ObsesjaTekst

Autor:Tara Isabella Burton
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

Podziękowania

Tytuł oryginału: Social Creature

Redakcja: Mirosław Grabowski

Korekta: Jacek Ring, Beata Wójcik

Projekt okładki: Kav Studio Pola Rusiłowicz

Zdjęcie na okładce: Olena Zaskochenko/ Shutterstock

Copyright © 2018 by Tara Isabella Burton

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca 2019

Translation copyright © 2018, Magdalena Słysz

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-690-6


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Brianowi – który od początku towarzyszył mi podczas tej przygody

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

Zabierając Louise na pierwsze przyjęcie, Lavinia każe jej włożyć jedną z własnych sukienek.

– Znalazłam ją na ulicy – mówi. – Jest z lat dwudziestych.

Może i tak.

– Ktoś ją po prostu tam zostawił. Uwierzysz w to?

Louise nie wierzy.

– Pewnie po prostu wyrzucił do śmieci. – Lavinia wydyma usta. Pociąga je szminką. – Tak to właśnie jest z ludźmi. Nie rozumieją znaczenia przedmiotów.

Poprawia Louise kołnierzyk. Związuje jej w pasie szarfę.

– W każdym razie gdy tylko ją zobaczyłam… Chryste Panie! Miałam ochotę… miałam ochotę uklęknąć, wiesz? I ucałować ziemię… czy to ogólnie katolicy całują ziemię, czy tylko marynarze? Tak czy owak chciałam w tamtym miejscu przytknąć usta do chodnika, z przyklejoną czyjąś gumą do żucia, i powiedzieć: „Dzięki Ci, Boże, że coś jeszcze na tym świecie ma sens”.

Pudruje Louise policzki. Nakłada na nie róż.

Nie przestaje mówić.

– Bo… to się, do cholery, tak idealnie składa, no nie? W jednym z tych bloków z piaskowca w East Village umiera czyjaś babka czy ciotka, której od dwudziestu lat nikt nie odwiedzał, więc wyrzucają jej manele na ulicę, a tu o zachodzie słońca… idę sobie akurat Dziewiątą Wschodnią i znajduję to! Ta stara kobieta i ja… nie mogłyśmy się poznać, ale przeżywamy dwie piękne, romantyczne noce w tej samej sukience, jedna dziewięćdziesiąt lat po drugiej… Och, Louise, nie czujesz tego zapachu?

Podsuwa Louise koronkę pod nos.

– Mając na sobie coś takiego – ciągnie – można się zakochać.

Louise wciąga w nozdrza powietrze.

– I wiesz, co zrobiłam?

Kredką do brwi Lavinia rysuje Louise pieprzyk.

– Rozebrałam się do bielizny… nie, kłamię. Zdjęłam także stanik. Zdjęłam wszystko, włożyłam tę sukienkę, swoją zostawiając na ulicy, a potem szłam pieszo przez całą noc, do samego rana, aż na Upper East Side!

Zapina Louise guziki.

I się śmieje.

– Trzymaj się mnie – kwituje – a obiecuję… będą ci się zdarzały niesamowite rzeczy. Tak jak zdarzają się mnie.

Układa Louise włosy. Początkowo próbuje je zmierzwić, nastroszyć jak swoje. Ale są zbyt cienkie, zbyt proste, więc upina je w ciasny, gładki kok.

– Dobrze – ocenia. – Wyglądasz pięknie. Nie mogę tego znieść. Mam ochotę cię zabić. Zróbmy sobie zdjęcie.

Wyjmuje telefon. Wybiera opcję lustrzanego odbicia.

– Stańmy na tle pawich piór – komenderuje.

Louise ustawia się posłusznie.

– Zapozuj.

Louise nie umie.

– Och, proszę. – Lavinia macha telefonem. – Każdy potrafi pozować. No wiesz, ramiona do tyłu. Głowa trochę na bok. Wyobraź sobie, że jesteś gwiazdą niemego kina. Dobrze… nie, nie, broda niżej. O tak.

Przesuwa podbródek Louise trochę w dół. I cyka fotkę.

– Ostatnia jest całkiem niezła – komentuje. – Dobrze na niej wyglądamy. Wstawię ją na Facebooka. – Zwraca komórkę wyświetlaczem w stronę Louise. – Który filtr wolisz?

Louise nie rozpoznaje samej siebie.

Ma elegancką fryzurę. Ciemne usta. Zaznaczone kości policzkowe. Kocie oczy ze sztucznymi rzęsami. Jest w sukience typu flapper. Wygląda jak nie z tej epoki. W ogóle nie sprawia wrażenia prawdziwej.

