Czerwony plutonTekst

Z serii: Linie Frontu
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Seria LINIE FRONTU

Grzegorz Kaliciak Karbala. Raport z obrony City Hall

Michael Golembesky, John R. Bruning Marines. Bohaterowie operacji specjalnych

Grzegorz Kaliciak Afganistan. Odpowiedzieć ogniem

Dan Raviv, Yossi Melman Szpiedzy Mossadu i tajne wojny Izraela (wyd. 2)

Karol K. Soyka, Krzysztof Kotowski Cel za horyzontem. Opowieść snajpera GROM-u (wyd. 2)

Karol K. Soyka, Krzysztof Kotowski Krew snajperów. Opowieść żołnierza GROM-u

Andrzej Brzeziecki Czerniawski. Polak, który oszukał Hitlera

Witold Repetowicz Allah Akbar. Wojna i pokój w Iraku

Grzegorz Kaliciak Bałkany. Raport z polskich misji

Paweł Pieniążek Po kalifacie. Nowa wojna w Syrii

Clinton Romesha
Czerwony Pluton
12 godzin w afgańskim piekle
Przełożył Jan Dzierzgowski


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Tytuł oryginału angielskiego Red Platoon. A True Story of American Valor

Projekt okładki Piotr Bukowski

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Joe Raedle / Getty Images

Fotografie wewnątrz tomu pochodzą z archiwum autora

Copyright © 2016 by Clint L. Romesha, LLC

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2019

Copyright © for the Polish translation by Jan Dzierzgowski, 2019

Redakcja Marta Höffner

Konsultacja merytoryczna Joachim Raźny

Korekta d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Ewa Ostafin / d2d.pl

Mapa d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-923-2

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Dedykacja

Motto

Wstęp Lepiej nie będzie

I DROGA DO NURESTANU

1 Strata

2 Zapasy

3 Keating

4 W akwarium

5 Wszyscy zginą

II NA PEŁNYM CYKLU

6 „Chodźmy zabić paru ludzi”

7 Ciężki ostrzał

8 Jednoosobowy oddział Kirk

9 Szczęście

10 Widzenie tunelowe

III ZAJĘCIE PRZEZ NIEPRZYJACIELA

11 Ostatnia broń w użyciu

12 „Charlie za drutem”

13 Alamo

14 Odpalaj

IV ODBIJAMY SUKINSYNA

15 Wypad

16 Nie uda się

17 Ox i Finch

18 Żyje!

19 Bone

V URATOWAĆ STEPHANA MACE’A

20 „Załatw to”

21 Zbieranie zabitych

22 Pożoga

23 Pożegnanie z Keating

24 Smugi dymu

Zakończenie

In Memoriam

Źródła

Podziękowania

Przypisy

Kolofon

Moim poległym towarzyszom i ich rodzinom, i wszystkim żołnierzom 3 Szwadronu 61 Pułku Kawalerii, którzy służyli razem z nami w Afganistanie

Nie pytaj o to; nie mów o nadziei;

