Trudna miłość. Mama i jaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Trudna miłość. Mama i ja
Trudna miłość. Mama i ja
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 74,98  59,98 
Trudna miłość. Mama i ja
Trudna miłość. Mama i ja
Audiobook
Czyta Joanna Jeżewska
39,99  29,19 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pamiętam, jak pewnego razu zawołała mnie melodyjnym głosem, a moje imię zabrzmiało w jej ustach jak piosenka. Zastrzygłam uszami jak pies, który czeka na kość. Serce podskoczyło mi w piersi z radości, a potem zamarło. Mama chciała mi tylko przypomnieć, że to moja kolej na zmywanie.

Nauczyliśmy się nie cieszyć na przyjęcia urodzinowe, imprezy z nocowaniem i inne rozrywki ze znajomymi, bo zawsze groziła, że w ostatniej chwili w ramach kary każe nam zostać w domu. W Halloween podawała wątróbkę z cebulą. Wiedziała, że żadne z jej dzieci nie lubi tego dania. Podawała tę potrawę raz w roku, bo tylko wtedy mogła ją w nas wmusić. Gdybyśmy nie zjedli wątróbki, nie puściłaby nas na obchód okolicy w przebraniach.

Kiedy byłam mała, bawiliśmy się z rodzeństwem w „okropną matkę”. Jedno z nas odgrywało rolę nieszczęśliwej, wściekłej, złośliwej mamy, a reszta przed nią uciekała. „Okropna matka” goniła dzieci, krzyczała na nie i groziła, że je skrzywdzi. Myślałam, że to popularna zabawa, tak jak „Raz, dwa, trzy, Baba-Jaga patrzy”, berek czy zbijak, którego urozmaiciliśmy wymyślnymi karami – ofiara mogła dostać klapsy, musiała włożyć głowę do kosza na śmieci pełnego robaków albo biegać po podwórku i krzyczeć, że kocha najbardziej odrażającego ucznia z naszej szkoły.

O tym, że sami wymyśliliśmy „okropną matkę”, dowiedziałam się dopiero kilkadziesiąt lat później, gdy jedna z sióstr rzuciła: „Chyba wiesz, że tak naprawdę nie ma takiej gry”. Nie miałam o tym pojęcia. Myślałam, że wszyscy się w to bawią. Byłam przekonana, że każde dziecko ma taką okropną mamę – z wyjątkiem córki sąsiadów. Jej mama wydawała mi się aniołem zesłanym z nieba.

Kiedy weszłam w okres dojrzewania, mama nie porozmawiała ze mną o seksie ani o miesiączce. Nie kupiła mi stanika. Musiałam wyciągnąć stary, rozciągnięty biustonosz mojej siostry z torby naszykowanej do oddania do sklepu z używaną odzieżą. Nie miałam pojęcia, jak wybrać dla siebie stanik, a mama nie zauważyła, że go potrzebuję. Podbierałam też podpaski siostrze i mamie. Nie rozumiałam, jak się ich używa, więc nosiłam jedną podpaskę przez cały dzień, układając na niej papier toaletowy, żeby nie przesiąkła. Kiedy mama zorientowała się, że podkradam jej podpaski, wręczyła mi broszurę o menstruacji, ale nigdy nie poruszyła ze mną tego tematu. Nie mówiła nam nawet o tym, że zaszła w ciążę. Nie dzieliła się z nami tą informacją. Zwykle dowiadywaliśmy się od kogoś ze szkoły albo z podsłuchanych rozmów sąsiadów.

Utrudniała nam kontakt z przyjaciółmi. Nie mogliśmy zabierać lunchu do szkoły jak pozostali uczniowie. Mieszkaliśmy kilka przecznic od naszej podstawówki, dlatego codziennie wracaliśmy na lunch do domu. Traciliśmy przez to większość przerwy i nie uczestniczyliśmy w szkolnym życiu towarzyskim. Nie mogliśmy zapisać się do skautów ani do orkiestry szkolnej ani nawet zostać dłużej po szkole, żeby bawić się ze znajomymi. W tamtym okresie mama nie miała prawa jazdy, a tata pracował cały dzień, więc nasze życie ograniczało się do domu i szkoły.

Nie mieliśmy żadnych zahamowań, bo nikt nie nauczył nas, jak powinniśmy się zachowywać. W szkole średniej przyszłam kiedyś na lekcje w półprzejrzystej zielonej bluzce z odkrytymi plecami, pod którą nie założyłam stanika. Mama mnie nie napomniała, ale mój nauczyciel wiedzy o społeczeństwie odwracał oczy, kiedy wywoływał mnie do odpowiedzi. Widząc jego zażenowanie, postanowiłam już więcej się tak nie ubierać.