– Do tego jeszcze papieros. Dzięki niemu kości policzkowe stają się bardziej wydatne. Boże… spójrz na siebie! Spójrz. Tylko. Na. Siebie. Jesteś piękna.

Lavinia podpisuje zdjęcie: „Dwie gorszycielki”.

Louise uważa, że to bardzo dowcipne.

Myśli: „Nie jestem sobą”.

„Dzięki Bogu – myśli. – Dzięki Bogu”.

Jadą do Chelsea taksówką. Za kurs płaci Lavinia.

Jest sylwester. Znają się od dziesięciu dni. To było dziesięć najlepszych dni w życiu Louise.

Zwykle jej dni wyglądają inaczej.

Wyglądają tak.

Louise się budzi. I natychmiast tego żałuje.

Możliwe, że: Louise się nie wyspała. Jest baristką w barze kawowym, wieczorem zamieniającym się w bar z winem, prowadzi stronę internetową sklepu GlaZam, w którym sprzedają tanie podróbki markowych torebek, a do tego pracuje jako korepetytorka przygotowująca do egzaminów na zakończenie szkoły średniej. Jeśli musi gdzieś się stawić o określonej porze, nastawia budzik z co najmniej trzygodzinnym zapasem, bo mieszka daleko, w Sunset Park, dwadzieścia minut marszu do stacji linii R, w tej samej podejrzanej, zakaruluszonej dziurze, w której tkwi od prawie ośmiu lat, a do tego metro przez połowę czasu nie kursuje. Kiedy raz na parę miesięcy dzwonią do niej rodzice, nieodmiennie pytają, dlaczego nie chce wrócić do New Hampshire, gdzie na przykład ten miły Virgil Bryce jest kierownikiem miejscowej księgarni i stale pyta o jej nowy numer. I Louise nieodmiennie się rozłącza.

Staje na wadze. Ma okres, więc waży pięćdziesiąt dwa kilogramy. Starannie się maluje. Ściąga brwi. Sprawdza odrosty. Zagląda na swoje konto bankowe (sześćdziesiąt cztery dolary i trzydzieści trzy centy). Korektorem pacykuje „niedoskonałości” cery.

Spogląda do lustra.

„Dziś – mówi głośno (psychoterapeutka, do której kiedyś chodziła, powiedziała jej, że zawsze lepiej jest wypowiadać takie rzeczy na głos) – jest pierwszy dzień reszty twojego życia”.

Zmusza się do uśmiechu. To też zaleciła jej terapeutka.

Louise pokonuje spacerem tę dwudziestominutową drogę do metra. Ignoruje zboczeńca, który jak co rano chce wiedzieć, jak pachnie jej cipka, choć to być może jedyny człowiek na świecie, z którym regularnie się styka. Podczas jazdy na Manhattan patrzy na swoje odbicie w ciemnych szybach kolejki. Dawniej, kiedy była pewna, że przejdzie do historii jako Wielka Pisarka, nosiła przy sobie notes i w środkach komunikacji pisała opowiadania, ale teraz jest na to zbyt zmęczona, a poza tym raczej nie zostanie pisarką; czyta więc w telefonie szmirowate artykuły z „Misandry!” i czasami przygląda się współpasażerom. (Louise lubi przyglądać się ludziom; działa to na nią uspokajająco; jeśli odpowiednio długo skupiasz się na cudzych wadach, mniej przejmujesz się własnymi).

Louise idzie parzyć kawę, zarządzać stroną GlaZam albo udzielać korepetycji.

 

Najbardziej lubi pracę korepetytorki. Kiedy mówi ze starannie wyćwiczonym akcentem, upina w kok starannie zafarbowane blond włosy i daje do zrozumienia, że chodziła do szkoły w Devonshire w New Hampshire, zarabia osiemdziesiąt dolarów za godzinę, a do tego ma satysfakcję, że kogoś zwiodła. Gdyby rzeczywiście uczyła się w Devonshire Academy, prywatnym liceum z internatem, a nie w zwykłym ogólniaku Devonshire High, dostawałaby dwieście pięćdziesiąt dolarów, ale rodzice, którzy są w stanie wyłożyć podobną sumę, skrupulatnie sprawdzają takie fakty.

