Skarb troi

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Skarb troi
Skarb Troi
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,82  35,86 
Skarb Troi
Audio
Skarb Troi
Audiobook
24,90  18,18 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Tytuł oryginału

Der Geheime Tunnel (2): Jagd auf den Schatz von Troja

Redakcja

ANNA KURZYCA

Korekta

DOROTA LIS-OLSZEWSKA

Redakcja techniczna

ADAM KOLENDA

Copyright © 2007 by Rowohlt Verlag GmbH, Reinbek bei Hamburg

Copyright © for the Polish edition by Publicat S.A. MMIX, MMXVIII (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

Wydanie elektroniczne 2018

ISBN 978-83-271-5895-6


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


Spis treści

Skarb w ogrodzie

Różne skarby

Babska kłótnia na boskim przyjęciu

Pomocny pasterz

Król na manowcach

Małe i wielkie bitwy

O jednego konia za dużo

Troja spłonie

Z nowym planem do starego celu

Liczy się każda minuta

Odkopać całe miasto

Uczciwość popłaca?

Skarb znaleziony...

Skradziony!

Ścigający i ścigani

Twarz w oknie

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Skarb w ogrodzie

Z nieba lał się bezlitosny żar. Był środek lipca. Wakacje. W zdziczałym ogrodzie otaczającym tajemniczą willę trawa sięgała już metra. Temperatura robiła się coraz wyższa. Od kilku dni termometr pokazywał ponad trzydzieści stopni. Nawet chrabąszcze i muchy, brzęcząc, szukały chłodu cienia.

Pod czereśnią w rogu ogrodu leżał nieruchomo dziesięcioletni chłopiec. Drzemał.

Brązowe włosy miał zmierzwione, oczy zamknięte, a jego koszulka z napisem: „Zero matmy = zero problemów” była upstrzona ciemnoczerwonymi plamami. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała powoli, od czasu do czasu z jego ust dobywało się słabe westchnienie. I to były jedyne oznaki życia, jakie wydawał w ciągu ostatniej godziny.

– W życiu już się nie ruszę! – wysapał wreszcie.

– Wcale nie musisz, Magnus – odparła dziewczynka, która wspinając się obok niego na palce, zrywała czereśnie i wrzucała je do kowbojskiego kapelusza. – Mama i tak cię zabije, gdy zobaczy, że tarzałeś się w przejrzałych czereśniach. Równie dobrze możesz tu zostać na zawsze.

Wciągnęła głęboko powietrze, zwijając usta w trąbkę, powąchała na wpół zwiędniętą dziką różę i z całej siły wypluła pestkę w jej stronę. Chybiła celu o włos. Niezadowolona wetknęła do ust kolejną czereśnię. Poddawanie się nie leżało w naturze Lilly. Siedzenie cicho również. Nawet podczas takiego upału. Odsunęła z twarzy długi kosmyk rudoblond włosów, zamknęła błękitne oczy i siuuup. Trafiła! Róża na potwierdzenie kiwała się w przód i w tył.

– Wygląda to trochę tak, jakbym założył grube opony i przejechał po tobie kilkanaście razy – zakpił Albert, trzeci w bandzie. Ze śmiechem huśtał się na wózku inwalidzkim. Przed trzema laty uległ ciężkiemu wypadkowi samochodowemu, od tamtej pory nie czuł nóg i nie mógł nimi poruszać. Przez pewien czas było to dla niego bardzo trudne. Przede wszystkim dlatego, że w wypadku zginęła też jego mama. Jednak z pomocą przyjaciół Albert nareszcie zaakceptował wózek i teraz uważał go za rzecz zupełnie normalną. Tak jak okulary czy aparat ortodontyczny na zęby.

Na ramieniu Alberta usiłowała utrzymać równowagę kawka. Był to Merlin, który wypadł z gniazda jako pisklę i został przez chłopca wykarmiony. Tak się to Merlinowi spodobało, że został u Alberta. Mimo że sam potrafił już znaleźć pożywienie.

