Echo z otchłaniTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Echo z otchłani
Echo z otchłani
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,80  55,04 
Echo z otchłani
Echo z otchłani
Echo z otchłani
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
36,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6

– Banda skurwiałych kundli! – krzyknął Dija Udin, gdy wtrącili go do niewielkiego pomieszczenia. Wymachiwał rękoma, starając się trafić któregoś z nich, ale unikali jego ciosów nad wyraz zręcznie.

Upadł na ziemię i natychmiast się obrócił. Zanim zamknęli drzwi, zobaczył jeszcze, że niosą dokądś ciało Lindberga. Bezwładnie spoczywało na rękach jednego z mężczyzn. Głowa opadła do tyłu, usta i oczy przyjaciel miał szeroko rozwarte.

Dija Udin rzucił się do drzwi i zaczął tłuc w nie pięściami. Były wykonane ze stopu jakiegoś metalu, podobnie jak ściany. Alhassan szybko uświadomił sobie, że nic nie zdziała. Mimo to uderzał jeszcze przez kilka chwil, złorzecząc tak, że zdarł sobie gardło.

Potem odwrócił się i oparłszy o drzwi plecami, osunął się na podłogę.

– Będę rozrzucał kawałki waszych ciał po tej zapiździałej wyspie! – krzyknął jeszcze, po czym zamilkł. Wiedział, że spotka go taki sam los, jak Skandynawa. Nie miało znaczenia, ile żółci z siebie wyleje ani jak przekonujące groźby sformułuje.

Zamknął oczy, zwieszając głowę. Wyobraźnia podsunęła mu widok pośmiertnego grymasu, który zastygł na twarzy Lindberga. Natychmiast otworzył oczy.

Przez chwilę trwał w bezruchu, uspokajając się.

Potem zerwał się na równe nogi i na powrót zaczął okładać drzwi. Przestał dopiero, gdy na jego knykciach pojawiły się krwawe ślady. Cofnął się, oddychając ciężko. Usłyszał, że ktoś zbliża się do jego celi.

Drzwi otworzyły się powoli. W progu stał mężczyzna z wycelowaną w Alhassana bronią i ewidentnie nie miał zamiaru się z nim patyczkować. Ledwo więzień ruszył ku niemu, ten pociągnął za spust. Rozległ się dźwięk ładowania, a następnie wiązka niebieskiego światła pomknęła w stronę Dija Udina.

Targnęło nim w tył, a siła uderzenia rozlała się po całym ciele. Padł na ziemię i natychmiast zorientował się, że użyto innego trybu działania broni – nie miał ani zadrapania.

– Co to jest? – zapytał, podnosząc się.

– Impulsator – odparł mężczyzna zniekształconym głosem. – Nie tak zaawansowany jak wasze, ale nadal sprawny.

– Ale…

– Wiem, broń na Tristan da Cunha jest zakazana. Radzimy sobie jednak całkiem nieźle, jak widzisz.

Rozmówca w mig znalazł się tuż przy nim, w ostatniej chwili biorąc zamach nogą. Wymierzył nią Alhassanowi w głowę i gdy ten padł na bok, mężczyzna poprawił jeszcze dwoma kopniakami.

– I obawiam się, że nie doniesiesz nikomu o złamaniu regulaminu. Nigdy nie wrócisz do Amalgamatu, psie.

Kolejny cios spadł na krocze Dija Udina, aż ten zawył.

– Dlaczego… to… kurwa… robisz? – zdołał wydukać, przetaczając się na bok. Czuł się, jakby żołądek podszedł mu do gardła i zablokował drogę dostępu dla tlenu. Wziął chrapliwy wdech i kaszlnął.

– Powinienem zrobić dużo więcej – odparł zamaskowany. – Po tym wszystkim, czego się dopuściliście.

– Dopiero co… przylecieliśmy, imbecylu.

