W cieniu prawaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ XVI

Anika Eller po raz trzeci zakradła się do sypialni, w której tamtej felernej nocy spał Landecki. Panna Maländer bez trudu zdobyła dla niej klucz, ale kolejna wizyta w tym miejscu była tak samo bezowocna jak poprzednia. Anika przypuszczała, że tym razem również tak będzie, skoro jednak Sophie wyznaczyła ją do tego zadania, nie mogła odmówić.

Przez ostatnie dziesięć dni w poszukiwaniu wskazówek przeczesały cały Raisental. Mimo pomocy, której udzielił im Marc-Oliver, niczego nie znalazły. Żadnych tropów wskazujących na prawdziwego zabójcę, żadnych śladów po szoferze.

Poszukiwania mężczyzny trwały w całym obszarze dworskim, ale nadaremno – Heinrich Görnitz rozpłynął się w powietrzu. Nikt nie widział, jak opuszczał rezydencję ani jak przejeżdżał przez Zagobin. Było to o tyle niepokojące, że z Raisentalu do wsi prowadziła tylko jedna droga.

Anika miała wrażenie, że nie szukają już człowieka, tylko jego zwłok.

Obróciła się w kierunku drzwi, nasłuchując, po czym zaczęła przeczesywać wzrokiem pomieszczenie. Przeszukała jeszcze raz szafkę Görnitza, a potem przywarła do podłogi, sprawdzając pod łóżkiem. Musiała zbadać izbę po kawałku, za każdym razem pozostając tu tylko przez chwilę. Wchodziła nocą, a zapalone światło mogło zaalarmować pozostałych służących.

Anika przesunęła ręką pod łóżkiem. Pusto, jak w całym pokoju. Od kiedy wynieśli się stąd wcześniejsi lokatorzy, był tu tylko kurz, kilka bibelotów i stare koszule. Nic z tych rzeczy nie należało jednak do szofera. Po nim nie było śladu.

– Cóż to… – rozległ się nagle męski głos.

Eller znieruchomiała.

– Cóż to za praktyki?

Anika poczuła, jak oblewa ją fala gorąca. Otrząsnęła się z początkowego szoku, cofnęła rękę, a potem poderwała się na równe nogi. Popatrzyła na Grögera, stojącego przed nią z założonymi rękoma.

– Co ty wyczyniasz, dziewczę?

– Ja tylko…

– Tak?

Eller gorączkowo poszukiwała jakiegokolwiek wyjaśnienia swojej obecności tutaj. Panna Maländer wprawdzie kazała jej w razie czego powoływać się na nią, ale Anika zdawała sobie sprawę, że tym samym napytałaby jej biedy. Gröger z samego rana przekazałby baronowi wszystko, co usłyszał od podkuchennej.

Majordom westchnął i podszedł do pryczy. Przeciągnął ręką po pościeli, po czym przysiadł na skraju łóżka. Wydał z siebie głębokie westchnienie, jakby przytłaczał go ciężar nieznośnej egzystencji.

– Nigdy nie potrafili utrzymać tutaj porządku – mruknął. – Pomimo moich rad.

Eller pokiwała głową z przekonaniem.

– Już sam Görnitz wystarczał, by panowało tu nieustannie bezhołowie. A wespół ze swoimi towarzyszami… Cóż, może powinienem bardziej ingerować w to, jakie zasady panują w izbach dla służby.

– Być może – przyznała.

Popatrzył na nią, jakby dopiero teraz na dobre uświadomił sobie, że tu jest. Przez chwilę się nie odzywał, po czym wskazał jej miejsce obok siebie. Anika zbliżyła się i ostrożnie usiadła na pryczy.

– Wiem, co tu robisz.

– Ale, herr Gröger…

– Szukasz dowodów, by oczyścić Polaka z zarzutów.

– W żadnym…

– Nie zaprzeczaj, dziecko – uciął Gröger, marszcząc czoło. – Wiem o wszystkim, co dzieje się w tym domu. Także o tym, co wyczyniacie z panną Maländer.

– O wszystkim?

Majordom nabrał chrapliwie tchu, najwyraźniej zbyt głęboko i zbyt szybko, bo zaniósł się kaszlem. Przeprosił, a potem odchrząknął.

– Owszem – przyznał. – Muszę trzymać rękę na pulsie. To mój obowiązek.

