Jako dowód i wyraz przyjaźni

Tekst
Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Fajne Chłopaki

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Erich Lessing / Magnum Photos

Copyright © by Wydawnictwo Czarne, 2015

Redakcja Magdalena Budzińska

Archiwa i materiały prasowe Jakub Halcewicz-Pleskaczewski, Maria Świetlik

Materiały fotograficzne Katarzyna Bułtowicz

Koordynacja pracy Małgorzata Poździk / d2d.pl

Korekta Magdalena Kędzierska-Zaporowska i Agata Czerwińska / d2d.pl

Redakcja techniczna i skład Robert Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej Janusz Oleś / d2d.pl

ISBN 978-83-8049-122-9

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

ZAMIAST WSTĘPU

Marta Zielińska Największy plac w Europie

REPORTAŻE O PAŁACU KULTURY

Mariusz Szczygieł Kamienny kwiat

Mariusz Szczygieł Symbol przyjaźni i pokoju

Karol Małcużyński Szturmowa brygada przyjaźni

Bronisław Łagowski U budowniczych Pałacu Kultury i Nauki w Jelonkach

Mirosław Kowalewski Tam także buduje się Pałac

Roman Frister Poprzez czterdzieści pięter Pałacu Przyjaźni

Andrzej Chrzanowski Po osiemnastu miesiącach budowy Pałacu Kultury i Nauki

Bohdan Czeszko To było chyba przed wiekami…

Marcin Kołodziejczyk Jak budował się Pałac

Marcin Kołodziejczyk Czwartek, 21 lipca – Pałac Kultury i Nauki

Marcin Kołodziejczyk Pałac „wziął” warszawiaków

Marcin Kołodziejczyk Duma, siła, radość

Włodzimierz Kalicki Przyjaźń bez rajstop

Włodzimierz Kalicki Park w środku miasta wyrósł jak spod ziemi

Beata Pawlak Słowo o pomniku Stalina

Jerzy Morawski Obrona Sali Kongresowej

Zbigniew K. Rogowski 10 lat słynnej w Polsce (i za granicą) Sali

Marek Sadzewicz Gmach pożądliwych westchnień małych Edisonów

Olgierd Budrewicz Pałac Kultury i Nauki

Cezary Łazarewicz Wentyl, czyli gwóźdź

Andrzej Friszke Gwiazda Gomułki zgasła w Marcu

Kazimierz Koźniewski Znakomity interes społeczny

Krzysztof Malinowski Jarmark książek

Hanna Krall Pałac

Cezary Leszczyński, Krystyna Pytlakowska Kochany Pałacu, pomóż mi…

Joanna Solska Tort z piaskowca

Grzegorz Sroczyński Ostatnia noc z PZPR

Piotr Łojewski Duchy w Pałacu

Witold Pawłowski Bazar braterstwa narodów

Ewa Wilcz-Grzędzińska Pod Pekinem

Zofia Uszyńska To jest moje!

Katarzyna Bielas, Dorota Jarecka Była tu jakaś Przyjaźń?

Sławomir Mizerski Najwyższy czas

Joanna Podgórska Pałac kultury i natury

Angelika Kuźniak Jestem pałacowy pomnik

Anna Wittenberg Windziarki

Spis ilustracji

Przypisy

Kolofon


Marta Zielińska
Największy plac w Europie

Mamy w Warszawie wielki plac z ogromną budowlą w środku, a raczej niezupełnie w środku, przez co ów plac wydaje się jeszcze rozleglejszy. Powstał podobno, by służyć defiladom, ale nigdy mi się z defiladami nie kojarzył. Bardziej z kiermaszami książek, które też już stamtąd zniknęły.

Dziś plac systematycznie podupada. Chaos tego miejsca, zdumiewający w centrum europejskiej przecież stolicy, jaskrawo przeczy nazwie niegdyś mu nadanej. Niknący w rozległej przestrzeni przechodnie przemykają tamtędy bezładnie po jakichś niewidocznych szlakach zastępujących ulice – równie bezładnie krążą i przystają samochody, autobusy i wielkie ciężarówy. Od strony Alej widać płoty i wykopki, od Świętokrzyskiej – resztki kiermaszowych budek czy straganów z paroma przygodnymi handlarzami, a wszystko razem obrośnięte jest po brzegach niestarymi jeszcze, a już niszczejącymi drzewami. Chyba dla dopełnienia rozgardiaszu pojawiają się tam co pewien czas różne sensacje, w rodzaju gabinetu figur woskowych lub zapeklowanego wieloryba.

