Pax RomanaTekst

Autor:Adrian Goldsworthy
Z serii: Historia
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Wykaz map

Podziękowania

PRZEDMOWA: Życie w pokoju

WSTĘP: Chwała większa niż wojenna

CZĘŚĆ PIERWSZA: Republika

I. Narodziny potęgi Rzymu

II. Wojna

III. Przyjaciele i rywale

IV. Kupcy i osadnicy

V. „Czy się wzbogaciłeś?” – Zarządzanie prowincją

VI. Prowincje i królestwa

CZĘŚĆ DRUGA: Pryncypat

VII. Cesarze

VIII. Bunty

IX. Opór, zamieszki, rozboje

X. Cesarscy namiestnicy

XI. Życie pod rzymskimi rządami

XII. Armia i granice

XIII. Garnizony i najazdy

XIV. Poza pax Romana

ZAKOŃCZENIE: Pokój i wojna

Fotografie

Chronologia

Słowniczek

Wykaz skrótów

Bibliografia

Przypisy

WYKAZ MAP

1. Imperium rzymskie w okresie republiki, ok. 60 r. p.n.e.

2. Cezar w Galii

3. Cylicja – prowincja Cycerona

4. Imperium rzymskie w roku 60 n.e.

5. Imperium rzymskie w chwili śmierci Septymiusza Sewera, 211 r. n.e.

6. Plemiona Brytanii oraz powstanie Boudiki, 60 r. n.e.

7. Judea w 66 r. n.e.

8. Egipt i porty nad Morzem Czerwonym

9. Bitynia i Pont – prowincja Pliniusza Młodszego

10. Granica na dolnym Renie

11. Granica na górnym Renie

12. Granica na Dunaju

13. Rzymska Afryka Północna

14. Granica w północnej Brytanii i wał Hadriana

15. Granica na Wschodzie i Partia

PODZIĘKOWANIA

Pisanie tego typu książki to długotrwały proces, w którym uczestniczy wiele osób. Jak zawsze chcę podziękować gorąco rodzinie i przyjaciołom, którzy czytali i komentowali kolejne wersje manuskryptu, zwłaszcza Kevinowi Powellowi, Ianowi Hughesowi, Philipowi Matyszakowi, Guy de la Bédoyère’owi i Averil Goldsworthy. Dorothy King cierpliwie wysłuchała i przedyskutowała ze mną wiele z przedstawionych w tej książce koncepcji. Szczególne podziękowania należą się mojej agentce, Georginie Capel, za entuzjazm i za stworzenie sytuacji, która dała mi czas na napisanie tej książki jak należy. Dziękuję także moim wydawcom, Alanowi Samsonowi z Wielkiej Brytanii i Steve’owi Wassermanowi z USA oraz ich zespołom, za opublikowanie tak opasłego tomu.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PRZEDMOWA
ŻYCIE W POKOJU

Pax Romana to jeden z łacińskich zwrotów, co do których dziennikarze i karykaturzyści wciąż zakładają, że czytelnicy zrozumieją je bez konieczności tłumaczenia, podobnie jak wyrażenia w rodzaju mea culpa czy Szekspirowskie „et tu Brute”. Rysownik może przedstawić współczesnego polityka w todze, sandałach i wieńcu laurowym, niczym Juliusza Cezara lub bliżej nieokreślonego rzymskiego cesarza, wiedząc, że odbiorcy pomyślą o przywódcy zdradzonym przez ludzi z najbliższego otoczenia albo opętanym pychą i szaleństwem jak Kaligula bądź Neron. Niewiele szkół naucza łaciny lub greki, ale w telewizji pojawia się mnóstwo programów dokumentalnych na temat Rzymu, a jeszcze więcej filmów fabularnych, prezentujących ostatnio coraz bardziej drastyczne wizje świata zdrady, seksu i przemocy – raczej krew i golizna niż dawny miecz i sandały. Takie przerysowania mniej nam mówią o antycznej przeszłości, a więcej o aktualnych trendach w rozrywce, uderzające jednak jest, że ich twórcy bez wahania osadzają takie historie w rzymskim kontekście, wierzą bowiem, że publiczność rozpozna ten świat.