– Więc gdzie jest Heinrich, panie Gröger? – zapytała. – I jakim cudem znikł? Nikt tak po prostu nie rozpływa się w powietrzu. Żeby w ogóle opuścić nocą Raisental, musiałby obudzić odźwiernego albo…

– To skomplikowana sprawa.

– To znaczy?

Westchnął znacząco, sugerując tym samym, że nie ma najmniejszej ochoty snuć dalszych rozważań. Mimo to po chwili podjął temat.

– Cokolwiek się wydarzyło, niełatwo jest to wyjaśnić. To mam na myśli.

– Na pewno?

– Sugerujesz, że wiem coś więcej, Eller?

Anika dawno przekonała się, że majordom potrafi zwracać się do innych służących właściwie tylko na dwa sposoby – albo per dziecko, albo po nazwisku. W przypadku kobiet dochodziło jeszcze „dziewczę”. Nie było w tym jednak żadnej antypatii, przeciwnie, sugerowało pewną opiekuńczość. Przynajmniej na co dzień. Teraz Anika miała wrażenie, że jego rezerwa jest podszyta czymś więcej.

– Niczego nie sugeruję. Po prostu zadaję pytania – powiedziała, obracając się do niego. – Dlaczego nie potrafi pan na nie odpowiedzieć?

Czuła, że zyskuje grunt pod nogami. Z każdą chwilą była coraz bardziej pewna siebie.

– Ponieważ nie znam odpowiedzi. Nie wiem, co się stało.

– Nic tutaj nie dzieje się bez pańskiej wiedzy, sam pan to powiedział.

– W tym wypadku było inaczej – odparł stanowczo Gröger i podniósł się z łóżka. – A teraz chodź, zanim ktokolwiek cię tu zobaczy.

Eller przypuszczała, że majordom okaże się bardziej kategoryczny. Jednym z największych przewinień wśród służby było przebywanie kobiet w pokojach mężczyzn i odwrotnie. Anika słyszała, że w większości innych dworków rozdzielano obie płcie na przeciwległe skrzydła budynku, ale Raisental nie stwarzał takiej sposobności. Wszyscy służący zakwaterowani byli na poddaszu, w pokojach przylegających do długiego korytarza – gdy weszło się do niego po schodach, po prawej stronie ciągnęły się drzwi do części żeńskiej, a po lewej do męskiej. Przejście na drugą stronę skutkowało najczęściej ucięciem pensji na jakiś czas i solidną reprymendą. Tymczasem dziś Gröger po prostu wyprowadził Anikę na zewnątrz, a potem zamknął drzwi.

– Cała ta sytuacja jest doprawdy upiorna – odezwał się Joachim.

– Owszem.

– Należy się cieszyć, że rozprawa już jutro. Skończą się wreszcie wszelkie hucpy, które urządzają panicz i panna Maländer.

Nawet słowa nagany? Anice trudno było uwierzyć, że stary Gröger nie pogroził jej choćby palcem, nie zadeklarował, że to ostatni raz, gdy puszcza takie zachowanie płazem.

– Tak, jutro będzie po wszystkim – potwierdziła Eller, patrząc badawczo w oczy majordoma. Starzec ściągnął brwi.

– Nie poświęcaj zbyt dużo czasu na myślenie o tym człowieku – rzekł. – Wiem, że teraz sprawa wydaje się niezwykle zajmująca, ale zapewniam cię, że za kilka miesięcy nie będziesz pamiętała jego twarzy.

– Wątpię.

– Pomnisz moje słowa – odparł z przekonaniem Gröger. – To niezmienny bieg rzeki, którą zwiemy nurtem uczuć.

Gröger najwyraźniej sądził, że chłopak zdobył jej serce, a ona zadręcza się rozmyślaniem o jego losie. Po prawdzie Landecki spodobał się Anice, ale mówienie o jakichkolwiek uczuciach było znacznie na wyrost. Ledwo kilka razy go spotkała i zamieniła z nim parę zdań.

Przemknęło jej przez myśl, że może tę sytuację wykorzystać.

Spuściła głowę, a potem pociągnęła kilkakrotnie nosem.

