Wiosna w sercu

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

8


Dobrym adwokatom

nie brak klientów.

– Miarka za miarkę*

Lucy wyszła na wiosenne powietrze. Słońce przebijało się przez postrzępione chmury, a jego żółte refleksy rozświetlały kałuże pozostałe po wcześniejszym deszczu. Temperatura wzrosła na tyle, że włożyła tylko lekki płaszcz, a rękawiczki i szalik, które stały się dla niej już jak druga skóra, całkiem porzuciła.

Od biura dzielił ją tylko krótki spacer − dziesięć minut szybkim krokiem przez park Princes Street, a potem na drugą stronę torów. Wzdłuż ścieżek ciągnęły się rabatki, na których zielone pędy żonkili i tulipanów przebijały się przez brązową ziemię. Na jeszcze do niedawna nagich drzewach rozwijały się maleńkie pąki, a różowe kwiaty wiśni zwiastowały zupełnie nową porę roku. Jeszcze tylko parę tygodni, zanim ich płatki opadną miękkim dywanem na trawę i ścieżki, a na gałęziach zaczną rosnąć liście. Po długiej, mroźnej zimie wydawało się, jakby wszystko wracało w końcu do życia.

Lucy zaczęła się wdrapywać po stromych kamiennych schodach, które zdawały się piąć po całym Edynburgu, a jej płuca zaprotestowały w obliczu wysiłku. Kiedy dotarła do szczytu, brakowało jej tchu, ale jej ciężkich oddechów nie zdradzały obłoczki pary. Powietrze było już na to zbyt ciepłe. Bogu niech będą dzięki za wszystkie małe dobrodziejstwa.

– Kawy? − zapytała Lynn, kiedy tylko Lucy weszła do biura. − I tak będę robić dla Malcolma.

– Tak, poproszę. I przyjdź do mnie w wolnej chwili − powiedziała Lucy, odkładając swoje okrycie na wieszak stojący w rogu biura. − Muszę poprzestawiać parę spotkań.

Kiedy Lynn poszła robić kawę, Lucy wyciągnęła laptopa i podłączyła go do stacji dokującej, po czym podniosła telefon służbowy, żeby sprawdzić pocztę głosową. Nie otrzymywała już zbyt wielu tego typu wiadomości − większość ludzi albo pisała maile, albo dzwoniła na jej komórkę. Ale miała jeszcze paru tradycyjnych klientów − przeważnie starsze panie, które posiadały większy majątek, niż były w stanie zagospodarować − i od czasu do czasu otrzymywała nagrane drżącym głosem wiadomości z prośbą o oddzwonienie.

Ale nie tego dnia.

Po wypiciu kawy wykonała parę telefonów, a potem zaczęła przeglądać stos listów, które zostawiła dla niej Lynn, i porządkować je pod względem ważności. Wtedy właśnie trafiła na pismo z kancelarii Dewey & Clarke, czyli od prawników Duncana MacLeisha. Podniosła je i przebiegła wzrokiem. Proponowali spotkanie w celu przedyskutowania sprawy i wypracowania kompromisu, który pozwoliłby uniknąć wejścia na drogę sądową.

Zwilżyła usta i przeczytała list ponownie. Potem zeskanowała go i przesłała mailem prosto do Lachlana. W Nowym Jorku był środek nocy, w Miami, czy gdzie on tam akurat był, też, ale dostanie go, kiedy tylko przyjdzie rano do pracy.

Nie minęło nawet pięć minut, kiedy ekran jej telefonu się zaświecił i pojawiło się na nim nazwisko Lachlana. Poczuła przypływ podekscytowania − czy może adrenaliny? Za każdym razem kiedy rozmawiała z MacLeishem, czuła się, jakby wyruszała na bitwę z jakąś stroną samej siebie, której dotąd nie znała.

– Dzień dobry. Wcześnie wstajesz − zauważyła. – Czy raczej jest u ciebie bardzo późno?

– Dochodzi piąta rano − oznajmił jej. − Jakoś muszę znaleźć czas na bieganie przed pracą.