Na usprawiedliwienie mamy powiem, że w tamtych czasach nie było programu Oprah Winfrey, Google’a ani kręgów kobiecych – nikt nie powiedział jej, że ma prawo zadbać o siebie. Nasza babcia rzadko jej pomagała. Siostry taty zajmowały się zgrają własnych dzieci. Jej koleżanki też były zaabsorbowane swoimi rodzinami. Mama nie miała wokół siebie wspierających kobiet. Była wykończona. I prawdopodobnie cierpiała na depresję. Podczas chwil odpoczynku rzadko dołączała do nas na kanapie. Zwykle siedziała w fotelu w salonie i wpatrywała się w przestrzeń niewidzącym wzrokiem, jakby spała z otwartymi oczami. Nie miała samochodu. Nie mogła uciec przed nami wszystkimi inaczej, niż zapadając się w siebie. Była obecna ciałem, ale nieobecna duchem.

Od okropnej mamy jeszcze gorsza – a przynajmniej równie zła – wydawała mi się mama obojętna. Przypominała wtedy zombie. Z jej depresji zdałam sobie sprawę dopiero po wielu latach, kiedy jedna z uczestniczek mojej grupy terapeutycznej opowiedziała o chorobie własnej matki. Ona też przesiadywała godzinami na kanapie z otępiałym wyrazem twarzy.

Nasza mama miała kilka przyjaciółek, ale rzadko się z nimi spotykała. Nie była towarzyska.

Nie miała instynktu macierzyńskiego. Nie uczyła córek, jak nałożyć makijaż albo pomalować paznokcie. Nie zabierała nas na zakupy w ramach rozrywki. Uwięziona na Sycamore Street bez samochodu, bez własnych pieniędzy, bez szans na wyrwanie się z tego chaosu, zapadała się w głąb siebie, gdzieś, gdzie my nie mieliśmy dostępu. Uciekła przed samotnością na farmie rodziców do samotności w domu pod numerem 420.

W pierwszych latach często groziła, że odejdzie. Wtedy nie było nas jeszcze jedenaścioro. Mając piątkę czy szóstkę dzieci, w chwilach złości wrzeszczała, że skoro jesteśmy tacy niegrzeczni, zostawi nas i już nigdy nie wróci. Moją najstarszą siostrę przerażała ta perspektywa – martwiła się, kto się wtedy nami zajmie. Czasem mama naprawdę otwierała drzwi i wychodziła z domu, wywołując u swojej pierwszej córki paniczny lęk o to, czy kiedykolwiek wróci. Zawsze wracała, ale jej groźby wstrząsały moją siostrą do głębi.

Pewnego dnia, słysząc je po raz kolejny, siostra postanowiła postawić się mamie: „W takim razie na co czekasz, idź!”.

Od tamtej pory mama już nie straszyła nas odejściem.

*

Kiedy pochodzisz z dużej rodziny, ludzie zawsze pytają: „Która jesteś w kolejności?”, jakby w tej loterii można było wylosować szczęśliwą liczbę. W naszej rodzinie nikomu się nie poszczęściło.

Ja przyszłam na świat z numerem pięć jako jedno z wielu „środkowych” dzieci. W pewnym momencie byłam najmłodszą z pięciorga rodzeństwa, później stałam się najstarszą z sześciorga. Wszystko zależy od tego, jak się podzieli naszą rodzinę. Ostatecznie zostałam piątą z jedenaściorga. W 1956 roku, kiedy się urodziłam, nasza rodzina osiągnęła masę krytyczną. Mama miała wtedy dwadzieścia sześć lat i pięcioro dzieci poniżej szóstego roku życia. Rodzice nie robili już profesjonalnych zdjęć swojej pięknej gromadce. Skończyli z tym po czwartym dziecku.

Dorastając, nigdy nie słyszeliśmy powiedzenia: „Żeby wychować dziecko, potrzeba całej wioski”. My sami byliśmy wioską. Miotem młodych. Stadem. Drużyną baseballową. Nasza wielodzietna rodzina nie była czymś całkiem niespotykanym. W końcu prezydent John F. Kennedy, który – tak jak my – pochodził z katolickiej rodziny o irlandzkich korzeniach, miał ośmioro rodzeństwa. Mój tata doczekał się jedenaściorga dzieci, jego brat John – dziesięciorga, a jego brat Joe – dziewięciorga. Mieliśmy czterdzieścioro troje kuzynów.

Jak się żyje z pięciorgiem braci i pięcioma siostrami? Wszystkim trzeba się dzielić. Sypialnią, łazienką, a czasem nawet wodą do kąpieli. Albo sedesem, jeśli dwie osoby muszą natychmiast skorzystać z toalety. Przez połowę mojego dzieciństwa mieliśmy w domu tylko jedną wannę; podczas cotygodniowej kąpieli byliśmy w niej zanurzani jak naczynia płukane w zlewie. W salonie stała jedna kanapa, na której trzeba było wywalczyć sobie miejsce. Jeśli wyszedłeś do łazienki, resztę serialu Wyspa Gilligana oglądałeś z podłogi.