Zanim Gröger zorientował się, co się święci, Eller już cicho zanosiła się szlochem. Przez moment majordom nie reagował, najpewniej nie wiedząc, jak się zachować. Po chwili zbliżył się o krok i rozpoczął nieporadne próby pocieszenia Aniki.

W efekcie dostała wolne na resztę dnia.

Otarła wymuszone łzy, przebrała się w strój, który nie przywodził na myśl służki, a potem czym prędzej opuściła Raisental. Pozostało jeszcze sporo czasu do zmroku, więc sądziła, że nawet na piechotę zdąży dotrzeć do Zagobina i wrócić.

Szła żwawym krokiem, zastanawiając się, w jaki sposób pozbyłaby się Heinricha Görnitza, gdyby była zabójcą. Należało założyć, że szofer został przekupiony, by poświadczyć nieprawdę, a zatem niechybnie to kolejny zastrzyk pieniędzy sprawił, że znikł z Raisentalu.

Z pewnością jednak nie wystarczyłoby na konia, furmankę czy tym bardziej automobil. Görnitz musiał dotrzeć do Zagobina na piechotę i dopiero tam znaleźć środek transportu. Wprawdzie Sophie i Marc-Oliver rozpytywali o niego we wsi, ale Eller przypuszczała, że mieszkańcy trzymaliby język za zębami, nawet gdyby go widzieli. Każdy wiedział, że lepiej nie mieszać się do spraw Reignerów.

Sobie również nie wróżyła większych sukcesów. Nie znała nikogo w wiosce, była tam zupełnie anonimowa. Przez godzinę chodziła po Zagobinie, pytając o kogoś, kto za stosowną opłatą byłby gotów przewieźć ją do Krakowa. Sądziła, że właśnie tam udał się Heinrich. Nie dość, że było tam mniej Austriaków, to jeszcze za sprawą węzła kolejowego właściwie cały kraj stał przed nim otworem. Wystarczyło, by wsiadł do jednego z pociągów, i ślad po nim się urywał.

Dziewczynie udało się ustalić, że niejaki Fritz od czasu do czasu jeździ do Krakowa, by handlować swoimi wyrobami z drewna. Udała się do jego chałupy, która już na pierwszy rzut oka kazała jej sądzić, że jegomość jest samotnikiem. W obejściu dostrzegła stare chomąta, nogi od stołów czy krzeseł i całą stertę innego barachła.

Sam gospodarz sprawiał wcale nie lepsze wrażenie niż jego włości. Był zaniedbany, brodę miał nieprzystrzyżoną, włosy zmierzwione, a w dodatku nie woniał najlepiej. Gdyby Anika miała być bardziej bezpośrednia, powiedziałaby, że capi jak knur.

Stał w progu, patrząc na nią, jakby przyszła z innego świata. Być może w pewnym sensie tak było.

– Proszę, proszę – powiedział bardziej do siebie niż do niej. – To będzie ciekawy dzień. Czemu zawdzięczam wizytę panienki?

Nie pamiętała, kiedy ostatnio ktoś nazwał ją w ten sposób.

– Pan Fritz?

– We własnej osobie. Jedyny i niepowtarzalny.

– Mam dla pana pewną propozycję.

Zmierzył ją wzrokiem, przeciągając rękawem pod nosem.

 

– W takim razie zapraszam damę – powiedział, szeroko otwierając drzwi.

Ze środka buchnęła fala stęchlizny, ale Anika to zignorowała. Weszła do chaty i rozejrzała się. Kurz w powietrzu był wyraźnie dostrzegalny w promieniach słońca. W izbie panował zaduch, a wokół pełno było desek, pniaków, dłut i innych narzędzi snycerskich.

– Pani siada.

– Dziękuję, nasiedziałam się już dzisiaj.

– W takim razie przejdźmy do rzeczy. Co to za propozycja? – zapytał Fritz, dłubiąc w uchu.

Eller nabrała tchu, a potem rozpoczęła przedstawienie, które uznała za konieczny element gry. Gładząc się po brzuchu, zaczęła opowiadać o tym, jak zakochała się w pewnym chłopaku, który zerwał kwiat jej niewinności.

Fritz początkowo słuchał nieco zbity z tropu, nie wiedząc, czego oczekuje od niego młoda dziewczyna najwyraźniej będąca w ciąży, ale szybko stało się to jasne.

