­wał główną rolę w pla­nach ewa­ku­acji lud­no­ści cywil­nej z Bre­slau, przy­go­to­wy­wa­nych, na wypa­dek gdyby mia­sto zna­la­zło się w bez­po­śred­nim nie­bez­pie­czeń­stwie. A przy­naj­mniej na papie­rze owe plany wyglą­dały impo­nu­jąco: do prze­trans­por­to­wa­nia wro­cław­skich cywi­lów na zachód miało być wyko­rzy­sta­nych sto pocią­gów dzien­nie. Gene­rał Krause uwa­żał, że takie plany są poza moż­li­wo­ściami Reichs­bahn, i doma­gał się, aby Hanke nie­zwłocz­nie ewa­ku­ował 200 tysięcy miesz­kań­ców Bre­slau – star­ców, cho­rych, dzieci i młode matki. Gau­le­iter odrzu­cił jed­nak suge­stię komen­danta, doda­jąc przy tym: „Führer roz­strze­lałby mnie, gdyby dowie­dział się o czymś takim teraz, gdy na fron­cie panuje cał­ko­wity spo­kój!”60. Ten cał­ko­wity spo­kój miał potrwać już nie­długo.

Mniej wię­cej od godziny pano­wał zmrok w tamtą nie­dzielę 7 paź­dzier­nika 1944 roku, gdy Hugo Har­tung szedł przez cen­trum mia­sta w kie­runku brze­gów Odry. Dostał cało­dniową prze­pustkę ze służby na lot­ni­sku na Stra­cho­wi­cach, aby wraz z innymi pra­cow­ni­kami opery urzą­dzić kon­cert w laza­re­cie miesz­czą­cym się w daw­nym budynku rzą­do­wym koło gma­chu Teatru Miej­skiego. Kiedy przy­był na miej­sce, zaczęły wyć syreny. Har­tung był jed­nak nie­wzru­szony. Przez trzy mie­siące, naj­pierw pod­czas prac przy Ostwall, a potem na lot­ni­sku, obser­wo­wał, jak „ame­ry­kań­skie eska­dry bom­bow­ców sre­brzy­ście poły­skują na błę­kit­nym nie­bie, lecąc w zwar­tych, sil­nych for­ma­cjach”. Na ten widok serce zamie­rało mu ze stra­chu, gdy ame­ry­kań­skie bom­bowce obie­rały kurs na Bre­slau. Do tej pory jed­nak zawsze omi­jały sto­licę Ślą­ska i leciały dalej w kie­runku zakła­dów pro­du­ku­ją­cych ben­zynę syn­te­tyczną w Bla­chowni Ślą­skiej pod Kędzie­rzy­nem, leżą­cej około 120 kilo­me­trów na połu­dniowy wschód od Bre­slau. Tego dnia jed­nak to nad sto­licą Ślą­ska roz­bły­sły prze­ra­ża­jące „cho­inki” – kolo­rowe flary ozna­cza­jące cel dla załóg bom­bow­ców9. Zagrzmiały działa obrony prze­ciw­lot­ni­czej. Dookoła spa­dały bomby – jedna z nich zale­d­wie sto metrów od laza­retu, w któ­rym znaj­do­wał się Har­tung. Eks­plo­zja wybiła nie­mal wszyst­kie szyby w budynku. Har­tung obser­wo­wał, jak ciężko ran­nych pacjen­tów zno­szono do piw­nicy na noszach. Jakie­goś żoł­nie­rza tra­fio­nego odłam­kami w nogi przy­nie­siono do urzą­dzo­nej w piw­nicy pro­wi­zo­rycz­nej sali ope­ra­cyj­nej, któ­rej per­so­nel był zmu­szony ope­ro­wać przy bla­sku świec. Dopiero po upły­wie dwóch godzin alarm prze­ciw­lot­ni­czy został odwo­łany. Nie było już mowy o tym, aby w tych oko­licz­no­ściach dać kon­cert. Po wyj­ściu na zewnątrz Har­tung mógł na wła­sne oczy zoba­czyć znisz­cze­nia. W jasnym świe­tle księ­życa widział roz­le­głe pożary po obu stro­nach Odry. Składy paliw rafi­ne­rii Rhe­na­nia-Ossag stały w pło­mie­niach. Tram­waje nie jeź­dziły. Po raz pierw­szy Bre­slau poważ­nie ucier­piał w wyniku nalotu bom­bo­wego: zgi­nęło 69 osób, w tym 37 kobiet i 13 dzieci. Mia­sto prze­stało być „schro­nem prze­ciw­lot­ni­czym Rze­szy”61.