Rzymianie nie przestają nas fascynować, mimo że od upadku imperium rzymskiego na Zachodzie minęło już przeszło piętnaście stuleci. Ich język, prawa, idee, nazwy miejscowe i architektura wywarły głęboki wpływ na zachodnią kulturę, a znaczna tego część dotarła nawet w regiony zupełnie im nieznane. Wiele państw i wielu przywódców, od Karola Wielkiego począwszy, starało się usankcjonować swą władzę, przywołując ducha Rzymu i jego cesarzy. Rzym często pojawia się w amerykańskich debatach na temat roli Stanów Zjednoczonych w świecie oraz ich przyszłości i nawiązują do niego ludzie o najróżniejszych przekonaniach politycznych. Wykorzystywanie siły militarnej i nacisków dyplomatycznych dla krzewienia w świecie pax Americana jest propagowane przez jednych i przedstawiane jako złowrogi spisek przez innych. Imperia nie są w modzie i zdaniem wielu wszystko, co kojarzy się z imperiami i imperializmem, musi być złe. W takim ujęciu pokój, czy to rzymski, czy zaprowadzony przez współczesne mocarstwo, jest przykrywką dla podboju i dominacji. Nie jest to nowy pogląd. Pod koniec I wieku n.e. rzymski historyk Tacyt przypisał pewnemu kaledońskiemu wodzowi stwierdzenie, że Rzymianie „grabić, mordować i porywać nazywają fałszywym mianem panowania, a skoro pustynię uczynią – pokoju”1.

Słowa te pojawiają się w biografii sławiącej teścia Tacyta, Agrykolę, i poprzedzają dramatyczną relację z bitwy, w której odnosi on zwycięstwo nad kaledońskimi plemionami. Ani w tym, ani w innych dziełach autor nie prezentuje się raczej jako zażarty krytyk rzymskiego imperium, a ogólny ton literatury z okresu rzymskiego to apologia potęgi i sukcesu. Oczywiście nie ma w tym nic dziwnego, gdyż w ludzkiej naturze leży chcieć myśleć o sobie dobrze. Jak większość imperialnych mocarstw, Rzymianie uważali, że ich dominacja jest rzeczą ze wszech miar słuszną, zrządzeniem bogów i dobrodziejstwem dla świata. Cesarze szczycili się, że ich rządy przyniosły pokój prowincjom, z korzyścią dla wszystkich mieszkańców.

Jednak podziwu godny sukces imperium rzymskiego był długotrwały; pax Romana panował na pokaźnych obszarach Europy Zachodniej, Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej przez setki lat. Region ten był stabilny i najwyraźniej dostatni, bez większych śladów spustoszeń. Wydaje się, że pokój rzymski był prawdziwy, gdyż bunty i zamieszki na wielką skalę wybuchały bardzo rzadko. Nawet krytycy imperiów muszą pod tym względem oddać Rzymowi sprawiedliwość. Imperium rzymskie było niezwykłe wedle wszelkich norm, a to – obok fascynacji, jaką wciąż budzi, i roli, jaką odgrywa w obecnych debatach – sprawia, że tym ważniejsze jest zrozumienie, co naprawdę oznaczał pax Romana. Nie bez znaczenia jest, czy był on wytworem wyłącznie brutalnej potęgi militarnej i ucisku czy subtelniejszych, bardziej podstępnych metod przymusu. Równie istotne jest wyrobienie sobie pojęcia o kosztach cesarskich rządów ponoszonych przez podległe ludy i o odczuciach, jakie budziła w nich przynależność do obcego imperium. Pokaźna część populacji żyła w cesarstwie rzymskim i już sam ten fakt jest dobrym powodem, by chcieć zrozumieć, co to oznaczało. Warto zadać sobie pytanie, na ile pełny i bezpieczny był w rzeczywistości pax Romana, jednak na początek zastanówmy się przez chwilę, co oznacza pokój jako taki.

 