– Był szoferem u von Reignerów, ale…

Urwała, spuszczając głowę. Snycerz się nie odzywał.

– Nie mogę powiedzieć wiele, nie znaliśmy się za dobrze – dodała, udając zażenowanie. – A półtora tygodnia temu powiedział, że musi wyjechać, i…

Gospodarz rozejrzał się po zagraconej izbie, jakby gdzieś tutaj miał chować się mężczyzna, którego szukała.

– Zostałam sama… cóż, prawie sama – dodała Eller, nadal gładząc się po brzuchu.

Fritz poruszył się nerwowo. Widziała w jego oczach, że doskonale wie, o kim mowa. Poczuła, że w końcu zbliżyła się do konkretnego tropu. Emocje natychmiast w niej rozgorzały, ale upomniała się w duchu, by zachować spokój. Przynajmniej na tyle, by pociągnąć ten teatr jeszcze przez moment.

– Powiedział mi tylko, że ktoś z Zagobina pomoże mu dostać się do…

Urwała i schowała twarz w dłoniach. Nie chciała ryzykować, wspominając o Krakowie. Był to najbardziej prawdopodobny kierunek, gdyby jednak nie trafiła, cały jej plan spaliłby na panewce.

Powoli odsłoniła twarz i spojrzała na Fritza załzawionymi oczami.

– Pomoże mi pan? – zapytała.

Milczał, pocierając nerwowo koniuszek ucha. W końcu rozejrzał się kontrolnie, a potem odchrząknął.

– Chciałbym – odparł w końcu półszeptem. – Ale wie pani, że to delikatna sprawa.

– Wiem.

– Jutro mieliśmy wyruszać – powiedział, przechodząc już do całkowitego szeptu. – Ale… jakkolwiek by patrzeć, jest jeszcze szansa, by się pani zabrała. Tylko że, jak mówię, to delikatna sprawa.

– Jak delikatna?

– Tak bardzo, że tylko dwieście koron może cokolwiek zmienić.

– Oczywiście, oczywiście… – odparła Anika, myśląc o tym, jak długo musiałaby ciułać, by pozwolić sobie na taką podróż. – Ale nie noszę takich pieniędzy przy sobie.

Fritz wydął usta i pokręcił głową z rezygnacją.

– Zapłacę panu, proszę się nie martwić – dodała. – Ale muszę najpierw go zobaczyć. Nie żebym panu nie ufała, ale muszę mieć pewność, zanim przekażę taką kwotę.

Gospodarz zdawał się ważyć wszystkie za i przeciw. Eller czuła, że serce bije jej coraz szybciej. Gdzieś niedaleko mógł znajdować się człowiek, którego wszyscy szukali. A jej już prawie udało się zbliżyć do niego na wyciągnięcie ręki. Nie wiedziała wprawdzie, co zrobi, kiedy go zobaczy, ale nie miała zamiaru się tym teraz przejmować. Wszystko po kolei. Był przekupnym draniem, jakoś sobie poradzi.

Fritz nabrał tchu i w końcu pokiwał głową.

– Niech będzie – powiedział. – Kobiecie w stanie błogosławionym się nie odmawia.

– Dziękuję, panie Fritz.

Przemknęło jej przez myśl, że dla uwiarygodnienia swojej historii mogła nieco się potargować. Z drugiej strony odgrywała rolę zdesperowanej, porzuconej kobiety. Może wpisywało się to w wiarygodny obraz tego, co powinna pokazać snycerzowi.

– Chodźmy – dodał Fritz, wskazując drzwi.

Anika miała wrażenie, że serce zaraz wyskoczy jej z klatki piersiowej. Panna Maländer będzie wniebowzięta, a cała służba od tego dnia będzie patrzyła na nią zupełnie inaczej. Oto podkuchenna, która odnalazła zaginionego człowieka. Oto Anika Eller, dziewczyna, która rozwikłała tajemnicę.

Podeszła do drzwi i pozwoliła sobie na uśmiech. Fritz był za nią, więc nie musiała martwić się, że zobaczy wyraz satysfakcji. Złapała za klamkę.

Dopiero wtedy poczuła, że coś jest nie w porządku. Nie potrafiła sprecyzować, co konkretnie, ale nie miała czasu się nad tym zastanowić.