Dwa tygo­dnie póź­niej nastą­piło wyda­rze­nie, które tylko pozor­nie popra­wiło roz­pacz­liwą sytu­ację Nie­miec. W pią­tek 20 paź­dzier­nika 1944 roku Karl Hanke wszedł na wysoką białą try­bunę usta­wioną na środku placu Zam­ko­wego, w oto­cze­niu kilku pocz­tów sztan­da­ro­wych oraz licz­nych dygni­ta­rzy par­tyj­nych i dowód­ców woj­sko­wych. Kilka flag ze swa­styką na skraju placu zwi­sało bez­wład­nie w bez­wietrz­nym jesien­nym powie­trzu. Hanke popa­trzył na ota­cza­jące go morze ludzi. Oce­niał, że na placu zebrało się być może nawet sto tysięcy wro­cła­wian, a ci, któ­rzy się tutaj nie zja­wili, mogli usły­szeć jego słowa za pośred­nic­twem usta­wio­nych w całym mie­ście gło­śni­ków. Dwa dni wcze­śniej na latar­niach oraz tabli­cach i słu­pach ogło­sze­nio­wych w całym mie­ście zawi­sły pla­katy, na któ­rych można było prze­czy­tać:

Po pię­ciu latach naj­za­cie­klej­szych walk, gdy wszy­scy nasi euro­pej­scy sojusz­nicy zawie­dli, wro­go­wie sta­nęli u gra­nic Nie­miec. Zbie­rają swoje siły, aby zgnieść Rze­szę, znisz­czyć naród nie­miecki i jego porzą­dek spo­łeczny. Ich osta­tecz­nym celem jest wytę­pie­nie narodu nie­mieckiego.

Jak stwier­dzano w dal­szej czę­ści tego dekretu, potrzeba chwili wyma­gała „jesz­cze jed­nego wiel­kiego wysiłku” ze strony narodu nie­miec­kiego, to zna­czy powo­ła­nia pod broń wszyst­kich męż­czyzn zdol­nych do jej uży­cia, „aby pro­wa­dzić bez­li­to­sną walkę wszę­dzie tam, gdzie wróg postawi swoją nogę na nie­miec­kiej ziemi”. W ten spo­sób naro­dził się Volks­sturm (ludowe pospo­lite rusze­nie), czyli oddziały obrony tery­to­rial­nej zło­żone z męż­czyzn w wieku od szes­na­stu do sześć­dzie­się­ciu lat. W Bre­slau miała to być oso­bi­sta armia gau­le­itera Han­kego. To on miał ją sfor­mo­wać i nią dowo­dzić62.

W ciągu trzech tygo­dni wszy­scy męż­czyźni pod­le­ga­jący pobo­rowi do Volks­sturmu mieli się zgło­sić do reje­stra­cji, a następ­nie na wezwa­nie par­tii roz­po­cząć służbę. Każdy męż­czy­zna zdolny do nosze­nia broni i odby­cia krót­kiego mar­szu był uzna­wany za nada­ją­cego się do walki. Każda kamie­nica miała wysta­wić wła­sną dru­żynę volks­stur­mi­stów – Gruppe, a każda komórka par­tyjna (Zelle) zazwy­czaj zło­żona z ośmiu kamie­nic – plu­ton, każda Orts­gruppe – kom­pa­nię, a każdy powiat (Kreis) – bata­lion. Pierw­sza nie­dziela przy­pa­da­jąca po rocz­nicy nazi­stow­skiego puczu mona­chij­skiego z 1923 roku została wybrana na ter­min uro­czy­stego zaprzy­się­że­nia volks­stur­mi­stów. W ten spo­sób w nie­dzielę 12 listo­pada 1944 roku tysiące męż­czyzn ubra­nych po cywil­nemu, w mun­du­rach kole­jar­skich, chłop­ców noszą­cych bru­natne koszule Hitler­ju­gend i ludzi dopiero co ode­rwa­nych od pracy we wro­cław­skich fabry­kach zło­żyło ślu­bo­wa­nie:

 

Skła­dam tę świętą przy­sięgę przed Bogiem, że będę bez­wa­run­kowo lojalny i posłuszny Führerowi Wiel­kiej Rze­szy Nie­miec­kiej Adol­fowi Hitle­rowi. Ślu­buję wal­czyć boha­ter­sko o moją ojczy­znę i prę­dzej zginę, niż zre­zy­gnuję z wol­no­ści oraz przy­szło­ści mojego narodu63.