Następny kopniak sprawił, że Alhassanowi odechciało się butności. Nadal nosił się z zamiarem rozszarpania tych ludzi na strzępy, ale musiał wyczekać odpowiedniej okazji. Pomści Lindberga, co do tego mogli być pewni.

Na razie jednak zdecydował się przyjąć koncyliacyjny ton. Podsunął się pod ścianę, a potem oparł o nią plecami. Otarł krew z twarzy i podniósł wzrok na rozmówcę. Jego masywna osłona na twarz przywodziła na myśl te, w których niegdyś pracowali górnicy na Księżycu. W koloniach panowała atmosfera, ale głęboko pod ziemią nadal potrzebowali przetworników powietrza. Dija Udinowi przeszło przez myśl, że może tam też ocalały resztki ludzkości.

Powie o tym swoim, gdy tylko uda mu się nawiązać kontakt. Był to imperatyw, któremu podporządkowana była teraz cała jego egzystencja. Sześć statków zbiegło z proelium, wykpiwszy zasady gry i oszukawszy Diamentowych. Stało się dokładnie to, do zapobieżenia czemu Alhassan w ogóle pojawił się na tym świecie. To on miał dopilnować, by ludzkość stawiła czoło swoim adwersarzom.

Wszystko jeszcze naprawi. Miał czas, a gdy tylko uda mu się uzyskać dostęp do ansibla, prześle wiadomość. Teraz należało zadbać o własne bezpieczeństwo.

– Jesteśmy członkami misji Ara Maxima – odezwał się, zawiesiwszy wzrok na strażniku.

Mężczyzna nie odpowiadał.

– Nigdy o niej nie słyszałeś?

– Nie.

– Opuściliśmy Ziemię kilkaset lat temu. Mieliśmy zbadać i zasiedlić szereg planet. Mój okręt, Accipiter, został zatrzymany niedaleko Mi Arae w gwiazdozbiorze Ołtarza, kilkanaście parseków od Ziemi. Wszyscy załoganci byli martwi, prócz mnie i mojego przyjaciela, którego, kurwa, zamordowaliście. Nie mieliśmy kontaktu z centrum dowodzenia, byliśmy zdani wyłącznie na siebie.

Alhassan bacznie obserwował reakcję rozmówcy. Wyglądał, jakby dopuszczał możliwość, że usłyszał prawdę.

– Dokąd lecieliście? – zapytał mimo to.

– Na Krauss-deGrasse-7c w konstelacji Oriona, ponad sto dwadzieścia lat świetlnych od nas. Mieliśmy założyć tam kolonię, a statek wysłać z powrotem na Ziemię.

Zamaskowany niemal niezauważalnie kiwnął głową. Dija Udin poczuł, że pojawiła się iskierka nadziei. Zaczerpnął tchu, a potem zaczął pokrótce opisywać wszystko, co spotkało go od momentu wybudzenia się z diapauzy.

Historyjkę miał opracowaną do perfekcji. Wszak sam od początku udawał, że nie ma z tym wszystkim nic wspólnego.

Ostatecznie udało mu się zainteresować strażnika na tyle, że ten posłał po innych. Zebrało się konsylium mieszkańców wyspy, na którym deliberowali nad jego słowami. Widział w ich oczach błysk zaufania – i wiedział, że ma ich w kieszeni. Było tylko kwestią czasu, nim go wypuszczą.

Pomógł mu fakt, że jeden ze starszyzny wiedział o misji Ara Maxima. Wprawdzie w Edynburgu Siedmiu Mórz nie było żadnego repozytorium wiedzy, ale informację przekazywano z pokolenia na pokolenie.

Gdy zaprowadzono Alhassana przed oblicze przywódców tej społeczności, stary człowiek podniósł się ociężale z metalowego siedziska.

– A więc to prawda – wychrypiał.

Trudno było dostrzec ruch jego ust pod czarną kratką. Oczy sprawiały wrażenie, jakby zaszły bielmem.

– Najwyraźniej – odparł Dija Udin.

– Nie przybyliście z Amalgamatu.

– Nie wiem nawet, co to jest, do cholery.