Przez chwilę wyobraziła go sobie w stroju do biegania. Mocne, umięśnione nogi, żelazne ramiona. Miał ciało, którym mógłby osłonić drugą osobę przed burzą, gdyby tylko mu na to pozwoliła.

Na miłość boską. Lucy, opanuj się.

– W takim razie nie będę cię zatrzymywać − powiedziała, chcąc zakończyć tę rozmowę, zanim się w ogóle zaczęła. − Zdrowie jest najważniejsze. Zawsze możesz do mnie napisać później, jeśli będziesz miał jakieś pytania.

– Właśnie tak bym zrobił − wydawał się rozbawiony − ale w twoim mailu nie było załącznika, więc nie mogę przeczytać listu.

Szlag.

Wyświetliła na komputerze swoją skrzynkę mailową i rzeczywiście nie zobaczyła ikonki spinacza, świadczącej o tym, żeby załączyła skan. Jakim cudem udało jej się spieprzyć coś tak prostego?

– Bardzo cię przepraszam, prześl… − Jej przeprosiny przerwało głośne trąbienie, które rozległo się w telefonie. Potem usłyszała jakieś krzyki, ale nie zrozumiała słów. − Lachlan, wszystko w porządku?

– Tak. Jakiemuś taksówkarzowi wydawało się, że światła go nie dotyczą. − Głos Lachlana brzmiał, jakby mężczyźnie brakowało tchu. − To nic takiego.

– Czy ty teraz biegniesz? − zapytała.

– Mhm. Właśnie dotarłem do Central Parku.

– I mimo to możesz rozmawiać?

– Dopiero się rozgrzewam. Gdy przyspieszę, będzie mi trudniej, ale to wszystko kwestia oddechu. Jeśli rozmowa zgrywa się z rytmem biegu, mogę mówić przez cały czas.

Próbowała wyobrazić sobie Central Park o tej porze roku. Odwiedziła Nowy Jork zaraz po studiach, opłacając koszty podróży z pieniędzy, które otrzymała od firmy Robinson & Balfour w ramach złotych kajdanek.

– W której części parku biegasz? − zapytała go.

– Okrążam staw, a potem wracam do centrum. Mam spotkanie o siódmej. − Słyszała teraz rytm jego oddechu. − Właściwie to mam spotkania o siódmej, dziewiątej, jedenastej i pierwszej. A po południu jadę na oględziny. Więc do wieczora nie będę miał czasu, żeby dokładniej się przyjrzeć twojemu mailowi. Czy to nie problem?

Bicie jej serca zrównało się z jego wydechami.

– Nie, to wystarczy. Sprawdzę maila wieczorem przed pójściem do łóżka. A gdybyś chciał zadzwonić, to się nie krępuj. Nie chciałabym, żeby różnica stref czasowych powodowała jakiekolwiek kłopoty.

– Doceniam to − odpowiedział nadal doskonale wyraźnym głosem. − Ale nie kładź się później tylko ze względu na mnie. Muszę zostać dłużej w biurze, więc możliwe, że kiedy to przeczytam, u ciebie będzie środek nocy. Nie ma sensu, żebym cię budził w sprawie tego listu.

Czekała, aż ogarnie ją fala ulgi, ale się nie doczekała. W zamian za to poczuła rozczarowanie, i to tak dotkliwe, że aż się skrzywiła. Czy ona chciała, żeby dzwonił do niej w środku nocy?

– Wygląda na to, że się przepracowujesz − stwierdziła. Ale czy ona nie robiła tego samego? Nie da się być najlepszym, pracując od dziewiątej do siedemnastej. Trzeba się wysilać do granic możliwości i jeszcze trochę.

Jego uroda i wrodzony urok pozwoliłyby mu prześliznąć się przez życie bez trudu. Ale zamiast tego on z determinacją dążył na sam szczyt. Nie mogła się oprzeć uczuciu podziwu.

– No cóż, świat nie zna litości. Ciężko pracowałem na to, co osiągnąłem. I nie mam zamiaru teraz tego tracić.

Z rytmu jego zdań domyśliła się, że przyspieszył.

– Powinnam dać ci spokój − stwierdziła, choć nie miała ochoty przerywać tej rozmowy. − Ty masz bieg do dokończenia, a ja muszę wysłać ci ten załącznik.