Dzieliliśmy się nawet imionami. Urodziłam się po Mary, więc kiedy mama chciała mnie zawołać, najpierw przychodziło jej do głowy imię mojej starszej siostry; efekt brzmiał mniej więcej jak „Marygina”. W szkole nauczyciele dobrze znali nazwisko „Brett”. „Uczyłem twojego brata” – mówili na pierwszej lekcji, a ja zaczynałam się zastanawiać, o którego z braci chodzi: spokojnego ucznia czy klasowego błazna? Wiele od tego zależało.

Uczono nas poświęcać się dla dobra ogółu. „My” zawsze było ważniejsze od „ja”. Nie musieliśmy prosić o pomoc, instynktownie dbaliśmy o siebie nawzajem. I natychmiast orientowaliśmy się, że ktoś bawił się naszymi zabawkami – jakbyśmy mieli specjalny wewnętrzny radar i oczy z tyłu głowy. Nigdy niczego nam nie brakowało – jeśli w domu czegoś nie było, to najwyraźniej tego nie potrzebowaliśmy. Praktykowaliśmy buddyjską zasadę nieprzywiązywania się do przedmiotów materialnych. Zabawki ciągle się gubiły, psuły albo po prostu znikały. Czasem kończyły pod buciorami taty, gdy chciał nam dać nauczkę. W starciu z butem roboczym rozmiar 46 były bez szans.

Wychowaliśmy się nawzajem. Zmienialiśmy pieluchy rodzeństwu. Karmiliśmy niemowlęta i kołysaliśmy je do snu. Czytaliśmy sobie bajki. W naszym stadzie nauczyliśmy się wielu cennych lekcji: „Przyjaciół trzymaj blisko, ale rodzinę trzymaj jeszcze bliżej”; „Zawsze zgłaszaj się pierwszy do kąpieli”. Mówię poważnie – potem woda zmienia kolor. „Zawsze miej towarzysza”. Jeśli zgubiliśmy się, jadąc samochodem z rodzeństwem, tata nie obarczał winą kierowcy, tylko pasażera. „To ty powinieneś pilnować trasy” – upominał go.

W naszym domu używało się pieluch tetrowych. Przed wrzuceniem ich do pralki musieliśmy wytrząsnąć zawartość do sedesu i przepłukać materiał w toalecie. A wyprane pieluchy trzeba było złożyć. Piętrzyły się aż pod sufit. Poza tym wszystko prasowaliśmy: koszule, spódnice i ogromne ilości chusteczek do nosa.

Nie wyjeżdżaliśmy nigdzie na wakacje, ale w niedzielę odwiedzaliśmy ciotki i wujów, mieszkających godzinę drogi samochodem od nas. Nie mieliśmy pasów bezpieczeństwa, jeśli nie liczyć ręki mamy wokół niemowlęcia, które wiozła na kolanach. Kilkulatki wierciły się na przednim siedzeniu między rodzicami, a reszta walczyła o miejsce przy oknie albo z samego tyłu naszego kombi.

 

Ferie wiosenne też spędzaliśmy w domu. Zamiast chodzić do szkoły, myliśmy boazerię w dużym pokoju, szorowaliśmy krzesła w jadalni albo czyściliśmy stojącą w piwnicy zamrażarkę, która przypominała wielką białą trumnę.

Codziennie po szkole oglądaliśmy kreskówki i czytaliśmy komiksy. Tę chwilę wytchnienia przerywał chrzęst opon na żwirowym podjeździe. Komunikat: „Tata wrócił!” mógł być okrzykiem radości albo ostrzeżeniem przed niebezpieczeństwem. Czasem witał nas miły tata, który mierzwił nam włosy, pytał, jak było w szkole, i dawał nam swój pojemnik na lunch, z którego podkradaliśmy miętowe gumy do życia. Ale najczęściej mama psuła ten radosny nastrój, donosząc tacie o wszystkich naszych przewinieniach z całego dnia. Wtedy w ruch szedł pas, a my zalewaliśmy się łzami.

Mama zawsze nam opowiadała, że jeszcze przed ślubem zdecydowali się z tatą na dużą rodzinę. Planowali dziesięcioro dzieci, ostatecznie dochowali się jedenaściorga. Jednak na starość zwierzyła się jednemu z krewnych, że tak naprawdę nigdy nie chciała mieć dzieci. To wiele wyjaśnia – na przykład dlaczego tak nas nienawidziła. Chociaż nie. Jej nienawiść właściwie nie dotyczyła nas. Ona po prostu nienawidziła być naszą matką.

Jedna z moich sióstr podsłuchała kiedyś, jak mama mówi sąsiadce, że zamierzała rozwieść się z naszym tatą po pierwszym roku małżeństwa, ale zaszła w ciążę.

Z czasem stało się jasne, że nie chciała ani jego, ani nas. Taka jest prawda.