Nikt w Warszawie nie kocha tego placu, którego rozległość powiększa wbity weń nieproporcjonalnie wielki Pałac Kultury, nadając całości kształt monstrualnego sześcianu powietrza nakrytego niebem. Bardzo źle się tamtędy chodzi. Zimą wieją lodowate wichry i nie ma się gdzie schronić przed nagłą ulewą czy zamiecią. Latem bezlitośnie praży słońce. Te rozmaite niewygody, połączone z okropną nudą marszu po byle jakiej przestrzeni, rozszerzają wymiary owego śródmiejskiego prostokąta prawie do nieskończoności.

W północnym i południowym krańcu placu, tak mniej więcej na wysokości Poznańskiej, leżą wmurowane w chodnik dwie tablice pamiątkowe. Istniała jeszcze i trzecia, ale już jej nie znalazłam, zniknęła za płotem wykopków. Podobnych tablic nie ma chyba żadne inne miasto. Nie upamiętniają one ani ludzi, ani zdarzeń, lecz zaznaczają zwyczajne skrzyżowania. Na jednej napis z brązu głosi: „Tu było skrzyżowanie ulic Wielkiej i Śliskiej”, na drugiej: „Tu było skrzyżowanie ulic Chmielnej i Wielkiej”. Było. Teraz są duchy skrzyżowań. Symboliczne nagrobki – tak tutaj popularne.

Przed stu z górą laty Prus pokpiwał sobie z kupców umieszczających na chodnikach litery reklamujące sklepy. Owe pomysłowe „szyldy” rzeczywiście dobitnie się reklamowały, gdyż ślizgali się na nich przechodnie, a co więksi pechowcy na całe życie je zapamiętywali. Teraz dziwnym trafem ulica Śliska i dwie inne doczekały się takiej śliskiej pamiątki-pułapki, tylko na kogo czy na co zastawionej?

Wojenne zniszczenie miasta nie tłumaczy dostatecznie pochodzenia owych tablic. Bo – zgodnie z tą logiką – całą dzisiejszą Warszawę, a przynajmniej Śródmieście z przyległościami, należałoby przyozdobić podobnymi informacjami. Że tędy biegła Rymarska, a tamtędy Nalewki, tu był róg Śniadeckich i Koszykowej, a tam plac Kazimierza. O budynkach godnych upamiętnienia już nie wspomnę. Dlaczego więc akurat przed Pałacem Kultury je umieszczono? Nie wiem, kto wpadł na tę myśl, ale wiem, że poprzez nią właśnie przemówił duch Warszawy, miasta, które – pozbawione wystarczająco solidnej i niezmiennej podstawy materialnej – szuka schronienia w bytach idealnych, czyli w słowach, w literach. Zwłaszcza wtedy, gdy materia w wyraźny sposób sprzeciwia się duchowi. Mówiąc mniej górnie, coś musiało być z tym wielkim placem w centrum Śródmieścia bardzo nie w porządku, skoro jego przeszłość zachowano na chodniku, by kwestionowała i podawała w wątpliwość ów plac. Zmiana, która tam zaszła, przekroczyła chyba jakąś granicę zmian – wielu przecież – tolerowanych w odbudowującej się z ruin stolicy.

 

Nasz plac zatem, przezwany w Złym Tyrmanda „największym placem w Europie”, jest miejscem szczególnym. Dziwnie, symbolicznie jakby odzwierciedla on los Warszawy, całe jej pokrętne dzieje ostatnich stu kilkudziesięciu lat. Niedługa historia tego placu w zastanawiający sposób zatoczyła koło: był kiedyś polem chaotycznie zabudowanym drewnianymi przeważnie domkami i obsadzonym drzewami, teraz zaś – wbrew wszelkim planom architektów – znów zbliża się do tej postaci: też są drzewka oraz byle jak porozstawiane drewniane kioski i baraki robotników. Owszem, stoi także Pałac Kultury, ale trzeba podnieść wzrok, by go dojrzeć, bo normalnie z perspektywy przechodnia widać tylko w oddali poszczególne jego skrzydła oderwane od siebie, nieukładające się w sensowną całość. Jest za duży do ogarnięcia, więc rozpadł się na kawałki: osobno góra, osobno dół, a dół jeszcze na oddzielne części. Ten, kto znajdzie się pod samym Pałacem, ogląda głównie pustą przestrzeń z trzech stron świata.

