Opowiadania dla przedszkolaków

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Dzieci, posłuchajcie – poprosiła pani. – Człowiek nie może się ożenić z myszką, kotkiem czy pieskiem. Zwierzęta łączą się w pary ze sobą, to znaczy kot z kotką, mysz z myszką, pies z suczką, a ludzie ze sobą, to znaczy kobieta z mężczyzną. Inaczej być nie może. A poza tym żenią się ludzie dorośli, więc ty, Przemku, masz jeszcze czas na szukanie żony. I bardziej pasowałaby do ciebie żona bez ogona – dodała pani ze śmiechem.

No i z czego nasza pani się śmiała? Przecież my dalej nie wiemy, skąd wziąć dwadzieścia małych myszek, dla każdego po jednej.


Jak ja nie lubię zupy jarzynowej. Zwłaszcza jak jest gorąca i posypana pietruszką. A babcia nalała mi dwie pełne chochle takiej zupy na talerz.

– Tomku, zjedz, bo ci wystygnie – powiedziała.

Na szczęście na stole stała cukierniczka. Wysypałem trochę cukru na stół. Układałem kryształki jeden za drugim, aż powstał piękny, długi wąż. Wtedy babcia zawołała:

– Tomku, nie rozsypuj cukru po stole i zjedz wreszcie tę zupę!

– Tomek! – Tym razem to był głos mojej siostry Agnieszki. – Znowu zrobiłeś bałagan w moim pokoju. Na podłodze jest pełno rozsypanych kredek i papierków po cukierkach. Babciu, on to musi posprzątać! – krzyczała Agnieszka.


A ja patrzyłem w okno i myślałem, jak by to było wspaniale, gdybym w tej chwili zamienił się w pięknego konia. Najlepiej, żebym miał kolor brązowy, jak wyjęte z łupiny kasztany. Widziałem takiego konia na ulicy, zaprzęgniętego do dorożki. Gdybym był takim koniem, nie musiałbym jeść zupy, ani sprzątać kredek. Wyskoczyłbym przez okno, wprost na podwórko. Chłopcy z sąsiedztwa, którzy czasem mi dokuczają, patrzyliby na mnie ze strachem. A ja pobiegłbym do szpitala, w którym pracuje mama. Mogłaby usiąść na moim grzbiecie i ułożyć tam wszystkie ciężkie siatki, które zawsze nosi. Zawiózłbym ją do domu. Mama pochwaliłaby mnie, mówiąc:

– Co za wspaniała jazda, Tomku. Jesteś bardzo silny, dziękuję.

Potem pobiegłbym na boisko. Tam chłopcy grają w piłkę. Wszyscy chcieliby mieć mnie w swojej drużynie. Galopowałbym po boisku i żaden zawodnik nie byłby szybszy ode mnie. Gole mógłbym strzelać wszystkimi czterema nogami. A po meczu zawiózłbym na swoim grzbiecie wszystkich chłopaków na lody. Ludzie na ulicy mówiliby:

– Ach, jaki piękny koń.


Pani w budce z lodami wkładałaby mi gałki lodów wprost do buzi, bo nie mógłbym trzymać w kopytkach wafelka.

Tylko dlaczego te lody są ciepłe i smakują jak zupa jarzynowa?! Och, nie! To babcia wkłada mi do ust łyżki pełne zupy.

– Zapatrzyłeś się w okno i musiałam cię nakarmić. Bo inaczej zupa zupełnie by wystygła – tłumaczyła z uśmiechem babcia.

W kuchni pojawiła się mama.

– O, talerz już pusty. To świetnie, bo zabieram ciebie i Agnieszkę na plac zabaw – powiedziała.

Uśmiechnąłem się i jak szalony zacząłem podskakiwać na jednej nodze. Potem przytuliłem się mocno do mamy i powiedziałem:

– Jak to dobrze, że jednak nie jestem koniem. No bo pomyśl, mamo, jak koń wyglądałby na zjeżdżalni albo na huśtawce.

– Tomku, dlaczego miałbyś być koniem? – spytała zdumiona mama.

Ach, ci dorośli, oni nigdy nic nie rozumieją – pomyślałem. I pobiegłem szukać foremek do piasku.


