Republika Smoka

Tekst
Z serii: Wojna makowa #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Republika Smoka
Republika Smoka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 87,33  69,86 
Republika Smoka
Republika Smoka
Audiobook
Czyta Paulina Holtz
49,90  36,93 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spróbuj, to kandyzowany imbir – zasugerował Ramsa.

Rin krztusiła się i pluła, aż wreszcie nabrała pewności, że w żołądku nie zostało już nic. Uniosła głowę znad relingu. Smętne pozostałości śniadania, flegma zmieszana z masą jajeczną, odpłynęły poniżej unoszone zielonymi falami.

Sięgnęła po kilka plastrów słodyczy i zaczęła przeżuwać, zmagając się z nieustępliwymi nudnościami.

Mimo wielu spędzonych na morzu tygodni nadal nie zdołała przywyknąć do stałego kołysania podłoża.

– Dzisiaj trochę nami porzuca – zapowiedział Baji. – Nad Omonod zaczyna się pora monsunów. Jak tak dalej pójdzie, będziemy musieli uważać na kurs, ale póki brzeg zastępuje nam falochron, powinno być dobrze.

Baji był jedynym cike z jakimkolwiek żeglarskim doświadczeniem – zanim trafił na Baghrę, w ramach robót karnych pływał przez pewien czas na statku handlowym – i bezwstydnie się tym chełpił.

– Oj, zamknij się już – prychnął Ramsa. – Przecież i tak nie ty sterujesz.

– Jestem nawigatorem!

– Nawigatorem jest Aratsha. Ty po prostu lubisz postać sobie przy sterze.

Rin była szczerze zadowolona, że nie muszą wykonywać manewrów samodzielnie. Dzięki temu nie musieli najmować od Moag dodatkowych członków załogi. Ich szóstka, przy ograniczonych do minimum żeglarskich obowiązkach na pokładzie i wsparciu kierującego jednostką błogosławionego Aratshy, w zupełności wystarczała, by pewnie doprowadzić statek w dowolnie wybrany rejon Morza Południowonikaryjskiego.

Piracka królowa wypożyczyła cike szybki statek przemytniczy o nazwie „Karakal”, smukły i zwinny, na którego burtach konstruktorzy w jakiś niesamowity sposób upchnęli po aż sześć dział. Było ich zbyt niewielu, by mogli je obsadzić, lecz Ramsa wpadł na niezwykle sprytne rozwiązanie. Za pomocą kawałka dratwy połączył ze sobą wszystkie dwanaście lontów, co pozwalało oddać jednoczesną salwę z obu burt.

Pokładowa artyleria stanowiła jednak środek rezerwowy i ostateczny. Rin nie planowała uciekać się do pomocy dział. Skoro Moag nie zależało na jeńcach, wystarczyło podpłynąć do wrogiego statku na tyle, by mogli przedostać się na jego pokład.

Złożyła splecione dłonie na relingu, oparła na nich podbródek i zapatrzyła się w wodną pustynię. Żeglowanie okazało się zajęciem dalece mniej ciekawym od podkradania się do obozów armii przeciwnika. Pola bitewne na lądzie zapewniały wprost niewyczerpaną dawkę rozrywki. Ocean opowiadał wyłącznie o samotności. Cały poranek spędziła wpatrzona w szary, monotonny widnokrąg, walcząc z opadającymi co chwila powiekami. Moag nie potrafiła określić, kiedy dokładnie kapitan malwersant zamierza zawinąć do portu. Mógł pojawić się o dowolnej porze, aż do mniej więcej północy. Rin nie była w stanie pojąć, jak żeglarze radzą sobie z dojmującym na morzu poczuciem dezorientacji. W jej oczach każda fala, każda piędź oceanu wyglądała identycznie jak pozostałe. Owszem, w razie potrzeby mogła się uciec do nawigacji za pomocą gwiazd i map nieba, lecz rozlewający się wokół statku zielonkawoniebieski przestwór nie mówił jej zupełnie nic.

Znajdowali się na wodach Zatoki Omonod. Gdzieś w dali leżała wyspa Speer. Gdzieś tam była też wyspa Federacji. Moag zaproponowała kiedyś, żeby popłynęły razem na Mugen i osobiście oceniły skalę zniszczeń, lecz Rin odmówiła. Wiedziała, co by tam zastały. Miliony ciał uwięzionych w zestalonej lawie, zwęglone szkielety zastygłe w ostatnich momentach życia.