Następ­nie ci świeżo upie­czeni bojow­nicy prze­ma­sze­ro­wali uli­cami Bre­slau. Jak zauwa­żano w jed­nym z rapor­tów Mini­ster­stwa Pro­pa­gandy: „Ten prze­marsz poka­zał ist­nie­nie wiel­kich rezerw męż­czyzn na­dal zdol­nych do walki. Ten fakt nie tylko wywarł wra­że­nie na lud­no­ści i żoł­nier­zach, dla któ­rych sta­no­wił dodat­kowy bodziec do walki, ale udo­wod­nił rów­nież bar­dziej scep­tycz­nym cudzo­ziem­com, że naród nie­miecki na­dal jest silny”64. Rze­czy­wi­stość była jed­nak inna. Na zacho­wa­nych foto­gra­fiach widać w więk­szo­ści star­szych miesz­kań­ców Bre­slau, gru­bych i chu­dych, wszyst­kich w czap­kach i kape­lu­szach, nie­któ­rych uśmiech­nię­tych, nie­któ­rych zamy­ślo­nych, a nie­któ­rych smut­nych. Prze­ciętny volks­stur­mi­sta miał wszel­kie powody do smutku, gdyż stwo­rze­nie for­ma­cji, do któ­rej wła­śnie wstą­pił, było już ostat­nim despe­rac­kim rzu­tem na taśmę reżimu nazi­stow­skiego. Wbrew grom­kim zapew­nie­niom o sile Nie­miec, powo­ła­nie pod broń star­ców i nie­peł­no­let­nich chłop­ców poka­zy­wało moralne ban­kruc­two Rze­szy. Sowieci zarzu­cili Śląsk ulot­kami wyśmie­wa­ją­cymi Volks­sturm, który zamiast być „naj­po­tęż­niej­szą cudowną bro­nią Rze­szy” był raczej armią „dziad­ków jeż­dżą­cych czoł­gami i chło­pacz­ków z pisto­le­tami”. Na ulot­kach tych znaj­do­wał się rów­nież nastę­pu­jący wier­szyk:

Hitler lamen­tuje, Him­m­ler grozi,

Ale odpo­wiada im już tylko echo.

Bo zaciąg Him­m­lera

Nie ura­tuje już Rze­szy Hitlera65.