Urodziłem się w czasie pokoju, moi rodzice przeżyli drugą wojnę światową. Matka podczas nalotów na Cardiff była małą dziewczynką i do dziś pamięta wycie syren przeciwlotniczych, strach, jaki czuła, wchodząc do mrocznego, zimnego schronu przeciwlotniczego w ogrodzie, rozmaite odgłosy bomb, min lądowych i dział przeciwlotniczych, stukot spadających szrapneli, smród po nalocie i domy obrócone w gruzy, niekiedy z pogrzebanymi w nich ludźmi. Opowiada też, jak razem z koleżankami urządzały koncerty i zbierały drobniaki, by „kupić spitfire’a”, o wszechobecnych mundurach i o tym, jak nie mogła przejść na drugą stronę ulicy z powodu strumienia ciężarówek wiozących do portu żołnierzy i sprzęt przed desantem w Normandii. Wspomnienia te są wciąż żywe i napływają falą, ilekroć mama rozmawia o tamtych dniach. Mój ojciec był praktykantem we flocie handlowej, przepłynął Atlantyk, a potem służył na Morzu Śródziemnym, wspierając lądowania w Tunezji i we Włoszech. Jego statek znajdował się w Zatoce Neapolitańskiej podczas erupcji Wezuwiusza w 1944 roku, i zapamiętał, że musiał sprzątać popiół z pokładu. Jedynie z rzadka wspomina o nieustannym zagrożeniu ze strony U-Bootów i nieprzyjacielskich samolotów, o eksplodujących okrętach amunicyjnych i o morzu płonącym od rozlanego paliwa, w którym pływali ludzie, szukając ratunku. Odszedł z floty handlowej, a wkrótce potem, już w wieku poborowym, trafił do Brytyjskiego Mandatu Palestyny, między żydowskich i arabskich bojowników, atakowany tak przez jednych, jak i drugich. Jego ojciec walczył w pierwszej wojnie światowej na froncie zachodnim, pod Gallipoli oraz w Egipcie i Palestynie. Żaden z nich nie był zawodowym żołnierzem. Podobnie jak miliony ich rówieśników „zrobili swoje”, po czym z ulgą wrócili do cywilnego życia.

W roku 2015, kiedy pisałem tę książkę, obchodzono siedemdziesiątą rocznicę zwycięstw nad Niemcami i Japonią, obok setnej rocznicy wydarzeń z pierwszej wojny światowej, ale wciąż naturalne wydaje się mówienie o latach 1939–1945 jako o WOJNIE – nawyk ten przejąłem od rodziców i ich rówieśników. Mój brat i ja należymy do ostatniej generacji, dla której naoczne wspomnienie drugiej wojny światowej jest odległe zaledwie o jedno pokolenie. Nie było to niczym niezwykłym w naszej szkole, gdzie rodzice byli nieco starsi niż średnia krajowa i ojcowie wielu uczniów służyli w siłach zbrojnych, a przynajmniej jeden został wysłany jako „chłopiec Bevina”2 do kopalni węgla. Wojna wciąż wydawała się bardzo bliska i większość chłopców w naszym wieku miała mniejszą lub większą obsesję na jej punkcie. Nadawano nowe słuchowiska radiowe, a filmy wojenne kręcone masowo w latach czterdziestych, pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku zestarzały się już na tyle, że pokazywano je regularnie w telewizji. Oglądaliśmy je nałogowo, pochłanialiśmy książki i komiksy o wojnie, sklejaliśmy plastikowe modele myśliwców, bombowców, czołgów i okrętów i uzbrojeni w zabawkowe karabiny toczyliśmy wyimaginowane bitwy, w których jedna strona wcielała się zwykle w Niemców lub Japończyków, naśladując najwierniej, jak potrafiliśmy, odgłosy wystrzałów i eksplozji. Czasami w zabawach przenosiliśmy się też na Dziki Zachód lub w kosmos – dwa dyżurne tematy telewizji z lat siedemdziesiątych XX w. – najczęściej jednak odtwarzaliśmy drugą wojnę światową. Była to dobra wojna przeciwko złym wrogom i „nasi” wygrali ją, dowodzeni przez znanych aktorów na ekranie, przez bohaterów naszych komiksów oraz naszych ojców. W oczach chłopca wydawała się ona znacznie bardziej ekscytująca niż szkoła – a w naszych zabawach nikomu nie działa się krzywda, jeśli nie liczyć sporadycznych siniaków lub zadrapań od przedzierania się przez krzaki jeżyn.

Wojna została wygrana w roku 1945, tak więc urodziłem się i dorastałem w czasach pokoju. Była to epoka zimnej wojny, z groźbą trzeciej wojny światowej czającą się w tle, ale nierealną dla dziecka, i jak pamiętam, dopiero w latach osiemdziesiątych XX w. media zaczęły straszyć perspektywą rychłej zagłady nuklearnej. A potem zimna wojna skończyła się nagle, niespodziewanie, nieomal z dnia na dzień – słyszałem, jak wiele osób pracujących w wywiadzie wojskowym NATO przyznawało, że było to dla nich zaskoczeniem. Politycy mówili o „pokojowej dywidendzie”, co oznaczało redukcję sił zbrojnych i przeznaczenie pieniędzy na rzeczy, które miały pozyskać im głosy wyborców. Jako student w początkach lat dziewięćdziesiątych przechodziłem szkolenie wojskowe na Uniwersytecie Oksfordzkim i w programie były wciąż zajęcia z rozpoznawania pojazdów Układu Warszawskiego, ale już bez poczucia, że może to być wróg w przyszłej wielkiej wojnie. Trudno było wyobrazić sobie kolejną wojnę światową, a ja byłem już wtedy wystarczająco dojrzały, by docenić, jakie mam szczęście, że żyję w tych czasach. Panował pokój, przynajmniej w tym sensie, że nie było żadnych większych wojen, w które uwikłane byłyby państwa Zachodu. Jednak ani wtedy, ani na żadnym etapie mojego życia pokój nie oznaczał całkowitego braku konfliktów zbrojnych z udziałem Wielkiej Brytanii, nie mówiąc już o szerokim świecie.