A przynajmniej część prawdy.

W naszej rodzinie prawda zawsze była trudno uchwytna. Wciąż tak jest.

Tak jak w większości rodzin.

*

Upłynęło dużo czasu, zanim uświadomiłam sobie, że żyję w kłamstwie.

Nie, nie w kłamstwie – w wielu kłamstwach. Zbyt wielu.

A nie jestem w tym odosobniona. W pewnym sensie wszyscy tak żyjemy.

Któregoś dnia czytałam autobiografię Baracka Obamy Odziedziczone marzenia. Spadek po moim ojcu. Wspomina w niej nieobecnego tatę i matkę, która oddała go na wychowanie dziadkom. Kiedy doszłam do poniższego fragmentu, z wrażenia prawie wypuściłam książkę z rąk:

„Już dawno temu nauczyłem się traktować nieufnie własne dzieciństwo i opowieści, które nadały mu kształt. Dopiero wiele lat później, kiedy usiadłem nad grobem ojca i przemówiłem do niego przez warstwę czerwonej afrykańskiej ziemi, […] zrozumiałem, że dużą część życia spędziłem, starając się przepisać te historie na nowo, uzupełniając istniejące w nich luki, próbując się pogodzić jakoś z niechcianymi szczegółami, doszukując się indywidualnych wyborów w ślepym biegu historii, licząc, że zdołam z nich wydobyć granitową płytę prawdy”*.

Obama nauczył się „nieufnie traktować” swoje dzieciństwo. Nigdy nie słyszałam, żeby ktoś ujął to w ten sposób. Ile z tego, co uważamy za swoją prawdę, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością? W które przekazy z dzieciństwa rzeczywiście możemy wierzyć? Ile z kłamstw, które wtedy usłyszałam, do dziś biorę za najgłębszą prawdę o tym, kim jestem?

Komunikaty, którymi przesiąkłam w dzieciństwie, stały się moimi osobistymi dogmatami, chociaż już wiem, że większość nie była zgodna z prawdą. To tak, jakbym przyszła na świat z zestawem błędnych informacji, które zbyt długo traktowałam jak oficjalną Instrukcję Obsługi siebie samej.

Wpoili mi je rodzice albo sama wyciągnęłam wnioski z sytuacji panującej w naszym domu. Uwierzyłam, że bez względu na to, ile z siebie dam, to zawsze będzie za mało. Że nie umiem zrobić niczego jak należy. Nawet kiedy zostałam felietonistką największej gazety w stanie Ohio, nawet kiedy dwukrotnie znalazłam się w gronie finalistów nagrody Pulitzera w kategorii Komentarz, miałam poczucie, że znów coś mi nie wyszło. W końcu nie wygrałam – i to dwa razy.

Te błędne informacje przeniknęły mnie do głębi i stały się fundamentem mojej samooceny. Przyjęłam do wiadomości, że nie zasługuję na miłość. I nawet jeśli będę się starać ze wszystkich sił, nigdy na nią nie zasłużę.

Do niczego się nie nadaję. Czegoś mi brakuje. Coś jest ze mną nie w porządku. Ja nie popełniam pomyłek, ja jestem pomyłką. Nieustannie dążę do perfekcji, bo w głębi duszy wiem, że wszystko robię źle.

W co jeszcze uwierzyłam?

Że jestem warta mniej niż inni ludzie. Jako jedna z jedenaściorga nie mam w sobie niczego wyjątkowego.

Jestem zupełnie sama. Na świecie nie ma nikogo, kto by mnie kochał.

Nigdy nie wolno mi przestać pracować. Jeśli nie pracuję, to znaczy, że jestem leniwa i samolubna. Zabawa i odpoczynek to strata czasu. Tylko praca wyznacza moją wartość.

Nie mogę sobie pozwolić na to, żeby czegokolwiek potrzebować. Moim zadaniem jest troszczyć się o wszystkich wokół. Mną nikt się nie zajmie. Mnie nikt nie ochroni. Jedyną osobą, na którą mogę liczyć, jestem ja sama. Nie wolno mi stać się dla nikogo ciężarem. Nie mogę wyrażać swoich potrzeb. Ludzie mnie opuszczą, jeśli będę zawracać im głowę. Powinnam udawać bardziej zaradną, niż jestem w rzeczywistości. Muszę być odpowiedzialna za wszystkich i wszystko wokół.

Niebezpiecznie jest mieć własne zdanie. Jeśli je wyrażę, komuś stanie się krzywda. Nie mam prawa powiedzieć „nie”.

Radość jest ryzykowna. Teraz się śmiejesz, ale później będziesz płakać. A płacz też może źle się skończyć. Jestem przewrażliwiona. Muszę przestać się mazać. Nie mogę pokazywać innym swojego bólu. Nikt nie może zobaczyć rany, którą noszę w sercu. Cała jestem jedną wielką raną.