Ptak wyrwany przez dzieci z drzemki pofrunął w trawę, gdzie majestatycznym krokiem podszedł do Magnusa. Czerwone plamy na koszulce wzbudziły jego ciekawość. Czy są jadalne? Zaciekawiony dziobnął szczególnie dużą.

– Ej! – Magnus zerwał się przestraszony. – Odbiło ci, Merlin?!

Z wyrzutem przegonił ptaka, przy czym jego spojrzenie padło na koszulkę.

– O rany! – zawołał. Obiema rękami naciągnął materiał, aby przyjrzeć się lepiej niespodziance. – Naprawdę jest cała brudna. A ja myślałem, że tylko się ze mnie nabijacie. Skąd, u licha, to się wzięło?

– Hm, jakby trudno było znaleźć na to odpowiedź – wyszczerzyła zęby Lilly, wywracając oczami. Uniosła gałąź, kołyszącą się niczym wskaźnik. – Tu czereśnia, tam słońce. Dojrzałe czereśnie. Przejrzałe czereśnie. Czereśnie spadają. Czereśnie leżą w trawie. Przychodzi łamaga. Łamaga kładzie się w trawie. Czereśnie w trawie pękają. Koszulka łamagi pokrywa się plamami – ujęła zdarzenie w prostych słowach.

– O nie! Będzie awantura – jęknął Magnus. Markotny opadł na bok.

– AUA!

Zerwał się na równe nogi, jakby ktoś ukłuł go rozżarzonym prętem. Twarz miał wykrzywioną bólem, rozcierał ramię.

– Co się stało? – spytali Lilly i Albert jednym głosem.

– Coś mnie ugryzło albo jakoś tak! – odparł Magnus. – Tam, w trawie.

Lilly przykucnęła obok miejsca, na które wskazywał palcem. Na pierwszy rzut oka niczego nie było widać. Ani śladu osy, pająka, a już na pewno nie było tam jadowitego skorpiona. Ostrożnie zaczęła dłubać patykiem w ziemi. O tu! Czy nie natrafiła na coś twardego? Sprawdziła ponownie. Rzeczywiście! Pomiędzy źdźbłami trawy tkwiło coś oplecione korzeniami. Coś twardego, długiego, z ostrymi kolcami. Lilly wsunęła palce pod przedmiot ukryty w ziemi, żeby go wyjąć.


– Widelec! – Triumfalnie uniosła kawałek metalu. – Ugryzł cię widelec – oświadczyła ze śmiechem.

Magnus nie śmiał się, wciąż jeszcze trzymał się za ramię.

– Całkiem nieźle zabolało – poskarżył się. – A w ogóle: co robi widelec w ogrodzie?

– Znaczy, kiedy nie poluje na małych chłopców? – uśmiechnął się Albert. Podjechał do Lilly i wyjął jej z ręki widelec. – Hmm, nie jest to żaden z naszych. Może poprzedni właściciel willi zgubił go podczas pikniku.

Tata Alberta kupił niedawno willę, ponieważ łatwiej było ją przebudować i dostosować do wózka inwalidzkiego niż ich stary dom. Wcześniej willa należała do dziwaka, o którym ludzie szeptali najosobliwsze historie. Miał ponoć twierdzić, że podróżuje w czasie i uczestniczy w przyjęciach na królewskich dworach. Opowiadając o tym, sąsiedzi stukali się w czoła. Tylko Albert, Lilly i Magnus wiedzieli, że te pozorne bzdury były najczystszą prawdą. Sami znaleźli notatnik szalonego właściciela willi, a następnie odkryli tajemniczy tunel prowadzący do przeszłości. Tunel, który zawiódł ich na Dziki Zachód i do słynnego wynalazcy Leonarda da Vinci. W obydwu wypadkach wpadli w wielkie tarapaty i w ostatnim momencie udało im się wrócić do teraźniejszości.

Poprzedni właściciel willi nie miał najwyraźniej takiego szczęścia. Pewnego dnia zaginął bez śladu. Policja stanęła przed trudną do rozwiązania zagadką i wreszcie zamknęła sprawę. Nikt nie potrafił sobie wyobrazić, co mogło stać się z tym mężczyzną. Tylko dzieci przeczuwały, że przeniósł się tunelem w przeszłość i tam wpadł w jakieś kłopoty. Nie wiedziały jednak, w jakim momencie historii utknął.