Kilka miesięcy po moich narodzinach zaognił się konflikt w Irlandii Północnej. Przez kilkadziesiąt lat wiadomości telewizyjne pokazywały zamieszki uliczne i koktajle Mołotowa oraz skutki zamachów bombowych i innych ataków. Jest pewnie kwestią semantyki i zapatrywań politycznych, kiedy kampania terrorystyczna staje się wojną, ale ofiary śmiertelne były faktem. Choć ataki skupiały się głównie na stosunkowo niewielkim obszarze geograficznym, niekiedy zwiększały zasięg, gdy IRA Tymczasowa lub inne republikańskie ugrupowania paramilitarne organizowały zamachy w Anglii, a czasem i w Europie, na cele zarówno wojskowe, jak i cywilne. Przez znaczną część mojego życia na stacjach kolejowych nie było koszy na śmieci, ponieważ uważano, że łatwo można ukryć w nich bomby. W jednostce szkoleniowej wyraźnie zakazano nam noszenia mundurów poza koszarami, jeśli nie braliśmy udziału w ćwiczeniach lub defiladzie, z powodu domniemanego ryzyka, że zostaniemy obrani za cel przez terrorystów. Dopiero stosunkowo niedawno siły zbrojne odeszły od tej zasady.

Od zakończenia drugiej wojny światowej zdarzył się tylko jeden rok, w którym żaden brytyjski żołnierz nie zginął podczas służby czynnej. Oprócz wojny koreańskiej toczyły się liczne konflikty towarzyszące wycofywaniu się z imperium. Za mojego życia były Falklandy, pierwsza wojna w Zatoce Perskiej oraz – po erze „pokojowej dywidendy” – Sierra Leone, Irak i Afganistan, nie mówiąc już o operacjach powietrznych na Bałkanach, w Libii oraz w innych krajach albo o inicjatywach pokojowych tam, gdzie pokój pozostawiał sporo do życzenia. Nawet gdy Wielka Brytania nie jest zaangażowana bezpośrednio, rzadko zdarza się, by prasa czy telewizja nie informowały o jakimś konflikcie gdzieś na świecie. Podobnie jak głód czy trzęsienia ziemi, wojny dają się aż nazbyt łatwo zbagatelizować jako jedna z tych strasznych rzeczy, jakie zdarzają się w odległych krajach, relacje zaś są zwykle pobieżne, wypierane przez kolejne tematy.

Lista konfliktów po roku 1945 byłaby długa i przygnębiająca. Żaden z nich nie spowodował nawet w przybliżeniu tylu zniszczeń co wojny światowe, ale to kiepska pociecha dla ludzi uwikłanych w owe walki, wśród których były zarówno jawne wojny między państwami, jak i długotrwałe kampanie przemocy toczone przez niewielkie społeczności, bojówki lub inne nieregularne wojska. Jednak dla większości mieszkańców Zachodu nawet konflikty, w których uczestniczyły ich własne kraje, były odległymi sprawami, prowadzonymi przez zawodowców, niemającymi bezpośredniego wpływu na życie codzienne. Wielka Brytania nie zaznała groźby inwazji od czasów drugiej wojny światowej, Stany Zjednoczone jeszcze dłużej. Żaden konflikt po roku 1945 nie stanowił poważnego zagrożenia dla istnienia tych krajów ani nie groził odcięciem dostaw żywności lub innych niezbędnych dóbr. Zimna wojna mogła eskalować do takiego poziomu, ale mimo momentów kryzysu tak się nie stało.