Poczuła, jak snycerz łapie ją za włosy, odciąga głowę w tył, a potem z impetem uderza jej czołem o drzwi. Odbiła się od nich i upadła na podłogę, wydając z siebie cichy jęk. Przez chwilę nie potrafiła zrozumieć, co się stało.

Fritz natychmiast znalazł się przy niej, złapał ją za fraki i cisnął na ścianę. Pojawił się na niej krwawy rozbryzg, gdy głowa dziewczyny uderzyła o kamień. Anika usłyszała huk, który zdawał się dochodzić gdzieś z wnętrza jej umysłu. Miała wrażenie, że jej ciało już do niej nie należy, że nagle zwiotczało.

– Co… pan…

Fritz podniósł drewnianą rzeźbę przedstawiającą któryś etap drogi krzyżowej i zamachnął się. Uderzył dziewczynę w głowę, niemal ją ogłuszając. Potem odrzucił oręż.

Chciała zapytać, dlaczego to robi, chciała powiedzieć cokolwiek, ale słowa ugrzęzły jej gdzieś w gardle. Nie potrafiła się podnieść, ledwo widziała na oczy. Jak przez mgłę zobaczyła Fritza. Stał przy swoich narzędziach, nerwowo w nich przebierając. W końcu obrócił się do niej, trzymając dłuto i młotek.

Straciła przytomność.

On zaś skończył dopiero, gdy zyskał pewność, że nikt nigdy nie rozpozna twarzy.

ROZDZIAŁ XVII

Funkcjonariusze obudzili Erika jeszcze przed pierwszym brzaskiem. Bez ogródek złapali go za fraki i wyrzucili z celi. Nie miał okazji pożegnać się ze Ślepcem, ale właściwie nie było takiej potrzeby – wczorajsze wydarzenia stanowiły wystarczający epilog ich znajomości. Teraz Landecki był zdany już wyłącznie na siebie.

Do Krakowa furmanka miała jechać co najmniej siedem godzin i Erik przypuszczał, że w tym czasie funkcjonariusze jeszcze nieraz zaindagują, czy nie zmienił zdania w kwestii przyznania się do winy. W mniej lub bardziej przekonujący sposób.

Kiedy wyprowadzili go z aresztu, Landecki z zadowoleniem przekonał się, że się pomylił. Na ulicy czekała na niego Sophie w towarzystwie Marca-Olivera. Erik pomyślał, że jedno z nich pojedzie z nim, ale zobaczywszy ich minorowe miny, zrozumiał, że przyszli ze złymi wieściami.

Policjanci popchnęli go w kierunku wozu. Złapał za burtę i się podciągnął.

– Co się stało? – zapytał, gramoląc się.

– Anika zniknęła – odparła Maländer.

– Jak to… jak to: zniknęła?

– Ostatnim razem widziano ją, jak wczoraj opuszczała Raisental. Od tamtej pory nie ma po niej śladu, Erik.

Landecki zaklął pod nosem. Zdawał sobie sprawę, że dziewczyna zapewne nie wybrała się na byle spacer, tylko szukała zaginionego szofera. Spojrzał na Reignera, ale ten zdawał się tym niezainteresowany. Wyciągnął z kieszeni zegarek, jakby obawiał się, że nie zdążą na rozprawę.

Policjanci weszli na furmankę, po czym skuli aresztantowi ręce i nogi. Zajęli miejsca z tyłu wozu, złorzecząc pod nosem na środek transportu, który urąga ich pozycji. Wszyscy, łącznie z woźnicą, sprawiali wrażenie, jakby chwilowa zwłoka miała skutkować spóźnieniem.

– Dlaczego wyszła z rezydencji? Gdzie poszła?

– Nie wiem – odparła Sophie, podchodząc do woźnicy i posyłając mu długie spojrzenie. – Gröger dał jej wolne na cały dzień. Twierdził, że była roztrzęsiona.

Erik wiedział, że cisza nocna w Raisentalu zaczynała się o dziesiątej. Jeśli którykolwiek ze służących do tej pory nie wrócił, drzwi rezydencji już nigdy nie miały się przed nim otworzyć. Gröger informował o tym każdego w pierwszym dniu pracy. Kiedy niedawno mówił o tym Landeckiemu, dodał, że jeszcze nigdy się to nie zdarzyło. Tym razem mogło tak być, ale nawet jeśli, to Anika z pewnością spróbowałaby jakoś załagodzić sytuację z samego rana.