A teraz trzymały w dłoni jego widelec.

– Jak sądzisz, czy w waszym ogrodzie kryje się więcej starych rzeczy? – spytała Lilly. – Może jakiś skarb, albo coś w tym rodzaju?

– No jasne! – Albert potarł z podnieceniem nos. Jego zielone oczy lśniły, jak zawsze, kiedy był zachwycony jakimś pomysłem. – Poszukiwanie skarbów! Byłaby to właściwa rozrywka na takie popołudnie.

 

Magnus przestał pocierać ramię. W prawdziwy skarb ze złotem, srebrem i kamieniami szlachetnymi w ogrodzie wprawdzie nie wierzył, ale...

– Przynajmniej później nie bylibyśmy narażeni na widelce i inne podłe sztućce w trawie – pokiwał głową.

– No to do roboty! – rozkazała Lilly. Wepchnęła pozostałe czereśnie do ust i włożyła kapelusz kowbojski na głowę. Był oryginalny, najprawdziwszy z prawdziwych. Podczas ich pierwszej podróży na Dziki Zachód wymieniła go z poznanym tam chłopcem na kilka gum do żucia. Od tamtej pory zdejmowała go wyłącznie wtedy, kiedy było to konieczne. Dzieci zabrały się z zapałem do pracy. Lilly wbiła patyk w ziemię i ciągnęła go niczym pług. Magnus rzucił się na kolana i wsunął dłonie w trawę. Albert wjechał do szopy z narzędziami, skąd po minucie wrócił z grabiami. Próbował przeczesywać nimi trawnik, ale co parę centymetrów zaplątywały się w długie źdźbła i osty. Merlin skakał wesoło pomiędzy dziećmi i z zapałem polował na wypłaszane przez nie owady. Przyjaciele wykonywali swoją pracę naprawdę w pocie czoła, a w nagrodę znaleźli...

– Nic! Absolutnie nic!

Wyczerpani Lilly i Magnus klapnęli po obu stronach wózka. Lilly wachlowała się kapeluszem.

– W ten sposób do niczego nie dojdziemy – stwierdził Magnus. Do czerwonych plam po czereśniach na koszulce dołączyły zielone pręgi po trawie. – Potrzebne nam wsparcie techniczne. Coś w rodzaju...

– Wykrywacza metali! – Albert strzelił palcami. – Dlaczego o tym nie pomyślałem? Tata na pewno ma jakiś w laboratorium. Wypożyczymy go sobie.

Wykrywacze metalu nie były jedynymi przyrządami, które miał tata Alberta. W jego laboratorium i w magazynach można było odnaleźć niemal każde urządzenie techniczne, jakie istniało. A nawet kilka takich, które właściwie nie istniały. Tata Alberta był wynalazcą. W willi skonstruował już na własną rękę kilka bardziej lub mniej udanych wynalazków. Niektóre z nich dzieci uważały raczej za... no cóż... dość dziwne. Na przykład toster do opiekania na zimno, którym wprawdzie nie można było się oparzyć, ale na zbrązowienie kromki chleba trzeba było czekać trzy tygodnie. Albo maszyna do liczenia jesiennych liści, która dokładnie pokazywała, ile liści spadło z danego drzewa – nie łapiąc żadnego z nich.

Inne rzeczy były po prostu supermegagenialne. Do absolutnych hitów należał uniwersalny tłumacz. Urządzenie było wielkości zaledwie ziarnka grochu. Kiedy wkładało się je do ucha, odbierało wszystko, o czym wokoło mówiono, i tłumaczyło automatycznie obce języki na niemiecki. Jeśli samemu chciało się coś powiedzieć, wystarczyło pomyśleć zdanie i tłumacz rozpoznawał elektroniczny wzór w mózgu. Przekładał słowa na obcy język i wprawiał w drgania powietrze w ustach. Dla osób postronnych wyglądało to tak, jakby mówiło się płynnie po angielsku, francusku, włosku czy w jakimkolwiek innym języku. Tata Alberta nigdy nie wystawił na sprzedaż uniwersalnego tłumacza, ale urządzenie sprawdzało się doskonale podczas podróży dzieci w czasie.

