Krewniacy

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dzisiaj słowo „neandertalczyk” brzmi znajomo, ale jego historia nie jest taka oczywista. Dolina (niem. thal), w której znajdowało się pierwotne miejsce spoczynku kości, otrzymała nazwę na cześć nauczyciela, poety i kompozytora z końca XVII wieku Joachima Neandra. Neander, który był kalwinistą, czerpał inspirację dla swojej twórczości częściowo ze świata natury, w tym słynnego wąwozu rzeki Düssel. Geologiczne cuda tego miejsca – klify, jaskinie i łuki – tak mocno ukochali artyści i romantycy, że doprowadziło to do powstania miejscowego przemysłu turystycznego. Joachim Neander zmarł w 1680 roku, ale jego słynne hymny – wykonane trzy wieki później z okazji diamentowych godów królowej Elżbiety II – stały się jego trwałą spuścizną. Na początku XIX wieku jedną z formacji wąwozu nazwano na jego cześć Neanderhöhle, ale zmiany zaszłe w okolicy w ciągu kilku dekad sprawiły, że stałaby się dla Joachima nie do rozpoznania. Parów, pochłonięty przez wydobycie kamienia na ogromną skalę, zniknął, a nowo powstała dolina stała się znana jako Neander Thal. A oto dziwaczny fragment tej historii: rodowe nazwisko Joachima brzmiało Neumann, ale jego dziadek pod wpływem mody na nazwiska o bardziej klasycznym brzmieniu zmienił je na wywodzące się z greki Neander. Neumann i Neander znaczą dosłownie „nowy człowiek”. Czy istniał bardziej pasujący przydomek dla miejsca, w którym po raz pierwszy odkryliśmy ślady innego gatunku człowieka?

Chociaż argumenty anatomiczne wydawały się oczywiste, potrzebny był dowód, iż kości naprawdę są niewiarygodnie stare. Fuhlrott i Schaaffhausen wrócili do kamieniołomu, żeby indagować robotników, którzy potwierdzili, że szczątki spoczywały na głębokości około 0,5 metra w nienaruszonych pokładach gliny. Zgodnie z obowiązującą wtedy mieszaną interpretacją biblijno-geologiczną wskazało to Fuhlrottowi na epokę przedpotopową, co czyniło szkielet niezmiernie starym znaleziskiem. Dało to obu panom pewność wystarczającą do opublikowania sensacyjnego twierdzenia, że przed H. sapiens istniał wymarły gatunek człowieka. A oto kolejna zbieżność – ten sam 1859 rok stał się świadkiem kolejnego wstrząsu, jakim dla społeczności naukowców było ogłoszenie teorii doboru naturalnego Darwina i Wallace’a. Jednak odkrycie z jaskini Feldhofer naprawdę zrobiło furorę dopiero po upływie mniej więcej dwóch lat, kiedy zafascynowany nim brytyjski biolog George Busk przetłumaczył na język angielski oryginalny niemieckojęzyczny artykuł.

Busk, słabo dzisiaj znany, w XIX wieku należał do naukowej elity i jak wielu mu współczesnych interesował się licznymi dyscyplinami wiedzy w sposób dzisiaj praktycznie niemożliwy. Był członkiem Towarzystwa Geologicznego, prezesem Towarzystwa Etnograficznego, a w 1858 roku został sekretarzem sekcji zoologicznej Stowarzyszenia Linneuszowskiego (najbardziej oświeconego towarzystwa zrzeszającego biologów). W 1861 roku dołączył komentarz do swojego przekładu publikacji na temat odkrycia w jaskini Feldhofer. Stwierdził, że niezmiernie starodawny rodowód człowieka dobitnie potwierdzają artefakty znajdowane w innych miejscach wraz ze szczątkami wymarłych zwierząt, a szczególnie porównanie znalezisk z czaszkami szympansów. Zasygnalizował również pilną potrzebę odszukania kolejnych pozostałości.

Faktycznie były już wcześniejsze, lecz nierozpoznane odkrycia. Ludzkość na tysiąclecia zapomniała o dawno utraconych kuzynach, gdy wtem w pierwszej połowie XIX wieku pojawiły się aż trzy znaleziska. Pierwsze trafiło w 1829 roku do rąk Philippe’a-Charles’a Schmerlinga. Przedstawiciel rosnącego grona miłośników skamieniałości, mający również wykształcenie medyczne, w jaskini w Awirs nieopodal belgijskiej miejscowości Engis znalazł elementy czaszki. Spoczywały wraz ze szczątkami starodawnych zwierząt i kamiennymi narzędziami pod grubą na 1,5 metra warstwą skały okruchowej, scementowanej naciekowym spoiwem6.