Mówmy o trumnach, robakach, nagrobkach

William Shakespeare, Król Ryszard II,przeł. Leon Ulrich


CZERWONY PLUTON
1 PLUTON

Oddział B

3 Szwadron

61 Pułk Kawalerii

4 Brygada

4 Dywizja Piechoty

SEKCJA ALPHA

Porucznik Andrew Bundermann

Sierżant sztabowy Clinton Romesha

Sierżant Joshua Hardt

Sierżant Bradley Larson

Specjalista Nicholas Davidson

Specjalista Justin Gregory

Specjalista Zachary Koppes

Specjalista Timothy Kuegler

Szeregowy pierwszej klasy Josh Dannelley

SEKCJA BRAVO

Sierżant pierwszej klasy Frank Guerrero

Sierżant sztabowy James Stanley

Sierżant Justin Gallegos

Sierżant Joshua Kirk

Specjalista Kyle Knight

Specjalista Stephan Mace

Specjalista Thomas Rasmussen

Specjalista Ryan Willson

Szeregowy pierwszej klasy Christopher Jones

DODATKOWO

Sierżant Armando Avalos junior, przedni zwiadowca

Specjalista Allen Cutcher, medyk

PODODDZIAŁ BLACK KNIGHT PLACÓWKA KEATING
PLUTON SZTABOWY

Kapitan Stoney Portis

Pierwszy sierżant Ron Burton

CZERWONY PLUTON

Porucznik Andrew Bundermann

Sierżant pierwszej klasy Frank Guerrero

BIAŁY PLUTON

Porucznik Jordan Bellamy

Sierżant pierwszej klasy Jeff Jacobs

NIEBIESKI PLUTON

Porucznik Ben Salentine

Sierżant pierwszej klasy Jonathan Hill

MIĘDZYNARODOWE SIŁY WSPARCIA BEZPIECZEŃSTWA AFGANISTAN, MAJ–PAŹDZIERNIK 2009

BAZA SIŁ POWIETRZNYCH BAGRAM, KABUL

Generał Stanley McChrystal, dowódca MSWB

Generał David McKiernan, dowódca MSWB

BAZA FENTY, DŻALALABAD, PROWINCJA NANGARHAR

Pułkownik Randy George, dowódca 4 Brygady

PLACÓWKA KEATING, PROWINCJA NURESTAN

Kapitan Melvin Porter, dowódca (ustępujący), pododdział Black Knight

Kapitan Stoney Portis, dowódca (wstępujący), pododdział Black Knight

Porucznik Robert Hull, oficer wykonawczy, pododdział Black Knight

BAZA BOSTICK, PROWINCJA KUNAR

Podpułkownik Robert Brown, dowódca 3 Szwadronu 61 Pułku Kawalerii

 

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wstęp
Lepiej nie będzie

5.45, baraki Czerwonego Plutonu Placówka Keating Prowincja Nurestan, Afganistan

Zach Koppes leżał na pryczy, na wpół obudzony, nasłuchując radia z sąsiedniej kanciapy, kilka metrów dalej. W ciemności poprzedzającej świt czekał na „sygnał”, upierdliwe wezwanie, które przychodziło zazwyczaj parę minut przed rozpoczęciem jego porannej warty.

I proszę, jak w zegarku:

– Hej, emm… Czy ktoś może tu przysłać moją zmianę? – W radiu pośród szumów i trzasków rozległ się głos. – Muszę się pilnie wysrać.

Koppes westchnął.

Każdego ranka to samo. Josh Hardt był dowódcą jednej z czterech drużyn w Czerwonym Plutonie, a więc przewyższał Koppesa o cały stopień i służył w wojsku o pięć lat dłużej, ale z reguły nie potrafił dotrwać do końca porannej warty, bo prędzej czy później w jego kiszkach odzywał się wulkan. Stąd prośba, a właściwie rozkaz, by zmiennik przyszedł wcześniej i zajął miejsce w opancerzonym humvee, określanym jako LRAS1, po wschodniej stronie obozu. Zaraz po przekazaniu stanowiska Hardt pędził w kierunku latryn, znajdujących się sto metrów na zachód.

Koppes miał wrażenie, że wezwanie przychodzi zawsze, ilekroć to on ma następną zmianę. Innym się to nie przytrafiało. Zwlókł się z pryczy i zaczął zakładać oporządzenie, powtarzając sobie, że ten dzień jest wyjątkowy z kilku ważnych względów – choćby za sprawą tego, co leżało obok na posłaniu.

Uporał się ze sprzętem i sięgnął po nowo przysłane czasopismo, które planował przeczytać w wieżyczce humvee, zrolował je tak ciasno, jak się tylko dało, i starannie ukrył. Nie było przecież mowy, żeby przyszedł na wartę, wymachując gazetą – tego rodzaju zachowanie niechybnie skończyłoby się totalnym opeerem ze strony naszego pierwszego sierżanta Rona Burtona, człowieka ściśle przestrzegającego wszelkich przepisów i reguł. Koppes urządził sobie jednak mały tajny schowek (nazywał go „zakamarkiem”) pod panelem z ceramicznymi płytami chroniącym szyję i tors.