Fak­tycz­nie ten zaciąg nie mógł ura­to­wać Rze­szy Hitlera, która nie była już nawet w sta­nie zapew­nić wypo­sa­że­nia tym nowym „sztur­mow­com” powo­ła­nym pod broń. Każdy volks­stur­mi­sta musiał zatem we wła­snym zakre­sie zadbać o swoje „umun­du­ro­wa­nie” skła­da­jące się zazwy­czaj z bru­nat­nego par­tyj­nego mun­duru lub gru­bej kurtki, pary butów, płasz­cza, ple­caka, koca, manierki i menażki. Każdy dosta­wał czarno-czer­woną opa­skę z napi­sem Deut­scher Volks­sturm. Wehr­macht. Szko­le­nie woj­skowe było rów­nież sym­bo­liczne. Instruk­to­rom pole­cono uni­kać zbyt dłu­gich poga­da­nek i prze­cho­dzić od razu do prak­tycz­nych poka­zów. „Żad­nych roz­wle­kłych wyja­śnień, tylko ćwi­cze­nia z bro­nią! Zamiast nud­nych gadek, tre­ning umy­słu i ciała”66. Powinni „pobu­dzać umi­ło­wa­nie strze­la­nia ist­nie­jące w każ­dym nie­miec­kim męż­czyź­nie. Możesz się nauczyć strze­lać, tylko strze­la­jąc, a dobrze strze­lać nauczysz się, kiedy strze­lasz jesz­cze wię­cej. Nie­ważne, jak strze­lasz, byle­byś tra­fiał”. Tam gdzie nie było wystar­cza­ją­cej liczby broni lub amu­ni­cji, trzeba było jed­nak ogra­ni­czyć się do ćwi­czeń z „kopa­nia oko­pów, sta­wia­nia bary­kad, obrony okręż­nej, kamu­flażu, tere­no­znaw­stwa”67. Dowódcy oddzia­łów Volks­sturmu – nie­mal w kom­ple­cie lokalni przy­wódcy par­tyjni – mieli naśla­do­wać przy­kład samego Führera. „Sta­rać się żyć, wal­czyć i wie­rzyć jak Adolf Hitler”. Mieli słu­chać star­szych, któ­rzy im prze­wo­dzili, „któ­rzy doświad­czyli już tak wiele w swoim życiu”, raczej chwa­ląc, niż karząc swo­ich pod­wład­nych. „Prze­mów­cie do serc tych ludzi, tak żeby sko­czyli za wami w ogień. Jedno słowo zachęty i sami się prze­ko­na­cie, że każdy zrobi co w jego mocy, żeby dać z sie­bie jesz­cze wię­cej”. Dowódca musi wyko­rzy­sty­wać każdą oka­zję do „pobu­dza­nia miło­ści do naszego narodu i Ojczy­zny”, jak rów­nież „naj­go­ręt­szej nie­na­wi­ści do wroga”68.

W ciągu mie­siąca na całym Gór­nym i Dol­nym Ślą­sku sfor­mo­wano ponad czter­dzie­ści bata­lio­nów Volks­sturmu. Każdy z nich powi­nien być wypo­sa­żony w pra­wie 650 kara­bi­nów – po jed­nym na każ­dego żoł­nie­rza, ponad dwa tuziny pan­cer­fau­stów oraz trzy tuziny cięż­kich i lek­kich kara­bi­nów maszy­no­wych. Jed­nak bar­dziej typowa była sytu­acja, jaka pano­wała w 3. bata­lio­nie Volks­sturmu wro­cław­skiego powiatu ziem­skiego, gdzie na bli­sko 600 żoł­nie­rzy, w więk­szo­ści ubra­nych po cywil­nemu, dys­po­no­wano zale­d­wie około setką zdo­bycz­nych kara­bi­nów radziec­kich, wło­skich i fran­cu­skich z zapa­sem pięt­na­stu nabo­jów na każdą sztukę broni69. Jedyną bro­nią, jaką dys­po­no­wali w dużej ilo­ści, były jed­nak pan­cer­fau­sty, czyli nie­wiel­kie ręczne gra­nat­niki prze­ciw­pan­cerne. Były tanie, łatwe w uży­ciu z pozy­cji sto­ją­cej, klę­czą­cej lub leżą­cej i dosyć sku­teczne, gdyż mogły prze­bić pan­cerz o gru­bo­ści nawet 200 mili­me­trów. Uży­wa­nie tej broni wyma­gało ner­wów ze stali – cel trzeba było dopu­ścić na odle­głość nie­ca­łych stu metrów – jed­nak instruk­to­rzy mówili swoim pod­opiecz­nym, żeby nie bali się sta­lo­wych kolo­sów ze Wschodu:

Zbu­do­wa­nie T-34 trwa 13 tysięcy godzin, czołg waży 20 tysięcy kilo­gra­mów, w tym 15 tysięcy kilo­gra­mów wyso­ko­ga­tun­ko­wej stali i kosz­tuje 182 tysiące marek nie­miec­kich.

Można go znisz­czyć przy uży­ciu pan­cer­fau­sta, któ­rego robi się w 35 minut, waży 6 kilo­gra­mów, w tym 4,9 kilo­gra­mów stali i kosz­tuje 8 marek.