Pomimo nietypowo wydłużonego kształtu czaszka spod Engis nie przyciągnęła szerszej uwagi, gdyż należała do dziecka; młodzi neandertalczycy, podobnie jak my, musieli „dorosnąć” do swojej dojrzałej postaci. Należąca do dorosłego czaszka z jaskini Feldhofer w bardziej oczywisty sposób odznaczała się masywniejszym wyglądem, co więcej, znaleziono ją z innymi częściami ciała7. Chociaż dziecko spod Engis pozostało niesklasyfikowane aż do początków XX wieku, szczęśliwie dla Buska ktoś inny już znalazł szczątki kolejnego dorosłego neandertalczyka na terenie pozostającym pod brytyjską kontrolą.

W 1848 roku stacjonującemu w Gibraltarze porucznikowi – obdarzonemu wyjątkowo trafnym w tym kontekście nazwiskiem Edmund Flint8 – wpadła w ręce czaszka. I ponownie wydobycie wapienia – tym razem w celu wzmocnienia brytyjskich fortyfikacji wojskowych – wywołało sensację, a do tego stopień wojskowy Flinta i jego osobiste zainteresowanie historią natury sprawiły, że nie pozbyto się znaleziska9.

Skała Gibraltarska sterczy z półwyspu niczym olbrzymi kieł hieny, a jej flora i fauna przyciągały kolegów Flinta z jego pułku, podobnie jak on będących entuzjastami historii natury. Porucznik został sekretarzem założonego przez nich towarzystwa naukowego. I tak protokoły z 3 marca 1848 roku zawierają zapis poświęcony jego prezentacji „ludzkiej czaszki”, pochodzącej z kamieniołomu Forbesa, znajdującego się nad baterią artyleryjską z XVIII wieku. Oficerowie bez wątpienia przekazywali sobie czaszkę z rąk do rąk, wpatrując się w ogromne oczodoły, lecz choć znalezisko było w zasadzie kompletne (w odróżnieniu od tego z jaskini Feldhofer), wyraźnie nie uznano go za coś niezwykłego. Powlekający czaszkę scementowany osad mógł ukryć szczegóły jej budowy, ale niedostrzeżenie jej egzotycznego kształtu jest rzeczą godną uwagi.

Czaszka z kamieniołomu Forbesa spoczywała niezauważona w zbiorach stowarzyszenia aż do 1863 roku. W grudniu tamtego roku Thomas Hodgkin10, przybyły z wizytą lekarz interesujący się etnografią, dostrzegł ją wśród innych eksponatów należących wówczas do kapitana Josepha Fredericka Brome’a, szanowanego gibraltarskiego kolekcjonera antyków i naczelnika wojskowego więzienia. Prawdopodobnie przygotowany przez lekturę dokonanego przez jego przyjaciela Buska przekładu doniesienia o odkryciu w jaskini Feldhofer zauważył w niej coś niezwykłego. Brome, pasjonujący się geologią i paleontologią, od kilku lat wysyłał Buskowi własne znaleziska, tak więc czaszka z kamieniołomu Forbesa wypłynęła, jak należy, do Wielkiej Brytanii, dokąd przybyła w lipcu 1864 roku.

Busk musiał natychmiast zdać sobie sprawę, że wydatny nos i wysunięta ku przodowi twarzoczaszka wykazują uderzające podobieństwo do cech, o których napomykano w opisie czaszki z jaskini Feldhofer, składającej się jedynie z górnej części sklepienia oraz fragmentu kości oczodołu. Rozumiał również, że ci wymarli ludzie musieli zamieszkiwać tereny „od Renu aż po Słupy Herkulesa”. Zaledwie dwa miesiące później czaszka z kamieniołomu Forbesa miała własny debiut naukowy, choć ktoś obejrzał specjalny pokaz przedpremierowy. Dzięki nawykowi prowadzenia przez wiktoriańskich dżentelmenów kolosalnej korespondencji wiemy, że z bardzo dużym prawdopodobieństwem za pośrednictwem kolegi Buska, paleontologa Hugh Falconera, trafiła ona do rąk Karola Darwina, któremu zły stan zdrowia uniemożliwił podróż na wspaniałą uroczystość zaprezentowania znaleziska naukowcom. Darwin uznał czaszkę za „cudowną”, jednak zgodnie z właściwą mu powściągliwością w wypowiedziach na temat pochodzenia człowieka nie zamieścił żadnej wzmianki o swojej naukowej reakcji na odkrycie neandertalczyków.