Kiedy Lilly, Magnus i Albert zastukali do drzwi laboratorium na pierwszym piętrze willi, nie mieli nadziei ani na szalony, ani na genialny wynalazek. Potrzebowali po prostu zwyczajnego wykrywacza metali.

– Proszę wejść, jeśli nie jesteś mordercą motyli – odpowiedział na pukanie niski głos.

Albert otworzył drzwi i wjechał do laboratorium. Było to duże pomieszczenie, przy ścianach stały stoły i regały pełne szklanych probówek, przyrządów mierniczych, lutownic, butelek z chemikaliami, mikroskopów, pipet i narzędzi elektrycznych. Słowem, rzeczy, których badacze i wynalazcy potrzebowali do swojej pracy. Inaczej niż w zwykłym laboratorium naprzeciw wchodzącym dzieciom wyleciały niezliczone motyle we wszystkich barwach tęczy i z najdziwniejszymi wzorkami na skrzydłach.

– Ach, to wy. Szybko, zamknijcie za sobą drzwi! – zawołał pośród zgiełku wysoki, szczupły mężczyzna z rozczochranymi włosami. – W przeciwnym razie wylecą.

Lilly zwinnie zamknęła drzwi, uważając przy tym, aby przez nieuwagę nie zgnieść żadnego motyla.

– Co tu się dzieje? – Magnus wypowiedział na głos to, co miała na myśli cała trójka.

– Och, wypróbowuję tylko swój nowy wynalazek – wyjaśnił tata Alberta z uśmiechem. – Któreś z was nie jest przypadkiem przygnębione?

Popatrzył na nich po kolei z nadzieją w oczach. Jednak zamiast smutnych twarzyczek zetknął się jedynie z pytającymi minami.

– Szkoda – stwierdził. – Naprawdę szkoda. Moglibyśmy od razu rozpocząć następny test.

– Panie profesorze – powiedziała cierpliwie Lilly. – Nie powiedział nam pan jeszcze, dlaczego jest tu tak dużo motyli. – Mimo że dzieci nie wiedziały, czy tata Alberta był rzeczywiście profesorem, prawie zawsze go tak nazywały. Ponieważ był genialny i roztrzepany, jak zazwyczaj bywają profesorowie. Jeśli nie genialniejszy. A już na pewno bardziej roztrzepany.

– Przecież to widać jak na dłoni – zdziwił się tata Alberta. Wyciągnął ręce w stronę stołu tuż pod oknem. Stał na nim mały, terkoczący aparat, przypominający budzik z czkawką. – Na smutek nie ma lepszego lekarstwa od radośnie fruwających, kolorowych motyli. A to tutaj... – Podszedł do terkoczącego aparatu – ...to pierwszy na świecie półautomatyczny wabik motyli. Wystarczy nakręcić, otworzyć okno i w przeciągu kilku minut zlatuje się ich mnóstwo.


– Wow! Podarowałbym taki mamie na urodziny.

Magnus zezował na motyla pawie oczko, który usiadł mu na czubku nosa.

– Ehe, wynalazek nie jest jeszcze całkiem gotowy – przyznał profesor lekko zakłopotany. – W czasie poprzedniej próby zleciały się same osy. A wcześniej żuki gnojaki. Prawdopodobnie gdzieś nie działa styk... Tak przynajmniej przypuszczam.

Albert wykorzystał moment, żeby wrócić do właściwego powodu ich odwiedzin w laboratorium.


– Tatusiu, chcemy szukać w ogrodzie skarbów i chętnie wypożyczylibyśmy wykrywacz metali – powiedział.