Nienawidziliśmy tych płyt. Ważyły strasznie dużo i było w nich potwornie gorąco, aczkolwiek miały parę zalet, przede wszystkim potrafiły zatrzymać kulę z AK, zanim ta przerobiła narządy w klatce piersiowej na mokrą karmę dla psów. Poza tym pod kamizelką było odrobinę wolnego miejsca i Koppes odkrył, że można tam wcisnąć czasopismo, które pozwoli jakoś dotrwać do końca warty.

Metoda sprawdzała się na tyle dobrze, że w ciągu naszych pięciu miesięcy w terenie Koppes często brał ze sobą do pojazdu stare numery „Playboya”. Jego kumpel Chris Jones dysponował sporym zapasem świerszczyków, przysyłanych przez brata. Na rozkładówkach widniały między innymi Carmen Electra, Bo Derek i Madonna. Po długich dyskusjach Jones i inni żołnierze doszli do wniosku, że dziewczyny z nieprawdopodobnie odległej epoki lat osiemdziesiątych były w sumie całkiem niezłe.

Ale rankiem 3 października Koppes miał pod kamizelką coś lepszego niż staroświeckie soft porno. Poprzedniego popołudnia przyleciał chinook z dostawami i jakimś cudem dostaliśmy pocztę, a w niej prawie najnowszy numer „SportsPro” z Peytonem Manningiem na okładce i ze szczegółowym przeglądem stu najlepszych zawodników NFL w sezonie jesiennym 2009.

Jasne, znajdowaliśmy się jedenaście tysięcy kilometrów od najbliższego baru sportowego i mieliśmy tu tkwić jeszcze długo po zakończeniu play-offów i Super Bowl. Koppes wiedział jednak, podobnie jak my wszyscy, że być może wróci do domu w metalowej trumnie owiniętej amerykańską flagą, więc myśl, że poprzegląda sobie statystyki zawodników i rankingi drużyn, że pozwoli, by jego umysł powędrował daleko poza czarne skały Hindukuszu, otaczające nas ze wszystkich stron i zapewniające naszym wrogom znakomite warunki do przeprowadzenia ataku, że urządzi sobie choćby krótką podróż w wyobraźni, wprawiała go w niezwykle pozytywny nastrój. Właśnie dlatego, kiedy wepchnął pismo pod kamizelkę i ruszył w kierunku humvee, znajdującego się jakieś pięćdziesiąt kroków od baraku, wymamrotał pod nosem słowa, które wszyscy powtarzaliśmy sobie w takich momentach: zwięzłą i przenikliwą mantrę, dobrze wyrażającą paradoksalne uczucia żołnierzy przydzielonych do tej najbardziej odległej, niebezpiecznej i idiotycznie położonej placówki w Afganistanie.

Lepiej nie będzie.

Pod sklejkowym sufitem w baraku naszego plutonu poprzedni lokator, żołnierz jednostki, która stacjonowała tu wcześniej, nabazgrał sobie krótką przypominajkę o życiu w Afganistanie. Mnie i innym chłopakom z Czerwonego bardzo się ona spodobała i już po tygodniu pobytu stała się naszym nieoficjalnym mottem. Dobrze wyrażała, jak to jest znaleźć się w odległym zakątku kraju, miejscu tak bardzo dla nas niegościnnym, że paru generałów i polityków, przez których tu trafiliśmy, nazywało je „ciemną stroną księżyca”.

Słowa nabazgrane przez żołnierza były tak trafne, że ilekroć coś się spieprzyło – na przykład ilekroć dowiadywaliśmy się, że znowu przez tydzień nie będzie gorącego żarcia, bo generator oberwał z granatnika przeciwpancernego, albo że poczta z domu z zeszłego miesiąca nadal nie została dostarczona, bo piloci chinooka nie chcieli ryzykować, jeśli nie chodziło o najbardziej niezbędne dostawy – posyłaliśmy sobie na wpół żartobliwy uśmiech, unosiliśmy brew i mówiliśmy:

– Lepiej nie będzie.

Kryła się tu najważniejsza chyba prawda o tym, jak to jest tkwić w obozie tak ewidentnie narażonym na poważny atak. Nazwa „Keating” stała się swego rodzaju dowcipem, określeniem sytuacji, w której obstawiasz, ryzykując totalnie spektakularną klęskę, ale nie chcesz odejść od stołu.