Busk i Falconer, pragnąc ustalić geologiczny kontekst pochodzenia czaszki, przed końcem roku pospieszyli z powrotem do Gibraltaru. To, co tam zobaczyli, dało im pewność niezbędną do napisania publikacji, że znalezisko to szczątki drugiego, niezmiernie starodawnego praczłowieka. Jednakże zamierzona przez nich nazwa Homo calpicus11 się nie przyjęła. William King, były kustosz Hancock Museum w Newcastle i kierownik katedry geologii i mineralogii w Galway, przestudiował odlewy szczątków z jaskini Feldhofer i właśnie wtedy, gdy czaszka z Gibraltaru przybyła do brytyjskiego portu, zaproponowana przez niego nazwa Homo neanderthalensis została opublikowana. Zgodnie ze stosowaną w nauce regułą pierwszego zaklepania tego terminu używamy do dziś.

Określenie tych osobliwych skamieniałości stanowiło jednak najmniej kontrowersyjną kwestię. Natomiast przypisanie ich wymarłym przedstawicielom naszego rodzaju Homo miało głębokie implikacje, które odbiły się szerokim echem poza granicami naukowego świata. Ta idea, dramatycznie sprzeczna z dziewiętnastowiecznymi zachodnimi poglądami na świat, spotkała się z żarliwym oporem12. Wkrótce zresztą pojawiła się jej zjadliwa krytyka ze strony Augusta Franza Josefa Karla Mayera, emerytowanego anatoma i kolegi Schaaffhausena, a przy tym kreacjonisty.

Mayer twierdził, że szczątki należą po prostu do schorowanego i poranionego, lecz poza tym normalnego człowieka. Nieco później, bo w 1872 roku, wybitny biolog Rudolf Virchow zbadał kości z jaskini Feldhofer i zgodził się, że osobliwości ich budowy anatomicznej dałyby się wyjaśnić, gdyby jakiś zabłąkany Kozak z artretyzmem, krzywicą, złamaną nogą i kończynami łukowato wygiętymi wskutek służby w kawalerii schował się w jaskini i zmarł. I choć dzisiaj brzmi to jak wyjaśnienie absurdalnie naciągane – które podkreśla, jak na ironię, jak podobne do ludzkich są te kości – to Virchow cieszył się powszechnym szacunkiem jako lekarz przecierający szlak badaniom patologii komórki i autor protokołu pierwszych systematycznych sekcji zwłok. Nie zaskakuje chyba więc, że skłonił się ku interpretacji anatomicznych cech kości z jaskini Feldhofer jako zmian chorobowych i pourazowych, sugerując nawet, iż ogromne łuki brwiowe powstały wskutek nadmiernego marszczenia brwi pod wpływem przewlekłego bólu13.

 

Busk jednak również był medykiem. Dekady pracy w charakterze chirurga okrętowego, leczącego różnorakie urazy, choroby oraz zakażenia pasożytnicze, z pewnością tak samo predysponowały go do przyglądania się neandertalczykom przez pryzmat patologii, ale tę skłonność tłumiło w nim wykształcenie zoologiczne i doświadczenie w klasyfikowaniu gatunków14. Busk był więc pewien, że żadne choroby czy fizyczne urazy nie mogły tłumaczyć widzianych przez niego cech. Zauważył też z pewną satysfakcją, iż osoby odmawiające zaakceptowania wniosków z odkrycia z jaskini Feldhofer muszą przyznać, że małe są szanse, by schorowany Kozak wyzionął ducha w Gibraltarze. Takie debaty tliły się jeszcze nawet w XX wieku, ale pod pewnymi względami neandertalczycy nie stali się gromem z jasnego nieba i absolutnie zaskakującym naukowym świadectwem. Zachodni intelektualiści wątpili, czy biblijne relacje mogą precyzyjnie odzwierciedlać obraz świata.