Dziś główne zagrożenie dla zachodnich państw stanowi terroryzm. To on dominuje obecnie w mediach, gdyż piszę tę przedmowę w listopadzie 2015 roku, zaledwie parę dni po brutalnych atakach terrorystycznych w Paryżu, w których zginęła ponad setka niewinnych osób, a inne odniosły ciężkie, być może śmiertelne obrażenia. Przy całej swej grozie tego rodzaju potworny czyn nie sprawi, że Paryż przestanie funkcjonować jako miasto, ośrodek handlu, siedziba rządu i dom dla przeszło dwóch milionów ludzi. Życie będzie toczyć się dalej, nawet jeśli jest to bolesne dla tych, którzy stracili swych bliskich, tak jak toczyło się dalej w Nowym Jorku, Waszyngtonie, Londynie, Brukseli, Madrycie i Sydney po terrorystycznych atakach na te miasta. Liczebność terrorystów oraz dostępne dla nich środki i broń ograniczają zakres szkód, jakie mogą wyrządzić. W czasie drugiej wojny światowej potrzeba było długotrwałych nalotów, niosących śmierć, rany i zniszczenia na znacznie większą skalę, by sparaliżować ośrodek miejski.

Głównym celem terrorystów jest zdobycie rozgłosu, szerzenie strachu i budowanie własnej reputacji. Nie mając szans na militarne zwycięstwo, liczą jedynie na wywołanie wstrząsu w krajach, które atakują, zmieniając nastroje publiczne, by osiągnąć taki czy inny polityczny cel. Walka z ruchami terrorystycznymi jest bardzo trudna, prawdopodobnie więc ataki te będą się powtarzać, mniej lub bardziej sporadycznie, przez długi czas. Bez względu na to, jak skutecznie służby bezpieczeństwa ograniczają terrorystom swobodę manewru i utrudniają działalność, należy wątpić, czy kiedykolwiek będą w stanie udaremnić każdy ich plan. Statystycznie ryzyko śmierci w zamachu pozostanie niskie, ponieważ współczesne populacje są bardzo duże, a ludzie się przystosują, być może bardziej nerwowi niż przed pojawieniem się tego zagrożenia, ale wciąż znacznie bardziej zaabsorbowani troskami codziennego życia. Niewykluczone, że takie ataki budzą w społeczeństwie raczej gniew niż lęk. Olbrzymia większość ludzi w krajach Zachodu będzie nadal mieć poczucie, że żyje w czasach pokoju. Wielu z nich będzie traktować stabilność, bezpieczeństwo, wydłużenie życia i dostatek powojennego świata jako rzecz naturalną i normalną, czy wręcz jako należne sobie prawo. Łatwo zapomnieć, że jest tylko kwestią przypadku, że urodziliśmy się właśnie tu i teraz.

Ta książka mówi o rzymskim świecie oraz imperium rzymskim. Poświęciłem tak wiele miejsca na opowieść o swoim życiu i obecnych czasach, by przypomnieć, że pokój nie jest rzeczą absolutną, lecz względną. Ludzie mogą uważać, że żyją w spokojnym świecie, nawet kiedy dokonują się akty zorganizowanej przemocy i trwają poważne operacje wojskowe. Ogromny wpływ na perspektywę ma odległość. Ci, którzy służą w siłach zbrojnych, zwłaszcza na froncie, oraz ich rodziny, będą zapewne mieli bardzo odmienne wyobrażenie o tych dziesięcioleciach. Trzeba o tym pamiętać, kiedy patrzymy na świadectwa z okresu rzymskiego. Nie powinniśmy być zaskoczeni, znajdując dowody walk i wojen toczących się gdzieś w imperium nawet w szczytowym okresie domniemanego pax Romana. Istotne jest rozpoznanie ich skali i częstotliwości oraz próba oceny, jak dalece wpływały one na życie ogółu ludności. Odpowiedź nie będzie prosta, ale w tym właśnie tkwi sedno sprawy. Nawet we współczesnym świecie pokój jest rzeczą rzadką i cenną. Jeśli Rzymianie faktycznie stworzyli warunki, w których większość prowincji żyła przez długi czas w pokoju, to warto się przyjrzeć, jak tego dokonali.

Jestem historykiem i książka ta jest próbą zrozumienia pewnego aspektu przeszłości na jego własnych prawach. Nie ma ona być ani usprawiedliwieniem, ani potępieniem imperium rzymskiego czy imperializmu w ogóle, ale przedstawieniem wydarzeń oraz wyjaśnieniem, dlaczego do nich doszło. Nie zamierzam też przeprowadzać szczegółowego porównania między Rzymem a innymi imperialistycznymi potęgami, czy też doszukiwać się lekcji dla czasów obecnych. Inni mają do tego znacznie większe kwalifikacje – a mnóstwo ludzi niemających zbytniego pojęcia o historii ani o współczesności niewątpliwie będzie twierdzić stanowczo, że rzymskie doświadczenie dowodzi tego czy tamtego. Historia uczy, ale rozsądek nakazuje dobrze zrozumieć daną epokę, nim zacznie się wysnuwać jakiekolwiek wnioski. Ta książka stawia sobie taki właśnie cel.