Pogodziliśmy się milcząco z wadami Keating, bo jako żołnierze nie wtykaliśmy nosa w sprawy, które przekraczały nasze kompetencje, a już zwłaszcza nie zadawaliśmy sobie ogólniejszych pytań typu: po co w ogóle tu jesteśmy i co mamy osiągnąć. Nasze podstawowe zadanie było proste i jednoznaczne: przeżyć i nie dopuścić wroga za ogrodzenie. Jednak od czasu do czasu któryś z moich chłopców nie umiał się powstrzymać i rozmyślał o misji i o tym, po co, na litość boską, utrzymywać bazę, której położenie w tak oczywisty sposób kłóciło się z podstawowymi regułami sztuki wojennej.

W takich przypadkach ostrej odpowiedzi udzielał zazwyczaj Josh Kirk, jeden z sierżantów i chyba największy kozak w całym plutonie. Dorastał w Idaho, na farmie pośrodku niczego, w okolicy Ruby Ridge, i zawsze szedł na czołowe, choćby chodziło o zupełny drobiazg.

– Chcecie wiedzieć, co tu robimy? – spytał nas pewnego wieczoru, rozpakowując z plastiku zestaw obiadowy MRE, a konkretnie omlet z warzywami, wyjątkowo nielubiany, bo wyglądem przypominający cegłę ze skompresowanych rzygów. – Nasza misja tu, w Keating, polega na przerabianiu racji żywnościowych na gówno.

Prawdziwe piękno maksymy „lepiej nie będzie” polegało na tym, że prezentowała obie strony medalu. Wyrażała – nie bez podziwu – to, co miał na myśli Kirk, mianowicie bezsensowność istnienia Keating, czyniącą je tak okropnym miejscem. Człowiek, który potrafił spojrzeć z odpowiedniej perspektywy, czuł przekorną, lecz szczerą dumę, że tu trafił.

Z drugiej strony hasło „lepiej nie będzie” znaczyło też coś zupełnie odwrotnego. Chwytało żarliwe pragnienie jakiegoś celu, typowe dla młodych chłopaków – zwłaszcza wyposażonych w broń o ogromnej sile rażenia – którzy lądują w sytuacji spierdolonej totalnie i nie do naprawienia.

Oczywiście życie w Keating nie mogło stać się lepsze, bo od samego początku było zupełnie nieznośne. Jednak dziwna sprawa: wszyscy mieliśmy absolutną pewność, że jeśli przeżyjemy ten cholerny pobyt, to zapamiętamy go jako jeden z najbardziej niezwykłych okresów w naszym życiu. Tylko grupa żołnierzy piechoty na pierwszej linii frontu potrafi docenić taką ironię losu.

Mocno nas irytowało, że pierwszy sierżant Burton, najwyższy rangą podoficer w naszym oddziale w Keating, zupełnie tego nie pojmował. Uwielbiał wszelkiego rodzaju wojskowe reguły i protokoły, które, owszem, sprawdzają się w obozach treningowych, ale nie mają żadnego sensu w strefie wymiany ognia. Uznał, że nasze małe motto stanowi dowód „kiepskiego morale”, więc ilekroć je słyszał, natychmiast podchodził i kazał zamknąć gębę.

Burton nie rozumiał, że w takim miejscu jak Keating nie da się niczego zabronić raz na zawsze. Już pod koniec pierwszego tygodnia placówka wryła nam w głowy hasło „lepiej nie będzie”. Słowa zakorzeniły się w ciemnych, żyznych warstwach naszych umysłów, po czym zakiełkowały, rodząc absolutną pewność. Wyplenienie jej było niemożliwe, podobnie jak pozbycie się talibów ze zboczy i grzbietów górskich okalających obóz ze wszystkich stron albo wyrwanie wszystkich ciernistych krzaków i maleńkich trujących kwiatów w Hindukuszu.

Jak dla nas, w Keating nie mogło być lepiej, bo i tak robiliśmy, co w naszej mocy.

Wszyscy czerpaliśmy z tego satysfakcję. Dobrym przykładem był Koppes, idący zmienić Hardta z czasopismem ukrytym pod kamizelką.