Krótka miejska kariera placu rozpoczęła się w połowie lat czterdziestych ubiegłego wieku wraz z otwarciem Kolei Żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej. Wtedy to właśnie powoli wytracił on wolną przestrzeń, by przekształcić się ostatecznie w ruchliwe, gęsto zabudowane ulice. Na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych naszego stulecia plac nienaturalnie szybko przeszedł ewolucję w przeciwnym kierunku: został wyczyszczony z gruzów i ocalałych fragmentów ulic. Opustoszał. […] Zachodnie resztki Śliskiej, Siennej, Złotej i Chmielnej przechowują w swej dziwnej, niepełnej, wysokiej numeracji budynków pamięć po utraconych kamienicach – tak jakby czekały, jakby spodziewały się, że któregoś dnia odrosną z powrotem w stronę Wisły[1]. A tablice mówiące o nieistniejących skrzyżowaniach nieustannie przypominają i nam, i temu placowi, że nic na świecie, a zwłaszcza w Warszawie, nie jest wieczne.

Dzieje tego kawałka Śródmieścia – zanim stał się największym placem w Europie – nie budziły specjalnego zainteresowania. Były po prostu bardzo typowe. Nawet tak bardzo, że tu akurat, mniej więcej w samym środku, na linii ulicy Złotej łączyły się ze sobą dwa światy dawnej Warszawy: polski od południa, żydowski od północy. W czasie wojny prawie cała północna połowa dzisiejszego placu znalazła się (nie na długo co prawda) w granicach getta, więc i wtedy miejsce to symbolicznie odzwierciedlało obraz całego miasta. Później podzieliło – rzecz jasna – jego historię powstaniową, a na koniec również tutaj, w ruinach Marszałkowskiej 131 znaleźli schronienie warszawscy „robinsonowie”.

Po wyzwoleniu plac nie przestał być lustrem Warszawy, może nawet jej los i kształt odbijały się tu intensywniej niż przedtem – zarówno w dyskusjach o architekturze, odbudowie i polityce, jak i w tej wietrznej bezładnej pustce porośniętej drzewkami, której pomniejszone, lecz wierne kopie pojawiły się w wielu innych punktach miasta.

W tym dziwnym miejscu u zbiegu Alej i Marszałkowskiej Warszawa przegląda się więc od dawna. Jednak naprawdę ważne zrobiło się ono dopiero po wojnie. Prus na przykład w obszernych przecież Kronikach zwraca się w tę stronę zaledwie kilkakrotnie z racji niezwykłych wprawdzie, choć zwyczajnych dla wielkiego miasta wypadków. W czerwcu 1875 ogląda tam pożar, niszczący drewniaki między Chmielną, Złotą, Wielką i Marszałkowską; wspomina też o zawaleniu się rusztowania przy wznoszonej kamienicy, pod którym w zaimprowizowanej jatce (!) zginęła przygodna klientka. W dziewięć lat później donosi Prus o pierwszych dwóch w Warszawie elektrycznych latarniach zainstalowanych na Marszałkowskiej przy Chmielnej i Złotej, co pośrednio świadczy o wielkomiejskim już wówczas charakterze tej dzielnicy. Na koniec pojawia się jeszcze w styczniu 1898 ulica Sienna 22, gdzie mieszkający tam jakiś doktor Kurtz przyjmował zgłoszenia chętnych do oddawania resztek z obiadów ubogim.

Można by oczywiście napisać mikrohistorię tych paru ulic zawartą w grubym tomie. Nie zmieniłoby to jednak ich przeciętnego obrazu: były takie same, jak reszta miasta zabudowana czynszówkami. Te cztery ulice przecięte dwiema przecznicami stały się inne dopiero wtedy, gdy na oczach wszystkich mieszkańców zaczęły znikać.

Powszechnie uważa się – i z perspektywy dzisiejszej nie wydaje się to dziwne – że Warszawa zniknęła tylko raz: w powstaniu i zaraz po nim. Oczywiście i ten „raz” trzeba traktować umownie, bo niszczenie budynków i ulic odbywało się od początku wojny, tylko nie w tej skali. Niemniej nawet po ostatecznym zburzeniu i spaleniu gruzy oraz szkielety domów zachowały dawny kształt czy raczej zarys miasta. Ten kształt utrzymywał się jeszcze dosyć długo. Ale powoli się zmieniał. Wystarczy porównać dwa plany Warszawy z roku 1956 i z 1986, by się o tym przekonać.

Ulice, które przykrył sobą plac, pierwsze zaczęły przechodzić ze swego powojennego ćwierćbytu w całkowity niebyt. Lecz im bardziej znikały z powierzchni, tym większej wartości nabierała ich przeszłość. Tylko że jaka to była przeszłość? Ani długa, ani specjalnie wzniosła, ani malownicza. Właściwie byle jaka. Żadne złote kaczki na Złotej nie mieszkały, najmarniejsza legenda nie zdążyła się tam urodzić. Więc niby zaszczyt spotkał te ulice – wraz z placem miała się zacząć wielka historia owego przeciętnego dotąd miejsca. Wydaje mi się jednak, iż mało kto wówczas życzył sobie oglądać tutaj wielką historię.