Roześmiał się.

– Dobrze, Lucy, pogadamy później.

Rozłączyła się i położyła telefon na biurku, koło laptopa, próbując nie zwracać uwagi na uczucie, jakie wywołały w niej jego słowa. „Pogadamy później”. Nie była pewna, czy to brzmi bardziej jak groźba czy jak obietnica.

Sądząc po tym, jak się czuła – tak jakby jej idealnie uporządkowany świat stanął właśnie na głowie − było w tym zapewne i jedno, i drugie.

Lachlan rozparł się na krześle, przeczesał palcami włosy, zamknął na chwilę oczy i wypuścił wstrzymywane w ustach powietrze. To był cholernie długi dzień i nic nie wskazywało na to, żeby niedługo miał dobiec końca. Jego skrzynka mailowa pęczniała od wiadomości, które Grant oznaczył jako pilne, a poczta głosowa na komórce przez cały dzień mrugała, że jest przepełniona. Koło siódmej wieczorem dostawca przyniósł mu torbę pełną chińskiego jedzenia na wynos, ale kartonowe pudełka stały nadal na stole − ich zawartość wystygła i stężała.

Zrzucił z siebie marynarkę i rozpiął guzik od koszuli, żeby poluzować kołnierzyk, który przez cały dzień obcierał mu szyję. Przejrzał zawartość skrzynki mailowej, a jego wzrok zatrzymał się natychmiast na znajomym nazwisku, tym, którego widok sprawiał, że kącik jego warg się unosił. Lucy Shakespeare. Działała jak chłodny balsam na jego przepracowaną duszę.

Rozejrzał się po swoim gabinecie, po lśniących meblach, marmurowej posadzce i cennych obrazach zawieszonych na ścianach. Nie miał prawa się skarżyć − nie teraz, kiedy osiągnął więcej niż to, o czym marzył jako dzieciak, który wałęsał się po ulicach Miami i za którym kłopoty podążały jak nieprzyjemny zapach. Przez wiele lat zadowalało go to, co miał − artykuły prasowe, które wychwalały go jako kolejnego potentata, zaproszenia na ekskluzywne gale i premiery − wszystko to, co towarzyszyło sukcesowi. Teraz jednak, siedząc samotnie w gabinecie, nie czuł się tak spełniony, jak kiedyś.

Trudno mu było stwierdzić dlaczego. Pomyślał o swoim ojcu, człowieku, który spoczął w grobie, ledwo znając swojego pierworodnego syna. Czy Duncan MacLeish senior był zadowolony ze swojego życia? Prawdopodobnie tak. W końcu zbudował biznesowe imperium, które zamieniło go ze zubożałego Szkota w magnata z Miami. Czego można by w tym nie lubić?

Przesunął kursor na maila od Lucy i otworzył go kliknięciem, po czym szybko przeczytał wiadomość i pobrał załącznik. Jej maile tak bardzo przypominały jej sposób mówienia, że kiedy przebiegał wzrokiem zwięzłą notkę, niemal słyszał jej głos. Oczami wyobraźni widział, jak dziewczyna pisze tę wiadomość z lekko zwężonymi oczami i wargami ściągniętymi w skupieniu.

W ciągu tych paru tygodni, które upłynęły od ich pierwszego spotkania w jego hotelu w Miami, okazała się dokładnie taką prawniczką, jakiej potrzebował. A do tego miał szaleńczą ochotę z nią rozmawiać − tak wielką, że aż zadzwonił do niej tego ranka, kiedy słońce ledwo co ukazało się ponad nowojorskim horyzontem. Pragnienie, by usłyszeć jej głos, przeważyło nad resztkami rozsądku, jakie mu zostały. A jeszcze bardziej zwariowane było to, że jego poranny bieg i towarzysząca mu rozmowa okazały się najprzyjemniejszą chwilą tego dnia.

 

Nigdy wcześniej się w nikim nie zadurzył, o ile właśnie o to tutaj chodziło. Grant się nie mylił, mówiąc, że kobiety garną się do Lachlana. Lubił ich towarzystwo i rozmowy z nimi, i tak, czasami szli potem do łóżka. Ale nigdy nie rozwijało się z tego nic więcej. A już na pewno nie poświęcał na rozmyślanie o kobietach swojego wolnego czasu.