Opancerzony humvee, w którego stronę zmierzał Koppes, był jednym z pięciu takich pojazdów rozmieszczonych przy granicy obozu i stanowiących element pierwszej linii obrony. Miał stalową wieżyczkę w dachu nadwozia, wyposażoną w Mk 19 – coś w rodzaju karabinu maszynowego, tyle że strzelającego czterdziestomilimetrowymi granatami. Broń ta potrafi wypluwać ponad trzysta pocisków na minutę, zapewniając ogromną siłę ognia, i w niecałe sto osiemdziesiąt sekund może zamienić piętrowy budynek w kupę gruzu.

Koppes nigdy nie widział takiej akcji, ale sama świadomość dodawała mu nieco otuchy, ilekroć gramolił się do humvee i musiał rozmyślać o wszystkich słabych punktach pojazdu, poczynając od tego, że kiedy zajmował pozycję przy Mk 19, jego nogi, ramiona i tors były dobrze osłonięte, ale głowa i dłonie – wcale. Poza tym broń obracała się o zaledwie sto dziesięć stopni, co nie pozwalało odpowiedzieć ogniem, gdyby ktoś spróbował zajść Koppesa od tyłu.

Sytuacja ta była zdecydowanie daleka od ideału – jak to w Keating – dlatego zamierzaliśmy zastąpić pojazd porządną wieżą strażniczą. Niestety nasz plan nigdy nie został zrealizowany, bo kazano nam przygotować się do zwinięcia obozu, spakowania wszystkich gratów i spieprzania z tej części Nurestanu. Cała operacja miała się zacząć w ciągu następnych siedemdziesięciu dwóch godzin, choć większość niższych rangą podoficerów – w tym Koppes – jeszcze o tym nie wiedziała.


Wnętrze baraków Czerwonego Plutonu

Nim Koppes dotarł do pojazdu, Hardt zlazł już z wieżyczki. Chciał jak najszybciej znaleźć się w ubikacji; zdążył tylko przekazać zmiennikowi najnowsze wieści.

Według niewielkiej sieci afgańskich informatorów, których zadaniem było przekazywanie oficerom w Keating wszelkich ważnych doniesień na temat okolicy, w Urmul, maleńkiej wiosce położonej na drugim brzegu rzeki Darja-je Kusztaz, zaledwie sto metrów na zachód od naszego przyczółka, zbierała się grupa talibów.

Nie była to żadna nowina. Odkąd zjawiliśmy się tu cztery miesiące wcześniej, mieliśmy wrażenie, że tego typu wiadomości przychodzą co trzy, cztery dni. Za każdym razem sytuacja wyglądała identycznie. W raporcie stało, że od pięćdziesięciu do siedemdziesięciu pięciu wrogów szykuje się do zmasowanego natarcia, lecz w ataku uczestniczyło potem czterech, może pięciu bojowników, a najczęściej tylko jeden lub dwóch. Z czasem zaczęliśmy sceptycznie podchodzić do podobnych doniesień.

Nie znaczy to, że nie spodziewaliśmy się kłopotów: w końcu przez całe lato i jesień byliśmy ostrzeliwani średnio cztery razy w tygodniu. Jednak dla chłopaków pełniących wartę informacje o szykowanym natarciu nie brzmiały już alarmująco, więc gdy Hardt przekazał wiadomość, Koppes tylko pokiwał głową i zainstalował się w wieżyczce, po czym skupił uwagę na ważniejszych sprawach.

Żołnierzowi w randze Koppesa życie w Keating nie oferowało zbyt wielu przyjemności, więc trzeba było nacieszyć się każdą chwilą rozrywki, choćby i najdrobniejszej. Nowy numer „SportsPro” bez wątpienia dawał taką okazję. Samo czasopismo zdołałoby zapewnić Koppesowi świetny poranek, poza tym była sobota, więc każdego z pięćdziesięciu Amerykanów stacjonujących w obozie czekały dwa gorące posiłki.

 

Trudno przecenić znaczenie tego faktu. W Keating dostawaliśmy mniej więcej jeden gorący posiłek tygodniowo. W pozostałe dni musieliśmy obywać się racjami MRE, pop-tartsami i budyniem czekoladowym, którego termin ważności upłynął tak dawno temu, że człowiek się zastanawiał, czy aby nasza armia nie chce dać talibom forów.