Mieszkańcy spojrzeli po sobie skonsternowani. Do tej pory Alhassan zdołał wysnuć trochę przypuszczeń na temat tej organizacji. Sprawowała rządy twardą ręką, czemu trudno było się dziwić, wziąwszy pod uwagę, że Ziemia stanowiła jałowe pustkowie. Dija Udin sądził, że świetnie dogadałby się z tamtymi ludźmi.

Gdyby tylko jego misją nie było wytrzebienie ich.

– Przybywam w pokoju – odezwał się, rozkładając ręce. – Tak jak mój towarzysz, którego z zimną krwią ubiliście.

Żaden z nich nie odpowiedział, spłynęło to po nich. Musieli być na tyle oswojeni ze śmiercią, że nie traktowali jej jako tematu wartego rozmowy.

– Muszę dostać się do swojego okrętu.

– Nie ma takiej możliwości – odparł starzec. – Jesteśmy w tej chwili monitorowani z orbity.

Alhassan rozejrzał się. Na Kennedym najwyraźniej zainteresowano się już wyspą.

– Możecie to stwierdzić?

– Mamy sensory – rzekł członek starszyzny i z pomocą młodego chłopaka zasiadł na swoim miejscu. – Widzimy, że skupili na nas swoją uwagę.

– Szukają nas, to powinno być dla was całkowicie zrozumiałe. Tak jak to, że doskonale widzą rozbity prom, więc nie ma sensu mnie tu trzymać. Muszę natychmiast udać się do statku.

– Nie ma takiej możliwości – powtórzył wódz.

Dija Udin powściągnął wzbierający w nim gniew.

– Posłuchaj, starcze – podjął spokojnie. – Wiesz już, że nie mamy nic wspólnego z tym waszym konglomeratem, czy jak go tam zwiecie. Jeśli zależy wam, by nie narobić sobie nowego wroga, radzę wam dopuścić mnie do tej sterty złomu.

– Zniszczenia tego okrętu…

– Tak, tak, przekraczają możliwości naprawy. Nie mam zamiaru już nim latać.

– Więc dlaczego tak ci do niego spieszno?

– Muszę coś znaleźć.

– Co takiego?

Alhassan nie miał zamiaru mówić tym ludziom zbyt wiele o la’derach. Zresztą powinna im wystarczyć lakoniczna informacja.

– Coś, co może uratować tego sukinsyna leżącego w waszej kostnicy.

Mieszkańcy spojrzeli po sobie.

– O ile macie tu taką instytucję.

– W jaki sposób zamierzasz go uratować? – odezwał się ten, który wcześniej wystąpił z szeregu przed wahadłowcem. – On nie żyje.

– Już nie takie rzeczy robiłem.

Dija Udinowi odpowiedziało pełne konsternacji milczenie. Z jakiegoś powodu ci ludzie stanowili grupę naprawdę ufnych idiotów – nie dość, że przyjęli niemal bezrefleksyjnie całą jego opowieść o proelium, to jeszcze byli gotowi uwierzyć, że istnieje sposób na wskrzeszenie Lindberga. Fakt faktem, nie mijało się to z prawdą – jeśli koncha nie została uszkodzona przy katastrofie, powinna zrobić ze Skandynawem to samo, co niegdyś z Gideonem.

– Muszę tam pójść – oznajmił stanowczo Alhassan.

Tym razem nikt nie zaoponował. Ale też nikt nie otworzył mu drzwi.

– Zależy od tego wasze życie – dodał nawigator. – Jeśli moi ludzie zorientują się, że zamordowaliście jednego z nas, zgniotą was jak robaki.

– Amalgamat na to nie pozwoli – zauważył starzec. – Wyspa jest dla nich zbyt cenna. I potrzebują ludzi, którzy znają się na hodowli zwierząt i uprawie roślin.

– W takim razie pójdę sam.

Dija Udin obrócił się i ruszył przed siebie spokojnym krokiem. Sądził, że szeregi tubylców się rozstąpią, ale ci trwali w bezruchu, wbijając pytający wzrok w wodza.