Nigdy nie wolno się złościć. Złość rani ludzi.

Świat to przerażające miejsce. Nigdzie nie jestem całkowicie bezpieczna. Na każdym kroku życie może wyrządzić mi krzywdę. Nie mam nikogo, kto mógłby mnie przed tym ustrzec. Dziewczynom i kobietom zawsze grozi niebezpieczeństwo. Moje ciało stawia mnie w niebezpieczeństwie.

Życie mnie ukarze. A ja na to zasługuję. Jestem w potrzasku. Mogę polegać tylko na sobie, ale zupełnie nie potrafię o siebie zadbać. Nie wolno mi nikomu zaufać.

Zwłaszcza sobie.

*

Istnieje jedenaście wersji naszego dzieciństwa. Ta jest moja.

Mam pięciu braci i pięć sióstr. Niektórym z nich ta książka wyda się nie do przyjęcia. Inni podziękują mi za to, że ją napisałam. Część rodzeństwa uzna, że zbyt ostro oceniam mamę i tatę. Inni stwierdzą, że zanadto im pobłażam, na przykład siostra, która wyrzuciła wszystkie zdjęcia naszych rodziców i musi się powstrzymywać, żeby nie zbezcześcić ich grobów.

Opisuję prawdę o swoim dzieciństwie. Nie wiem, czy okaże się prawdą o ich dzieciństwie. Każde z nas ma inną prawdę. A każda z tych prawd jest słuszna. Każda jest święta. Każda jest smutna. A chwilami pewnie również zabawna.

Bo świetnie się razem bawiliśmy. Czasem szukaliśmy po prostu sposobu na to, żeby jakoś przetrwać w naszym domu. Aż trudno uwierzyć, że nam się to udało, skoro wygłupialiśmy się w warsztacie taty, mieszając naftę z innymi chemikaliami, żeby zrobić bombę. Odcinaliśmy wieczka i spody metalowych puszek, sklejaliśmy je ze sobą taśmą i wlewaliśmy do środka benzynę do zapaliczek, konstruując domową bazookę. Strzelaliśmy z niej później jabłkami, które szybowały ponad dachem domu. Kiedyś wetknęliśmy petardę w piankę marshmallow, którą właśnie podpiekał nasz brat, bo chcieliśmy zobaczyć, jak podskakuje ze strachu przy wybuchu. Pryskaliśmy aerozolem na zapaloną zapałkę, żeby uzyskać ogromny płomień. Podcięliśmy gałąź jabłonki, na której jeden z naszych braci lubił się podciągać, i pękaliśmy ze śmiechu, kiedy spadł na ziemię.

To, co niektórych z nas bawiło, dla innych było tragedią.

Ludziom wydaje się, że życie w dużej rodzinie to nieustająca impreza. „Na pewno macie mnóstwo wspaniałych wspomnień” – mówią, jakbyśmy byli klanem Kennedych i grywali w futbol amerykański w rezydencji w Hyannis Port. Owszem, mogliśmy we własnym gronie grać w futbol, baseball i koszykówkę. Łatwo było też znaleźć partnera do zabawy, do rozmowy albo do wygłupów – i kozła ofiarnego, na którego zrzucało się winę za zepsucie lampy, rozbicie ulubionego wazonu mamy albo złamanie poręczy fotela.

W takim tłumie ktoś zawsze mógł cię skrzywdzić – celowo lub niechcący. Któryś z braci zszedł do piwnicy i zakręcił gorącą wodę, kiedy jedna z sióstr brała prysznic. Okrucieństwo czy zabawny żart? Zależy, kto opowiada tę historię. Albo kto stoi pod prysznicem. Gdy tata owinął mojemu młodszemu bratu nogi taśmą klejącą, żeby ukarać go za kopanie, reszta rodzeństwa się śmiała. Wprawdzie nasz braciszek był w spodniach, ale miał wtedy dopiero trzy albo cztery lata. Kiedy wędkowaliśmy całą rodziną, tata wsunął innemu z moich braci żywą rybę do kieszeni, bo wiedział, że jego cztero- czy pięcioletni syn się ich boi. Część rodzeństwa ubawił ten żart. Ja zaczęłam płakać. To było podłe, nawet jak na tatę.

Nie zawsze pocieszaliśmy się nawzajem po laniu od taty. Czasami śmialiśmy się i szydziliśmy z ofiary jego gniewu: „Ściągnął ci majtki?”. Najbardziej dotkliwy był właśnie wstyd. Nie ból fizyczny, tylko upokorzenie, kiedy tata zabierał cię do swojej sypialni, przekładał przez kolano, spuszczał ci majtki i bił cię po gołej pupie dłonią. To poniżenie było znacznie gorsze od nawet najmocniejszych klapsów.

Wiele lat później moi terapeuci nazwali to wyjątkowym nadużyciem.

Czymś wręcz odrażającym.