Większość ludzi jednak nie zadaje sobie tego trudu. Jako szesnastolatka Louise wychodziła wcześniej z domu i jadła w Academy śniadanie, a potem obiad. Przez nikogo niezauważona stołowała się tam trzy miesiące, obserwując otoczenie; potem zresztą dowiedziała się o tym tylko jej matka i gdy wreszcie pozwoliła jej wychodzić z domu, Louise zaczęła czatować z Virgilem Bryce’em, który nie lubił, żeby bywała gdziekolwiek bez niego.

Louise kończy pracę.

Kilka razy spogląda do lusterka w telefonie, głównie po to, aby się upewnić, że wciąż istnieje. Wchodzi na Tindera, chociaż rzadko kiedy komukolwiek odpowiada. Był jeden facet, który online sprawiał wrażenie feministy, ale w realu okazał się tyranem; i drugi, mający dziwne skłonności, kto wie, czy nawet nie uciekał się do przemocy; i jeszcze inny, naprawdę świetny, który jednak po dwóch miesiącach nagle się ulotnił. Czasami Louise się zastanawia, czy nie umówić się z kimś nowym, ale to potencjalnie kolejna sprawa, którą mogłaby zawalić.

Od czasu do czasu, jeśli w danym tygodniu dostała wypłatę, Louise chodzi do jakiegoś naprawdę dobrego baru: przy Clinton albo Rivington, albo na Upper East Side.

Zamawia najlepszego drinka, na jakiego ją stać. (Louise w ogóle nie stać na picie, ale nawet ona raz na jakiś czas zasługuje na coś dobrego). Sączy go wolno, bardzo wolno. Jeśli nie jadła obiadu (a nigdy nie jada), alkohol działa na nią mocniej, co przynosi ulgę, bo gdy Louise się upija, zapomina o nieulegającym wątpliwości fakcie, że pewnego dnia wszystko zawali, o ile jeszcze tego nie zrobiła: straci wszystkie prace naraz i zostanie wyeksmitowana z mieszkania, przytyje z dziesięć kilogramów, bo jest zbyt zmęczona, żeby ćwiczyć, a wtedy nawet zboczeniec nie będzie chciał jej przelecieć, dostanie raka krtani od tego ciągłego zmuszania się do wymiotów albo jeszcze rzadszego i mniej znanego nowotworu spowodowanego przez obsesyjne rozjaśnianie włosów w łazience bez wentylacji, odblokuje Virgila Bryce’a w mediach społecznościowych czy wpakuje się w inny związek, w którym poznany na Tinderze mężczyzna, z pozoru miły, zechce ją zbawić albo udusić, a ona będzie robić, co on jej każe, ponieważ innym sposobem zawalenia sprawy jest umrzeć samotnie.

Louise czeka, aż wytrzeźwieje (być samotną pijaną kobietą w Nowym Jorku nocą to jeszcze inny niezawodny sposób, żeby wszystko schrzanić), a potem wraca metrem do siebie i chociaż nie używa już notesu, to jeśli jest jeszcze na tyle zawiana, aby nie obawiać się bliskiej apokalipsy, obiecuje sobie, że następnego dnia, gdy będzie troszkę mniej zmęczona, napisze opowiadanie.

Podobno jeśli nie udało ci się w Nowym Jorku do trzydziestki, to już nigdy się nie uda.

Louise ma dwadzieścia dziewięć lat.

Lavinia – dwadzieścia trzy.

Oto jak się poznały.

Siostra Lavinii, Cordelia, ma lat szesnaście. Uczy się w szkole z internatem w New Hampshire – nie w Devonshire Academy, ale w jednej z konkurencyjnych placówek. Przyjeżdża do domu na ferie bożonarodzeniowe. Ich rodzice mieszkają w Paryżu. W Księgarni na Rogu, przy Dziewięćdziesiątej Trzeciej i Madison, w której mieszkająca o wiele dalej Louise od trzech lat załapuje się na darmowego świątecznego szampana – chce wypić za friko i popatrzeć, jak szczęśliwe i bogate rodziny są szczęśliwe i bogate – Lavinia znajduje jedną z jej ulotek reklamowych: „Potrzebujesz korepetytora, który przygotuje cię do egzaminów na zakończenie szkoły średniej? Możesz go mieć już dziś!”.

– Obawiam się, że niewiele wiem – mówi przez telefon. – Ale Cordy jest bardzo inteligentna. A ja na pewno ją zepsuję… chyba że ktoś mnie powstrzyma. Wie pani, co mam na myśli. Dobry wpływ. Jest tu na tydzień, bo potem wyjeżdża na Boże Narodzenie do Paryża. Obejrzałyśmy już wszystkie filmy Bergmana, jakie tylko są w domu, i skończyły mi się pomysły, czym ją zająć, żeby nie szwendała się po mieście. Zapłacę. Ile kosztuje coś takiego? Proszę powiedzieć.