W jakich pozach by ich ujrzała? Czy zobaczyłaby matki wyciągające ręce ku dzieciom? Mężów otaczających ramionami żony? Może ich dłonie skierowane byłyby w stronę morza, jakby w nadziei, że jeśli tylko dotrą do wody, zdołają umknąć przed zabójczymi, gęstymi chmurami siarki pędzącymi w dół górskiego zbocza. Wyobrażała sobie to aż nazbyt często, odmalowała w umyśle obraz prawdopodobnie bardziej żywy i wyrazisty od rzeczywistości. Zamykając oczy, widziała Mugen i widziała też Speer; obie wyspy zlewały się w jej duchu w jedną, ponieważ we wszystkich swoich odmianach ta opowieść brzmiała jednako: stojące w płomieniach ciałka dzieci, skóra odchodząca od mięśni wielkimi, czarnymi płatami, spod których wynurzają się połyskujące kości.

Wszyscy ci ludzie spłonęli w imię cudzej wojny, w imię cudzych błędów; ktoś, kogo nie widzieli nawet na oczy, postanowił, że muszą umrzeć, więc wydając ostatnie tchnienia, nie mogli nawet podejrzewać, dlaczego płomienie wypalają im skórę.

Rin zamrugała i potrząsnęła głową, by oczyścić myśli. Wciąż raz po raz bezwiednie osuwała się w przypominającą sen zadumę. Wczorajszej nocy przyjęła niewielką dawkę laudanum, ponieważ oparzona dłoń nie pozwalała jej zasnąć. Z perspektywy czasu pomysł okazał się fatalny, gdyż opiumowa nalewka wyczerpała ją znacznie bardziej niż narkotyczny dym, a nie sprawiła przy tym nawet ułamka zwykłej przyjemności.

Obejrzała rękę. Ciało nadal miała obrzmiałe, skórę wściekle czerwoną, i to mimo wielogodzinnego moczenia w aloesie. Nie była w stanie zacisnąć pięści bez skrzywienia. Cieszyła się jedynie, że Kitaj nie sparzył jej prawej dłoni, której potrzebowała do miecza. Gdy pomyślała, że musiałaby przycisnąć tak uwrażliwioną w tej chwili skórę do chropowatej rękojeści, przebiegły ją ciarki.

Przeciągnęła kciuk po wnętrzu dłoni i wbiła paznokieć w otwartą ranę. Ból przeszył natychmiast całe ramię, w oczach dziewczyny stanęły łzy. Niemniej jednak pomogło, ocuciła się na dobre.

– Nie trzeba było brać laudanum – zauważył Chaghan.

– Nie śpię przecież. – Drgnęła i wyprostowała się.

– Jasne, jasne. – Stanął obok niej przy relingu.

Rin rzuciła wieszczkowi pełne irytacji spojrzenie i zastanowiła się, jak wiele wysiłku wymagałoby wyrzucenie go za burtę. Doszła do wniosku, że w sumie niewiele. Chaghan był przeraźliwie wręcz chudy. Mogłaby to zrobić. Nikt by za nim nie tęsknił. Raczej nie.

– Widzisz te formacje skalne? – Baji, który musiał jakimś cudem wyczuć nadciągającą awanturę, wsunął się między nich. Wskazał palcem majaczące na dalekim ankhiluuńskim wybrzeżu klify. – Co ci przypominają?

– Człowieka? – Rin zmrużyła powieki.

– Aha. Dokładniej rzecz biorąc, topielca. – Baji pokiwał głową. – Oglądany z morza o zachodzie słońca wygląda, jakby połykał słońce. Można po tym poznać, że Ankhiluun jest już niedaleko.

– Często tutaj bywałeś? – zainteresowała się dziewczyna.

– Bardzo. Raz nawet z Altanem, dwa lata temu.

– Po co?

– Tyr kazał nam zabić Moag.

– I nie daliście rady? – prychnęła pod nosem Rin.

– Mówiąc uczciwie, był to jedyny raz, kiedy Altan nie wykonał misji.