I dlatego tamto dawne, zwyczajne, niknące życie zrobiło się ważne, a sentymentalne o nim wspomnienia stały się jedynym dostępnym w okolicach 1955 czy 1956 roku sposobem wyrażenia opinii na ten drażliwy temat. Sporo wtedy powstało książek o „Warszawie naszej młodości” czy „dzieciństwa”, sięgających najczęściej do bezpiecznej epoki sprzed japońskiej wojny, w których z nieukrywaną satysfakcją opisywano zarówno antycarską postawę warszawskiego społeczeństwa, jak i każdy sklepik po nieparzystej stronie Marszałkowskiej i jej przecznic. Zdarzały się nawet jawne nadużycia popełniane w szlachetnym celu uwznioślenia tego świeżo opustoszałego miejsca. Na przykład Stefania Podhorska-Okołów, omawiając stojący do 1893 roku na Marszałkowskiej dworek „Pod filarkami”, świadomie powtórzyła legendę, przypisującą go marszałkowi Bielińskiemu, choć chyba wiedziała, że należał do mniej popularnej osoby. Tamten dawny przykład rozbiórki osiemnastowiecznego zabytku był czymś w rodzaju komentarza do gigantycznej przemiany, która dokonywała się na placu, jakąś przestrogą przed barbarzyńskim opróżnianiem tej najstarszej części ulicy.

Nie potrzeba przecież było aż smutnej historii dworku, by to barbarzyństwo odczuwać. Nagła przemiana śródmiejskich dotąd ulic w pusty plac wywróciła wszystkie wartości i pomieszała czasy. Ważne stały się i przedwojenne knajpki tamtejsze, gdzie gromadzili się wyścigowi gracze, i powojenny zakonspirowany burdel w okolicach Złotej. Niknęło zarówno tamto stare życie sprzed katastrofy, po której nie miało powrócić do poprzedniego kształtu, jak i to nowe, odradzające się na gruzach. Na placu w ogóle miało nie być normalnego życia.

W ogłaszanych wówczas pamiętnikach nie znajdziemy jednak bezpośrednich wypowiedzi na ten temat. Bezpośrednio nie wypadało głośno mówić, co najwyżej wolno było chwalić zmiany tonem o wątpliwej szczerości. Ale jest powieść, gdzie owo znikanie życia z placu zanotowane zostało z masochistyczną dokładnością. Myślę o Złym Tyrmanda. Przedziwnie udało się temu pisarzowi wyrazić wszystkie uczucia warszawiaków: i żal po każdym śladzie przeszłości; i zawiedzioną nadzieję na normalne miasto – zastygłą w zimnej bryle Pałacu, i nawet jawną niechęć do tak przekształconego kawałka Śródmieścia. A taką niechęć trudno było wtedy otwarcie głosić:

Ta Warszawa, Warszawa tego narożnika […] znikała w oczach, w jej miejsce narastała nowa Warszawa. Kuba spoglądał długo i z zainteresowaniem na kremowy, ogromny obelisk Pałacu Kultury; po czym przeniósł wzrok na rozgardiasz rozkopów, zwałów cegły, piasku, desek, kostek krawężnikowych, elementów prefabrykowanych, rur żelaznych i betonowych, pustaków, na bataliony kompresorów, betoniarek, sprężarek, buldożerów, walców parowych, dźwigów, wywrotek, młotów pneumatycznych, samochodów ciężarowych, które piętrzyły się u stóp wieżowca: z tego chaosu wądołów, rowów i usypisk, z tego krajobrazu krańcowego zamieszania i nieporządku miał się z czasem wyłonić największy plac w Europie. […] Jeszcze pięć lat temu, gdy Warszawa z pierwszą furią biła się o swój wielkomiejski kształt, parterowe, dziwaczne, ciasne i pomysłowe lepianki Marszałkowskiej drażniły, wywoływały gorycz tymczasowości w duszach ludzi, którzy postanowili tu zostać na zawsze. Dziś, wobec bielejącego w środku miasta masywu o kolumnach portalu wysokości czynszowej kamienicy, wschodnie narożniki Alei Jerozolimskich – parterowe, tymczasowe, zatłoczone brzydkimi, prymitywnymi sklepami – już nie drażnią. Budzą ciepły sentyment, jak dla każdego zarania, które minęło i już nie wróci, które musi odejść, ustąpić rozwojowi i wzrostowi. Kubuś pamiętał dobrze pionierską atmosferę tego fragmentu miasta […]. Cieszył się, że powstaje tu centrum nowej, wielkiej Warszawy, i żal było wspomnień, zrywanych teraz kilofami robotników oczyszczających teren wokół „Polonii”[2].