– Sto pięćdziesiąt dolarów za godzinę – odpowiada Louise.

– Zgoda.

– Zacznę dziś wieczór – proponuje Louise.

Lavinia zajmuje połowę piętra w kamienicy z piaskowca przy Siedemdziesiątej Ósmej, między Park a Lex. Kiedy Louise staje przed drzwiami frontowymi, przez otwarte okno dochodzą głośne dźwięki opery. Lavinia, fałszując, śpiewa do wtóru. Louise nie musi więc patrzeć na przyciski domofonu, aby się domyślić, że mieszka ona na pierwszym piętrze.

W skrzynkach na oknach są kwiaty. Wszystkie zwiędły.

Lavinia staje na progu w czarnej sukience bez rękawów, całej z piór. Włosy ma do pasa. Są potargane, szorstkie, nieczesane od wielu dni, ale w takim odcieniu blond, jaki Louise stara się osiągnąć, eksperymentując z farbami przez całe godziny, tyle że ten jest naturalny. Nie jest wysoka, ale szczupła (trudno ocenić, jak szczupła, bo nie pozwalają na to pióra), i patrzy na nią tak intensywnie, że Louise instynktownie cofa się o krok, wpadając na wazon ze zwiędłymi liliami.

Lavinia nie zwraca na to uwagi.

– Dzięki Bogu, że pani jest – mówi.

Cordelia siedzi przy stole w jadalni. Włosy ma zaplecione w długi gruby warkocz, zwinięty i upięty. Nie odrywa wzroku od książki.

Na ścianach wiszą antyczne wachlarze i haftowany złotą nicią kaftan. Na głowie manekina, którego rysy zaznaczone są szminką, tkwi pudrowana peruka, a na wszystkich płaskich powierzchniach w pokoju stoją oprawione w pordzewiałe ramki art nouveau karty tarota – Papieżyca, Wieża, Głupiec. Same ściany są w królewskim, wręcz oślepiającym odcieniu niebieskiego, oprócz gzymsów, które właścicielka mieszkania pomalowała na złoto.

Lavinia cmoka Louise w oba policzki.

– Proszę dopilnować, żeby o dziesiątej poszła do łóżka – rzuca i wychodzi.

– To w jej stylu. – Cordelia wreszcie unosi głowę. – Nie jest wcale taka niedelikatna – komentuje. – Po prostu ma specyficzne poczucie humoru. Myśli, że to zabawne, kiedy tak się ze mną drażni. I z panią.

Louise nie odpowiada.

– Przepraszam – podejmuje Cordelia. – Już zaczęłam się uczyć. – Jej uniesione w kącikach usta drgają.

Parzy dla Louise dzbanek herbaty.

– Może być czekoladowo-waniliowa albo orzechowo-cynamonowo-gruszkowo-kardamonowa – wyjaśnia. – Vinny nie ma zwyczajnej herbaty.

Napar podaje w imbryku o zawiłym wzorze. („Jest z Uzbekistanu” – tłumaczy. Louise nie może się połapać, czy to ma być żart). Stawia go na tacy.

Zapomina o łyżeczce, ale w cukierniczce jest już jedna. Po drugiej filiżance Louise uświadamia sobie, że jeżeli zamiesza nią herbatę, łyżeczka będzie mokra i przyklei się do niej cukier. Jeśli jej nie zamoczy, cukier opadnie na dno filiżanki.

Popija więc nieosłodzoną herbatę. Przez chwilę zastanawia się, czyby nie poprosić o drugą łyżeczkę, ale na myśl o tym zaczyna się denerwować, więc nic nie mówi.

Omawiają zagadnienia językowe z testu dla uczniów szkół średnich: jaka jest różnica między słowami: lewitacja, lewizna, lewicowy. Potem przechodzą do matematyki: trójkąty pitagorejskie, figury na płaszczyźnie. Cordelia poprawnie odpowiada na wszystkie pytania.

– Pójdę na Yale – wyznaje, jakby to była jedynie kwestia decyzji. – A dyplom będę robić na uniwersytecie papieskim w Rzymie. Zostanę zakonnicą. – A potem rzuca: – Przepraszam.

– Za co?

– Za to, że się z pani nabijam. Nie powinnam. To znaczy… chciałabym zostać zakonnicą. Ale mimo wszystko.

– Nic się nie stało – odpowiada Louise.