– Och, z pewnością – odparła. – Altan cudowny. Altan doskonały. Najlepszy komandor, pod którym służyliście. Wszystko robił najlepiej.

– Z wyjątkiem Chuluu Korikh – wtrącił Ramsa. – To była wręcz monumentalna katastrofa.

– Trzeba przyznać, że Altan naprawdę podejmował sporo taktycznie trafnych decyzji. – Baji przeciągnął dłonią po policzku. – Z tym że potem nastąpiła cała seria takich… no wiecie… beznadziejnych.

Ramsa zagwizdał.

– Fakt. Pod koniec rozstał się z rozumem.

– No racja. Troszkę mu się oszalało.

– Przestańcie obgadywać Altana – syknął Chaghan.

– Szkoda, że nawet najlepsi w końcu wariują – ciągnął Baji niezrażony. – Weźmy takiego Feylena. I Huleinina. A pamiętacie, jak w Khurdalain Altan zaczął lunatykować? Przysięgam, pewnej nocy wracam sobie spokojnie ze sraczyka, a ten…

– Zamknij się, mówię! – Chaghan trzasnął oburącz o reling.

Rin wyczuła wyraźną, przelewającą się przez pokład falę mrozu; przedramiona obsypała jej gęsia skórka. Powietrze zastygło jak w ulotnej chwili między błyskawicą a grzmotem. Końcówki białych jak kość włosów wieszczka zaczęły się skręcać.

I tylko wyraz twarzy Chaghana nie pasował do roztaczanej przez niego aury. Wyglądał, jakby miał się zaraz rozpłakać.

– Jasne, w porządku. – Baji pojednawczo uniósł dłonie. – W cyc Tygrysa, no. Przepraszam.

– Nie macie prawa! – wycedził Chaghan. Wymierzył palcem w Rin. – Zwłaszcza ty.

– Co to ma znaczyć? – zjeżyła się.

– Bo to twoja wina, że…

– Że co?! – podniosła głos. – No dalej! Wykrztuś to wreszcie!

– Ej, ej! – Ramsa wepchnął się między nich. – Trochę spokoju, na Wielkiego Żółwia. Altan nie żyje, jasne? Nie żyje i już. Żrąc się, życia mu nie zwrócicie.


– Weź zerknij. – Baji podał Rin lunetę i zwrócił jej uwagę na czarny punkcik, sunący tuż nad horyzontem. – Czy to ci wygląda na statek Czerwonej Dżonki?

Rin spojrzała w okular i wytężyła wzrok.

Pływającą na usługach Moag flotę Czerwonej Dżonki tworzyły jednostki charakterystyczne – przemytnicze statki wąskie i szybkie na tyle, by sprawnie uciekać zarówno okrętom marynarki cesarskiej, jak innym piratom. Wyposażone były w przepastne ładownie, pozwalające transportować pokaźne ładunki opium, a także specyficznego kształtu żagle, kojarzące się z płetwami karpia. Na otwartych wodach kapitanowie ukrywali wszelkie pozwalające zidentyfikować statek oznaczenia, lecz przybijając do portów Morza Południowonikaryjskiego, wciągali na maszt szkarłatną banderę Ankhiluun.

Ta konkretna jednostka była jednak tworem pękatym, opasłym i przysadzistym, o wiele bardziej obłym od standardowych okrętów przemytniczych. Zamiast czerwonych płynęła pod białymi żaglami, nad którymi w dodatku nie powiewała najmniejsza nawet bandera. Na oczach Rin statek wykonał niedorzecznie ostry zwrot w ich stronę, manewr w oczywisty sposób niemożliwy bez pomocy szamana.

– To nie są ludzie Moag – stwierdziła.

– Co wcale nie znaczy, że to wrogowie – zauważył Ramsa. Chłopak obserwował tajemniczą jednostkę przez własną lunetę. – Mogą być wręcz przyjaźni.

 

Baji prychnął.

– Jesteśmy zbiegłymi przestępcami, pracującymi dla szefowej zgrai piratów. Jak sądzisz, ilu mamy w tej chwili przyjaciół?

– No dobra, nie dyskutuję. – Ramsa złożył lunetę i wcisnął ją do kieszeni.