Do momentu, aż pojawiła się ona.

Potrząsnął głową z politowaniem nad samym sobą, a kącik jego ust uniósł się w półuśmiechu. Była dobra w tym, co robiła, i właśnie to mu się w niej podobało. Była dla niego kluczem do otrzymania spadku, którego tak bardzo pragnął, i to liczyło się najbardziej.

Nie jej piękno, nie jej opanowanie, nie sposób, w jaki przyciągała go do siebie za każdym razem, kiedy rozmawiali. Może i była inna niż wszystkie kobiety, które do tej pory poznał, ale to było bez znaczenia. Była jego prawniczką i mieszkała trzy tysiące kilometrów od niego. Jego życie i tak było już dość skomplikowane − nie czuł potrzeby, żeby komplikować je jeszcze bardziej.

Rzut oka na zegar na odległym krańcu ściany pozwolił mu stwierdzić, że dochodzi jedenasta. Potarł suche oczy i wysłał wiadomość do obsługi samochodowej z prośbą, żeby kierowca podjechał po niego za pół godziny. Pozostawiało mu to wystarczająco dużo czasu, żeby odpowiedzieć na wiadomość od Lucy, a potem przeczytać pozostałe maile, zanim wróci do domu i pójdzie do łóżka.

Życie samą pracą z pewnością czyniło z Lachlana człowieka przemęczonego.

– Czyli wszystko już załatwione? − spytała Cesca. − Bogu dzięki, że w tym ośrodku mogą go przyjąć, tak będzie znacznie lepiej dla wszystkich.

– A ja nadal nie mogę znieść myśli, że będzie mieszkał w domu opieki. − Juliet zmarszczyła nos. − Czuję się… winna, wiecie? Tak jakbym go zaniedbywała. Nie widziałam się z nim od ponad dwóch lat.

– Nie ma powodu, żebyś tak się czuła − powiedziała Lucy. − Ani ty, ani żadna z was. On wcale by nie chciał, żebyście poświęcały wszystko, żeby się nim zająć. Jeśli ktokolwiek powinien się nim zaopiekować, to najprędzej ja. Mieszkam przecież najbliżej.

Z głośników laptopa posypały się zaprzeczenia. Na ekranie Lucy widziała swoje trzy siostry, choć każda z nich znajdowała się w innej części świata. Cesca nadal siedziała w Budapeszcie, gdzie Sam miał zdjęcia plenerowe. Jeśli się dobrze przyjrzeć, można było zauważyć za nią charakterystyczne elementy pokoju hotelowego − obrazy ze scenkami rodzajowymi na ścianach, prostą, ale elegancką pościel, nie wspominając o trzech walizkach w rogu ekranu.

Juliet z kolei znajdowała się w swojej kuchni w stanie Maryland w Ameryce Północnej. Pomieszczenie było urządzone pięknie i nowocześnie, a jednak trochę brakowało mu duszy. W kącie siedziała Poppy, która kolorowała coś z charakterystycznym dla siebie zapałem. Thomasa, męża Juliet, nie było widać.

No i jeszcze Kitty. Najmłodsza z rodziny. Siedziała przed kawiarnią w Los Angeles, a poranne słońce rozświetlało jej długie blond fale. W dłoni trzymała wielki kubek termiczny i sączyła coś z niego podczas rozmowy. Wyglądała pięknie − nic dziwnego, w końcu była zakochana.

– A co z domem? − spytała Cesca. − Ubezpieczyciel pozwoli, żeby stał pusty? Nie możemy go przecież wynająć z tymi wszystkimi rzeczami w środku. − Dobrze wiedziały, że ich ojciec lubił gromadzić różne przedmioty.

– Rozmawiałam z kilkoma firmami, które specjalizują się w opróżnianiu domów − powiedziała im Lucy. − Myślę, że nie powinnyśmy nic robić, dopóki tata się nie zadomowi, ale potem będziemy musiały się zastanowić nad sprzedażą, potrzebujemy pieniędzy na opłacenie domu opieki.