Rozmaite rewelacje dotyczące świata natury – od odkrycia nieznanych kontynentów aż do zidentyfikowania niewidocznych przedtem ciał niebieskich – zmuszały ludzi do rekonstrukcji wiedzy i filozofii. Skamieniałości znajdowano wprawdzie od tysiącleci, ale w XVIII wieku biolodzy zaczęli traktować je jak szczątki żywych niegdyś stworzeń, które można badać. Coraz częściej penetrowano miejsca leżące w głębi ziemi, takie jak wielka jaskinia Gailenreuth w Niemczech, zbadana już w 1771 roku, to zaś zapoczątkowało wiedzę o „zaginionych światach”, zasiedlonych przez wymarłe zwierzęta. Inspirowana teologią idea cyklicznych klęsk i okresów odnowy nadal miała swoich zwolenników, ale na początku XIX wieku dostrzeżono nieznaną naturę światów sprzed potopu. Nie tylko bowiem arktyczne stworzenia, jak renifery, żyły niegdyś tysiące kilometrów bliżej południa, prawdą były również zjawiska odwrotne, gdyż kości hipopotamów znajdowano w zdecydowanie nietropikalnym Yorkshire. Niemniej nie wszyscy dawali się przekonać, że stworzenia naprawdę ewoluują. Niektórzy – w tym naukowcy o skłonnościach religijnych, jak Virchow – dostrzegali nawet w takich teoriach zagrożenie moralne, obawiając się, że doprowadzą one do darwinizmu społecznego.

Mimo to w miarę pojawiania się kolejnych skamieniałości argumenty przemawiające za istnieniem innego gatunku ludzkiego zaczęły się umacniać. Zaledwie rok po oficjalnym nazwaniu neandertalczyków przez Kinga zaproponowano zaliczenie do tego samego gatunku masywnej żuchwy o cofniętym podbródku, znalezionej w Belgii razem ze szczątkami mamuta, renifera i nosorożca. Jednak upłynęły kolejne dwie dekady, zanim natrafiono na kompletne w większości szkielety. Ponownie z Belgii pochodziły odkryte w 1886 roku w jaskini Betche-aux-Roches w pobliżu wsi Spy szczątki dwóch dorosłych, dowodzące, że płaskie, wydłużone czaszki, cofnięte żuchwy i krzepkie kończyny, znane przedtem z innych stanowisk archeologicznych, wszystkie należały do takich samych stworzeń. To scementowało świat naukowy w akceptacji neandertalczyków jako wymarłej populacji o określonej budowie. Ale skamieniałości oczywiście stanowią tylko połowę tej opowieści.

Czas i kamień

Wcześni badacze prehistorii stali w obliczu fundamentalnego problemu – czasu. Wobec braku metod dokładnego określania wieku jakiegoś znaleziska polegali na chronologii względnej – skamieniałości lub artefakty znalezione razem ze szczątkami wymarłych zwierząt były oczywiście starsze niż obecny świat. Brytyjski geolog Charles Lyell wiedział, że odległa przeszłość Ziemi musi sięgać daleko poza biblijne ramy kilku tysięcy lat, a w swojej wspaniałej pracy Principles of Geology („Reguły geologii”) wykazał, iż to proste, możliwe do śledzenia procesy geologiczne – jeśli trwają dostatecznie długo – mogą całkowicie odpowiadać za stworzenie świata. Wobec tego zasada stratygrafii pozwala rozszyfrować kompletną historię planety – skoro osady gromadzą się z czasem jeden na drugim, większa głębokość musi korelować ze starszym wiekiem. Lyell bardzo interesował się jaskinią Feldhofer i w 1860 roku – jeszcze przed opublikowaniem przetłumaczonego przez Buska artykułu – odwiedził ją, żeby zbadać pozostałe tam osady. Fuhlrott pokazał mu znalezioną czaszkę i podarował jej odlew w ramach udostępniania danych w epoce wiktoriańskiej. Do tamtego czasu sama jaskinia była już na krawędzi zniszczenia, a opinia Lyella jako eksperta miała kluczowe znaczenie w uzyskaniu naukowej akceptacji jej prawdziwie pradawnego rodowodu.