– Po prostu zacznijmy strzelać – podsunął Chaghan.

Baji obrzucił wieszczka pełnym niedowierzania spojrzeniem.

– Słuchaj, nie wiem, ile czasu spędziłeś na morzu, ale powiem ci, że kiedy spotykasz obcy okręt wojenny, nieoznaczony i mogący iść na czele ukrytych za horyzontem kolegów, to prawidłową reakcją jest zazwyczaj nie strzelać.

– Niby dlaczego nie? – zdziwił się Chaghan. – Sam powiedziałeś, że to nie mogą być przyjaciele.

– Co wcale nie znaczy, że szukają zaczepki.

Głowa Ramsy obracała się w tę i z powrotem pomiędzy Chaghanem i Bajim. Chłopak przypominał w tej chwili mocno skonsternowanego pisklaka.

– Nie strzelaj – pospiesznie rzuciła mu Rin. – Przynajmniej dopóki nie dowiemy się, co to za jedni.

Statek podpłynął już na tyle blisko, że zdołali rozróżnić widniejące na burcie znaki. „Kormoran”. Rin przejrzała przed rejsem listę cumujących w Ankhiluun jednostek Czerwonej Dżonki. „Kormoran” w tym dokumencie nie figurował.

– Widzicie? – Ramsa znów podniósł lunetę do oka. – Co jest, do cholery?

– Co? – Dziewczyna nie miała pojęcia, co tak zaniepokoiło młodzika. Nie zauważyła jeszcze na „Kormoranie” ani jednego żołnierza pod bronią. W ogóle nie widziała ani jednego członka załogi.

Moment później dotarło do niej, że to właśnie jest dziwne.

Na pokładzie obcego statku nie było żywej duszy.

Nikt nie stał przy sterze. Nikt nie siedział przy wiosłach. „Kormoran” znalazł się już w tak niewielkiej odległości, że panująca na jego pokładzie pustka uderzyła wszystkich.

– Przecież to niemożliwe – odezwał się Ramsa. – Co tę łajbę napędza?

Rin wychyliła się za burtę i zawołała:

– Aratsha! Ster prawo na burt!

Aratsha posłuchał. „Karakal” zmienił kurs szybciej, niż uczyniłby to dowolny napędzany wiosłami statek świata. Obca jednostka odbiła niemal natychmiast, dopasowała swój kurs za pomocą równie ostrego, niesamowicie precyzyjnego zwrotu. „Kormoran” był szybki. Mimo że „Karakala” prowadził Aratsha, drugi statek bez problemu dotrzymywał im kroku. Po kilku sekundach płynęli niemal burta w burtę. „Kormoran” podchodził równolegle do statku cike. Ktokolwiek znajdował się na pokładzie, planował abordaż.

– Statek widmo… – wyszeptał lękliwie Ramsa.

– Nie bądź głupi – fuknął Baji.

– W takim razie mają szamana. Chaghan miał rację, trzeba strzelać.

Wszyscy spojrzeli na Rin, czekali, by potwierdziła rozkaz. Dziewczyna otworzyła usta i w tej samej chwili powietrzem wstrząsnął huk. Pokład „Karakala” zakołysał się im pod stopami.

– Nadal uważacie, że to nie wrogowie? – zapytał Chaghan.

– Ognia – rzuciła Rin.

Ramsa zbiegł po drabince, by zapalić lont. Po kilku sekundach statkiem szarpnęły głuche eksplozje, działa na prawej burcie wypaliły jedno po drugim. Rozżarzone żelazne kule pomknęły nad wodą, ciągnąc za sobą jaskrawopomarańczowe smugi. Nie wybiły jednak dziur w kadłubie „Kormorana” – odbiły się nieszkodliwie od pokrywających statek stalowych płyt. Trafienia ledwie tylko zakołysały okrętem. „Karakal” tymczasem alarmująco chylił się na sterburtę. Rin zerknęła w dół – dostali bardzo poważnie i mimo że o żeglarstwie i statkach wiedziała tyle co nic, uszkodzenia wydały się jej groźne i nieodwracalne. Zaklęła pod nosem. Zanosiło się na to, że do brzegu będą musieli dopłynąć szalupą. Pod oczywistym warunkiem, że wcześniej nie rozprawi się z nimi „Kormoran”.