– To okropne uczucie, sprzedawać dom rodzinny − odezwała się Kitty. − Tata kocha to miejsce. I mama też je kochała.

Lucy zerknęła na stolik obok, zastawiony kolekcją zdjęć rodzinnych w srebrnych i czarnych ramkach. Po lewej stronie znajdowała się nieduża czarno-biała fotografia wysokiego przystojnego mężczyzny i pięknej kobiety, którzy ze śmiechem zbiegali po schodach urzędu stanu cywilnego. Jej matka wyglądała olśniewająco w swojej krótkiej kremowej sukni, a ojciec miał na sobie elegancki garnitur i idealnie zawiązany krawat. Zdjęcie przypominało bardziej jakąś staroświecką reklamę niż pamiątkę rodzinną.

– Nie mamy wyboru − powiedziała cicho Juliet. − Chcemy, żeby tata miał jak najlepszą opiekę, a sprzedaż domu może pokryć jej koszty. − Przełknęła ślinę i odezwała się jeszcze ciszej: − Tak czy inaczej już nigdy nie będzie mógł tam wrócić, prawda? Jego stan będzie się tylko pogarszał.

Te słowa uciszyły je wszystkie na chwilę. Kiedy Lucy spojrzała na ekran, jej siostry miały spuszczony wzrok.

– To najlepsze, co możemy dla niego zrobić − stwierdziła w końcu Lucy. – Poza tym to jedyne wyjście. Wiem, że to okropne, ale przynajmniej tym razem zróbmy to porządnie.

– Jasne, że tak − zgodziła się Cesca.

– To teraz opowiedz nam trochę o Budapeszcie. Czy Dunaj naprawdę jest taki piękny, jak mówią? − zapytała Lucy. Zmiana tematu podziałała na nie tak, jakby zdjęto z nich jakiś ciężar, i nagle znowu mogły rozmawiać wesoło, a ich twarze rozpogodziły się, kiedy zaczęły się wymieniać wieściami na temat mężów, chłopaków, pracy i domów.

Lucy oparła się na krześle i przyglądała im się z ciepłym uśmiechem. Kochała swoje siostry do szaleństwa. Odkąd skończyła piętnaście lat, jej zadaniem było opiekować się nimi i dbać o ich szczęście.

I w gruncie rzeczy nadal to zadanie wypełniała.

* W. Shakespeare, Miarka za miarkę, przeł. M. Słomczyński, Kraków 1999.

9


Władzę nad mymi oczyma

przejęła matka moja

i wybrała kapitulację pod naporem łez.

– Henryk V*

W Miami będzie czekał na ciebie samochód. Przełożyłem jutrzejsze zebrania i odwołałem spotkania. Przekaż mamie pozdrowienia ode mnie. Grant

Lachlan przebiegł wzrokiem tekst, po czym schował telefon do kieszeni i wszedł do hali przylotów, ciągnąc za sobą swoją niedużą, ale drogą walizkę. Miała rozmiary bagażu podręcznego i zawierała wszystko, co zdążył do niej wrzucić, zanim popędził na lotnisko JFK na pierwszy lot, jaki udało mu się dostać.

Była jedenasta wieczorem. Na Miami spłynął już mrok, który przydawał lotnisku nieco spokojniejszej atmosfery, idealnie harmonizującej z nastrojem Lachlana. Przemierzył posadzkę lotniska, kierując się w stronę mężczyzny, który trzymał kartkę z jego nazwiskiem, skinął mu głową i pozwolił, żeby kierowca wziął od niego walizkę, po czym obaj udali się do samochodu.

Parę minut później wjeżdżali już na trasę szybkiego ruchu. Kierowca kilka razy bez zbytniego zapału próbował rozpocząć rozmowę, ale Lachlan udzielał zdawkowych, niemal mrukliwych odpowiedzi. Wolał wyglądać przez okno albo sprawdzać wiadomości na telefonie, żeby przekonać się, czy pielęgniarka jego matki nie napisała czegoś nowego.

– Do szpitala uniwersyteckiego, tak? − zapytał kierowca, zjeżdżając na szybszy pas.

– Zgadza się.

– Domyślam się, że o tej godzinie nie jedzie pan na standardową wizytę.