Czego jesz­cze potrzeba? Serca z żelaza i cel­nego strzału. Czy na­dal uwa­ża­cie, że więk­szy roz­miar daje prze­wagę?70

Volks­stur­mi­stom poka­zy­wano rów­nież filmy szko­le­niowe. Wyda­wano dla nich spe­cjalne bro­szurki oraz organ pra­sowy Volks­sturmu o nazwie „Der Dien­stap­pell” („Powo­ła­nie”), który był prze­peł­niony mate­ria­łami instruk­ta­żo­wymi. Można w nim było zna­leźć pla­katy i dodatki spe­cjalne, takie jak „Pan­zerk­nac­ker” („Nisz­czy­ciel czoł­gów”), pełne komik­sów, szki­ców i haseł w rodzaju: „Współ­pra­cuj­cie ze sobą jak w dru­ży­nie pił­kar­skiej”; „Dobry kamu­flaż to połowa suk­cesu”; „Wię­cej potu na ćwi­cze­niach, to mniej krwi na polu bitwy”. Były tam rów­nież krót­kie rymo­wanki do naucze­nia się na pamięć, takie jak ta:

Der schwer­ste Pan­zer geht in Brand

Nimmt Du die Pan­zer­faust zur Hand!

Naj­cięż­szy czołg staje w pło­mie­niach,

Kiedy zła­piesz za pan­cer­fau­sta!

Hasła pro­pa­gan­dowe zaczęły się także poja­wiać na fasa­dach wro­cław­skich budyn­ków: „Ni­gdy się nie pod­damy, bez względu na oko­licz­no­ści!”, „Niemcy muszą zwy­cię­żyć i zwy­ciężą!”, „Tylko zwy­cię­ski pokój!”, „Lepiej boha­ter­sko zgi­nąć, niż stać się zdrajcą Ojczy­zny!”, „Zgo­tujmy wro­gowi pie­kło na każ­dym metrze nie­miec­kiej ziemi i wal­cząc w ruinach, wygrajmy nowe życie!”71. Z kolei w „Schle­si­sche Tage­sze­itung” uka­zał się tekst Pie­śni dol­no­ślą­skiego Volks­sturmu:

Towa­rzy­szu, czy sły­szysz te fan­fary,

Jak twe stare rodzinne mia­sto wzywa do bitwy,

Zawsze w cza­sach kry­zysu i zagro­że­nia

Wzy­wały nas do broni i obwiesz­czały zwy­cię­stwo.

I znowu wyje syrena.

I znowu na wieży bije dzwon,

I znowu sztan­dary trze­po­czą jak pło­nące pochod­nie.

Ludu, do broni.

Towa­rzy­sze, chwyć­cie za kara­biny,

Pan­cer­faust i gra­naty już są pod ręką.

Wróg chce znisz­czyć naszą zie­mię i naród

Ale śmiało sta­wimy mu czoło72.

W miarę jak rok 1944 zbli­żał się do końca, szef nazi­stow­skiej pro­pa­gandy w Bre­slau dok­tor Schulz sta­rał się prze­ko­nać swych ber­liń­skich zwierzch­ni­ków, że wro­cła­wia­nie odczu­wają „jesz­cze więk­szą pew­ność sie­bie i nadzieję na korzystny wynik wojny”73. Jed­nak treść listów, jakie Goeb­bels otrzy­my­wał od Schulza, stała w sprzecz­no­ści z innymi mel­dun­kami, jakie spły­wały nie­ustan­nie na biurko mini­stra pro­pa­gandy. Wyni­kało z nich, że nie­któ­rzy ludzie, nawet w par­tii, zaczy­nali tra­cić głowę. Prze­sta­wali wie­rzyć nazi­stow­skiej machi­nie pro­pa­gan­do­wej. Prze­sta­wali wie­rzyć w to, że Sowieci będą masa­kro­wać cywi­lów. Coraz powszech­niej­sze było prze­ko­na­nie, że upa­dek Buda­pesztu jest już bli­ski, a sytu­acja na fron­cie jest „bar­dzo groźna”. Mini­ster pro­pa­gandy Rze­szy pod koniec 1944 roku zdał sobie sprawę, że duża część nie­miec­kiego spo­łe­czeń­stwa „pra­gnie pokoju za wszelką cenę”74. Wro­cła­wia­nie chwy­tali się naj­drob­niej­szych pro­mycz­ków nadziei, zazwy­czaj kie­ru­jąc swoje modły do patronki Ślą­ska św. Jadwigi, któ­rej grób znaj­do­wał się w Trzeb­nicy. Ludzie, któ­rzy od lat nie cho­dzili do kościoła, któ­rzy wcze­śniej kry­ty­ko­wali „reak­cyjny” kler, nagle zaczy­nali się modlić o wyba­wie­nie do św. Jadwigi, a ona im się „uka­zy­wała”. W rze­ko­mym „obja­wie­niu” patronka pro­win­cji miała oznaj­mić, że tak jak Mon­go­ło­wie w 1241 roku, rów­nież tym razem na ślą­skiej ziemi Armia Czer­wona ponie­sie decy­du­jącą porażkę i Niemcy zostaną oca­lone. Niektó­rzy twier­dzili, że widzieli św. Jadwigę na nie­bie ponad Bre­slau, obej­mu­jącą mia­sto ramio­nami, co miało je chro­nić przed nalo­tami bom­bo­wymi. Tego rodzaju pogło­ski bły­ska­wicz­nie roz­prze­strze­niały się po Bre­slau i całym Ślą­sku, gdyż, jak zauwa­żył Ulrich Fro­dien, „poza tym sły­szeli tylko jedną kata­stro­falną wia­do­mość za drugą”75.