WSTĘP
CHWAŁA WIĘKSZA NIŻ WOJENNA

Im [Rzymianom] w przestrzeni i w czasie żadnej granicy nie kładę: Bezkresne dałem panowanie.

 

Słowa Jowisza w Eneidzie Wergiliusza, lata dwudzieste I w. p.n.e.3

PAX ROMANA

„Gdyby kto musiał wskazać w historii świata okres, w którym ludzkość cieszyła się największą szczęśliwością i dobrobytem, bez wahania wymieniłby okres od śmierci Domicjana do wstąpienia na tron Kommodusa [tzn. 96–180 n.e.]. Rozległym obszarem Cesarstwa Rzymskiego rządziła wówczas władza nieograniczona pod przewodem cnoty i rozumu”4.

Opinia Edwarda Gibbona na temat imperium rzymskiego u szczytu potęgi była nadzwyczaj przychylna, podkreślając wagę zasadniczego motywu jego dzieła śledzącego schyłek i upadek cesarstwa. Z perspektywy końca XVIII wieku nie był to pogląd zupełnie nieuzasadniony. Europa w czasach Gibbona poszatkowana była na mniejsze i większe państwa, nieustannie rywalizujące o władzę i często toczące między sobą wojny, podczas gdy – słusznie lub nie – Afryka Północna i Azja wydawały się prymitywne. Cały ten obszar zjednoczony pod egidą Rzymu przynależał do wyrafinowanej kultury grecko-rzymskiej. Była to monarchia, ledwo zamaskowana „ideą wolności”, ale przynosząca powszechne dobro, kiedy władca był człowiekiem przyzwoitym i kompetentnym. Pomniki jej świetności – świątynie, drogi, akwedukty, amfiteatry i łuki – przetrwały do czasów Gibbona. Większość istnieje do dziś, a stulecia wykopalisk znacząco pomnożyły ich liczbę i dostarczyły mnóstwa innych zabytków, wielkich i małych. Imperium prosperowało, gdyż panował w nim pokój; wojna została wygnana na granice, których strzegło wojsko. Był to pax Romana, czyli pokój rzymski, który umożliwił rozkwit znacznej części znanego świata.

Nawet dziś wielu ludzi pozostaje pod wrażeniem technicznych umiejętności Rzymian i pozornej nowoczesności ich świata. Ten obraz zaawansowania cywilizacyjnego współistnieje z obrazem dekadencji, ukrytego okrucieństwa masowego niewolnictwa i brutalnych walk gladiatorskich oraz nieobliczalnego i bardzo zindywidualizowanego okrucieństwa szalonych i złych cesarzy. Mimo to powszechne jest odczucie, że świat poza granicami Rzymu był smętny i ponury. Rzym był cywilizowanym światem o granicach wyznaczonych przez bariery takie jak wał Hadriana, kolejny wielki monument, który do dziś wije się przez wzgórza Nortumbrii jako pozostałość nieistniejącego już imperium. W rzeczywistości wał Hadriana był wyjątkiem i takie liniowe granice zdarzały się rzadko. Kiedy Rzym upadł, Europa pogrążyła się w mrokach średniowiecza, umiejętność czytania i pisania oraz wiedza naukowa popadły w zapomnienie, a tam, gdzie niegdyś panował pokój, szalały wojny i wszelkiego rodzaju przemoc.

Pokój jest dziś zjawiskiem niemal równie rzadkim jak dla Gibbona i jego współczesnych i jeśli Rzymianie naprawdę utrzymali go przez długi czas na tak rozległym obszarze, zasługuje to na wyjaśnienie. Starożytni autorzy greccy i rzymscy powszechnie wychwalali pokój, zarazem jednak uważali za rzecz naturalną, że wojny są częste. Słowo pax zaczęło oznaczać coś bardzo zbliżonego do naszego „pokoju” w I wieku p.n.e. Opiewali go poeci, często przedstawiając jako najbardziej pożądany stan. Rzymscy cesarze szczycili się pielęgnowaniem go i niekiedy używali wyrażenia „pokój rzymski”, mówiąc o korzyściach, jakie dawało imperium. Mówili także sporo o chwale zwycięstw. Imperator, słowo, od którego pochodzi angielskie emperor, „cesarz”, oznaczało „zwycięskiego wodza”, a reputacja władcy doznawała uszczerbku, jeśli jego wojska ponosiły poważne klęski, bez względu na to, czy dowodził nimi osobiście.