Wbrew racjonalnym tłumaczeniom, przy pomocy których bohater próbuje godzić się z nową rzeczywistością, w opisie rodzenia się placu dominuje ból. Nawet te nagromadzone w jakimś przesadnym nadmiarze akcesoria budowlane przywodzą na myśl narzędzia tortur. Aż tyle ich trzeba było, by wykarczować ulice i przemienić w rozległą pustą przestrzeń. Niby wiadomo, że to i o Pałac chodzi, ale opis tak skonstruowany kojarzy się raczej z największym w Europie placem. A i sam Pałac – zestawiony z prymitywną zabudową Alej – wygląda obco, nieludzko, odlegle. Póki istniała wiara, iż na miejscu tymczasowych budek staną normalne domy, nikt tej prowizorki nie cenił. Dopiero gdy zamiast domów i sklepów pojawił się gigantyczny obelisk, nieobiecujący żadnego codziennego pożytku znękanym mieszkańcom zrujnowanego miasta, tamte prymitywne, lecz żywe i przydatne rudery zrobiły się nagle cenne. Także gruzy zrobiły się cenne, bo były jakimś luksusowym przystankiem pamięci, natomiast wyzywający luksus pałacowej budowli budził zrozumiałe rozdrażnienie. W śmierci ulicy Wielkiej, odnotowanej przez Tyrmanda, znajdziemy takie właśnie uczucia:

Ulica nazywała się Wielka – kiedyś, kiedy istniała. Obecnie stała tu poszarpana przez wojnę i połatana remontami duża kamienica. Ostatnia i przeznaczona do rozbiórki. Jej tłem był kremowy masyw ogromnego wieżowca. Wokół rozciągała się zryta wykopami i sfałdowana wzgórzami materiałów budowlanych przestrzeń największego placu w Europie. Placu, który rodził się w duszącym pyle, tumanach kurzu, w warkocie koparek, betoniarek, spychaczy.

Po ulicy Wielkiej pozostała jezdnia i krawężniki trotuarów, też skazane na zagładę. W gruncie rzeczy ulica Wielka, nawet w dobie swego rozkwitu, nie miała w sobie nic z wielkości. Stanowiła zaplecze centralnej arterii miasta, ulicy Marszałkowskiej. Mieściły się przy niej drugorzędne jadłodajnie i kawiarnie, pełne zakamarków, stołów bilardowych, bookmacherów i ściszonych rozmów na tematy wyścigowych afer[3].

Ta ulica jakby sama sobie przyniosła nieszczęście, zresztą jedyna przepadła całkowicie. Inne biegnące kiedyś przez plac uratowały swe zachodnie i północne odnogi oraz częściowo wschodnie – choć przemianowane. Wielka – nie, gdyż jej dwa południowe kawałki jeszcze przed wojną – szczęśliwie chyba – zmieniły nazwę: na Lwowską i Poznańską, przez co może ocalały razem z domami. Kto wie, co by się stało, gdyby zachowały starą? Stara nazwa na długo przedtem, już od początku opowiadała swój przeszły i przyszły los, bowiem – według Sobieszczańskiego – pochodziła od wielkich przestrzeni i pustych placów wokół niej się ciągnących. Więc czyż nie potraktowano jej właściwie, przemieniając w to, do czego zawsze pretendowała? A może też – zgodnie z dziwną warszawską logiką – znów pojawi się na pamiątkę po tym dużym placu?

Tyrmanda również owa nazwa Wielkiej zastanowiła, ale nie wyciągał z tego żadnych pochopnych wniosków. Zbyt boleśnie odczuwał znikanie przeszłości niezrównoważone wyłaniającym się nowym kształtem ­Śródmieścia. Najostrzejsze na ten temat słowa włożył – rzecz prosta – w usta „czarnych charakterów” ze Złego, by brzmiały niezupełnie zobowiązująco:

 

Meteor pochylił się i otrzepał chusteczką kurz z zamszowych butów.

– Chodzić nie można po tym mieście – poskarżył się. – Kamieniołomy robią ze stolicy.

– Ale kawał pola… – rzekł Życzliwy, zakreślając krąg ręką. – Polonię widać jak na dłoni i róg Poznańskiej. Ale pole! Nie mówiąc już o tym paluszku. – Wskazał na gigantyczną, kremową masę wieżowca.