– Wykrywacz metali? Tak, mamy coś takiego. Daj mi pomyśleć... – Tata Alberta zmarszczył czoło i myślał z wysiłkiem. Nad jego głową krążyły dwa pazie królowej. – Powinien być w magazynie w piwnicy. W takiej długiej drewnianej skrzyni, gdzieś po prawej stronie. Wygląda jak odkurzacz bez worka na kurz. Jest bardzo prosty w obsłudze: trzeba go włączyć i przesuwać nad ziemią. Gdy natrafi na metal, głośno piszczy. Możecie go wziąć.

– Super! Dziękujemy!

Lilly i Albert odwrócili się i zaczęli przedzierać się do piwnicy przez chmurę gorączkowo kręcących się admirałów i bielinków kapustników.

– Zaraz do was przyjdę! – zawołał za nimi Magnus. A potem zwrócił się do taty Alberta, któremu z uszu zwisały motyle cytrynki.

– Panie profesorze, mam jeszcze jeden problem – powiedział. – Moja koszulka. Kiedy mama ją zobaczy, oberwę solidną burę.

Wyciągnął materiał w stronę taty Alberta.

– Hm, niech no to sobie obejrzę – wymruczał. Przyłożył szkło powiększające do prawego oka i sumiennie zbadał plamy. – Chlorofil, karotenoid, antocyjany... Chyba tarzałeś się po całym ogrodzie?

Magnus z zakłopotaniem wbił wzrok w podłogę. Osetnik przysiadł mu na lewej stopie i odpoczywał.

– Ale to żaden problem – oświadczył tata Alberta. – Disruptor chromo-fosforowy poradzi sobie z tym bez trudu.

– Serio? – Twarz chłopca rozpromieniła się. W myślach już słyszał burzę z piorunami, która czekała go w domu, gdyby wrócił w tak totalnie upaćkanej koszulce.

– Naturalnie – potwierdził profesor. – Natychmiast włożę ją do kadzi z koktajlem do prania, a gdy skończycie poszukiwania skarbów, na twojej koszulce nie zostanie nawet ślad po tych plamach.

– To byłoby... byłoby po prostu super! – wyjąkał Magnus.

– A na ten czas dam ci koszulkę Alberta. W przeciwnym razie doznasz jeszcze poparzenia słonecznego.

Tata Alberta sprowadził Magnusa piętro niżej do pokoju syna. Tam zawołał głośno i wyraźnie:

– Koszulka!

W szafie zaczęło coś klekotać. Potem trzykrotnie kliknęło, po lewej stronie otworzyły się drzwiczki i wyjechała z nich deska, a na niej jasnoszara koszulka z napisem „Albert Einstein 1879–1955”. Między imieniem, nazwiskiem i cyframi widniała podobizna starszego człowieka, który pokazywał język fotografowi.

– Proszę, możesz ją założyć – tata Alberta wręczył Magnusowi koszulkę.

– Ale odjazdowa szafa! – zdziwił się chłopiec po raz drugi w ciągu kilku minut.

– Tak sądzisz? – profesor z zakłopotaniem podrapał się po głowie. – No cóż, nie jest zła. Niestety, za każdym razem, kiedy chcę do niej schować czystą bieliznę, muszę ją kompletnie rozmontować. Przez to cały wynalazek jest dość niepraktyczny.

Magnus ubrał koszulkę. Był troszkę mniejszy od Alberta, mimo to dobrze na nim leżała. Mówiąc „Dziękuję!”, obrócił się na pięcie i pobiegł za przyjaciółmi.

Różne skarby

Magnus odnalazł Lilly i Alberta w ogrodzie. Przywiązali wykrywacz metali z tyłu wózka i teraz jechali ostrożnie między wysoką trawą.

– Znaleźliście już coś? – spytał Magnus ciekawie.

– My nie – odparł Albert. – Ale Merlin odkrył kolejny widelec. Zupełnie bez technicznych środków pomocniczych.

Kawka kroczyła obok dzieci, przyglądając się uważnie ziemi. Najwyraźniej zabawa przypadła jej do gustu.

PIIIIIP!

Sygnał znalezienia metalu! Podekscytowana Lilly przesunęła wózek kawałeczek do tyłu.