A może przesadzał? Może Eller zatrzymała się u kogoś znajomego czy członka rodziny? Nie, nawet gdyby tak było, stawiłaby się do pracy bladym świtem. Landecki opuścił głowę i na moment zamknął oczy.

Anika zaginęła, starając się dojść do prawdy.

– Gdzie jest Willy? – zapytał Landecki.

– W Krakowie. Dopieszcza już na pewno mowę otwierającą.

Erik otworzył oczy i pokiwał głową.

– Ktoś jej szuka, prawda?

– Oczywiście – wtrącił Marc-Oliver. – Z samego rana ojciec zarządził poszukiwania. Gdyby chodziło o kogokolwiek innego, można by sądzić, że miała miejsce ucieczka, ale nie w jej przypadku. Wszyscy jesteśmy tego świadomi.

Erik wiedział, że to wierutne bzdury. Żaden z członków rodziny do dzisiaj nie miał pojęcia, kim jest Anika Eller.

– Poza tym zostawiła swoje rzeczy i oszczędności – dodała Sophie.

– Odnajdziemy ją – zapewnił Reigner.

Woźnica syknął pod nosem, ponaglając swoich pasażerów. Za ewentualne opóźnienia zapewne odpowie właśnie on, bez względu na to, co się wydarzyło. Zobojętniałe spojrzenia dwóch policjantów zdawały się to potwierdzać.

– Jeśli będzie coś wiadomo…

– Znajdziemy sposób, by cię poinformować – ucięła Sophie.

– Już pora, panienko – zabrał głos woźnica.

Maländer spiorunowała go wzrokiem i Erik mógłby przysiąc, że zaklęła pod nosem. Jeśli jednak tak w istocie było, to nikt tego nie usłyszał. Nagle Sophie postawiła nogę na dyszlu, złapała za burtę i wskoczyła na furmankę.

Dwóch funkcjonariuszy uniosło brwi.

– Co też pani wyczynia? – zapytał ten niższy.

– Jadę z wami, jak widać.

Marc-Oliver otworzył usta, ale się nie odezwał. Popatrzył błagalnie na narzeczoną, ta jednak zupełnie go zignorowała.

– Proszę wysiadać.

– Proszę mnie wyrzucić – odparła Sophie.

Reigner zbliżył się do wozu, patrząc to na policjantów, to na nią. Sprawiał wrażenie, jakby nie mógł się zdecydować, czy zganić Maländer, czy pogrozić funkcjonariuszom, by nawet nie myśleli o dotknięciu jej.

– Nie ma tu dla pani miejsca.

– Nie? A mieszczę się bez żadnego problemu.

– To wielogodzinna podróż…

– Nie takie już odbywałam.

– Proszę sobie nie kpić. Naprawdę pora wysiadać, musimy ruszać.

Woźnica obejrzał się przez ramię i westchnął. Między nim a policjantami wywiązała się krótka wymiana zdań i mężczyzna dał jasno do zrozumienia, że za moment rusza, bez względu na to, kto znajduje się na wozie.

Kiedy Marc-Oliver dał krok w tył, wszyscy zrozumieli, że Sophie nie pozostawiła im wyboru.

– Uważaj na siebie – powiedział.

Skinęła mu głową, a potem klepnęła woźnicę w ramię.

– Jedź pan – poleciła.

Nie czekając na potwierdzenie od policjantów, mężczyzna strzelił lejcami. Konie ruszyły przed siebie, a wóz zaczął podskakiwać na nierównej drodze. Erik spojrzał na szkapy i zaczął się zastanawiać, czy podołają tak długiej podróży.

Wszyscy milczeli, dopóki nie opuścili Olenfeldu. Wówczas głos zabrał wyższy z funkcjonariuszy.

– Jeżeli zamierza pani coś kombinować, zastrzelimy Polaka.

– Słucham?

– A zaraz potem będziemy zmuszeni panią aresztować.

– Sugerują panowie, że… – Urwała i pokręciła głową. – Że planuję zorganizować dla niego ucieczkę?

Wzruszyli ramionami. Sophie zbyła to milczeniem, a potem obróciła się do Erika. Zasłoniła go przed wzrokiem funkcjonariuszy i posłała mu pełne niedowierzania spojrzenie.