– Brud, smród, hałas i tyle – sarknął Meteor – potrzebne komu takie duże domy? Mnie by wystarczyła willa.

– To fakt – przyświadczył Życzliwy. – Giną wspomnienia, to najgorsze. Wie pan, co było przed wojną w tej kamienicy? – Wskazał na czarną resztkę domu przy Wielkiej.

– Domyślam się – rzekł Meteor.

– Chodziliśmy tam zawsze nad ranem – westchnął sentymentalnie Życzliwy – dla oficerów ułanów były specjalne zniżki[4].

Obcości i niepotrzebności tego, co powstawało na największym placu Europy, nikomu wówczas nie udało się jaśniej wyrazić. A pamiętajmy, że Tyrmand pisał swą powieść w roku 1954 i jej akcja toczy się w tym samym czasie. Nikt też poza nim nie miał odwagi tak uparcie wpatrywać się w te niknące na placu szczątki dawnego miasta. Białoszewski na przykład, kiedy w Szumach, zlepach, ciągach cofnął się do ulicy Poznańskiej lat pięćdziesiątych, nigdy o placu nie wspomniał. A przecież mieszkał prawie na wprost, był to dlań krajobraz codzienny, te potężne rozkopy. Ale nie, odwracał wzrok od tego miejsca, jakby na widok umarłego. Tylko raz mimochodem zupełnie owe hałdy się pojawiły, gdy kurz stamtąd przeszkodził poecie w oglądaniu zaćmienia słońca.

Cóż zresztą mówić o ludziach, skoro nawet ulice graniczące z placem nie chciały przyjąć go do wiadomości, nie zwróciły się w jego kierunku. Skarżyli się na nie ówcześni architekci i do dziś nie zmienił się ten stan rzeczy. Zarówno Aleje, jak i Marszałkowska ze Świętokrzyską idą w swoją stronę, a my, idąc nimi, widzimy ulice, patrzymy na ulice, a nie na największy plac w Europie.

Trudno się dziwić uczuciom warszawiaków. To nowe, co wyłoniło się w samym środku miasta, musiało przyprawiać o zawrót głowy. Plac, na którym stanął Pałac, był ogromny: pięćset metrów na siedemset. Przed wojną, jak obliczyłam na planie, mieściło się tam około stu dwudziestu domów. Aby zdać sobie sprawę z tej ilości, wystarczy powiedzieć, że dzisiejszy czworokąt pomiędzy Alejami, Pankiewicza, Nowogrodzką i Poznańską posiada dwanaś­cie kamienic. Mogę się mylić w szczegółach, czyli w rachunku oficyn, ale proporcja zostanie podobna. Zatem przeobrażenie owego kawałka Śródmieścia wyglądało doprawdy rewolucyjnie: zmieciono z powierzchni ziemi całą północno-zachodnią część dzielnicy. Tymczasem mieszkańcy Warszawy nigdy nie byli dobrze usposobieni do podobnie radykalnych zmian. Już Prus się o tym przekonał, gdy w maju 1888 zaproponował, by przy okazji robót kanalizacyjnych przebić Marszałkowską przez Ogród Saski do Żabiej i placu Bankowego – co znacznie ułatwiłoby komunikację. Rzucili się nań wszyscy: „Nawet ci, co mieszkają na Pradze, pod Mokotowem albo za Wolskimi rogatkami – ironizował kronikarz – nawet woźnice, dorożkarze i tragarze, którzy muszą objeżdżać albo obchodzić Ogród”[5].

Prus obstawał przy swoim, tłumaczył, przekonywał – daremnie. Historia pokazała, iż ów śmiały pomysł doczekał się realizacji dopiero po kompletnym zburzeniu miasta i sporej dewastacji Ogrodu. Łatwo więc sobie wyobrazić, co czuli mieszkańcy Warszawy na widok placu. Gdybyż jeszcze wiedzieli, o czym wtedy dyskutowali architekci! Dopiero dziś, dzięki książce Sigalina (Warszawa 1944–1980. Z archiwum architekta), możemy zapoznać się z niektórymi, niekiedy grozę budzącymi poglądami na odbudowę stolicy. Już w 1945 roku na przykład inżynier Syrkus zwracał uwagę na swoisty porządek, na kolejność celów, jaka powinna panować w tej dziedzinie: „Najpierw trzeba pamiętać o efekcie politycznym, potem dopiero o efekcie społecznym, potem o potrzebach życiowych ludności, jeszcze później o potrzebach rozwoju miasta i zagadnieniu komunikacyjnym”[6]. Plac z Pałacem niewątpliwie spełniał z naddatkiem te trudne wymagania, choć nie zapominajmy, że i odbudowa najważniejszych zabytków dzięki temu się dokonała. Przy tej okazji wymieciono z placu normalne życie. Co więcej, cień kremowego masywu padł i na otaczające go ulice.