Co więcej, koncepcja stratygrafii Lyella stanowiła fundament archeo­logii jako dyscypliny nauki. Wyjaśniała procesy zachodzące w odleg­łych czasach, ustalała względny wiek krajobrazów i ilustrowała sposób tworzenia się osadów w obrębie stanowisk archeologicznych. W trakcie prac wykopaliskowych zmiany barwy i struktury osadu, a także zawartości każdej warstwy – artefaktów i kości zwierząt – są drogowskazami informującymi o tym, jak w miarę upływu czasu zmieniały się warunki. Przez wiele dekad dowody na to, że neandertalczycy byli gatunkiem tak nieprzyzwoicie dawnym, opierały się wyłącznie na takim rozumowaniu. Prawie 100 lat zajęło naukowcom ostateczne opracowanie metod umożliwiających bezpośrednie datowanie różnych rzeczy. Rozpoczęło się to od wynalezionego w latach pięćdziesiątych XX wieku datowania radiowęglowego15, później zaś pojawiły się miriady innych metod, które można stosować niemal do wszystkiego: kości, stalagmitów, a nawet pojedynczych ziaren piasku.

Nawet niektóre kategorie artefaktów litycznych można datować bezpośrednio, chociaż wydaje się, że żadnym wczesnym skamieniałościom neandertalskim nie towarzyszyły przedmioty o znaczeniu kulturowym. Faktycznie obecnie wiemy, że przynajmniej w jaskini Feldhofer było mnóstwo artefaktów litycznych, ale odkrywcy nie znali się na kamiennych narzędziach dostatecznie dobrze, by odróżnić odłamki skały roztrzaskane w sposób naturalny od rozłupanych celowo.

Ludzie od dawna przejawiali zainteresowanie prehistorycznymi artefaktami, podobnie jak skamieniałościami, i to zanim znaleziono pierwsze szczątki neandertalczyków. W społecznościach skupionych na metalach przypadkowe odkrycia masywnych pięściaków lub wykonanych z delikatnego kamienia grotów strzał wymagały wyjaśnienia. Ludzie szukali zarówno naturalnych, jak i nadprzyrodzonych przyczyn, nazywali je kamieniami piorunowymi i wierzyli, że mają zdolność powstrzymywania gromów16, albo snuli opowieści, w których były one porzuconym przez chochliki orężem „małego ludu”. Ale historycy pojmowali też takie przedmioty w ramach dostępnych systemów. Jeden z pierwszych udokumentowanych opisów prehistorycznych narzędzi kamiennych pochodzi z 1673 roku, kiedy w pobliżu londyńskiego traktu Gray’s Inn Lane odkryto trójkątny artefakt nieopodal kości „słonia”. I chociaż mniej więcej wtedy zaczynały się krystalizować pojęcia związane z czasem geologicznym, odkrycie zinterpretowano jako pozostałości po ataku celtyckiego wojownika na rzymskiego słonia. Myśl, że taki przedmiot został wykonany ręcznie w czasach wcześniejszych o tysiące pokoleń od założenia Rzymu, po prostu nie leżała w granicach możliwości czyjegokolwiek pojmowania. Jednak po upływie mniej więcej stulecia wiedza rozwinęła się na tyle, że pogrzebane głęboko w ziemi pięściaki opisywano jako znaleziska pochodzące prawdopodobnie z „rzeczywiście bardzo odległego okresu, nawet wykraczającego poza granice obecnego świata”17. Mimo to prawdziwa świadomość znaczenia artefaktów litycznych w zrozumieniu pradawnych ludzi miała dopiero nadejść.

Pierwszą znaną osobą, która celowo, choć nieświadomie, odkopywała neandertalskie artefakty, był Francuz François René Bénit Vatar de Jouannet. W latach 1812–1816 prowadził on prace wykopaliskowe w kryjówkach skalnych Pech de l’Azé I oraz Combe Grenal w południowo-zachodniej Francji, znajdując spalone kości zwierząt i pozostałości po produkcji przedmiotów litycznych. Co najważniejsze, zauważył, że znaleziska tkwiły w wyraźnie starodawnym złożu naciekowym, lecz ponieważ nawet czaszkę spod Engis odkryto dopiero po upływie przeszło dekady, nie miał pojęcia o neandertalczykach ani w istocie o jakichkolwiek wymarłych homininach. Jego najlepsze domysły co do rodowodu artefaktów – „bardzo stare, w stylu galijskim” – zdumiewająco przypominały interpretację znaleziska z okolic ulicy Gray’s Inn, wcześniejszego prawie o 150 lat18.