Alhassan zatrzymał się i zaklął pod nosem.

– Rozumiem, że nie chcecie, by was widzieli. Ale mnie mogą zobaczyć, i tak wiedzą, że tu jestem. – Obrócił się do starucha. – I nigdzie nie ucieknę. Najbliższy ląd jest jakby poza zasięgiem, prawda?

Chwilę trwało, nim przewodniczący starszyzny wyraził aprobatę.

7

– Panie majorze – odezwała się do interkomu Ellyse. – Namierzyłam Alhassana.

 

Nie musiała długo czekać, aż Jaccard pojawi się w maszynowni. Był tu także Hallford, który starał się przebić czujnikami przez metamateriałowe dachy. Jego starania jednak zakończyły się fiaskiem. Technologia na Tristan da Cunha znacznie przewyższała tę na Kennedym.

– Gdzie Channary? – zapytał Loïc, podchodząc do głównego stanowiska.

– Układa plan desantowy – odparł Gideon.

– Zwariowała?

– Mówił pan, że mamy ściągnąć ich tu wszelkimi możliwymi sposobami. Chyba wzięła sobie to do serca.

Jaccard potarł nerwowo czoło, pochylając się obok Ellyse. Dziewczyna wiedziała, że miał teraz mnóstwo innych rzeczy na głowie – był dowódcą, który sprowadził do domu Kennedy’ego oraz pięć statków z misji Ara Maxima. Czuł się odpowiedzialny za odbudowę gatunku ludzkiego, bez względu na miejsce, które zajmował w hierarchii służbowej.

– Nikogo tu nie widzę – powiedział.

– Dija Udin wszedł do promu. Siedzi tam od kilku minut.

Loïc westchnął i wyprostował się. Przez moment w milczeniu wbijał wzrok w wyświetlacz.

– Co on planuje? – zapytał w końcu.

– Zapewne nic dobrego – wtrącił Gideon.

– Mam na myśli konkrety – zestrofował go Jaccard. – Został zaprogramowany, by ściągnąć nas wszelkimi możliwymi sposobami na proelium, tak?

Ellyse i główny mechanik kiwnęli głowami.

– Powstają więc dwa pytania. Pierwsze: jak jego program zareaguje na rozwój wydarzeń? Drugie: skoro Dija Udin był na Accipiterze, być może inni obcy znajdowali się na pozostałych statkach. A nie muszę wam przypominać, że orbitują one teraz Ziemię.

Nozomi pokręciła głową.

– Alhassan nie miał ściągnąć nas na proelium. Jego zadaniem było wprowadzenie wirusa do komputera pokładowego. Dalej wszystko działo się samoczynnie. Infekcja rozeszła się po flocie, a okręty same zmieniły kurs. Wątpię więc, byśmy mieli się czym przejmować.

Loïc przeczesał ręką włosy, jakby było to zupełnie oczywiste, a on ze zmęczenia sobie tego nie uświadomił.

– No dobrze… – powiedział. – Co w takim razie z jego programowaniem?

Oboje spojrzeli na Hallforda w poszukiwaniu odpowiedzi. To on nosił konchę – i jeśli kogokolwiek było stać na dotarcie do sensownej konkluzji, to właśnie jego.

– Moim zdaniem system Dija Udina jest przygotowany na taką ewentualność – powiedział. – W końcu nie my pierwsi zbiegliśmy z proelium. Inni musieli tego próbować, tyle że nikomu ostatecznie się nie udało.

– Bo nikt nie miał Håkona i Ev’radata – dodała Nozomi.

Kocmołuch skinął głową.

– Co sugerujesz? – zapytał Loïc, patrząc na niego.

– Są dwie możliwości. Albo zaprogramowano Dija Udina, by ściągnął zbiegów z powrotem na Rah’ma’dul, albo by ich wyeliminował.