Perspektywa dwóch ciepłych posiłków jednego dnia niemal przekraczała granice wyobraźni Koppesa, zwłaszcza że na śniadanie miały być jajka z kaszą kukurydzianą. W grę wchodził nawet bekon – wszystko zależało od szczodrości naszego kucharza Thomasa. A na tym nie koniec.

Z perspektywy Koppesa najlepsze było to, że jeśli twoja warta wypadała w czasie, gdy Thomas wydawał posiłek w stołówce, koleś z poprzedniej zmiany musiał ci go przynieść. W sumie dawało to absolutnie błogą sytuację: czasopismo plus gorące śniadanie, dostarczone prosto do pojazdu, jak gdyby Koppes właśnie zajechał humvee do restauracji drive-in.

Owszem, w tym przypadku kelnerem był Hardt, który przed chwilą walnął poranną kupę, ale co z tego? „Nic”, odpowiadał sobie stanowczo Koppes, który po części zgodnie z naszym mottem zawsze potrafił dopatrzyć się czegoś pozytywnego nawet w wyjątkowo gównianych okolicznościach.

„Wiesz co, Hardt? – mówił sobie w myślach, zajmując pozycję przy Mk 19, kiedy sierżant pobiegł w kierunku latryn. – Idź no sobie do tego swojego sracza i rób, co masz do zrobienia. Tutaj wszystko jest totalnie w porządku”.

Kiedy Koppes był już na swoim miejscu, szeregowy Stephan Mace odliczał ostatnie minuty czterogodzinnej zmiany w innym pojeździe, ustawionym po drugiej stronie placówki, jakieś sto dwadzieścia metrów na zachód. Tamten humvee – LRAS2 – znajdował się w najdalszej i najbardziej odsłoniętej pozycji strażniczej w całym obozie. Rzeka Darja-je Kusztaz płynęła zaledwie czterdzieści metrów dalej. Za nią wznosiło się skupisko trzydziestu kilku glinianych domów, czyli wioska Urmul.

Mace, najlepszy przyjaciel Koppesa, czekał, aż zmieni go mój najlepszy kumpel, czyli sierżant Brad Larson. Podobnie jak Koppes i Hardt, mieli własny mały rytuał, odprawiany prawie za każdym razem, kiedy jeden zastępował drugiego na stanowisku.

Mace był jednym z najniższych rangą żołnierzy w Keating, ale wyróżniał się poczuciem humoru – ostrym i totalnie pojechanym. Potrafił sypać dowcipami i zabawnie pyskować, dzięki czemu każdy, choćby na sekundę lub dwie, zapominał o nieszczęściach dokoła. Krótko mówiąc, wszyscy lubiliśmy jego towarzystwo, czego dowodzi fakt, że nawet Larson – mrukliwy samotnik z Nebraski, który rzadko zamieniał z kimś więcej niż dwa słowa, nawet ze mną – z własnej woli wstawał parę minut wcześniej i dreptał do pojazdu, żeby posiedzieć chwilę na przednim siedzeniu i posłuchać nawijki Mace’a.

Rozmawiali o najróżniejszych sprawach. Spierali się zaciekle, jakie zwierzę najfajniej byłoby zastrzelić podczas safari w Afryce, albo opisywali w szczegółach seksowne nauczycielki ze szkoły średniej. Treść grała mniejszą rolę, liczył się fakt, że lubili swoje towarzystwo. Czasem po prostu siedzieli i gapili się przez przednią szybę. Mace wyciągał papierosa z paczki Marlboro Light, a Larson sięgał do puszki z tytoniem do żucia.

Jednak tego ranka odpuścili sobie zwyczajowy rytuał, bo Larson musiał najpierw załatwić pewną sprawę. Zamiast wsiąść do humvee, minął drzwi od strony kierowcy, położył hełm i broń na masce, stanął w rozkroku, rozpiął rozporek i zwrócony na zachód wysikał się z dużą przyjemnością, żeby nabrać energii po wczesnej pobudce.