– Tamten róg już załatwili – mówi z niechęcią jeden z bohaterów Złego. – […] Teraz kolej na nas […], będą tu stawiać wschodnią ścianę tego placu. Powiadam ci, taka kolumnada… – Zakreślił ręką szeroki gest, mający uświadomić Kubusiowi wielkie rozmiary kolumnady.

– Skąd wiesz? – zainteresował się Kubuś.

– Byłem na wystawie, na placu Teatralnym. Pokazywali, jak tu będzie wyglądać. Hance się podobało… […] – A tobie? – spytał cicho Kubuś. – Mnie? Mnie też. Ale tego wszystkiego szkoda… – Wskazał ręką na czarną studnię resztek ruin pod sobą – szkoda tego życia. Ta kolumnada, owszem, ładna, ale jakie w niej będzie życie? Sam rozumiesz, Piegus, jakie w niej będzie życie…[7]

W swoim intymnym dzienniku Tyrmand skrytykował tę sławną wówczas wystawę bardziej dosadnie: „Urządza się publiczną dyskusję projektów architektonicznych na rozwiązanie śródmieścia Warszawy: każdy ma prawo zapytać, dlaczego domy, w jakich mamy mieszkać, przypominają grobowce w starożytnym Rzymie, po czym domy będą jak groby i my będziemy w nich mieszkać”[8].

Historia szczęśliwie zatrzymała ekspansję placu. Wiele lat potem mogliśmy w telewizji obejrzeć, co groziło Warszawie: łuki i kolumnady tych budowli rzeczywiście zapierają dech w piersiach. Do życia potrzebne jest jednak w miarę normalne oddychanie. Plac wyraźnie tę prawdę warszawiakom uświadomił, a także inną jeszcze bardzo nieprzyjemną prawdę – że nie mają wielkiego wpływu na kształt miasta. I o ile rekonstrukcja zabytków budziła entuzjazm, o tyle niektóre nowe budowle przyjmowano z obawą. Raził zarówno ich styl o bliżej nieokreślonej tradycji, jak i ich niezrozumiałe czasem na pierwszy rzut oka przeznaczenie. „Pomiędzy monumentalnością kapiteli wietrząca się pościel i pomordowane na niedzielny obiad kury”[9] – pisał Tyrmand w dzienniku o wrażeniach z MDM-u. To trochę tak, jakby w oknach parlamentu londyńskiego ktoś wywiesił pranie.

Po włosku kamienica nazywa się palazzo, czym zdradza pewną pretensję do arystokratyzmu, zresztą i kształtem niejednokrotnie sugeruje owo „lepsze” pochodzenie. Zaczęło się chyba od podupadłych i podzielonych na mieszkania pałaców, żeby poprzestać na warszawskim domu Zamoyskiego przy Krakowskim Przedmieściu, przedwojennym pałacu Lubomirskich czy nieistniejącym już dziś – Teppera na Miodowej. Później kamienice coraz mniej udawały tych swoich przodków, niezupełnie przystosowanych do zwykłego wielkomiejskiego życia. MDM i pokrewne jemu budowle miały być w swym gigantycznym rozmachu jakimś anachronicznym nawrotem, który by powetował ludowi lata wegetacji w nędznych czynszówkach. I tak powstała karykatura, gdyż w pałacu nie mieszka się jak w ulu. Więc arystokratyczny efekt żaden. Estetyczny natomiast kolidował z codziennymi potrzebami mieszkańców, bo przecież kamienne posągi nie łatają butów i nie handlują kiszoną kapustą. W przedwojennej Warszawie można było całe życie przeżyć, nie ruszając się poza kilka najbliższych domów. Dziś trudno to sobie wyobrazić, zwłaszcza na MDM-ie – tu zejście na dół do sklepu oznacza co najmniej pół­kilometrowy spacer wzdłuż kolumnady mieszczącej „reprezentacyjne salony”, w których towary są ledwie dostrzegalnym ornamentem zaprojektowanych z bazylikowym rozmachem wnętrz.

Plac z Pałacem najdobitniej tę niewygodę i grozę pustki okazał. Rozwiał nadzieje na normalne życie. I właściwie jedyną możliwością wówczas był wybór pomiędzy tą trudną do zaakceptowania, porządną niby, a w istocie bezładną śródmiejską martwotą wśród kolumn – i kłębiącym się chaosem prowizorycznie odbudowanych ruin. W Złym wyraźnie widać, ku czemu skłania się Tyrmand. Współczuje każdemu sklepikowi, każdemu kawałkowi ściany zagrożonemu przez buldożery. Ale i Białoszewski – milcząc o placu – tamto biedniutkie, lecz autentyczne życie w ruinach wspomina po latach z nieukrywaną nostalgią.