– Moja matka zachorowała. Przyleciałem z Nowego Jorku, żeby się z nią zobaczyć.

– Współczuję − powiedział kierowca.

– Dziękuję.

– Mojego ojca zabrali w zeszłym roku do szpitala Mercy − ciągnął mężczyzna. − Zawał serca. Dawali mu najwyżej tydzień. Dwa miesiące później tańczył na weselu mojej siostry. Powiedzieli, że to jakiś mały cud.

Lachlan uśmiechnął się smutno. W przypadku matki nie spodziewał się żadnych cudów − ani małych, ani dużych.

Nie minęło piętnaście minut, a samochód zatrzymał się przed szpitalem. Kierowca włączył światła awaryjne i wysiadł, żeby wyciągnąć walizkę z bagażnika. Lachlan stanął na chodniku i spojrzał w górę na budynek zdobiony kremowym stiukiem. Gdyby nie zielono-pomarańczowe tabliczki z napisem Szpital Uniwersytetu Miami, można by go wziąć za jakiś luksusowy hotel. Kurczę, przecież z niektórych sal na najwyższym piętrze musiał być fantastyczny widok na plażę i miasto.

Lachlan wsunął kierowcy do ręki dwadzieścia dolarów napiwku, po czym złapał swoją walizkę, wszedł przez rozsuwane szklane drzwi do środka i natychmiast skierował się do punktu informacyjnego. W budynku panowała cisza − standardowe godziny odwiedzin się skończyły, więc większość ludzi wróciła na wieczór do domów. Nawet pracownicy szpitala mówili przyciszonym głosem, kiedy pytał o drogę do sali swojej matki.

Gdy dotarł na oddział pulmonologii i intensywnej terapii, pielęgniarka skierowała go po cichu w głąb korytarza.

– Pulmonolog poszedł do domu − powiedziała półgłosem. − Wróci na ósmą na obchód. Wtedy będzie pan mógł z nim porozmawiać. A gdyby miał pan wcześniej jakieś pytania, to ja postaram się panu pomóc.

– Jak ona się czuje?

– Jej stan jest krytyczny, ale stabilny − oznajmiła mu pielęgniarka. − Przeszła infekcję dróg oddechowych, z której rozwinęło się zapalenie płuc. Dostaje antybiotyk w kroplówce i jest podłączona do tlenu, ale serce bije słabo. Jutro powinniśmy wiedzieć więcej.

– Wyjdzie z tego?

Twarz pielęgniarki złagodniała.

– Trudno powiedzieć. Granica pomiędzy leczeniem jej a zwiększaniem jej cierpienia jest bardzo cienka. Jak pan wie, POChP to choroba postępująca, możemy leczyć tylko powikłania. Ale zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby pomóc jej walczyć. − Zatrzymała się przed salą i otworzyła drzwi. Lachlan minął ją i wszedł do środka, a jego wzrok przyciągnęła natychmiast sylwetka bladej kobiety leżącej w szpitalnym łóżku. Była podłączona do jakiegoś urządzenia, a z jej nadgarstka do kroplówki biegły cienkie rurki. Nos i usta miała zakryte maską tlenową, a za każdym razem kiedy brała oddech, słyszał dobiegające z jej piersi rzężenie.

– To maska Venturiego − wyjaśniła pielęgniarka. − Dostarcza jej do płuc wysokie stężenie tlenu. Jest bardziej efektywna niż kaniula tlenowa.

Lachlan pokiwał głową, choć ledwo jej słuchał.

– Dostała też dwa zastrzyki sterydowe, które mają poprawić czynność płuc. Podejrzewam, że jutro wyślą ją na kolejne prześwietlenie.

„Jutro”. Patrząc na leżącą kobietę, zaczął się zastanawiać, czy ona w ogóle doczeka do jutra. Postawił walizkę przy drzwiach i podszedł do matki, przysuwając sobie krzesło bliżej łóżka. Ujął jej rękę i zamknął w swoich dłoniach.

– Jest rozpalona − stwierdził.