Powinien był skorzystać ze szczalni – plastikowych rur o średnicy dziesięciu centymetrów, wkopanych metr w ziemię koło przyczepy z prysznicami. Mijał je w drodze do pojazdu opancerzonego i zazwyczaj tam przystawał, jednak szczalnia cuchnęła najgorzej w całym obozie i Larson uznał, że dziś wyjątkowo nie ma ochoty wdychać smrodu stęchłej uryny.

Kiedy Mace zobaczył, co robi Larson, zszedł z wieżyczki i ruszył na wschód w kierunku baraku, w którym spała reszta naszego plutonu.

Była 5.50, właśnie świtało. Larson sikał, podziwiając widok. Pierwsze promienie porannego słońca barwiły ściany domów w Urmul złocistoróżowawym światłem. Wzrok Larsona powędrował w kierunku najwyższego budynku w wiosce, czyli meczetu.

Świątynie w większych, bogatszych miastach i miasteczkach w Afganistanie miewały iglice lub cebulaste kopuły, ale meczet w Urmul był zwyczajną prostopadłościenną wieżą. Jego skromna architektura wyrażała nie tylko surowe i okrutne warunki panujące w tej niesamowicie odległej i niedostępnej części Afganistanu, ale także tutejszą skromność.

Nieco bliżej przed sobą Larson widział rzekę. Jej spienione, przejrzyste wody płynęły pod jednoprzęsłowym betonowym mostkiem, który prowadził na niewielką wysepkę. Wysepka służyła za lądowisko chinooków, potężnych śmigłowców w kształcie kowadła. Były one pępowiną łączącą nas ze światem. Dostarczały wszystko – od paliwa i amunicji po zgrzewki napoju Dr Pepper i butelkowaną wodę do picia.

Na drugim brzegu rzeki w zielonej gęstwinie kryły się małpy, ptaki i inne dzikie zwierzęta zamieszkujące niezwykle wąską dolinę, w której leżało Keating. Spoglądając wyżej, Larson widział góry, dominujący element pejzażu i naszego życia.

Z doliny wyrastały strome ściany. Ponad nimi wznosiły się ośnieżone szczyty, pobłyskujące w pomarańczowym świetle poranka na tle nieba, które przybrało ciemną, nieprzeniknioną barwę kobaltu.

W innym miejscu, w innym czasie taki widok zapierałby dech w piersiach. Ale nie można było ulec temu uwodzicielskiemu pięknu i zapomnieć, że jesteśmy na wojnie, a ludzie, z którymi mieliśmy tu walczyć, kryją się gdzieś pośród malowniczego krajobrazu, gotowi zabić tak wielu z nas, jak tylko się da.

Kiedy teraz myślę o tamtej chwili, próbuję sobie wyobrazić, jak to wyglądało z perspektywy trzystu talibańskich bojowników, którzy przyszli w nocy, wypędzili okolicznych mieszkańców z domów, rozlokowali się w budynkach i na wzgórzach ze wszystkich czterech stron i odliczali ostatnie sekundy przed rozpoczęciem skoordynowanego ataku z użyciem granatników przeciwpancernych, moździerzy, karabinów maszynowych, broni ręcznej i dział bezodrzutowych.

Zebrali siły zapewniające im sześciokrotną przewagę liczebną. Mieli przeprowadzić jeden z największych, najbardziej zaciekłych i najlepiej obmyślonych ataków w tej części Afganistanu, przez dowództwo amerykańskich sił zbrojnych nazywanej Sektorem Wschodnim.

Ten opis robi wrażenie, ale naprawdę niesamowity był fakt, że nikt z nas nie wiedział, co się szykuje.

Kiedy Brad Larson stał z fujarą na wierzchu, słuchając, jak mocz obryzguje ziemię koło jego butów, nie miał pojęcia, że co najmniej dziesięciu snajperów ma go na celowniku rosyjskiego karabinu SWD i że każdy chce posłać mu kulę kalibru 7,62 milimetra prosto w twarz.

Zach Koppes nie wiedział jeszcze, że nikt nie dostarczy mu ciepłego śniadania, że nie wyjmie czasopisma spod kamizelki, że za moment stanie samotnie przeciwko dziesiątkom wrogów, podczas gdy trzydziestu kilku żołnierzy Afgańskiej Armii Narodowej, naszych rzekomych sojuszników i partnerów, opuści stanowiska i ucieknie, pozostawiając wschodni sektor Keating całkowicie bez obrony.