Wypija kolejną filiżankę gorzkiej orzechowo-cynamonowo-gruszkowo-kardamonowej herbaty.

– Mam wyrzuty sumienia – ciągnie Cordelia. – Że zatrzymuję tu panią. Tak naprawdę nie potrzebuję korepetycji. Proszę się nie przejmować… Bardzo się pani stara. Tylko że… znam już to wszystko. – Wzrusza ramionami. – Może Vinny chce, żeby była pani moją niańką. Tyle że… nie wróci na dziesiątą.

– Wszystko w porządku – odpowiada Louise. – Możesz pójść spać, kiedy zechcesz.

– Nie o to chodzi. – Cordelia uśmiecha się blado. – To Vinny ma forsę, żeby pani zapłacić.

Cordelia i Louise siedzą w milczeniu na kanapie aż do szóstej rano. Dziewczyna wkłada szlafrok pokryty kocią sierścią (choć kota nigdzie nie widać) i czyta papierową wersję Apologia pro vita sua Henry’ego Newmana. Louise przegląda w telefonie zapowiedzi artykułów w „Misandry!”.

Jest bardzo zmęczona, ale bardziej niż snu potrzebuje czterystu pięćdziesięciu dolarów.

Lavinia wraca do domu o świcie, cała w piórach.

– Strasznie, strasznie przepraszam! – woła. Potyka się o próg. – Oczywiście zapłacę pani za ten cały czas. Za każdą godzinę. Każdą.

Przytrzaskuje sobie drzwiami spódnicę. Która się rozdziera.

– Rany boskie.

Powietrze przecinają spadające pióra.

– „Wszystkie, co, wszystkie piękne me pisklęta!” – wykrzykuje Lavinia. Opada na kolana. – „I matkę razem w twe chwyciłeś szpony?”1

– Pójdę po wodę – odzywa się Cordelia.

– To zły znak! – Lavinia przewraca się ze śmiechem, trzymając w dłoni czarne pióro. – Zapowiedź śmierci!

Louise wygarnia zbłąkane pióra spod drzwi.

– Nie, proszę tego nie robić! Niech tam leżą!

Lavinia chwyta ją za nadgarstki i pociąga.

– Zakończyła życie w godny sposób. – Czka. – Ta sukienka… poległa na polu bitwy. – Jej włosy rozsypują się na podłodze, sięgając aż do przerobionego na stolik kawowy kufra z parowca. – I co to była za bitwa. Och… proszę mi przypomnieć, jak ma pani na imię.

– Louise.

– Louise! – Lavinia znowu pociąga ją za nadgarstek, ale żartobliwie. – Jako Lou Salomé.

Louise nic to nie mówi.

– Przeżyłam właśnie wspaniałą, najwspanialszą noc w swoim życiu. Jedną z tych nocy. Rozumiesz?

Louise uśmiecha się uprzejmie.

– Nie rozumiesz?

Louise się waha.

– Znowu uwierzyłam, Louise! – Lavinia przymyka oczy. – W Boga. I chwałę. W miłość i czarodziejski pył… Boże, uwielbiam to miasto.

Cordelia stawia szklankę wody na kufrze.

Jednak Lavinia wspina się na kanapę. Piękna, mroczna i świetlista jednocześnie. Louise nie wie, co zrobić albo powiedzieć, żeby tamta ją polubiła, jest jednak bystrą obserwatorką i wyczuwa, czego komu potrzeba i tak dalej, więc jak zwykle znajduje klucz.

– Mogę ją naprawić.

Lavinia siada.

– Co naprawić?

– To tylko rąbek. Mogę go zszyć. Masz igłę i nici?

– Igłę i nici? – Lavinia spogląda na Cordelię.

– W moim pokoju – podpowiada dziewczyna.

– Naprawdę potrafisz to zszyć?

– Chyba że… nie chcesz.

– Nie chcę? – Lavinia zgarnia fałdy spódnicy. – „Łazarz wstał z martwych”. – Układa je sobie na podołku. – „Przyszedłem wam powiedzieć!” – Rozkłada ręce. – Och, tak mi… tak mi przykro!

– Niepotrzebnie – odpowiada Louise.

– Wiem… wiem… pewnie uważasz, że jestem śmieszna.

– Wcale nie.

– Na pewno?

Louise nie wie, co Lavinia chce usłyszeć.

– To znaczy…

Ona jednak nawet nie czeka.

– Nie oceniasz mnie?

– Nie.

– Ale na pewno?

Louise odpowiada bardzo powoli.