Od czasów de Jouanneta rosła liczba dowodów na to, że takich odkryć nie da się wtłoczyć w ramy ani historycznej, ani biblijnej chronologii. Kolekcjoner antyków Paul Tournal wykopywał w jaskiniach Bize w południowo-wschodniej Francji kości niedźwiedzi jaskiniowych i reniferów wraz z artefaktami wyraźnie wykonanymi ludzką ręką, a te odkrycia doprowadziły go do wysunięcia w 1833 roku propozycji przyjęcia epoki „anté-historique”. Mniej więcej w tym samym czasie francuski archeolog Jacques Boucher de Crèvecoeur de Perthes odnalazł rozłupane fragmenty krzemienia, pogrzebane głęboko w rzecznym żwirze w dolinie Sommy na północy Francji. Trudno było sobie wyobrazić, że mogły tam trafić niedawno, niemniej nawet dowody w postaci skamieniałych szczątków słonia i nosorożca nie zaintrygowały dostatecznie naukowców. Sytuacja zmieniła się dopiero mniej więcej w czasie, kiedy na świecie zaczęły się szerzyć wieści o jaskini Feldhofer.

Teraz ponownie napotykamy Hugh Falconera, który miał przywieźć Darwinowi czaszkę z kamieniołomu Forbesa. Podobnie jak Busk nie jest dzisiaj zbyt znany, ale to on stał się postacią kluczową w wyodrębnieniu ewolucji człowieka jako dziedziny nauki. Po latach spędzonych w kolonialnych Indiach, gdzie oddawał się swoim paleon­tologicznym zainteresowaniom, w 1858 roku Falconer prowadził prace wykopaliskowe w jaskini pod Brixham w hrabstwie Devon, gdzie znalazł artefakty lityczne i szczątki wymarłych gatunków fauny, pogrzebane pod podłożem pokrytym stalagmitami. W tym samym roku odwiedził wykopane w żwirze jamy de Perthesa i – przekonany o ich pradawnym pochodzeniu – doradził geologowi Josephowi Prestwichowi, by się tam wybrał. Przypadkiem Prestwich spotkał tam Johna Evansa, eksperta od kamiennych narzędzi – który razem z Charlesem Lyellem odbywał własną pielgrzymkę śladami de Perthesa – i w 1859 roku opublikowali oni swoje opinie, potwierdzając, że artefakty lityczne i szczątki wymarłych zwierząt naprawdę wywodzą się z zamierzchłej przeszłości. Jeśli chodzi o „oświeconych”19, sprawa była rozstrzygnięta, ale sceptycy trwali przy swoim – czy to możliwe, że owi wytwórcy narzędzi, choć starodawnej proweniencji, żyli już po tym, jak mamuty i tym podobne stworzenia przeobraziły się w wyschnięte kości?

Absolutnie niepodważalne – i rzeczywiście wywołujące ciarki na grzbiecie – świadectwo wkrótce dowiodło, że ludzie faktycznie oglądali na własne oczy wymarłe bestie w całej ich witalności i włochatej chwale. Ponad 560 kilometrów na południe od żwirowych jam w dolinie Sommy, w miejscu połączenia się rzek Beaune i Vézère, leży wieś Les Eyzies-de-Tayac. Dzisiaj, w styczniu, jest tam na tyle cicho, że można usłyszeć krzyki sokołów nad wznoszącymi się nad miejscowością masywnymi klifami, lecz latem jej wąskie spieczone słońcem chodniki falują tłumami turystów, gdyż wieś jest stolicą świata prehistorycznych cudów, otoczoną setkami jaskiń i kryjówek skalnych w spektakularnych wapiennych wąwozach i na płaskowyżach. Po skosztowaniu omletu z truflami w Café de La Mairie goście wolnym krokiem wchodzą pod górę do Narodowego Muzeum Prehistorii, wybudowanego wokół zrujnowanego zameczku przycupniętego pod przewieszką wapiennej skały. Zachowały się tam misterne kominki, dziwne echo prehistorycznych pokładów popiołów, układających się warstwowo wiele metrów pod nimi. Ze starych szańców wygląda zagadkowo ogromna rzeźba w stylu art déco, przedstawiająca neandertalczyka. Ale krajobraz ten skrywa jeszcze wiele rzeczy.