Wojna odgrywała doniosłą rolę w dziejach Rzymu. Rzymianie toczyli wiele wojen, dzięki którym władali imperium rozciągającym się od Atlantyku po Eufrat i od Sahary po północną Brytanię. Sama jego wielkość pozostaje imponująca nawet dziś – żadne inne państwo nie kontrolowało nigdy wszystkich ziem wokół Morza Śródziemnego – było to zwłaszcza godne uwagi w epoce nieznającej współczesnych środków komunikacji i transportu. Jeszcze bardziej uderzająca jest jego długowieczność. Sycylia, pierwsza z rzymskich prowincji, pozostawała pod władzą Rzymu ponad osiemset lat. Brytania, jeden z ostatnich nabytków, była częścią imperium przez trzy i pół wieku. Cesarstwo wschodnie, które uważało się za rzymskie, przetrwało jeszcze dłużej i niektóre tamtejsze regiony pozostały „rzymskie” przez półtora tysiąclecia. Inne potęgi, na przykład imperia Aleksandra Wielkiego i Czyngis-chana, dokonały ekspansji szybciej niż Rzymianie, a kilka kontrolowało nawet większe terytorium – z grubsza ćwierć kuli ziemskiej w wypadku imperium brytyjskiego. Jednak żadne z nich nie przetrwało tak długo; jest też rzeczą sporną, czy którekolwiek miało tak wielki wpływ na późniejszą historię.

Rzymianie byli wojowniczy i agresywni, ale o tym nie trzeba chyba mówić, gdyż imperium nie da się stworzyć ani utrzymać bez przemocy. Dokładne liczby są nie do ustalenia, możemy jednak śmiało stwierdzić, że na przestrzeni wieków miliony zginęły w toku wojen toczonych przez Rzym, miliony trafiły do niewoli, a jeszcze więcej żyło pod rzymskimi rządami, czy im się to podobało czy nie. Rzymianie byli imperialistami – słowo to, tak samo jak „imperium”, wywodzi się od łacińskiego imperium, choć Rzymianie używali go w nieco odmiennym sensie. Takie stwierdzenie jest oczywiście zwykłym truizmem. Sukcesy Rzymian świadczą o tym, że byli oni biegli w sztuce wojennej i zręczni w podporządkowywaniu sobie innych. Inne imperia robiły w zasadzie to samo, żadne jednak nie dorównało Rzymowi talentem do wchłaniania ościennych ludów. Kiedy cesarstwo w zachodniej części Morza Śródziemnego w końcu upadło, w żadnej z prowincji nie pojawił się choćby ślad ruchów niepodległościowych, co ostro kontrastuje z rozpadem dwudziestowiecznych imperialnych potęg po roku 1945. Gdy wokół nich system walił się w gruzy, mieszkańcy prowincji wciąż chcieli być Rzymianami. Trudno im było wyobrazić sobie świat bez Rzymu i najwyraźniej wizja ta nie wydawała się wcale kusząca.

Potęga Rzymu trwała tak długo, że wspomnienia czasów sprzed rzymskiej dominacji musiały być nikłe. Bunty były zaskakująco rzadkie i niemal zawsze wybuchały pokolenie lub dwa od podboju. W okresie największego rozkwitu imperium lwia część rzymskiej armii stacjonowała na jego obrzeżach, w strefach granicznych, limes – pewien grecki mówca z II wieku n.e. porównał żołnierzy do muru obronnego otaczającego imperium, jak gdyby całe stanowiło jedno miasto. Wojny wciąż trwały, ale toczyły się głównie na tych granicach. Prowincje wewnętrzne mieściły niewielkie garnizony, a wiele obszarów rzadko widywało sformowane oddziały rzymskich żołnierzy. Ogromne połacie imperium pozostawały całkowicie wolne od wojen przez sto albo i więcej lat z rzędu.

Taki przynajmniej jest tradycyjny pogląd, który znajduje odzwierciedlenie w powszechnych wyobrażeniach na temat Rzymu. Opinia naukowa zmienia się znacznie częściej i każdy historyk czy archeolog zajmujący się tym okresem zakwestionowałby w sporej części powyższy zarys, niektórzy zaś odrzuciliby go zupełnie. Na razie powiedzmy po prostu, że prawda jest znacznie bardziej skomplikowana niż to skrótowe ujęcie. Nie ulega jednak wątpliwości, iż znaczne obszary imperium przez długie okresy nie były areną poważnych działań militarnych, a co dopiero otwartej wojny.