PIIIIIIIIIIIP!

– Dokładnie tutaj! – wbiła patyk w ziemię. Albert odwrócił wózek i piszczenie ustało.

– Przyniosę łopatę! – zawołał Magnus i pobiegł do szopy z narzędziami.

Kiedy wrócił, Lilly właśnie wyciągała „skarb” gołymi rękami: nóż. Nieszczególnie cenny, a nawet już trochę zardzewiały. Przynajmniej pasował do dwóch widelców.

– Jeśli tak dalej pójdzie, to niedługo uzbieramy komplet sztućców – wyszczerzył zęby Albert. Odwrócił wózek i ponownie ruszył naprzód. – Ktoś z was musi mnie pchać. Posuwanie się w tak wysokiej trawie naprawdę wymaga nadludzkiego wysiłku.

Magnus stanął za wózkiem i zabrał się uczciwie do pracy. Lilly maszerowała z łopatą za nimi, a Merlin podskakiwał raz przed, raz obok wózka. Nie spodziewali się, że poszukiwanie skarbów może być taką męczarnią. Najważniejsze jednak, aby znaleźć kilka wartościowszych przedmiotów niż same sztućce.


Trudzili się prawie dwie godziny. Spoceni, spoglądali smętnie na swoje zdobycze: kolejny widelec, cztery noże, łyżkę, blaszaną papierośnicę, sprzączkę od paska, antenę z walizkowego radia, dwa aparaty ortodontyczne, garść monet, fenigów i marek niemieckich. Nie znaleźli złota, srebra, kamieni szlachetnych. Poszukiwanie skarbów było co najmniej tak samo bezowocne jak hodowanie gwiżdżących roślin doniczkowych.

– Wiecie co – Magnus przysiadł na oparciu wózka, dysząc ciężko. – Nie mam już ochoty.

– Ja też już nie – przytaknęła mu Lilly. Rękawem otarła pot z czoła.

– Najlepiej spytajmy mojego taty, czy przydadzą mu się te przedmioty, czy raczej mamy je wyrzucić – zaproponował Albert. – A potem możemy zagrać rundkę na komputerze. W środku jest chłodniej.

Przyjaciele zgodzili się ochoczo. Odnieśli łopatę do szopy, a wykrywacz metali odłożyli z powrotem do skrzyni w piwnicy. Potem poszli znów do laboratorium. Tym razem drzwi zastali szeroko otwarte, po motylach nie było już śladu. Profesor gmerał śrubokrętem we wnętrzu swojego aparatu. Od czasu do czasu aparat czkał cichutko.

– Oho! A więc to jest wasz skarb! – wykrzyknął, gdy dzieci zaprezentowały mu znalezisko.

– Dość skromne, prawda? – stwierdził Albert.

– A czego się spodziewaliście? – zapytał jego ojciec. – To przecież tylko stary ogród, a nie stanowisko archeologiczne. Nie znajdziecie tu skarbu Troi.

– Skarbu Troi? – Lilly natychmiast nadstawiła uszu. – Czy to prawdziwy skarb?

– To mam na myśli – pokiwał głową tata Alberta. – Jeden z najsłynniejszych i najcenniejszych skarbów wszechczasów. Mnóstwo złota. Spodobałby się wam – uśmiechnął się. – Ale przychodzicie trochę za późno. Ktoś odnalazł go i odkopał ponad sto lat temu. A najdziwniejsze jest to, że nikt dokładnie nie wie, w jakim miejscu był ukryty.

 

Dzieci szybko wymieniły spojrzenia. Prawdziwy skarb! Czyżby zbliżała się nowa przygoda? Skarb owiany tajemnicą, której rąbka dałoby się uchylić za pomocą tunelu czasu? To by było właśnie w ich stylu! Lilly poczuła mrowienie na całym ciele. Magnus, zaniepokojony, zagryzł dolną wargę. Może jednak czeka ich jeszcze poszukiwanie skarbu zwieńczone sukcesem.