Względna izolacja Les Eyzies zakończyła się w 1863 roku, kiedy w ramach ambitnego przedsięwzięcia połączenia Paryża linią kolejową z Madrytem otwarto odgałęzienie do Périgord, co zapoczątkowało transformację wsi z sennej osady w epicentrum debat o powstaniu zachodniej cywilizacji, a ostatecznie doprowadziło do wpisania jej na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Żeby podążać tym szlakiem dzisiaj, w pobliżu miejsca, gdzie linia kolejowa wygina się wdzięcznym łukiem na południe od stacji, można wypożyczyć kajak i powiosłować wijącym się wężowo nurtem Vézère. Kilka kilometrów dalej, naprzeciw stojącego na szczycie wzgórza zamku, leży kryjówka skalna La Madeleine. Słynne średniowieczne ruiny przyjmują dzisiaj wielu turystów, lecz nieopodal znajduje się prehistoryczne stanowisko archeologiczne, wciąż skrywane przez roślinność tak jak w 1864 roku.

 

Tamtego lata pojawił się tu Falconer, wizytujący archeologiczne dokonania dwóch pasażerów przybyłych w to miejsce rok wcześniej lśniącymi nowością pociągami. Henry Christy był brytyjskim finansistą, któremu majątek umożliwił zgromadzenie „jednej z najbardziej wyborowych prywatnych kolekcji archeologicznych w Europie”20 i zyskanie dzięki niej niezwykle bogatej wiedzy o kamiennych narzędziach. Jego francuski partner Édouard Lartet był już w gronie badaczy prehistorii kimś w rodzaju znamienitej postaci, gdyż przekopywał starodawne stanowiska archeologiczne od lat trzydziestych XIX wieku21. Pod wpływem pogłosek o kolekcji miejscowego wicehrabiego oraz znalezisk w paryskim sklepie z antykami rozpoczęli współpracę w dolinie Vézère. Początkowo skupili się na górnej kryjówce na stanowisku Le Moustier, lecz pewnego dnia w drodze powrotnej zauważyli na drugim brzegu rzeki kolejną dużą kryjówkę, widoczną tylko dlatego, że była akurat zima i gałęzie przed grotą były nagie.

Okazało się, że to stanowisko, znane jako La Madeleine, zawiera ogromnie bogate skarby archeologiczne, wykonane przez wczesnych przedstawicieli H. sapiens dziesiątki tysięcy lat po neandertalczykach. Niemniej znajdował się tam przedmiot o krytycznym znaczeniu dla akceptacji miejsca zajmowanego przez neandertalczyków w naszej ewolucyjnej przeszłości. Do tamtego czasu ludzie nastawieni sceptycznie do idei starodawnego rodowodu człowieka wyjaśniali pochodzenie przedmiotów rzeźbionych z poroża renifera, znajdowanych w innych regionach Francji, jako rezultat zbierania już skamieniałego materiału, który został poddany grawerowaniu o wiele później. Ten argument upadł w La Madeleine, kiedy robotnicy Larteta i Christy’ego znaleźli roztrzaskany fragment mamuciego kła z wyrytymi na nim znakami. Traf chciał, że tego samego dnia złożył im wizytę Falconer – najwybitniejszy na świecie znawca skamieniałych szczątków słoni. Kiedy z kawałka kości zmieciono glebę, uczony natychmiast dostrzegł, że wygrawerowane głębokie rysy układają się w kształt kopulastego łba mamuta, łącznie ze starannie odwzorowanym kudłatym futrem22. Ten pojedynczy artefakt dowiódł, że ludzie żyli obok wymarłych gatunków i że wszystkie porzucone przez nich za życia przedmioty, wydobywane z grot całej Europy, naprawdę pochodzą ze świata o kolosalnie pradawnym rodowodzie.


Odkrycie z La Madeleine położyło kamień węgielny pod budowę dzisiejszej dyscypliny nauki, zgłębiającej pochodzenie człowieka. Mniej więcej kolejne 50 lat zajęło badaczom prehistorii, zbierającym artefakty lityczne, połapanie się w tym, kto i kiedy wykonał jakiś przedmiot. Jednak już wtedy przekroczyli Rubikon pomiędzy dwiema kosmologiami: starym obrazem wszechświata stworzonego dla nas i nowego świata, w którym jesteśmy dziećmi – wraz z licznymi siostrami i braćmi – samej Ziemi. Dalsza część tej książki poprowadzi nas ścieżką do tego drugiego świata; po drodze dowiemy się, jak neandertalczycy płynnie przeobrazili się z osobliwości nauki w dziwnie nieśmiertelne, darzone osobliwą miłością istoty, które zarazem odkryliśmy i w jakiś sposób stworzyliśmy. Najpierw jednak potrzebujemy rodzinnego portretu, który pomoże nam umieścić neandertalczyków w zaiste ogromnym kontekście ewolucyjnym.