– Miała gorączkę. Ale już jej schodzi. Za pół godziny będziemy ją znowu badać, miejmy nadzieję, że do tego czasu temperatura trochę spadnie. − Pielęgniarka spojrzała na zegarek. − Zostawię tu pana na chwilę. Gdyby chciał pan coś zjeść albo wypić, to kawiarenka jest czynna przez całą noc, znajduje się na końcu korytarza. A gdyby potrzebował pan którejś z nas, proszę albo nacisnąć ten guzik − powiedziała, wskazując na czerwony przycisk na ścianie − albo przyjść do pokoju pielęgniarek.

– Dziękuję − odparł, nie odrywając wzroku od matki.

– Nie ma sprawy.

Przez następną godzinę siedział przy łóżku, słuchając miarowego pikania monitora pracy serca i nieregularnych oddechów kobiety, która z trudem nabierała powietrza. Świszczące rzężenie dobiegające z jej klatki piersiowej przyprawiło go o grymas − brzmiało tak, jakby o każdy oddech musiała stoczyć bitwę. Parę razy jej powieki otworzyły się z trzepotem i przez chwilę wpatrywała się w niego szklanym wzrokiem, nie rozpoznając go. A może go rozpoznała, ale nie była zdolna wykrzesać z siebie energii, żeby mu to okazać.

Koło północy zasnął na wyściełanym skórzanym fotelu, głowa opadła mu na bok, a swoje długie nogi wyciągnął przed siebie. Ale ta drzemka nie trwała długo. Co godzinę przychodziła pielęgniarka, żeby sprawdzić urządzenia i kroplówkę, i zapisywała coś na swojej karcie, na której prowadziła statystyki dotyczące stanu jego mamy.

Za drugim razem, kiedy pielęgniarka go obudziła, miał zesztywniałą szyję, a mięśnie pleców skarżyły się na niewygodną pozycję. Zrobił parę okrążeń głową i poczuł, jak strzelają mu stawy.

 

– Przypomni mi pani, gdzie jest ta kawiarenka? − zapytał. Wizja zastrzyku kofeiny była zbyt kusząca, żeby ją dłużej ignorować. Szkoda, że nie serwują tam nic mocniejszego.

– Dalej korytarzem i w lewo − powiedziała, regulując urządzenia. − Przy odrobinie szczęścia może pan jeszcze zastać otwarty taras. Jest stamtąd ładny widok na miasto.

Przy barze nie było kolejki. Barista obsłużył go szybko, mówiąc równie cichym głosem jak reszta pracowników szpitala. Czy oni mieli z tego jakieś szkolenia? Lachlan podał mu banknot, po czym zaniósł swoją kawę do stolika w rogu pomieszczenia. Drzwi na taras były zamknięte, ale odgłosy miasta mimo to przedostawały się do środka przez szpary. Na ekranie swojego telefonu zobaczył, że jest wpół do drugiej, i nie zdziwiło go to. Siedząc tam, w kącie opuszczonej kawiarenki Lachlan poczuł w żołądku ukłucie samotności.

„Czy chciałby pan do kogoś zadzwonić?” Takie pytanie zadają chyba pacjentowi, który ma niedługo umrzeć. A gdyby tu i teraz pielęgniarka zapytała go, czy chciałby zatelefonować, czyj numer mógłby wybrać?

Grant prawdopodobnie by się przejął, ale tylko dlatego, że był przyjacielem Lachlana. Poza tym o tej godzinie pewnie już twardo śpi. Nie sądził, żeby Jenn była zachwycona, gdyby Lachlan obudził ich tylko po to, żeby pogadać.

Czy on w ogóle miał innych przyjaciół? Może i tak, ale nie takich, do których można by zadzwonić w środku nocy z nadzieją na współczucie. Spędzał swoje życie w otoczeniu kolegów z pracy, pracowników, znajomych, którzy lubili się dobrze bawić, ale czy mógłby liczyć na któregokolwiek z nich, gdyby wysłał im teraz wiadomość?

Nie, podejrzewał, że nie.