Należy pamiętać, jaką rzadkością było to w udokumentowanych dziejach, zwłaszcza na terenach kontrolowanych przez Rzym. W żadnym późniejszym okresie Europa Zachodnia, Afryka Północna czy też Bliski Wschód nie doświadczyły ani jednego stulecia, w którym nie doszłoby do jakiegoś poważnego konfliktu, a zwykle zdarzały się one znacznie częściej. Ci z nas, którzy żyją w świecie zachodnim w ostatnim półwieczu, są nazbyt skłonni traktować pokój jako rzecz oczywistą, uznając go za stan naturalny – jesteśmy zbyt zamożni, zbyt wykształceni, po prostu zbyt cywilizowani, by pozwolić, aby zniszczyła to wojna – a sprawy zagraniczne ogólnie, nie mówiąc już o decyzjach o zaangażowaniu militarnym, nie odgrywają niemal żadnej roli, jeśli chodzi o wyniki wyborów5.

W pewnym sensie być może nie różni się to zanadto od odczuć wielu mieszkańców imperium rzymskiego. Jeśli tak, to z początku było to niemal kwestią przypadku. Rzym nie podbił większej części znanego świata, by zaprowadzić złotą erę pokoju. Ekspansja wynikała z pragnienia korzyści i Rzymianie zupełnie otwarcie mówili o bogactwach i chwale, jakie niosło imperium. Mówili także dużo o pokoju jako najbardziej pożądanym stanie. Na początku I wieku n.e. poeta Owidiusz opisał pomnik pokoju – a konkretnie pokoju będącego dziełem cesarza Augusta. Wyraził nadzieję, że bogini Pax „subtelną obecnością” wypełni „świat cały”, gdzie „choć nie ma wrogów ani przyczyny do triumfu, ty masz wśród wodzów chwałę większą niż wojenna. Niech żołnierz oręż chwyta gwoli swej obrony […]. Niech świat blisko i z dala drży przed Eneadą; gdzie się go bać nie będą, niech tam pokochają”6.

Owidiusz był jednym z najmniej wojowniczych spośród rzymskich poetów, a jednak nawet dla niego pokój jest owocem zwycięstwa, w którym wrogowie zostali albo pokonani, albo skłonieni do zaakceptowania rzymskiej dominacji i „pokochania” Rzymu. Nie jest to pokój między równymi partnerami, szanującymi siebie nawzajem. Nieco wcześniej poeta Wergiliusz mówił swoim rodakom: „Ty, Rzymianinie, pamiętaj: masz władnie rządzić ludami. Te są twoje kunszty: Masz pokojowi nadać prawo, szczędzić poddanych, wojną poskramiać zuchwałych”7. Ten sam rdzeń co pax miało łacińskie słowo pacare, „zaprowadzać spokój, podbić”, używane często na określenie agresywnej wojny przeciwko obcemu ludowi. Pax Romana był rezultatem rzymskich zwycięstw i podbojów. Wojny toczono, ponieważ przynosiły korzyść Rzymowi oraz – tak przynajmniej widzieli to Rzymianie – wymagało tego ich własne bezpieczeństwo, i dopiero później, gdy dominacja stała się faktem, pojawiło się poczucie, że istnieje obowiązek dobrego rządzenia podbitymi, zapewnienia prowincjom pokoju i bezpieczeństwa. Nie kłóciło się to z jawnym pragnieniem czerpania korzyści z dominacji, ale uzupełniało je. Pokój sprzyjał dobrobytowi, co oznaczało, że wyższe mogły być dochody z podatków oraz innych źródeł.

Rzym opanował większą część trzech znanych sobie kontynentów: Europy, Afryki i Azji. Jowisz u Wergiliusza obiecał Rzymianom imperium sine fine – imperium lub władzę bez końca i granic. Podbici otrzymywali „pokój rzymski”, czy im się to podobało czy nie, a dokonywano tego groźbą lub użyciem siły militarnej, którą posługiwano się bezwzględnie i brutalnie – jak ujął to Tacyt, pokojem nazywano pustkowie. Rzymianie byli w pełni świadomi, że inni mogą nie życzyć sobie ich władzy, ale nie oznaczało to, by kiedykolwiek poważnie wątpili w słuszność jej rozszerzania.