„Nie, nie, tata po prostu taki był” – zapewniałam ich. Zawsze starałam się go usprawiedliwiać.

Dopóki nie uświadomiłam sobie, że w naszym domu działy się też inne odrażające rzeczy. Takie, dla których nie ma żadnego usprawiedliwienia.

*

W takich chwilach rozpływałam się bez śladu. Tak to nazywałam. Zwykle dochodziło do tego w mojej sypialni, czasem w łazience. Byłam sama, gdy nagle pokój wypełniało straszliwe, niewidzialne zło, a ja zamierałam w bezruchu. Mówi się, że w chwilach zagrożenia ludzie wchodzą w tryb walki albo ucieczki. Ale strach może też paraliżować. Później pogrążasz się w niebycie.

Pamiętam, jak leżałam nieruchomo pod kołdrą w swoim łóżku i udawałam martwą. Przyciskałam ręce do boków, zwierałam mocno nogi i starałam się zamienić w posąg, nie mrugać, nie oddychać, żeby nie drgnął mi żaden mięsień. Miałam nadzieję, że wtedy ta zła moc odejdzie. A potem wcale mnie nie było. Znikałam. Nie wiem dokąd, po prostu przepadałam bez śladu. Umiałam opuścić swoje ciało i wrócić do niego po pewnym czasie. Po wszystkim. Po czym? Myślę, że nigdy nie poznam do końca tej tajemnicy. Jeśli działo się to w wannie, gdy wracałam, woda była już zimna. Jeśli działo się to w sypialni, zwykle po przebudzeniu okazywało się, że zmoczyłam łóżko. Nawet jeśli przed pójściem spać nic nie piłam, i tak miałam mokry materac.

Bałam się, że nawet po ślubie będę dalej moczyć łóżko. Każdej nocy budziłam się w kompromitującej kałuży, przykrywałam materac ręcznikiem i spałam w mokrej pościeli. Wpychałam mokrą piżamę pod łóżko, żeby nikt się nie zorientował. Posypywałam materac pudrem dla niemowląt albo spryskiwałam go perfumami. Ale rodzeństwo i tak się ze mnie śmiało. Nazywali mnie dzidziusiem i mówili, że powinnam nosić pieluchy albo spać w wannie. I właśnie tak się czułam: jak małe, bezradne dziecko, które nie ma żadnej kontroli nad własnym ciałem. Wydawałam się sobie równie brudna i cuchnąca jak mój materac.

Tata utulał swoje dzieci do snu pasem. Czasem ostrzegało nas skrzypnięcie schodów, więc mogliśmy udawać, że śpimy, kiedy zaglądał do naszego pokoju. Ale jeśli choć jedno z rodzeństwa hałasowało, lanie dostawali wszyscy. Tata stosował odpowiedzialność zbiorową. Jeżeli nie spaliśmy, kiedy przyszedł, czasem z wrzaskiem zamykał nas w piwnicy. Zawsze naciskałam klamkę w nadziei, że zapomniał przekręcić klucz w zamku. Jeśli drzwi były zamknięte, stałam na szczycie schodów w swojej flanelowej piżamie, dopóki nie wrócił. Bałam się, że o mnie zapomni. Kiedy miałam wrażenie, że odsiedziałam już swój wyrok, wspinałam się na palce, wyglądałam przez wywietrznik i błagałam, żeby mnie wypuścił.

W naszej niewykończonej piwnicy rezydowało mnóstwo pająków, oślizgłych dżdżownic i innych dziwnych robaków. Pod schodami stały pudła, a między stopniami były przerwy. Nawet w ciągu dnia biegłam po nich jak najszybciej, żeby potwór mieszkający pod spodem nie zdążył złapać mnie za kostkę. Nienawidziłam tej piwnicy. Wszyscy jej nienawidziliśmy. Wspomnienie tego przerażającego miejsca prześladuje mnie przez całe życie. Połowie mojego rodzeństwa śni się ten sam koszmar, w którym koścista dłoń wyłania się spomiędzy stopni, chwyta ich za nogę i wciąga w ciemność.

Czasem miałam wrażenie, że w naszym domu czai się jakieś zło. Dopiero po trzydziestce zdałam sobie sprawę, skąd brało się we mnie to poczucie. Bliska przyjaciółka dała mi wtedy broszurę o kazirodztwie, żebym lepiej zrozumiała jej przeżycia i mogła ją wspierać. Przez całe dzieciństwo była molestowana przez ojczyma. Codziennie zasypiała z nożem pod poduszką, aż w końcu w wieku czternastu lat uciekła z domu. Jest jedną z najserdeczniejszych i najwrażliwszych osób, jakie znam. Chciałam jej pomóc, więc przeczytałam tę broszurę.

 

I natychmiast ogarnęły mnie mdłości.

Moje rozpływanie się bez śladu miało nazwę. Dysocjacja. Wiele sygnałów i symptomów wymienionych w tej broszurze pasowało do rozproszonych fragmentów mojego życia. Kazirodztwo? Niemożliwe. Niemożliwe, żeby mnie to spotkało.