Spod pokładu dolatywał Rin tupot pospiesznych kroków Ramsy, starającego się jak najszybciej przeładować działa. Nad głową śmignęło jej kilka strzał – śmiała próba Qary – lecz i one tylko bezsilnie stuknęły o burty rywala. Qara nie miała do czego strzelać – brakowało wrogiej załogi. Ktokolwiek dowodził „Kormoranem”, nie potrzebował łuczników, dysponował przecież szeregiem armat tak potężnych, że zapewne mogłyby zdmuchnąć „Karakala” z powierzchni oceanu w kilka krótkich minut.

– Podpłyńmy bliżej! – wykrzyknęła Rin. Przeciwnik był lepiej uzbrojony i sprawniej manewrował. Jedyną szansę dla cike widziała w abordażu i podpaleniu wrogiej jednostki. – Aratsha, pomóż! Muszę się przesiąść!

Wtem jednak znieruchomieli. „Karakal” stanął i zakołysał się apatycznie na falach.

– Aratsha!

Żadnej odpowiedzi. Rin przewiesiła się przez reling i nachyliła, by spojrzeć jak najdalej. Zauważyła pod wodą dziwną czarną smugę, przypominającą nieco wstęgę dymu. Krew? Ale przecież Aratsha nie krwawił, nie w swojej wodnej postaci. Zresztą podwodny obłok był na krew stanowczo zbyt ciemny. Tak, bardziej przypominał atrament.

Tuż nad głową przemknął jej jakiś pocisk. Uchyliła się. Salwa plusnęła w wodę. Wokół miejsca uderzenia rozeszła się kolejna fala czerni.

To naprawdę był atrament.

Napastnicy strzelali wypełnionymi tuszem pociskami prosto do morza. Robili to celowo. Wiedzieli, że statkiem cike kieruje szaman. Z premedytacją oślepili Aratshę, doskonale rozumieli naturę jego daru. Rin poczuła w piersi nieprzyjemny ucisk. Atak nie był dziełem przypadku. „Kormoran” polował konkretnie na cike i był przygotowany do unieszkodliwiania ich mocy. Wpadli w starannie przemyślaną, z góry przygotowaną zasadzkę.

Moag. Sprzedała ich Moag.

W powietrzu świsnęła kolejna seria pocisków, tym razem wymierzonych w pokład. Rin kucnęła i skuliła się, czekając na huk. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Ładunek wybuchowy z zapalnikiem czasowym?

„Karakalem” nie zakołysała ognista eksplozja. Z pocisków podniosła się za to chmura czarnego dymu, pęczniejąca z przeraźliwą wręcz prędkością. Rin nawet nie próbowała uciekać. Ciemne kłęby w kilka sekund zasnuły cały pokład.

Nie była to wyłącznie zasłona dymna, opary okazały się duszące – dziewczyna spróbowała odetchnąć, lecz powietrze nie dotarło do płuc; zupełnie jakby nagle zamknęła się jej krtań, jakby ktoś ścisnął Rin za szyję i przyparł do ściany. Zadławiła się i zatoczyła. Wyczuła słodkawy, mdlący, przeraźliwie znajomy aromat.

Opium.

Znają nasze moce, pomyślała spanikowana. Wiedzą, jak nas osłabić.

Suni i Baji padli na kolana, pokonani bez walki. Rin nie miała pojęcia, gdzie jest Qara, ale łuczniczka przestała już strzelać. W kłębach dymu wyraźne były jedynie zarysy bezwładnych sylwetek Ramsy i Chaghana. Tylko ona wciąż stała, wstrząsana gwałtownym kaszlem, z uniesionymi do gardła, słabnącymi rękoma.

Paliła opium tak często, że dokładnie znała kolejne fazy jego działania. Wiedziała, że to już tylko kwestia czasu. Najpierw oszałamiające doznanie szybowania, lotu, któremu towarzyszy irracjonalna euforia.

Później otępienie, niemal równie przyjemne.

A potem już nic.