Ale najpierw muszą dowiedzieć się więcej o tej Troi i jej skarbie. I to dyskretnie! Tata Alberta pozwalał im bowiem na mnóstwo rzeczy, dopóki nie okazywały się niebezpieczne. A byli głęboko przekonani, że podróże w czasie zaliczyłby, niestety, do „niesamowicie niebezpiecznych”. I miałby sporo racji. Przecież właśnie dzięki temu te przygody były takie ciekawe.

– Dobrze, wobec tego usiądźmy na chwilę do komputera – powiedział nerwowo Albert.

Wrzucił rzeczy z ogrodu do plastikowej miski z napisem „rupiecie”, która stała na stole w laboratorium. Chciał jak najszybciej dostać się do internetu i wpisać do wyszukiwarki hasło „Troja”. Lilly i Magnus ochoczo pokiwali głowami. Również ich swędziały palce. Chcieli właśnie odwrócić się i wyjść z laboratorium, kiedy tata Alberta zawołał:

– Chwileczkę! Koszulka Magnusa jest gotowa – zrobił dwa kroki w stronę metalowej szafki, przypominającej z wyglądu zamrażarkę. Profesor otworzył ją i uroczyście wyjął troskliwie złożony kawałek materiału.


– Wszystkie plamy zniknęły bez śladu – rozpromienił się. Magnus wziął od niego koszulkę i rozłożył ją. Rzeczywiście znów była lśniąco biała. Żadne włókno nie zdradzało, że jeszcze przed kilkoma godzinami była upaćkana sokiem z czereśni i trawą. Akcja czyszczenia zakończyłaby się pełnym sukcesem, gdyby koszulka nie była...

– ...dobra na pluszowego miśka – szepnęła Lilly. – Małego miśka.

Magnus nie wiedział, co powiedzieć. Spojrzał w uradowaną twarz taty Alberta, który wyraźnie był dumny z mocnego środka piorącego.

– Dziękuję! – wymruczał wreszcie.

A Albert szepnął mu do ucha:

– Możesz zatrzymać tę koszulkę z Einsteinem. Po prostu powiedz mamie, że się zamieniliśmy. Na pewno nie będzie się zbytnio gniewała.

Magnus bez słowa skinął głową. Czasami z trudem znosił, że jest wiecznym pechowcem w grupie.

Co sił w nogach ruszyli do piwnicy. Lilly biegła pierwsza, przeskakując po trzy stopnie, i w zawrotnym tempie pokonała korytarz. Za nią ścinał zakręty Albert. Tata zamontował mu rampę przy schodach, po której chłopiec pędził teraz w dół. Czasami wyglądało to prawie tak, jakby miał się przewrócić, za każdym razem jednak w ostatniej chwili odzyskiwał równowagę i jechał dalej. Magnus biegł w ogonie. Mimo że też był dość szybki, nie dotrzymywał kroku pozostałej dwójce. Poza tym miał do pokonania trochę dłuższą drogę, ponieważ na parterze wypadł z zakrętu i minął schody do piwnicy.

Chwytając łapczywie powietrze, dzieci wpadły do pomieszczenia w piwnicy, które było ich kwaterą główną podróży w czasie. Pośrodku stał duży stół, na nim atlas, encyklopedia, podręcznik do historii z biblioteki taty Alberta, pudełko z ciastkami, a przede wszystkim laptop z dostępem do internetu.

Dalece ważniejszymi rzeczami były jednak stara drewniana skrzynia z trzema zamkami i potężna szafa. Obydwie należały jeszcze do poprzedniego właściciela willi. W skrzyni Albert znalazł – prócz historycznych ubrań – notatnik, w którym dziwak opisał swoje niesamowite wycieczki w przeszłość i tajemniczy tunel. Bez notatnika dzieci prawdopodobnie nigdy by go nie znalazły, ponieważ wejście do tunelu było świetnie ukryte za szafą. Szafa zaś była tak ciężka, że we trójkę nie ruszyli jej ani o milimetr. Jedynie z pomocą podnośnika dla chorych słoni, który wynalazł tata Alberta, udało im się powoli odsunąć szafę.