Upił łyk kawy i pozwolił, żeby jej gorzki smak zawirował mu na języku, po czym przesunął palcem po ekranie komórki, żeby jeszcze raz sprawdzić godzinę. Pierwsza trzydzieści trzy − minęło tylko parę minut, odkąd sprawdzał ostatnio. Miał wrażenie, że w nocy czas zaczyna płynąć wolniej, według tej samej zasady, która po północy zobowiązywała pielęgniarki do zniżania głosu. Sprawdził maila, wiadomości, kalendarz. Pociągnął kolejny łyk ze swojego kubka. Do kawiarenki weszły dwie pielęgniarki, skierowały się prosto do baru i wyszły, kiedy tylko dostały swoje napoje na wynos.

Zerknął na wiadomości, na prognozę pogody i na kursy zamknięcia na giełdach z całego świata. Jego kubek był już do połowy opróżniony, a kawa szybko stygła w klimatyzowanym pomieszczeniu, więc odsunął napój jedną ręką, w drugiej nadal trzymając telefon.

Westchnął i kliknął pole wyszukiwarki w przeglądarce. Co może jeszcze sprawdzić? Plotki go nie interesowały, nie oglądał żadnych seriali i nie pamiętał, kiedy ostatnio czytał jakąś książkę. Na ekranie wyskoczyła klawiatura, a on zaczął przesuwać palcem między kwadracikami, wpisując literki w pole wyszukiwania.

Klan MacLeishów.

Kiedy tylko przycisnął ikonkę z lupą, wyskoczyła lista rezultatów. Sklep internetowy prowadzący sprzedaż szkockiego tartanu, strona na Wikipedii i portal, o którym mówił mu Grant. Lachlan kliknął trzeci wynik i od razu znalazł się na już znanej mu stronie ze szkockim wzorem w tle i banerem z fotografią posiadłości Glencarraig.

W menu znajdowało się wiele opcji do wybrania, więc najpierw kliknął historię. Przejrzał ją, przeczytał o czystkach z osiemnastego wieku i o tym, jak w ich wyniku wiele uboższych rodzin szkockich zostało wysiedlonych przez arystokratycznych ziemian, co doprowadziło do masowej emigracji do Nowego Świata. Przeczytał o Ślicznym Księciu Karolku i o tym, jak naczelnik klanu MacLeishów wsparł go w powstaniu przeciw angielskiej okupacji, przez co był potem ścigany i został zmuszony do ucieczki.

Było tam tyle wiadomości, że Lachlan ledwo je przyswajał. Kto to wszystko napisał? Nie mógł uwierzyć, że jego ojciec interesował się prowadzeniem strony i że w ogóle miał potrzebne umiejętności techniczne. Lachlan nie znalazł informacji o autorze − tylko linki do forum, które zgodnie z tym, co mówił Grant, okazało się dość wyludnione. Znalazł tam głównie szczegóły na temat noclegów oferowanych przez Glencarraig turystom i uczestnikom dorocznych zjazdów.

To zainteresowało Lachlana, więc wszedł na stronę zjazdów. Wyskoczyło znowu zdjęcie zamku, ale tym razem stał przed nim tłum ludzi. Mężczyźni w kiltach z tradycyjnego szkockiego tartanu, kobiety w dłuższych spódnicach i tartanowych chustach na ramionach. Były tam nawet dzieci: chłopcy w kiltach i płaskich beretach typu tam o’shanter, dziewczynki w krótszych spódniczkach i długich podkolanówkach. U dołu fotografii znajdował się podpis: „Zjazd klanu MacLeishów 2017”.

Powiększył zdjęcie i przebiegł wzrokiem po twarzach ludzi, żeby sprawdzić, czy kogoś rozpozna. Ale nikt nie wyglądał znajomo. Nie było tam ani jego ojca, ani brata, co z jakiegoś powodu sprawiło Lachlanowi satysfakcję.

Drzwi do kawiarenki znowu się otworzyły i tym razem weszło więcej ludzi. Lachlan zerknął na zegarek i ze zdumieniem stwierdził, że minęła ponad godzina. Wstał pospiesznie i skierował się z powrotem do prywatnej sali swojej mamy.

Będzie musiał poczekać, zanim dowie się więcej o klanie MacLeishów.

* W. Shakespeare, Henryk V, [w:] tegoż, Tragedie i kroniki, przeł. S. Barańczak, Kraków 2013.