– Do systemów ISS-ów się nie dostanie – wtrąciła Ellyse. – Nie wprowadzi kolejnego wirusa ani w żaden sposób nie zmusi nas do powrotu. Z ansibla też nie skorzysta, by ściągnąć tu swoich.

– Więc zostaje druga możliwość – dopowiedział Loïc. – Będzie starał się nas unicestwić.

– Jeśli dobrze założyłem – odezwał się Gideon. – Równie dobrze mógł uruchomić się jakiś program samozachowawczy.

– Nie sądzę.

– To tylko gdybanie – ucięła Nozomi. – Nie dowiemy się, póki Håkon nie wejdzie mu do głowy.

Załoganci spojrzeli na nią ze zdziwieniem, ale dla Ellyse było oczywiste, że to właśnie chciał zrobić Lindberg. Z pomocą konchy miał zamiar zajrzeć do umysłu Dija Udina, a potem dokonać w nim odpowiednich zmian. Nie wiedziała tylko, jak obcy miałby odkupić swoje winy – o czym Håkon wciąż wspominał.

– Czy to w ogóle możliwe? – zapytał Jaccard.

Gideon wzruszył ramionami i zaczerpnął tchu.

– Nie wiemy, czym jest – powiedział. – Odczyty z kriokomory potwierdziły, że leży w niej człowiek. Ktokolwiek go zbudował, zadał sobie wielki trud, by dokładnie odwzorować nasz organizm.

– Niekoniecznie – wtrąciła Nozomi.

– Słucham?

– Przypomnij sobie, co się działo, gdy po raz pierwszy spotkaliśmy Håkona i Alhassana. Przeszliśmy z Kennedy’ego na Accipitera i sprawdziliśmy odczyty z diapauzy. Wskazywały jasno, że mamy do czynienia z obcymi formami życia. Pamiętacie, jak pewna tego była Yael Dayan? Na podstawie jej diagnozy wtrąciliśmy ich obu do celi.

Pamiętali doskonale. Koniec końców okazało się, że był to błąd systemu – czy raczej celowe działanie wirusa. I wszyscy zdawali sobie sprawę, że skoro wówczas odczyty mogły być błędne, to teraz także.

– Może być idealną kopią – odezwał się Hallford. – Nie dowiemy się, póki nie…

Urwał, dostrzegając na wyświetlaczu, że Dija Udin wychodzi z promu. Ellyse rozejrzała się w poszukiwaniu Håkona, ale nikogo poza muzułmaninem nie zauważyła.

Alhassan wyszedł na zewnątrz, otrzepał mundur, a potem zadarł głowę. Trwał tak przez moment, nie poruszając się.

– Wie, że go obserwujemy – odezwał się Gideon.

– Łącz z Romanienko – rzucił Jaccard. – Niech walą w niego wszystkim, co mają.

– Tam jest osada…

– Opuszczona. Wykonać rozkaz.

Ellyse przekazała krótką wiadomość na Galileo, po czym wróciła wzrokiem do Dija Udina. Nadal stał jak słup soli, patrząc w niebo. W końcu poruszył się, unosząc coś ponad głowę.

Dwa kawałki maski. Nozomi uświadomiła sobie, że to zniszczona koncha.

– Co to ma znaczyć? – zapytał Loïc.

– Nie wiem, panie majorze.

8

Dija Udin cisnął maskę na ziemię i ruszył z powrotem do baraków, które mieszkańcy nazywali domami. Wiedział, że jeszcze chwila na zewnątrz może okazać się tym, co dzieli go od śmierci.

Kennedy wprawdzie nie miał na wyposażeniu broni orbitalnej, ale okręty klasy Accipitera jak najbardziej. Nie była zbyt precyzyjna – emitory cząstek służyły głównie do niszczenia naturalnych przeszkód, nie dokładnych ataków. Mimo to Jaccard mógł zdecydować się, by skończyć z nim raz na zawsze.

– Znalazłeś to, czego szukałeś? – zapytał go starzec, gdy wrócił do głównego budynku.