Przecież zawsze usprawiedliwiałam mojego tatę.

Dopóki nie przestałam.

*

Kiedy wreszcie powiedziałam prawdę, większość rodziny odwróciła się ode mnie.

Nie potrafili jej udźwignąć.

Rozumiem ich. Sama ledwo ją udźwignęłam.

Wcześniej o tym nie wiedziałam, ale ludzie mogą być równocześnie dobrzy i źli. Bywają nawet okrutni, a zarazem cudowni.

Mój tata był najhojniejszą osobą, jaką poznałam w życiu. Zawsze czekał, aż wszyscy skończą jeść, zanim nałożył sobie ostatnią porcję jakiejkolwiek potrawy. Poświęcał czas, energię i umiejętności, żeby pomóc innym. Nieznajomym, którym ledwo starczało na dach nad głową, reperował go za darmo. Dawał rodzeństwu pieniądze na ukończenie szkoły, lepszy samochód albo nowe łyżwy, chociaż sam obywał się bez tych rzeczy. Mój tata nie chciał niczego dla siebie, wszystko, co miał, rozdawał potrzebującym. Swoje życie oparł na trzech filarach: wierze, służbie i poświęceniu.

Nie żyliśmy w biedzie; nigdy nie chodziliśmy głodni, a ubrania donaszaliśmy po starszym rodzeństwie. Mieliśmy dom, a rodziców było stać na posłanie nas do katolickiej szkoły podstawowej. Pieniędzy nie wystarczało na aparaty ortodontyczne, wakacje czy studia. Wtedy nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, ale mieszkaliśmy w gorszej części miasta, pięć domów od fabryki łożysk kulkowych i cztery domy od zakładu produkcji mebli. Nasz ogródek graniczył z podstacją trakcyjną.

W domu się nie przelewało, ale tata zbudował dla nas lodowisko za warsztatem i kupił nam używane łyżwy. Wydał też pieniądze, których właściwie nie mieliśmy, na okrągły przenośny basen ogrodowy i wodę do niego. Płacił za nasze lekcje gry na używanym czarnym pianinie. Zabierał nas na ryby, ciągnął nas na sankach i nigdy nie dał nam odczuć, że jesteśmy spłukani.

Spontanicznie okazywał nam życzliwość. Całował nas na dobranoc, przypominał nam o myciu zębów i odmawianiu modlitwy, pytał o szkołę i biegał po naszym boisku do kickballa w swoim niebieskim kombinezonie roboczym, żeby choć przez chwilę poczuć się jak dziecko. Kiedyś w Halloween narzucił na siebie białe prześcieradło, wymknął się tylnymi drzwiami i wrócił głównym wejściem jako duch, żeby nas przestraszyć. Pewnie pierwszy raz w życiu przebrał się wtedy na to święto.

Na pierwszą komunię dostałam od niego zegarek. Nie mogłam uczestniczyć w tej uroczystości z moją klasą, bo miałam powiększone węzły chłonne i bolało mnie gardło. Dopiero następnego dnia przyjęłam pierwszy raz w życiu ciało Chrystusa. Z tej okazji tata kupił mi zegarek u eleganckiego jubilera w centrum miasta. Wciąż mam tę cienką złotą bransoletkę, która przycinała mi włoski na ręce. To jedyny prezent, jaki wybrał dla mnie tata.

Jeśli wracał z pracy zadowolony, wkraczał do domu, wymachując pudełkiem na lunch ze srebrzystego metalu, i wołał śpiewnym głosem: „Już wróciłem, szczęściarze!”. Wtedy naprawdę czuliśmy się szczęściarzami. Tata uśmiechał się do nas szeroko. Opowiadał zabawne historie o ludziach, z którymi pracował, i zaśmiewał się z nich do łez, klepiąc się dłonią w kolano. Rzadko pisał wprost, że nas kocha, ale taki przekaz wynikał z różnych wiadomości, które nam zostawiał – na przykład z ostrzeżenia: „Uwaga na palce!”, wypisanego na kosiarce czarnym markerem.

Ale czasem pojawiał się inny tata.

Tata, który wpadał w furię i dawał nam lanie pasem. Tata, który obrzucał nas wyzwiskami i wrzeszczał, że do niczego się nie nadajemy. Tata, który bił nas za to, że chichoczemy przy odmawianiu różańca, klęcząc przy kanapie. Tata, który groził swojemu trzyletniemu synowi, że „odetnie mu fiuta”, jeśli znów zrobi siku w ogródku. Tata, który nazwał swoją córkę zdzirą, kiedy znalazł magazyn z seksownymi mężczyznami w koszu na makulaturę. Tata, który stał w milczeniu na schodach z przygotowanym pasem, nasłuchując, czy ktoś ośmieli się choćby pisnąć po dwudziestej drugiej. Tata, który zdeptał mój domek dla lalek, bo kłóciłyśmy się z siostrą o to, jak rozlokować w nim nasze lalki. Jego buty robocze z metalowymi noskami zamieniły zabawkę w wygięty kawałek metalu, który nadawał się już tylko do śmieci. Tata, który skatował jednego z synów w garażu, nie zważając na jego błagania o litość. Co przeskrobał mój brat? Ułożył Barbie i Kena w niedwuznacznej pozie.