Landecki go nie dostrzegł. Rozglądał się, wodząc wzrokiem za mijanymi drzewami. Przepełniała go obawa, że gdzieś w tych gęstych lasach znajduje się ciało Aniki. Ukryte, pozostawione na żer dzikim zwierzętom. Potrząsnął głową i popatrzył na Sophie. Kołysała się na boki, gdy wóz wjechał na wyboje.

– Musiała coś odkryć – szepnął.

– Wiem.

– Ale co takiego?

– Ustalimy to, zapewniam cię.

– Trzeba działać szybko. Być może jeszcze…

– Wszystko po kolei – weszła mu w słowo. – Najpierw oczyścimy cię z zarzutów, a potem dowiemy się, co się z nią stało. I kto za wszystko odpowiada.

Landecki znów wbił wzrok w nieprzenikniony bór, zdający się ciągnąć aż po horyzont. Krajobraz za Olenfeldem sprawiał wrażenie, jakby jedynym dowodem na istnienie człowieka na ziemi były wyżłobione przez wozy koleiny. Poza tym niepodzielnie królowała tu matka natura.

– Jeśli została porwana… – zaczął.

– Nie stać nas chyba na „jeśli”.

– Racja. Ktokolwiek ją porwał, musiał wiedzieć, że akurat tego dnia opuści Raisental.

 

– Gröger?

– Podejrzewam, że nie jest niewinny – odparł zamyślony Erik. – Bez względu na to, czy był inicjatorem, czy tylko wykonawcą czyjejś woli.

– Czyjej?

Landecki poruszył nerwowo rękoma, łańcuch wydał metaliczny chrzęst. Jeden z policjantów wstał, rzucił mu kontrolne spojrzenie, a potem ze znużeniem opadł z powrotem na ławkę.

– W tej chwili wydaje mi się, że wszyscy Reignerowie są winni.

– Mnie również.

Erik uniósł brwi.

– Nawet twój narzeczony?

Sophie spojrzała na dwóch mężczyzn, którzy z pewnością nie słyszeli wszystkiego, ale bez trudu wyławiali z szeptu sens zdań.

– Nie, oczywiście, że nie – odparła.

Przez moment milczeli. Landeckiemu wydawało się, że oboje zapędzili się zbyt daleko w swoich deklaracjach i żadne z nich w nie tak naprawdę nie wierzy. Marc-Oliver miałby zabić brata? Baron swojego syna? Reignerowie byli wprawdzie próżni, obcesowi, być może ogarnięci manią wielkości, ale czy któryś z nich kiedykolwiek wyrządził komuś krzywdę?

Erik pokręcił głową. Łatwo było szafować podejrzeniami, szczególnie kiedy człowiek siedział w celi ze świadomością, że to właśnie Reignerowie go do niej wtrącili. Ale czy naprawdę sam wierzył w to, co mówił?

Córki i żonę Hendrika również trudno było podejrzewać. Co prawda wszystkie wzbogacały nieco swoje udziały spadkowe, usuwając z równania Juliusa, ale nie był to wielki zysk. Koszt tymczasem byłby ogromny.

– Ta jędza jest zdolna do wszystkiego – odezwała się po chwili Sophie.

Najwyraźniej snuła podobne rozważania.

– Hiltrude? – zapytał Landecki, sądząc, że chodzi o żonę Hendrika.

– Mhm. Ona ustawicznie coś knuje.

– Chodzą słuchy, że jest niema.

– Niestety są przesadzone – odparła pod nosem Sophie. – Może nie jest zbyt wylewna, ale jak już się odzywa, od razu żałujesz, że jesteś w pobliżu.

Erik uśmiechnął się blado. Słyszał od służących, że to nie Hendrik jest największym przeciwnikiem ożenku Marca-Olivera, ale właśnie pani domu. Trudno było jednak podejrzewać rodzoną matkę o to, by targnęła się na życie swojego syna.

– Dajmy temu spokój – powiedział Landecki. – Możemy tak gdybać bez końca.

Pokiwała głową, a potem również zaczęła wodzić wzrokiem za mijanymi drzewami. W pewnym momencie powieki zaczęły jej opadać, rozsiadła się nieco wygodniej, jakby miała zamiar uciąć sobie drzemkę.