Ręce piekły, jakby włożyła je do ula. W ustach czuła posmak węgla drzewnego. Spróbowała przełknąć, zwilżyć gardło śliną, lecz zdołała zebrać językiem jedynie obrzydliwą grudkę flegmy. Z wysiłkiem podniosła powieki. Brutalny atak jaskrawego światła wycisnął z oczu łzy; zanim się rozejrzała, musiała kilka razy zamrugać. Siedziała przywiązana do masztu, ramiona miała wyciągnięte wysoko nad głowę. Na próbę poruszyła palcami. Zdrętwiały. Spętano jej też nogi, sznur trzymał tak mocno, iż nie była nawet w stanie ugiąć kolan.

– Oho, budzi się. – Głos Bajiego.

Rin wykręciła szyję, lecz nie udało się jej zobaczyć cike. Ruch wywołał gwałtowną falę zawrotów głowy. Nawet skrępowana miała wrażenie, że szybuje w powietrzu, a patrząc w górę bądź w dół, czuła się, jakby spadała w bezdenną przepaść. Zacisnęła powieki.

– Baji? Gdzie jesteś?

– Za tobą – padła odpowiedź. – Po drugiej stronie… masztu. – Język mu się plątał, ledwie rozumiała pojedyncze słowa.

– A reszta? – zapytała.

– Wszyscy obecni – zameldował z drugiej strony Ramsa. – Aratsha jest w tej beczce.

– Zaraz, w beczce. – Rin usiadła prosto. – Czy on może nas…?

– Śnij dalej. Zamknęli go, a wieko zapieczętowali. Tyle dobrego, że nie musi oddychać. – Rin domyśliła się, że Ramsa naprężył ramiona, ponieważ więzy na jej nadgarstkach boleśnie się zacisnęły.

– Przestań się wiercić – syknęła.

– Przepraszam.

– Czyj to statek? – spytała.

– Nie chcą gadać – odezwał się Baji.

– Oni? Czyli kto?

– Trudno powiedzieć. Zakładam, że Nikaryjczycy, ale nawet się do nas nie odzywają. E! Ty tam! – zawołał Baji do wartownika, który musiał stać za plecami Rin. – Nikaryjczyk jesteś?

Cisza.

– Widzisz? Mówiłem – rzucił Baji.

– Może to niemowy? – zasugerował Ramsa.

– Nie bądź, kurwa, głupi – prychnął Baji.

– Przecież to możliwe! Skąd wiesz, że nie?

Nie było w tym zupełnie nic zabawnego, lecz nagle chłopak parsknął śmiechem, przy czym nachylił się tak, że liny boleśnie wgryzły się w ramiona wszystkich pozostałych.

– Moglibyście się zamknąć? – kilkanaście stóp dalej rozległ się głos Chaghana.

Rin uchyliła na moment powieki, akurat na tyle, by zobaczyć Chaghana, Qarę i Suniego przywiązanych do masztu naprzeciwko.

Chaghan opierał się o siostrę. Suni wciąż był nieprzytomny, głowa zwisała mu bezwładnie na piersi. Poniżej jego rozchylonych ust zebrała się gęsta kałuża śliny.

– O, dzień dobry – rzucił Ramsa. – Ciebie też dobrze widzieć.

– Stul pysk, do cholery – burknął wieszczek, po czym nastąpił przeciągły katalog przekleństw zwieńczonych zbitką „pieprzone nikaryjskie świnie”.

– Co ty? Jeszcze jesteś naćpany? – Ramsa zaniósł się przenikliwym śmiechem. – W cyc Tygrysa! Chaghan się naćwikał!

– Nie… jestem…

– Prędko, niech go ktoś zapyta, czy cierpi na chroniczne zatwardzenie, czy taką ma po prostu minę.

– Przynajmniej mam oboje oczu – odgryzł się Chaghan.

– Och, och! „Mam oboje oczu”. Toś mi przygadał. Ja przynajmniej nie jestem tak chudy, że mógłby mnie przewrócić byle gołąb…

– Zamknijcie się – syknęła Rin. Uniosła powieki i spróbowała rozeznać się w otoczeniu. Widziała jednak tylko sunące za burtą fale oceanu. – Ramsa, co widzisz?

– Burtę. I kawałek morza.

– Baji?

Cisza. Czyżby znowu zasnął?

– Baji! – wydarła się.