Fro­dien miał rację. Miesz­kańcy Bre­slau pod koniec 1944 roku mieli nie­wiele powo­dów do rado­ści. Syreny alar­mów prze­ciw­lot­ni­czych odzy­wały się teraz śred­nio raz na tydzień – a nie co dwa mie­siące, jak to było wcze­śniej – ale jak dotąd przy­naj­mniej na mia­sto nie spa­dały kolejne bomby. Wysław­szy tysiące wro­cła­wian do budowy umoc­nień, gau­le­iter Hanke naka­zał pozo­sta­łym miesz­kań­com mia­sta pra­co­wać po dzie­sięć godzin dzien­nie oraz odwo­łał wszel­kie zwol­nie­nia z pracy i urlopy. Zawie­szono wyda­wa­nie wszyst­kich gazet i cza­so­pism z wyjąt­kiem kilku dzien­ni­ków – wśród nich była oczy­wi­ście nazi­stow­ska „Schle­si­sche Tage­sze­itung” – które jed­nak mogły mieć mak­sy­mal­nie cztery strony. Od 1 wrze­śnia 1944 roku wszyst­kie teatry, kluby, kaba­rety, orkie­stry i cyrki zostały zamknięte, a zatrud­nieni w nich arty­ści i człon­ko­wie per­so­nelu wysłani do pracy przy budo­wie Ostwall, w fabry­kach lub zakła­dach zbro­je­nio­wych. Prze­cha­dza­jąc się pew­nego dnia po wydzia­łach zakła­dów Rhe­in­me­tall-Bor­sig na Psim Polu, ich dyrek­tor Her­bert Rühlemann spo­tkał sześć­dzie­się­cio­let­niego aktora pcha­ją­cego wózek wokół taśmy pro­duk­cyj­nej. Męż­czy­zna uśmiech­nął się do Rühlemanna i cał­kiem prze­ko­ny­wa­jąco oznaj­mił, że uwiel­bia swoją nową pracę. „Nie możemy zapo­mi­nać, że był akto­rem, i to dobrym”76 – zauwa­żył z prze­ką­sem Rühlemann.

Mia­sto na­dal posia­dało jed­nak pewne atrak­cje godne metro­po­lii. Po spę­dze­niu lata i jesieni w małym pro­win­cjo­nal­nym Mię­dzy­bo­rzu Peter Ban­nert korzy­stał z uro­ków wiel­ko­miej­skiego życia. Były tu walki bok­ser­skie w Hali Stu­le­cia, były tram­waje, kina i przede wszyst­kim – piwo. W każdą nie­dzielę młody czło­nek Hitler­ju­gend wraz ze swymi kom­pa­nami wybie­rał się do mia­sta na praw­dziwą ucztę – sałatkę mię­sną, bulion, kieł­ba­ski, piwo – i wszystko to za jedyne cztery marki77. Dol­no­ślą­scy rol­nicy robili sobie prze­rwę w pracy na roli i jechali na dzień lub dwa do mia­sta, żeby się zaba­wić. Wszel­kie nad­wyżki w pro­duk­cji żywca nale­żało odda­wać pań­stwu, ale w Bre­slau kwitł czarny rynek – gęsi, kieł­basa, kur­czaki, sło­nina, wszystko to było dostępne za odpo­wied­nią cenę lub po nie­wiel­kich tar­gach ze sprze­dawcą. Pewien rol­nik zapła­cił za swój pobyt w jed­nym z hote­li­ków tuzi­nem gęsi. Nie było to nic nie­zwy­kłego w tam­tym cza­sie. Córka wła­ści­ciela hotelu wspo­mi­nała potem, że jej matka „nie zawra­cała sobie głowy” kart­kami żyw­no­ścio­wymi, a „w 1944 roku wymiana bar­te­rowa osią­gnęła szczyty per­fek­cji”78.