Jechali w milczeniu, a wozem przez większą część drogi łagodnie kołysało. Sophie potrząsała głową, ilekroć wpadali w większą koleinę, i Erik uświadomił sobie, że najpewniej przez całą noc szukała Aniki.

Na jej miejscu postąpiłby pewnie tak samo. Musiała czuć się na nią odpowiedzialna, choć na dobrą sprawę to on sprowadził na dziewczynę nieszczęście.

Postanowił o tym nie myśleć, przynajmniej nie teraz. Kiedy znajdzie się w lepszej sytuacji, zrobi wszystko, by ją odnaleźć. Teraz jednak należało skupić się na tym, by wygrać proces.

Do Krakowa dojechali na czas. Policjanci zapłacili woźnicy, a potem bez słowa wyciągnęli Landeckiego z wozu. Ustawili go przed budynkiem sądu, jakby chcieli mu zasugerować, by zapamiętał widok gmachu, w którym skończy się jego życie.

Po ulicach niespiesznie przechodzili przechodnie w ciemnych paltach i jednorzędowych garniturach. Anglomania miała się w najlepsze, choć próżno było szukać dawnych surdutów, z przodu krótszych, z tyłu sięgających kolan. Erik nie wypatrzył też ani jednego dżentelmena noszącego się à la française – we fraku o wąskich połach. Niewielu nosiło wysokie kapelusze, zdecydowana większość miała na głowach niewielkie meloniki. Wszyscy mijali Landeckiego, jakby był powietrzem. Nikt nie zwrócił uwagi na to, że strojem odstaje od reszty. A fakt, że był skuty, zdawał się stanowić dodatkowy powód, by się nim nie interesować.

Złowił jedynie spojrzenie kobiety z przejeżdżającej obok dorożki. Odprowadził powóz wzrokiem, wsłuchując się w miarowy stukot końskich kopyt po brukowanej ulicy. Była nad wyraz czysta, jakby ktoś wyjął ją z pocztówki. Niewątpliwie stanowiło to zasługę otwartego kilka lat temu Wodociągu Miejskiego imienia Franciszka Józefa I, największej inwestycji w dziejach Krakowa, o której pisano we wszystkich gazetach.

Świat wchodził w nową erę, widać to było na każdym kroku. Landecki westchnął, nie chcąc nawet myśleć o tym, ile go ominie, jeśli tego dnia zapadnie wyrok skazujący.

Wokanda przewidywała, że rozprawa zacznie się o pierwszej, więc pozostało im jeszcze pół godziny. Czas dłużył się Erikowi niemiłosiernie. Próbował zająć czymś myśli, ale bezskutecznie. Wracały uporczywie albo do Aniki, albo do wiszącego nad nim widma kary śmierci.

Przed salą rozpraw Landecki w końcu wypatrzył swojego obrońcę. Willy szedł ku nim pospiesznie, nie dając mu szansy, by wyczytał cokolwiek z jego twarzy. Zatrzymał się przed Erikiem, uśmiechnął do Sophie, a potem zlustrował funkcjonariuszy.

– Możecie odejść.

– Dopóki zbrodniarz nie zasiądzie na ławie oskarżonych, mamy go pilnować.

– Zapewniam, że gdyby miał uciec, próbowałby to zrobić raczej po drodze – odparł Hütter. – Dwóch prowincjonalnych stróżów prawa to nie tak wielkie wyzwanie, jak mogłoby się wam wydawać.

Bąknęli coś pod nosem, ale ostatecznie odsunęli się o krok. Willy zbliżył się do Landeckiego i spojrzał mu w oczy.

– Jest dobrze – powiedział.

– Po czym wnosisz?

– Po obserwacji strony przeciwnej. Wyglądają, jakby się spodziewali, że złamię dzisiaj ich kariery.

Erik przypuszczał, że optymizm jest przesadzony.

– Oby tak się stało – zabrała głos Sophie.

– Bez obaw. Wiem, co robię.

Landecki był co do tego coraz mniej przekonany. Echem w głowie rozbrzmiały mu słowa funkcjonariuszy, którzy mówili, że kauzyperda zwodzi go swoją pogodą ducha.

Nie było jednak czasu na rozważania.

Po chwili urzędnik sądowy zapowiedział kolejną sprawę na wokandzie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?