Jak ja lubię, gdy zbliżają się święta. Babcia piecze wtedy pyszne ciasta, mama nuci kolędy, a w dużym pokoju tata stawia prawdziwą, pachnącą choinkę. W tym roku babcia jak zwykle upiekła też makowiec dla naszej sąsiadki, pani Zosi. Zawsze przed świętami zanosimy jej ciasto i składamy życzenia. Pani Zosia to miła staruszka o włosach białych jak mleko. Mieszka sama i widać, że cieszą ją nasze odwiedziny.

– Wesołych, zdrowych świąt, pani Zosiu – powiedziała mama

– I wielu prezentów pod choinką – dodałem.

– Och, dziękuję wam, moi kochani. No, ale jeśli chodzi o te prezenty, to może być kłopot, bo pod moją choinką niewiele się zmieści. Gałązki sięgają do samej podłogi – powiedziała sąsiadka.


– A teraz zapraszam do kuchni na herbatę. Tomku, jeśli masz ochotę obejrzeć moją choinkę, to zajrzyj do pokoju – dodała.

Zajrzałem i zobaczyłem dużą, starą choinkę. Była ciemnozielona i sztuczna. W niektórych miejscach opadły z niej plastikowe igiełki, więc była trochę łysa. Pani Zosia ozdobiła ją bombkami w kształcie aniołów i księżyców. Takich bombek nie widziałem w żadnym sklepie, musiały być bardzo stare. Choinka została opleciona elektrycznym oświetleniem, ale wiele lampek nie świeciło, miały chyba przepalone żaróweczki. No i rzeczywiście, jej gałązki sięgały do samej podłogi.

Oj, nie ma tu za wiele miejsca na prezenty – pomyślałem. – A gdyby tak te gałązki wiszące tuż nad ziemią odłamać, to zrobiłoby się miejsce na różne paczuszki i pudełeczka.

I zaraz zabrałem się do roboty. Gałązki łamały się bez trudu, bo były stare i kruche. Ostrożnie zdejmowałem kolorowe bombki z cieniuteńkiego szkła i wieszałem je na wyższych gałązkach. A te niższe pięknie oberwałem, i wtedy pod drzewkiem zrobiło się dużo miejsca.


Ułamane gałęzie zgarnąłem na kupkę i powstał z nich całkiem spory stosik. Gdy wszystko było gotowe, poprosiłem mamę i panią Zosię, aby obejrzały moje dzieło.

Stanęły w drzwiach i zobaczyły oskubaną choinkę, pod którą zmieściłby się teraz prezent wielkości kanapy. Sąsiadka aż przysiadła z wrażenia, a mama zbladła i oparła się o ścianę.

– No, teraz zmieści się tu mnóstwo prezentów. Może pani już spokojnie czekać na święta – powiedziałem ucieszony.

A wieczorem znowu byliśmy u pani Zosi. Tym razem przyszedłem z tatą. Przynieśliśmy piękną, nową choinkę, a do tego komplet lampek w prezencie. Tata zaofiarował się, że zaraz ustawi choinkę w pokoju i założy nowe oświetlenie. Przeprosiliśmy też za zniszczenie drzewka. Ale pani Zosia nie chciała słuchać żadnych przeprosin. Powiedziała, że miałem dobre zamiary, a to jest najważniejsze.

– Dziękuję za to piękne drzewko, będzie mi służyło przez całe lata – powiedziała z uśmiechem. – A tej starej choinki nie wyrzucę. Jakoś mi szkoda. Postanowiłam, że postawię ją na balkonie. Niech ją ozdobi padający śnieg – dodała pani Zosia.

– No to będzie pani miała dwie choinki i pod każdą dużo miejsca na prezenty – zachwyciłem się.

– Rzeczywiście – przyznała staruszka.

– Tatusiu, pani Zosia jest genialna. Ja bym nie wpadł na taki pomysł. Chodź, tatusiu, szybko idziemy do domu.

– Skąd ten pośpiech? – zdziwił się tata.

– Jak to skąd, przecież my też mamy balkon! – wyjaśniłem.


To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?