– Nie.

Pośród tubylców zapanowało poruszenie.

– A więc nie uratujesz swojego przyjaciela – rzuciła jedna z zatrwożonych kobiet.

– Zabiją nas… – dodał ktoś inny.

– Nie oszczędzą nikogo.

– Musimy powiadomić Amalgamat.

Przewodniczący starszyzny podniósł się z pomocą młodego chłopaka, po czym uniósł dłoń. Wszyscy zamilkli jak jeden mąż, a stary skupił wzrok na Alhassanie. Ten nie wiedział, co powiedzieć. Przez chwilę nie mógł zebrać myśli.

Koncha nie była uszkodzona. Była zniszczona.

Stworzono ją, by przetrwała wieki – miała też okazać się odporna na mechaniczne uszkodzenia. Pech jednak chciał, że dostała się pomiędzy dwie grafenowe belki, które złamały ją wpół.

Nie sposób było odtworzyć milionów cienkich złączy na poziomie atomu. Nawet ze specjalistycznym sprzętem żaden ziemski naukowiec nie dałby sobie z tym rady. Alhassan też nie.

– Co proponujesz, młodzieńcze? – zapytał stary, przerywając jego rozważania.

– Jeszcze nie wiem.

– A więc namyślaj się szybko, bo niebawem musimy podjąć decyzję.

Dija Udin wiedział, że powinien współpracować z tymi ludźmi. Byli jego jedyną szansą na wypełnienie misji – chyba że Amalgamat okaże się bardziej skory do współdziałania.

– Wystawcie ciało.

– Co takiego?

– Pokażcie moim ludziom na orbicie, że astrochemik nie żyje.

– Czemu miałoby to służyć?

– Rób, co mówię, a nic wam się nie stanie. Chyba że wolisz ściągać tutaj tych swoich ulubieńców.

Nikt nie odpowiadał.

– Albo ja, albo Amalgamat. Wybieraj.

Mieszkańcy Edynburga Siedmiu Mórz milczeli, patrząc na swojego wodza. Kiedy ten skinął nieznacznie głową, kilkoro z nich udało się do kostnicy. Alhassan odprowadził ich wzrokiem, a potem zbliżył się do starego.

– Potrzebuję kilku odpowiedzi – powiedział.

Wódz wskazał mu krzesło obok jego siedziska, a następnie zajął swoje miejsce. Stękał przy tym, jakby miał umierać, czym działał Alhassanowi na nerwy.

– Byłem trochę poza domem – podjął nawigator. – I przede wszystkim chciałbym się dowiedzieć, co tu się, do cholery, stało.

– Na to pytanie nie mogę udzielić odpowiedzi.

– Dlaczego nie?

– Gdyż jej nie znam.

Dija Udin przeklął zgreda w duchu.

– Nie wiesz, co wytrzebiło prawie całą populację planety?

– Niestety nie – odparł nabożnym tonem starzec. – Podania przekazywane z pokolenia na pokolenie mówią o wielkiej tragedii, ale nic poza tym. Obawiam się, że nawet nasi przodkowie nie wiedzieli, co spotkało resztę świata. Tristan da Cunha to bardzo odosobnione miejsce.

– Mhm – odbąknął Alhassan. – A te pozostałe wyspy? Mieszka tam ktoś?

– Nie dane mi to wiedzieć.

– A co dane ci wiedzieć, tetryku?

Rozmówca spojrzał na niego z zaciekawieniem, ale tylko on zdołał utrzymać nerwy na wodzy. Wśród reszty zgromadzonych zapanowało wzburzenie. Kilku mężczyzn ruszyło w kierunku gościa.

Wódz powstrzymał ich ruchem ręki.

– Nazywam się James McAllister.

– Nie wódz Chodzące Truchło?

Dija Udin poniewczasie uświadomił sobie, że stracił zimną krew. Jeden z mieszkańców złapał go za fraki i podniósł. McAllister zaoponował w ostatniej chwili, choć bez przekonania.