Josh Hardt nie przypuszczał, że w ciągu godziny bojownicy wedrą się za ogrodzenie, przejmą magazyn amunicji, podpalą większość naszych budynków, że będą próbowali mu rozwalić łeb z granatnika przeciwpancernego RPG.

Ja natomiast spędziłem te ostatnie sekundy, zanim talibowie rozpętali piekło, leżąc zwinięty na pryczy i pogrążony w głębokim śnie. Nie wiedziałem, że za pół godziny ci z nas, którzy pozostaną przy życiu, będą się wycofywać na „pozycję Alamo” i szykować się do ostatecznej walki w dwóch budynkach nieogarniętych pożarem – i że dziesięciu chłopaków nie będzie mogło do nas dołączyć.

No więc wracamy do naszego motta, do słów, które dodawały nam otuchy.

Lepiej nie będzie.

Na terenie Keating znajdowało się tego dnia pięćdziesięciu Amerykanów, w tym członkowie Czerwonego Plutonu. Dzięki naszej maksymie w jakiejś mierze nie tylko rozumieliśmy fatalną sytuację, ale też potrafiliśmy w pełni się z nią pogodzić. Siły były beznadziejnie rozłożone, granice bazy nie do obrony, pomoc znajdowała się daleko. Ale i tak żaden z nas nie umiał przewidzieć, jak straszliwa furia spadnie nam na głowy.

Ta książka nie jest historią jednego człowieka, lecz całego plutonu, opowieścią pełną brudu i błota. Jej bohaterowie w różnych momentach, tych mało znaczących i tych ważnych, zachowywali się mniej heroicznie, niżbyśmy chcieli, ale zarazem byli bardziej ludzcy, niż sugerują oficjalne uzasadnienia medali wręczanych po bitwie.

Chłopcom z Czerwonego Plutonu daleko było do grzecznych ministrantów, ale nie przypominali też superbohaterów o stalowym spojrzeniu. Ci ostatnio chyba coraz częściej pojawiają się w opowieściach na temat wojny w Afganistanie. Nie mieliśmy wiele wspólnego z twardzielami z wojsk specjalnych, którzy krótko po 11 września przebyli równiny w północnej części kraju i zdobyli miasto Mazar-i Szarif, ani tym bardziej z czteroosobową jednostką komandosów z Navy SEALS (to, co spotkało ich latem 2005 roku, kilka kilometrów na południe od Keating, stało się później kanwą książki Przetrwałem Afganistan i filmu Ocalony).

Jeśli w ogóle uznać nas za bohaterów, to nasz heroizm tamtego jesiennego dnia 2009 roku był bardziej prymitywny. Pomieszał się z typowymi wadami zwykłych ludzi poddanych niezwykłemu sprawdzianowi – ludzi nękanych przez lęki i wątpliwości, czasem małostkowych, spierających się o drobiazgi, mających na karku rozmaite słabości i problemy: zmagania z depresją i uzależnieniami, apatią i poczuciem bezsensu, nieszczerością i gniewem.

Może i stanowiliśmy kompanię braci, zjednoczonych we wspólnej walce, ale skoro tak, trzeba pamiętać, że na przykład jeden z nas wypił kiedyś płyn do czyszczenia dywanów, próbując popełnić samobójstwo, a innego przyłapano na paleniu haszyszu w strefie wymiany ognia, kiedy miał pełnić wartę. Ja sam tak bardzo paliłem się do wyjazdu na wojnę, że zgłosiłem się na ochotnika do Iraku, nawet nie przegadawszy tego z żoną, a potem okłamywałem ją, twierdząc, że dostałem rozkaz.

To wszystko prawda – ale prawdą jest też, że byliśmy żołnierzami i kochaliśmy jeden drugiego miłością żarliwą i czystą, niemającą sobie równej w świecie cywilów.

Zrozumiecie, o co mi chodzi, jeśli najpierw opowiem wam, jak powstał mój pluton i skąd wzięliśmy się w Afganistanie.