 

Po Nowym Roku Hugo Har­tung ponow­nie zna­lazł się na lot­ni­sku na Stra­cho­wi­cach leżą­cym około 10 kilo­me­trów na zachód od cen­trum Bre­slau. Ten czter­dzie­sto­dwu­la­tek wra­cał ze świą­tecz­nej prze­pustki, którą spę­dził ze swoją nie­dawno zało­żoną rodziną. Podob­nie jak wielu wro­cła­wian, rów­nież Har­tungowie w tamte święta szu­kali pocie­sze­nia w kościele. Dla miej­sco­wych pro­te­stan­tów głów­nym miej­scem spo­tkań była dwu­wie­żowa kate­dra, w któ­rej tym razem „pło­nęło wię­cej świec wotyw­nych niż zwy­kle”. Z kolei kato­licy kie­ro­wali się do impo­nu­ją­cego kościoła św. Doroty z jego spa­dzi­stym dachem lub do kościoła św. Macieja leżą­cego w samym sercu dziel­nicy uni­wer­sy­tec­kiej, wyjąt­kowo tłum­nie klę­ka­jąc przed tam­tej­szymi ołta­rzami. Obfite opady śniegu spra­wiły, że prze­stały jeź­dzić tram­waje. W pew­nym momen­cie z trak­cji elek­trycz­nej syp­nęło iskrami i gotyc­kie ozdoby Ratu­sza na kilka sekund uka­zały się w upior­nym, zie­lon­ka­wym świe­tle. Ten magiczny widok oraz bożo­na­ro­dze­niowe szopki wysta­wione w kościo­łach wpra­wiły w zachwyt dzieci Har­tungów, ale dyrek­tor wro­cław­skiego teatru i jego żona mieli inne pro­blemy na gło­wie. Gdy prze­cha­dzali się wąskimi alej­kami Sta­rego Mia­sta, „gar­dła zaci­skał nam tak dła­wiący strach, że nie byli­śmy w sta­nie wykrztu­sić ani słowa”. Powrót do służby na lot­ni­sku stra­cho­wic­kim w żaden spo­sób nie zmniej­szył jego obaw. Napię­cie „sta­wało się nie do wytrzy­ma­nia”. Har­tung i jego towa­rzy­sze aż za dobrze zda­wali sobie sprawę z „potęż­nej kon­cen­tra­cji wojsk i mate­ria­łów wojen­nych” po stro­nie radziec­kiej. Wroga ofen­sywa „miała się roz­po­cząć lada dzień”79.

1 Obec­nie kwe­stio­nuje się kon­cep­cję wią­żącą nazwę mia­sta z Wra­ty­sła­wem, gdyż jak poka­zują bada­nia arche­olo­giczne, gród wro­cław­ski jesz­cze nie ist­niał w cza­sach pano­wa­nia cze­skiego księ­cia (915–921). Pano­wa­nie cze­skie nad Ślą­skiem w X wieku nie jest w pełni potwier­dzone, w dużej mie­rze pozo­sta­jąc na­dal w sfe­rze hipo­tez, i zapewne ogra­ni­czało się do pobie­ra­nia try­butu od ple­mion miesz­ka­ją­cych za Sude­tami. W nauce pol­skiej uważa się, że nazwa Wro­cła­wia pocho­dzi od imie­nia War­ci­sław lub Wro­ci­sław, skró­co­nego następ­nie na Wro­cław. Przyj­muje się, że Pol­ska prze­jęła od Cze­chów pano­wa­nie nad Ślą­skiem około 990 r. (przyp. tłum.). [wróć]