– Odpalaj go! – ponagliła Lilly. – No już, prędzej!

Jej rozkaz był zbyteczny, ponieważ Albert wcisnął guzik startu komputera jeszcze zanim zdołał zahamować wózek. Gdy system się ładował, Magnus otworzył atlas. Jego palec przesuwał się wzdłuż spisu nazw krajów, miast i miasteczek.

– ...Trnava... Trofaich... Troisdorf... Trois-Riviéres... Troizk... Troja. Mam! – ucieszył się. – Strona 81, kwadrat G5.

Pospiesznie przekartkował do przodu. Na nagłówku strony widniał napis „Europa Południowo – Wschodnia”.

– Leży nad Morzem Śródziemnym – oświadczył Magnus. – W Turcji. W miejscu, w którym łączy się Morze Śródziemne z Czarnym.

– Och, super – ucieszyła się Lilly. – Może od czasu do czasu będziemy mogli się wykąpać.

Tymczasem laptop był już gotowy do pracy. Albert wszedł na stronę wyszukiwarki i wpisał hasło:

SKARB TROI

Nie minęła nawet sekunda, gdy komputer zameldował...

– Tysiąc wyników! Nie jesteśmy chyba pierwszymi ciekawskimi – powiedział Albert.

– Nie szkodzi – uspokoił go Magnus. – Za to jako jedyni mamy tunel czasu. Pozostali mogą sobie spokojnie czytać i pisać...

– ...ale to my się tam udamy – dokończyła Lilly.

– O tu! Ta strona jest dobra – odezwał się Albert, który zdążył już kliknąć na kilka linków. – Skarb znalazł niemiecki kupiec, Heinrich Schliemann, pod koniec XIX wieku. Nazwał go „Skarbem Priama”.

– Priama? – przerwał mu Magnus, marszcząc brwi. – Nie znam. Co to jest?

– Nie „co?”, tylko „kto?” – odparł Albert. – Priam był królem Troi.

– Aha! – Lilly usiadła na stole. – A więc to jego skarbu szukamy – stwierdziła, machając nogami. – Nie rozumiem jednak, jak to możliwe, że nikt nie wie, gdzie leżał ukryty skarb, skoro Schliemann już dawno go odnalazł. Przecież musiał pamiętać, gdzie się na niego natknął. A może odkrył go, lunatykując?

– Moment! Tak daleko jeszcze nie doczytałem...

Albert gorączkowo klikał na kolejne linki. Magnus stanął za jego wózkiem i zaglądał mu przez ramię. Lilly wygięła się, żeby też móc patrzeć na ekran.

– Stój! O, tu! – wykrzyknął Magnus. – Cofnij się do poprzedniej strony. Myślę, że to będzie coś dla nas.

Albert kliknął na strzałkę prowadzącą do poprzedniej strony.

– Niżej – rozkazał Magnus. – Jeszcze kawałeczek... Tu! Nagłówek: „Gdzie leżał skarb Troi?”. No więc tutaj powinno to być napisane...

– Ale nie jest – Albert z rozczarowaniem pokręcił głową. – Tylko tyle, że Schliemann nie wymienił żadnego konkretnego miejsca. Wygląda na to, że wskazywał kilka różnych miejsc, zawsze w przybliżeniu.

Lilly zniechęcona zeskoczyła ze stołu.

– To się robi coraz dziwniejsze – prychnęła. – Nie powinniśmy w ogóle się wdawać w takie gierki. Skoro ten Schliemann nie chce zdradzić, gdzie znalazł skarb, to wybierzemy się do starożytnej Troi i zobaczymy, gdzie chowa go król Priam. Nie ma nic prostszego.

Magnus i Albert zastanawiali się przez chwilę.

– Uważam, że to dobra propozycja – odezwał się wreszcie Magnus.

– Brzmi rozsądnie – skinął głową Albert. – Wobec tego sprawdźmy, czego dowiemy się o królu Priamie i jego mieście.

Wpisał do wyszukiwarki słowa „Priam” i „Troja” i jednym wciśnięciem klawisza wysłał je internetowym tropem za królem.