– Hmm? Co?

– Co widzisz?

– Hę? Swoje nogi… wręgę… niebo…

– Nie, kretynie. Powiedz, dokąd płyniemy.

– Skąd mam, kurwa, wiedzieć…? Moment… Widzę przed nami jakiś punkcik. Aha, zdecydowanie coś tam jest. Pewnie wyspa.

Serce dziewczyny zabiło szybciej. Speer? Mugen? Tylko że od obu wysp dzieliły ich tygodnie rejsu; nie mieli prawa znaleźć się w pobliżu jednej z nich. Nie pamiętała też żadnych wysp w rejonie Ankhiluun. Może więc jakaś stara baza hesperyjskiej marynarki wojennej? Te jednak były od dawna opuszczone. A żeby obcokrajowcy wrócili, polityka zagraniczna Nikan musiałaby diametralnie zmienić priorytety.

– Jesteś pewien? – rzuciła.

– Niezupełnie. Poczekaj… – Baji na moment zawiesił głos. – O Wielki Żółwiu! To okręt! Ale ładny!

– Ładny? Okręt? Co to znaczy?

– Że gdyby ten okręt był człowiekiem, chętnie bym go przeleciał – wyjaśnił Baji.

Rin doszła do wniosku, że dopóki opium nie przestanie działać, Baji na wiele się im nie przyda. Zaraz potem transportujący ich statek skręcił mocno na prawo, wskutek czego oczom dziewczyny ukazała się jednostka będąca w rzeczy samej naprawdę ładnym okrętem. I bardzo dużym. Wpłynęli w cień największego okrętu wojennego, jaki kiedykolwiek widziała: potwornych rozmiarów dżonki bojowej, wyposażonej w kilka najeżonych katapultami pięter, o burtach usianych niezliczonymi otworami strzelniczymi. Na szczycie wznoszącej się na głównym pokładzie wieży przycupnął masywny trebusz.

Rin studiowała wprawdzie w Sinegardzie podstawowe zasady wojny na morzu, lecz niezbyt się do tego przedmiotu przykładała. Flota cesarstwa Nikan znacznie wcześniej popadła w ruinę, a stanowiska oficerskie w marynarce przypadały jedynie najbardziej zatwardziałym obibokom i pasożytom. Pomimo tego wiedziała o sprawach morza dość, by zrozumieć, że ten statek nie powstał w cesarskiej stoczni.

Nikaryjczycy po prostu nie potrafili konstruować tak potężnych jednostek. To musiał być okręt obcych.

Przyćmiony umysł dziewczyny mozolnie rozważył wnioski. Hesperianie nie brali udziału w trzeciej wojnie makowej – gdyby jednak zdecydowali się opowiedzieć po którejś ze stron, sprzymierzyliby się z cesarstwem, co oznaczało…

Wtem Rin doleciały komendy, jakimi przerzucała się załoga wielkiego statku. Marynarze posługiwali się płynnym nikaryjskim. „Stop. Gotuj się do wejścia na pokład”. Kto z nikaryjskich generałów mógł zyskać dostęp do hesperyjskich okrętów?

 

Rin usłyszała pokrzykiwania, jęk prężącego się drewna i ciężkie, dudniące na pokładzie kroki. Naparła mocniej na liny, lecz osiągnęła tyle, że otarła sobie skórę na przegubach; zapiekło, jakby sznur podrażnił żywe mięso.

– Co się dzieje?! – wrzasnęła. – Coście za jedni?

Ktoś wydał polecenie sformowania szyku powitalnego, co oznaczało, że na statku spodziewano się wysokiego rangą gościa. Czyżby możnowładca? A może Hesperianin?

– Chyba chcą nas komuś przekazać – odezwał się Baji. – Powiem tyle, miło było was poznać. Z twoim wyjątkiem, Chaghan. Dziwak jesteś.

– Spierdalaj! – fuknął wieszczek.