– Tak. Na pewno.

– Było nas… było nas tylko kilkoro. Ja, ojciec Romylos i Gavin… Gavin, ten narcystyczny socjopata. Tak mi powiedział… kiedyś. Jeden z najmilszych ludzi na świecie, ale rzeczywiście narcystyczny socjopata. W każdym razie postanowiliśmy sprawdzić, czy można się włamać do Ogrodu Botanicznego. I wygląda na to, że można! Popatrz!

Pokazuje Louise zdjęcie. Lavinia, pop i łysy mężczyzna w golfie zeskakują na żywopłot.

– Ojciec Romylos to ten w sutannie – dodaje.

– Czy o tej porze są tam chociaż jakieś kwiaty? – Cordelia wraca z zestawem do szycia. Podaje go Louise.

– To moje ulubione zajęcie, włamywanie się do różnych instytucji! Wtedy człowiek czuje, że żyje… jest gdzieś, gdzie nie powinno go być. Kiedyś nas złapali, w zoo, musieliśmy zapłacić strasznie wysoką grzywnę, ale co tam! Och… nie patrz tak na mnie.

 

– Jak?

Louise zszywa rąbek. Nawet nie podnosi głowy.

– Jakbyś myślała, że jestem okropna!

– Wcale tak nie myślę – odpowiada Louise.

Myśli natomiast: „Ona niczego się nie boi”.

– Nie jestem pijana, wcale – zapewnia Lavinia. Muska jej ramię włosami. Swoimi długimi, grubymi, pięknymi włosami. – Przysięgam. Wiesz, co powiedział Baudelaire?

Louise wzmacnia szew.

– Baudelaire powiedział, że należy się upijać. Winem. Poezją. Cnotą… do wyboru. Ale się upijać.

– Vinny upija się cnotą – zauważa Cordelia.

Ta prycha.

– To tylko prosecco – wyjaśnia. – Nawet Cordy pije prosecco. Matka go podaje.

– Nie znoszę alkoholu. – Cordelia puszcza oko do Louise, gdy ta zbiera pozostałe pióra z poduszek na kanapie. – Picie to przywara.

– Boże, można ją znienawidzić, prawda?! – Lavinia kładzie stopy na kufrze z parowca. – Ty chyba nawet nie wierzysz w Boga, co, Cordy? Kryła się z tym przez cały rok… dasz wiarę? Przedtem była weganką. I… och, Boże, jesteś genialna!

Ogląda zszyty przez Louise rąbek.

– Zajmujesz się kostiumami? Mam przyjaciółkę, która szyje i wypożycza kostiumy. Co roku przygotowuje osiemnastowieczne stroje na karnawał w Wenecji.

– Nie, nie zajmuję się kostiumami.

– Ale umiesz szyć.

Louise reaguje wzruszeniem ramion.

– Nic nadzwyczajnego.

– Mało kto to potrafi. Na czym się jeszcze znasz?

Louise jest zaskoczona tym pytaniem.

– Na niczym szczególnie.

– Tylko nie kłam.

– Jak to?

– Jesteś niezwykła. Nosisz na czole znamię geniuszu. Zauważyłam to… gdy tylko cię zobaczyłam. I… siedziałaś z Cordy, no nie? Do samego rana. To dopiero coś.

Louise nie jest niezwykła. Ona to wie. My to wiemy. Potrzebuje czterystu pięćdziesięciu dolarów i tyle.

– Jesteś aktorką? Z taką urodą mogłabyś być.

– Nie jestem aktorką. – (Louise nie ma takiej urody).

– Artystką?

– Nie.

– Więc jesteś pisarką!

Louise się waha.

Waha się, bo nie można nazywać się pisarzem, jeśli nie napisało się czegoś, co ktoś inny chciałaby opublikować; z czego byłoby się na tyle zadowolonym, żeby zabiegać o wydanie; gdy w tym mieście jest tylu poronionych pisarzy, którzy jedynie budzą śmiech. Jednak zanim zaprzeczy, jej wahanie na tyle się przeciąga, że Lavinia triumfuje.

– Wiedziałam! – Klaska w dłonie. – Wiedziałam! Oczywiście, że jesteś pisarką. Jesteś kobietą, która specjalizuje się w słowach. – Zbiera plansze z wyrazami: asesor, asertywność, asekuracja. – Niepotrzebnie w ciebie wątpiłam.

– To znaczy…

– Co napisałaś?

– Och, no wiesz… nic specjalnego. Tylko kilka opowiadań i tym podobne.