2 To najkrótsza możliwa do zmierzenia jednostka czasu.

3 Słowo „lityczne” oznacza „kamienne”; ponadto naukowcy wolą określenie „artefakt” zamiast określenia „narzędzie”, które odnosi się konkretniej do przedmiotu trzymanego w ręku i pozostającego w rzeczywistym użyciu.

4 Plejstocen to okres w geologicznym podziale czasu, pierwsza epoka czwartorzędu, która rozpoczęła się około 2,8 miliona lat temu i trwała mniej więcej do 11 700 lat temu, kiedy rozpoczęła się epoka, w której żyjemy – holocen.

5 Różnice utkania tkanki są wyraźnie widoczne nawet na skamieniałościach liczących „zaledwie” kilka dziesiątek tysięcy lat.

6 Taki materiał jest znany jako brekcja.

7 Oryginalne kości z jaskini Feldhofer to ogółem: obie kości udowe, lewa kość biodrowa, część obojczyka, łopatka, większość kości ramiennych oraz pięć żeber.

8 Ang. „krzemień” – przyp. tłum.

9 Bardzo prawdopodobne, że odkrycia dokonali bezimienni robotnicy kamieniołomu, a nie sam porucznik.

10 Lekarz, który opisał chorobę zwaną od jego nazwiska chłoniakiem Hodgkina.

11 Słowo calpicus stanowi nawiązanie do starożytnej fenickiej nazwy Gibraltaru. Gdyby rozpoznano wcześniejsze odkrycie dokonane w Belgii, być może mówilibyśmy o awiriańczykach.

12 Wydawcy pierwotnego artykułu o odkryciu z jaskini Feldhofer przewidzieli taki obrót sprawy, dodali bowiem uprzejmą notę ze stwierdzeniem, że nie wszyscy podzielają cudaczne interpretacje autorów.

13 Virchow wykorzystał kiedyś wyniki swoich naukowych badań do obrony, kiedy został wyzwany na pojedynek przez Bismarcka. Ponieważ to Virchowowi pozwolono wybierać broń, wskazał on dwie kiełbasy, z których jedna zawierała larwy pasożyta, mogące – jak wiedział uczony – zakazić człowieka. Bismarck odstąpił od wyzwania.

14 Busk identyfikował próbki z Darwinowskiej kolekcji z okrętu „Beagle”, ponadto redagował artykuły Darwina i Wallace’a na temat doboru naturalnego.

15 Datowanie radiowęglowe to chyba najlepiej znana większości osób spoza grona specjalistów metoda bezpośredniego datowania. Oparta na przewidywalnym tempie rozpadu izotopu węgla C14, umożliwia datowanie materiałów organicznych liczących do 55 tysięcy lat.

16 To nie jest tak dziwaczne, jak się wydaje, gdyż w odpowiednim, bogatym w krzemionkę osadzie piorun może wytwarzać minerał zwany fulgurytem.

17 To słowa Johna Frere’a, który w 1797 roku opisał artefakty lityczne mające związek ze szczątkami wymarłych zwierząt, znalezione w brytyjskim hrabstwie Norfolk.

18 De Jouannet prowadził swoje prace tuż przed ogłoszeniem w 1817 roku przez Christiana Jürgensena Thomsena propozycji podziału na trzy epoki: kamienia, brązu i żelaza.

19 Korespondent Darwina, botanik i odkrywca Joseph Hooker, używał terminu „oświeceni” („scientificos”), odróżniając tym samym te osoby od „pospólstwa”.

20 Z pamiętników Falconera (s. 631).

21 Lartet pierwotnie studiował prawo, ale rozwinęła się w nim namiętność do paleontologii ponoć po tym, jak otrzymał od jakiegoś rolnika w ramach zapłaty za swoje usługi ząb mamuta.

22 Dokonane w XVIII wieku odkrycia na rosyjskich terenach, pokrytych wieczną zmarzliną, wykazały, że mamuty były porośnięte futrem.