Na rogu Nowogrodzkiej i Marszałkowskiej – czytamy w Szumach… – pod ilomaś piętrami gruzów podawało się elegancko mokkę, orkiestra grała La Cumparsitę i Jalousie. Na rogu Alej i Starynkiewicza w uboższym lokalu, z napisem „kawiar”, bo „nia” się nie zmieściło, mandolinistka i gitarzystka siadały na koszu pod barokowym aniołkiem na tle szarego papieru i co wieczór śpiewały:

Warszawo, ty moja Warszawo,

tyś miastem mych marzeń i snów[10].

W gruzach była jeszcze nadzieja, na placu już nie.

Wydaje mi się, że to doświadczenie z placem zaważyło na późniejszej, często uzasadnionej niechęci warszawiaków do rozbiórek i budów. Tamta historia placu jakby się w różnych miejscach miasta powtarzała. Białoszewski szczególnie był uczulony na podobne fakty. Wolał nawet ogryzek ściany po wyburzonej kamienicy na Hożej niż pusty potem teren z drzewkami. Placu wprawdzie nie opisał, znajdujemy jednak w Szumach… analogiczną przejmującą opowieść o unicestwieniu miasteczka Powązki:

Nauczyłem się z krańca tych nowych Bielan dziką ścieżką między zielskami i śmieciami chodzić na miasteczko Powązki. Coraz więcej to miasteczko mi się podobało. Niesłychane kurniki, poplątane uliczki, parkany. Bielany tymczasem rosły i coraz bliżej były miasteczka. Aż do niego doszły. Dosłownie. Pierwszy wieżowiec Bielan stał po jednej stronie uliczki, a po drugiej ostatni domek Powązek. Raz przyszedłem tu w dzień. Idę miasteczkiem. Coś poprzewracane. Niepokój.

Środkiem głównej uliczki niedawno przejechał traktor. Straszne ślady. Widać, że to koniec. W połowie uliczki na tych traktorowych śladach siedzi inwalida na wózku i gada z drugim chłopem. No i koniec nastał dla miasteczka. Zaraz.

Na początku Bielan rozchodzi się pęk ulic. Dużo jezdni, świateł, żywopłotów, perspektyw. Pusto. Domy zaczynają się daleko.

– Ojej, jaki wielki plac – mówi Ada[11].

Przed wojną koncepcję architektoniczną dostosowywano do kształtu parceli, więc to, co powstawało, choć często wymagało pokonania wielu technicznych trudności, stanowiło zarazem kompromis między życiowymi interesami różnych osób lub grup. Po wojnie zniknęła ta przeszkoda. Ale czy budowle, które się w efekcie wyłoniły, były piękniejsze? „Piękno miast jest w wielości motywów, najczęściej wbrew ludziom, a nie dzięki ludziom – pisał Tyrmand w dzienniku. – Różnorodność szpetoty, szlachetniejącej z upływem czasu, starzejącej się i patynującej to właśnie piękno miast”[12]. Ta piękna szpetota bierze się z życia, które ją szlifuje. Nowy, niezamieszkały jeszcze dom jest pod tym względem gorszy od rozpadającej się rudery. Lecz i architektura ma tu swój udział. Dostarcza pustych form, które nabiorą charakteru, jeśli zdołają wypełnić się intensywnym życiem. Jedne formy nadają się do tego lepiej, inne gorzej. Istota miejsc bowiem zawiera się bardziej w dodatkach niż w murach. Czyli w tym, co te miejsca potrafią wokół siebie wytworzyć. W szyldach sklepów, w ich wystawach, w wykroju bramy, w wyglądzie ludzi – w drobiazgach, jednym słowem, bo one właśnie, a nie gołe ściany czy kolumny, organizują miejskie życie. Monumentalne gmachy MDM-u czy Muranowa z trudem skupiały wokół siebie normalny ruch, ale w końcu miasto przynajmniej częściowo je wessało. Gorzej będzie z najmłodszym potomstwem placu, czyli z nowymi osiedlami, gdzie – jak spostrzegł Białoszewski – są ciasne mieszkania, a za to wielki luz między domami. Sam zaś największy w Europie plac już trochę zaczął zarastać bałaganem, więc może kiedyś całkiem zarośnie. Zostanie tylko Pałac.