– Usiądź – powiedział. – I okaż szacunek.

Alhassan zrobił to, pomstując na niego w myśli.

– Jeszcze gdy istniał Poprzedni Świat, nie mieliśmy kontaktu z dużymi miastami – ciągnął dalej James. – Tylko wysłannik Korony miał dostęp do ogólnoświatowej sieci. Mówią o niej dawne podania.

– Aha. Bardzo ciekawe.

– Nasi przodkowie żyli w błogiej nieświadomości tego, co się wydarzyło. Dopiero gdy pojawili się wysłannicy Amalgamatu, sytuacja się zmieniła. Do tamtej pory uprawialiśmy ziemię, kontrolowaliśmy populację naszej małej społeczności, hodowaliśmy zwierzęta… mogliśmy żyć w spokoju jeszcze przez długie wieki.

– Sami skonstruowaliście te maski?

– Pochodzą z Poprzedniego Świata.

Dija Udin stwierdził, że niczego nie dowie się od tych ludzi.

– Jak często macie tu wizytacje?

– Słucham?

– Kiedy wpada ktoś z Amalgamatu?

– Nigdy się nie pokazują – odparł McAllister, po czym skinął na swojego pomocnika. Ten odczepił pojemnik wielkości naparstka z maski starca, a potem umieścił tam nowy. Wódz odchrząknął. – Przysyłają tu bezzałogowe łodzie, na które ładujemy zapasy. Eksploatują Tristan da Cunha coraz bardziej… z każdym sezonem tracimy coraz więcej i musimy na bieżąco kontrolować populację. Niebawem nie będziemy w stanie podtrzymać obecnej liczby mieszkańców…

I dobrze, skwitował w duchu Alhassan.

– Co to za organizacja? – zapytał.

– Amalgamat Afrykański.

Dija Udin czekał na ciąg dalszy, ale najwyraźniej rozmówca nie miał zamiaru sam rozwijać tego tematu.

– Coś więcej? – burknął do starca.

– Niestety nic więcej nie wiem.

– Nazwa zdaje się trochę na wyrost – odparł. – Widziałem Afrykę, gdy tu lecieliśmy. Nie został tam kamień na kamieniu.

James powoli wzruszył ramionami.

– Tak czy inaczej, muszę się tam dostać – oznajmił nawigator.

– Nie mamy żadnego środka transportu.

– Oprócz łajby, która tu przypływa, a potem wraca do portu. Kiedy się pojawi?

McAllister powiódł wzrokiem w bok, przywołując jedną z kobiet. Ta wyciągnęła papierowy kalendarz i przewróciwszy stronę, oznajmiła, że następna transza zapasów ma być gotowa do transportu za trzy dni.

– Wskoczę na pokład. I pozdrowię od was tych rzekomych Afrykańczyków.

– To samobójstwo – odezwała się kobieta. – Znamy opowieści o ludziach, którzy próbowali się wydostać z Tristan da Cunha.

– Tak, tak, z pewnością nigdy nie wrócili – odparł Dija Udin. – Podobnie jak ci, którzy w osiemnastym wieku emigrowali z Europy do Ameryki. Też nigdy nie wrócili, co nie znaczy, że sczeźli.

Tubylcy patrzyli na niego nierozumiejącym wzrokiem. Alhassan machnął na nich ręką, po czym podniósł się i ruszył w kierunku wyjścia. Przypuszczał, że ciało Lindberga znalazło się już na zewnątrz.

Musiał je tam umieścić. W przeciwnym wypadku załoga Kennedy’ego zjawiłaby się z misją ratunkową. Znaleźliby sposób, by się tutaj zakraść i zaatakować tak, by nikt się tego nie spodziewał. Teraz jednak zobaczą i zniszczoną konchę, i martwego towarzysza. Zrozumieją, że już po wszystkim, i nie będą ryzykować. Nie po to, by zabrać w kosmos zwłoki.

A Dija Udin będzie ich miał dokładnie tam, gdzie sobie tego życzył.