2 Jak dowo­dzą ostat­nie bada­nia, Mon­go­ło­wie nie oble­gali Wro­cła­wia w 1241 r. Praw­do­po­dob­nie zamie­rzali ude­rzyć na Wro­cław, ale osta­tecz­nie z jakichś powo­dów zmie­nili plany i spod Oławy ruszyli bez­po­śred­nio pod Legnicę, gdzie kon­cen­tro­wała się armia Hen­ryka Poboż­nego (przyp tłum.). [wróć]

3 W rze­czy­wi­sto­ści nie­miecki wariant nazwy mia­sty jako „Prez­zla” poja­wił się po raz pierw­szy dopiero w 1337 r., następ­nie w 1353 r. jako „Bre­slaw”, które następ­nie prze­kształ­cano na „Bres­sla”, „Bres­slaw” i w końcu Bre­slau (przyp. tłum.). [wróć]

4 Po loka­cji w XIII wieku Wro­cław/Bre­slau stał się mia­stem wie­lo­na­ro­do­wo­ścio­wym, zamiesz­ki­wa­nym zarówno przez Pola­ków, jak i Niem­ców, któ­rzy jed­nak prze­jęli wła­dzę w mie­ście oraz kon­trolę nad han­dlem i rze­mio­słem, stop­niowo rugu­jąc język pol­ski z urzę­dów. Nie­mniej jed­nak język pol­ski był uży­wany we wro­cław­skim sądow­nic­twie do 1337 r., a mia­sto zacho­wy­wało dwu­ję­zyczny, tj. nie­miecko-pol­ski cha­rak­ter aż do XVIII wieku. Język nie­miecki domi­no­wał w war­stwach bogat­szych i lepiej wykształ­co­nych, a pol­ski był języ­kiem warstw uboż­szych (przyp. tłum.). [wróć]

5 Od czasu, gdy odnoga Odry opły­wa­jąca Ostrów Tum­ski od pół­nocy została zasy­pana przez Pru­sa­ków teren ten w zasa­dzie prze­stał być wyspą, ale nazwa pozo­stała. [wróć]

6 Pierw­sze sta­ra­nia o utwo­rze­nie we Wro­cła­wiu uni­wer­sy­tetu podej­mo­wano co prawda już w 1505 r., ale zakoń­czyły się one wtedy fia­skiem i osta­tecz­nie pierw­sza wyż­sza uczel­nia w mie­ście – jezu­icka Aka­de­mia Leopol­dyń­ska powstała dopiero w 1702 r. Po połą­cze­niu tejże z Via­driną z Frank­furtu nad Odrą w 1811 r. powstał Uni­wer­sy­tet Wro­cław­ski (przyp. tłum.). [wróć]

Sta­tuta Syno­da­lia Epi­sco­po­rum Wra­ti­sla­vien­sium (Sta­tuty syno­dalne bisku­pów wro­cław­skich) z 1446 r. obok spi­sa­nych po łaci­nie ustaw synodu die­ce­zji wro­cław­skiej zawie­rają rów­nież tek­sty naj­waż­niej­szych modlitw kato­lic­kich w języ­kach uży­wa­nych na Ślą­sku, to jest pol­skim i nie­miec­kim. Jest to naj­star­szy tekst dru­ko­wany w języku pol­skim (przyp. tłum.). [wróć]

8 Ulica Zwie­rzy­niecka (Tier­gar­ten­strasse) począt­kowo obej­mo­wała dzi­siej­sze ulice Curie-Skło­dow­skiej i Mic­kie­wi­cza. W 1919 r. wschod­nia jej cześć leżąca za mostem Prze­pust­ko­wym (ob. most Zwie­rzy­niecki) stała się osobną ulicą, któ­rej nadano imię Frie­dri­cha Eberta (ob. Mic­kie­wi­cza) (przyp. tłum.). [wróć]

9 Nalot na Bre­slau w dniu 7 paź­dzier­nika 1944 roku prze­pro­wa­dziło lot­nic­two radziec­kie. Samo­loty alian­tów zachod­nich ogra­ni­czały się do lotów roz­po­znaw­czych nad mia­stem (przyp. tłum.). [wróć]