– O czym one są?

Teraz Louise jest już na dobre wystraszona.

– Ojej. O Nowym Jorku. Dziewczynach w Nowym Jorku. Nic nadzwyczajnego. Takie tam.

– Nie bądź śmieszna! – Lavinia patrzy na nią tymi swoimi jasnymi, błyszczącymi oczami. – Nowy Jork to najwspanialsze miasto na świecie! Nie sposób o nim nie pisać!

Tak mocno ściska ją za nadgarstek i tak intensywnie się w nią wpatruje, mruga tak niewinnie, że Louise nie może sprawić jej zawodu.

– Tak – przyznaje w końcu. – Jestem pisarką.

– Nigdy się w takich sprawach nie mylę! – pieje Lavinia. – Cordy mówi, że mam intuicję… zawsze wyczuwam, czy ktoś okaże się interesujący, czy nie. To jak telepatia, tyle że w odniesieniu do talentu… i działa! – Przeciąga się na kanapie jak kot. – Ja też piszę, wiesz? To znaczy… obecnie pracuję nad powieścią. Wzięłam nawet roczny urlop naukowy.

– Urlop naukowy?

– Z uczelni! Dlatego tu jestem. – Wzrusza ramionami. – Żyję w brudzie i nędzy. Zrobiłam sobie przerwę, żeby ją skończyć. Ale problem polega na tym, że brakuje mi samodyscypliny. Nie jestem jak Cordy. Ona to pracuś. – (Cordelia znowu czyta Newmana i nie podnosi wzroku). – A ja imprezuję. – Ziewa głęboko i przeciągle. – Biedna Louise – mówi z taką czułością. – Z mojej winy straciłaś noc.

Przez okno wlewa się światło dnia.

– Nic się nie stało – odpowiada Louise. – Niczego nie straciłam.

– Piękną piątkową noc. Piękny zimowy piątek… w samym środku okresu przedświątecznego. Pewnie miałaś plany. Przyjęcie gwiazdkowe, co? Albo randka.

– Nie miałam żadnej randki.

– To co zamierzałaś? Zanim to wszystko zrujnowałam?

Louise wzrusza ramionami.

– Sama nie wiem. Miałam jechać do domu. Może pooglądać telewizję.

Prawda jest taka, że Louise planowała pójść spać. Sen to najbardziej pociągająca czynność, jaka przychodzi jej na myśl.

– Ale jest już prawie sylwester!

– Mało gdzie bywam.

– Zbliża się Nowy Rok! – Lavinia patrzy na nią szeroko otwartymi oczami. – A my mamy po dwadzieścia lat!

Bywanie kosztuje. Potem trzeba wrócić do domu. Każdemu po drodze dawać napiwki. Jest zimno. W metrze stoi woda. A jej nie stać na taksówkę.

– Wybierz się ze mną – proponuje nagle Lavinia. – Zabiorę cię na przyjęcie!

– Teraz?

– Jasne, że nie teraz, ty głuptasie… jeszcze nie zwariowałam. W MacIntyre wydają przyjęcie noworoczne… zabawimy się! To będzie ich najlepsze przyjęcie ze wszystkich. I jestem ci to dłużna! Za te wszystkie dodatkowe godziny, kiedy tu siedziałaś… jestem ci winna procent.

– Jesteś jej winna sto pięćdziesiąt dolarów za godzinę – włącza się Cordelia ze swojego fotela. – Od siódmej… – Zerka na zegarek. – Do siódmej.

– A niech to! – woła Lavinia tak gwałtownie, że Louise się wzdryga. – Dałam całą forsę ulicznemu muzykowi. Grał przed Bandshell New York, New York. „Byliśmy bardzo zmęczeni… byliśmy bardzo weseli”2.

Prostuje się.

– Teraz musisz ze mną przyjść – kwituje. – Jeśli się nie zobaczymy, nie będę mogła ci zapłacić za dzisiejszą noc.

Uśmiecha się z zachwytem.

– Jestem ci winna coś więcej niż tylko pieniądze – ciągnie. – Jestem ci winna najpiękniejszą noc w twoim życiu.

To pierwsze przyjęcie, na które Lavinia zabiera Louise, i najlepsze; Louise nigdy nie przestanie wracać do niego pamięcią. Idzie na nie w sukience Lavinii, tej z lat dwudziestych (tak naprawdę to podróbka z lat osiemdziesiątych kupiona w sklepie), znalezionej przez Lavinię na ulicy, bo właśnie podobne rzeczy przytrafiają się ludziom takim jak Lavinia Williams, i to bez przerwy.