Tata był agresywny wobec nas, ale mamę oszczędzał. Z tego, co wiemy, nigdy jej nie uderzył. Z jakiegoś powodu na nią jedną nie podnosił ręki. Była dla niego świętością, może dlatego że miała na imię Mary, tak jak jego matka. Poznał swoją przyszłą żonę w tym samym roku, w którym stracił mamę. W niedzielę jako żarliwi katolicy zabierali nas do kościoła i przyjmowali komunię. Tata siadał w ławce po prawej stronie, kojarzonej ze Świętym Józefem. Mama chodziła sama na wcześniejszą mszę i wybierała miejsce z lewej strony ołtarza, przypisywane tradycyjnie Maryi Pannie.

Nadal nie rozumiem, dlaczego tata wpadał w szał. Czy cierpiał na jakąś chorobę psychiczną? Może miał syndrom stresu pourazowego, bo podczas drugiej wojny światowej wylatał trzydzieści trzy misje jako tylny strzelec pokładowy w teatrze działań wojennych Chiny-Birma? Czy odreagowywał w ten sposób swoje dzieciństwo pełne biedy, nadużyć i żałoby? A może jego wściekłość była częścią naszego irlandzkiego DNA, bo przeżyliśmy głód w Irlandii i biedę w Ameryce czasów wielkiego kryzysu?

Tata właściwie nie miał dzieciństwa. Jako dziesięciolatek wstawał o szóstej rano i szedł orać ziemię pod uprawy. Od małego pracował na rodzinnej farmie, ale ojciec i tak sprawiał mu lanie. Z bitego chłopca wyrósł mężczyzna, który przy pomocy pasa przekazywał swój wstyd nam. Nosiliśmy go w sobie tak samo jak nasz tata. Ten wstyd ciążył mi, dopóki nie zwróciłam się o pomoc, żeby nie zarazić nim własnej córki. Musiałam przerwać ten cykl nadużyć.

Pewna terapeutka powiedziała mi kiedyś, że tata spustoszył moją aurę. „Jego mrok zdusił twoje światło” – stwierdziła. Ja wolę myśleć, że to światło rozproszyło się, ale nie zniknęło. Kiedy byliśmy mali, często bawiliśmy się termometrami. Odłamywaliśmy końcówkę i stukaliśmy w szklaną tubkę, dopóki nie wytoczyła się z niej srebrna kulka rtęci. Później przyciskaliśmy ją palcem i obserwowaliśmy, jak ciekły metal rozpada się na tuzin mniejszych kuleczek, które toczą się we wszystkie strony. Na koniec łapaliśmy je i łączyliśmy w nową srebrną kroplę.

Nie miałam wtedy pojęcia, że rtęć jest niebezpieczna. Podobnie jak życie ze spustoszoną duszą.

Na grupie terapeutycznej dla kobiet, które doświadczyły molestowania seksualnego, psycholog specjalizujący się w pracy z weteranami wojny w Wietnamie z syndromem stresu pourazowego wyjaśnił nam, że krzywdy doznane w dzieciństwie ranią jeszcze wiele lat później. Porównał je do odłamków, które utkwiły głęboko w ciele. Czasem wydostają się na powierzchnię i przebijają skórę na długo po tym, jak rany zdążą się zabliźnić.

W jednej chwili toczysz beztroską pogaduszkę z rodzeństwem, w następnej grzęźniesz w gąszczu traumatycznych wspomnień. W dzieciństwie nie trzymaliśmy w domu psów ani kotów. Bez względu na pogodę zwierzęta musiały zostać na zewnątrz. Mieliśmy za to psy podwórzowe – nazywały się Chipper, Holmes i Parseghian. Każdy z nich był z nami kilka lat. Karmiliśmy je resztkami chleba i sosu pieczeniowego z obiadu; tylko raz na jakiś czas dostawały prawdziwą psią karmę ze sklepu. Wodę piły z miski, za którą służył stary, wgnieciony metalowy garnek. Pies mieszkał w budzie na podjeździe i zwykle był uwiązany na lince do wieszania bielizny. Miał tylko jedno zadanie: chronić naszą własność. Jego obowiązkiem było strzec warsztatu i szczekać na obcych. Tata rzadko spuszczał psa z linki. W tych cennych chwilach wolności pies pędził jak torpeda po naszym ogrodzonym podwórku, a my uciekaliśmy przed nim w popłochu.