– Słuchajcie, mam w tylnej kieszeni kawałek kości wieloryba – rzucił Ramsa. – Rin, gdybyś ją rozgrzała, to przepali moje więzy, a potem szybko ją wyciągnę i…

Chłopak mówił dalej, lecz dziewczyna prawie przestała go słyszeć. W polu jej widzenia pojawił się bowiem młody mężczyzna. Generał, jeśli sądzić po mundurze. Pół twarzy ukrywał pod maską – sinegardzką maską operową, wykonaną z błękitnej ceramiki. Uwagę Rin przykuła jednak przede wszystkim wysoka, smukła sylwetka i sposób, w jaki mężczyzna się poruszał: stąpał pewnym siebie, aroganckim krokiem, jakby oczekiwał, iż wszyscy na jego drodze będą kłaniać mu się w pas.

Rin znała ten krok.

– Suni zajmie się tym dużym wartownikiem, a ja przejmę działa, sprowokuję eksplozję czy coś…

– Ramsa… – syknęła ściśniętym głosem dziewczyna. – Stul. Pysk.

Generał przeszedł przez pokład i zatrzymał się przed cike.

– Dlaczego są związani? – zapytał.

Rin zesztywniała. Znała również ten głos.

Do oficera podskoczył jeden z członków załogi.

– Generale, zostaliśmy ostrzeżeni, by nie spuszczać oka z ich rąk.

– To są nasi ludzie. Nie więźniowie. Uwolnić ich.

– Tak jest, ale oni…

– Bardzo nie lubię powtarzać.

To musiał być on. Jak dotąd poznała tylko jedną osobę zdolną w kilku krótkich słowach zawrzeć tak przemożną dawkę pogardy.

– Skrępowaliście tych ludzi tak mocno, że krew przestała im krążyć w kończynach – podjął generał. – Jeśli przekażecie ich mojemu ojcu nie w pełni zdrowych, będzie zły. Bardzo zły.

– Generale, nie sądzę, że rozumiesz naturę zagrożenia…

– Och, rozumiem doskonale. Studiowałem z nią na jednym roku. Prawda, Rin?

Generał kucnął przed Rin i zdjął z twarzy maskę.

Aż się wzdrygnęła.

Chłopiec, którego pamiętała, był piękny. Porcelanowa cera, rysy tak delikatne, że nie oddałby ich najprzedniejszy rzeźbiarz, łagodnie wygięte łuki brwi wyrażające ową specyficzną mieszankę poczucia wyższości i bezbronności, jaką od stuleci próbowali uchwycić w strofach wierszy nikaryjscy poeci.

Teraz Nezha nie był już piękny.

Lewa połowa twarzy chłopaka wciąż była, za sprawą jakiegoś dziwacznego zrządzenia losu, urodziwa; nadal pokrywała ją skóra gładka jak powierzchnia kosztownej ceramiki. Za to prawa strona… Prawą stronę szpeciły blizny, krzyżujące się na policzku i tworzące wzór przypominający żółwiową skorupę.

To nie były naturalne blizny. Nie przypominały śladów poparzeń, jakie widziała na ciałach ludzi zabitych przez gaz. Skóra Nezhy powinna być skręcona i zdeformowana, może nawet całkowicie poczerniała. Cerę miał jednak równie bladą jak zawsze. Porcelanowa twarz nie pociemniała, wyglądała natomiast, jakby pękła na kawałki i została z powrotem sklejona. Dziwna geometria blizn prowokowała wrażenie, że ktoś naniósł je na policzek chłopaka cieniutkim pędzelkiem.

Usta miał rozciągnięte w permanentnym uśmieszku, unoszącym się ku lewej połowie twarzy, zniekształcona warga odsłaniała zęby. Całość tworzyła nabrzmiałą pogardą maskę, której nie mógł zdjąć.

Gdy Rin spojrzała Nezhy w oczy, ujrzała w duchu sunący ponad więdnącą trawą tuman ohydnych, żółtawych oparów. Usłyszała wrzaski przeradzające się w zdławiony kaszel. Dobiegł ją czyjś głos, raz po raz wykrzykujący jej imię.

Z każdą sekundą trudniej jej było oddychać. Uszy wypełniło brzęczenie, w oczach zatańczyły czarne mroczki, przypominające rzucone na wilgotny pergamin krople atramentu.

– Przecież ty nie żyjesz – powiedziała. – Widziałam, jak umierasz.

Nezha obrzucił Rin rozbawionym spojrzeniem.

– A wszyscy mówili, że jesteś mądrzejsza.