Hotel MacIntyre to tak naprawdę wcale nie hotel. To trochę skład, trochę nocny klub, a trochę scena – w Chelsea. Na sześciu kondygnacjach mieści się ze sto pokojów. Połowa z nich wygląda jak w nawiedzonym hotelu z czasów Wielkiego Kryzysu, ale jest tam także las i – na ostatnim piętrze – cały zakład dla obłąkanych, gdzie Ofelia popada w obłęd (wystawiają również Hamleta, ale w wersji bez słów), i Louise słyszała, że czasami aktorzy zabierają kogoś z gości do sekretnych pomieszczeń albo kaplic i całują w policzek, w czoło albo w usta, ale wstęp kosztuje po sto dolarów od osoby (i to bez opłaty za szatnię i dziesięciu dolarów za wystawienie biletu), więc nigdy nie sprawdziła, czy to prawda.

W niektóre wieczory, te wieczory, jedne z tych wieczorów, organizują tam specjalne tematyczne bale kostiumowe; przyjęcia do białego rana, z darmowym alkoholem, w stylu „pocałuj nieznajomego i zobacz, co z tego wyniknie”, na które wszyscy przychodzą przebrani, wędrują labiryntem połączonych ze sobą pokojów, z własnym nagłośnieniem na każdym piętrze, i nawet w wannach w zakładzie dla obłąkanych uprawiają seks.

Louise nigdy nie brała w czymś takim udziału.

Ale bez obaw. Będzie miała okazję.

Oto co znajduje się w MacIntyre, w takiej kolejności, w jakiej zauważa to Louise: czerwony aksamit, świece, strusie pióra, smukłe szampanki, jedni trzymający kieliszki z napisem „Szczęśliwego 2015 roku!”, drudzy cykający selfie, kobieta w czerwonej cekinowej sukni bez pleców, śpiewająca piosenkę Peggy Lee Is That All There Is?, inni cykający selfie. Lavinia. Dziewczyna w smokingu. Maria Antonina. Ktoś w kostiumie poskramiacza lwów. Lavinia.

Ludzie w wieczorowych strojach. Ludzie we własnych wieczorowych strojach. Ktoś w gorsecie. Ktoś w bieliźnie. Lavinia.

Mężczyzna w sutannie („Nie mów mu, że ci to mówiłam, ale jest suspendowany”). Kobieta ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, która nie ma na sobie nic oprócz pasztecików i piór, o najbardziej skrzeczącej i najbardziej nowojorskiej wymowie, jaką Louise kiedykolwiek słyszała („W burlesce występuje jako Athena Maidenhead. Jak naprawdę się nazywa, nie mam pojęcia”). Łysy facet w obcisłych czarnych dżinsach i golfie, jedyny nie w kostiumie, ale jakby zupełnie nic sobie z tego nie robił („To Gavin. Prowadzi arkusz kalkulacyjny w Excellu dla każdej kobiety, z którą się umawia”). Lavinia.

Lavinia tańcząca. Lavinia pijąca. Lavinia fotografująca wszystko, ciągnąca Louise za sobą, ciągnąca tak blisko, że ta wyczuwa zapach jej perfum. Są robione specjalnie dla niej, w chińskim kantorku przy Czwartej Wschodniej, jak Louise dowie się pewnego dnia, już niedługo, i pachną lawendą, tytoniem, figą, gruszką i wszystkim, co najpiękniejsze na świecie.

Peggy Lee śpiewa właśnie „czy to wszystko trawi już ogień?” i Louise wychyla kieliszek szampana, jakby to była wódka, a potem zaczyna się denerwować, bo kiedy pije, przestaje uważać, żeby czegoś nie schrzanić, a kiedy przestaje uważać, chrzani najbardziej; Lavinia jednak obejmuje ją jedną ręką w pasie, drugą bierze butelkę ginu Bombay Sapphire i wlewa go jej do ust, i chociaż Louise nie brakuje rozumu, jest dobrą obserwatorką i bardzo się pilnuje – przez cały czas stara się uważać! – czując dłoń Lavinii na swoim krzyżu, myśli, że jeśli świat ma się skończyć, to mógłby właściwie skończyć się tej nocy.

– Przyjaciele! Rzymianie! Rodacy! Więcej ginu!

Lavinia. Lavinia. Lavinia.

Mieszkając w New Hampshire, Louise często sobie wyobrażała, że kiedy już znajdzie się w Nowym Jorku, będzie chodziła na takie właśnie przyjęcia.