Morderstwo ma motywTekst

Z serii: Mordecai Tremaine #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Francis Duncan

Morderstwo ma motyw


Tytuł oryginału

Murder Has a Motive ISBN 978-83-8116-687-4 Copyright © 1947 Francis Duncan First published as Murder Has a Motive by Vintage. Vintage is part of the Penguin Random House group companies. The Author has asserted his right to be identified as the author of the Work. Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2019 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2019 All rights reserved Redakcja Joanna Fortuna Projekt graficzny okładki Mariusz Banachowicz Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

1

Lidia Dare jadła kolację z mordercą.

Jeśli się bała, to nie zdradzały tego jej orzechowe oczy, które patrzyły na współbiesiadnika nad śnieżnobiałym obrusem obciążonym srebrną zastawą i najlepszym szkłem wyjętym z kredensu specjalnie na jej cześć. Nie było też najmniejszej zmarszczki na powierzchni trunku, świadczącej o nerwowej niepewności smukłych palców, w których trzymała podnoszony do ust kieliszek.

Skosztowała szampana i podniosła kieliszek pod światło. W jej oczach zatańczyły kolorowe odblaski.

— Są ludzie, którzy mówią, że szampan nie zasługuje na swoją renomę — stwierdziła — ale nawróciliby się, gdyby posmakowali tego, Martin. Człowiek czuje się po nim lekki i radosny, jakby stąpał po chmurach. Skąd go wytrzasnąłeś?

Mężczyzna był wyraźnie zachwycony jej pochwałami, jednak usiłował ukryć sprawioną mu przyjemność teatralnie lekceważącym wzruszeniem ramion.

— Poruszyłem góry — odparł żartobliwie. — W końcu szampan jest na szczególne okazje, a na wyjątkowe okazje powinien być wyjątkowy szampan. — Urwał na chwilę. — Moja droga, nie przychodzi mi do głowy żadna bardziej wyjątkowa okazja niż siedzieć tu z tobą we dwoje, nawet przez tę krótką chwilę.

Jej spojrzenie złagodniało. Odruchowo sięgnęła po jego dłoń.

— Czasem mi się wydaje, że jesteś najsympatyczniejszym mordercą, jakiego znam, Martin.

Martin Vaughan uśmiechnął się.

— Świetnie się bawię, Lidia. Nie sądziłem, że coś mo­że mnie tak ucieszyć.

W tej chwili nie wyglądał na mordercę. A raczej, ponieważ mordercy wywodzą się z całego spektrum społecznego i nie odróżniają ich od bliźnich żadne cechy szczególne, wyglądał bardzo chłopięco, a jednocześnie dystyngowanie.

Chłopięco ze względu na aurę entuzjazmu, która na moment go spowiła i usunęła z jego czoła wymowne zmarszczki; dystyngowanie ze względu na rozciągłość tegoż czoła i odrobinę posiwiałe, lecz nadal gęste, mocno kręcone włosy, które zaczesał do tyłu.

Martin Vaughan był dumny z faktu, że jego wiek nie znajduje odzwierciedlenia na jego twarzy — nie licząc drobnych zmarszczek wokół niebieskoszarych oczu, w których nagromadziło się czterdzieści pięć lat patrzenia na życie — oraz że na skutek niebezpiecznego połączenia, jakim jest wiek średni i sukces życiowy, jego krępą, barczystą sylwetką nie zawładnęła rozlewna otyłość.

Rygorystyczne ćwiczenia i obszary podzwrotnikowe uchroniły jego talię przed wspomnianym losem. Pasjonował się archeologią i badaniem starożytnych cywilizacji, w związku z czym odbył wiele długich podróży po terenach dawnej Mezopotamii i wschodnim regionie Morza Śródziemnego. Opublikował kilka prac na temat trudnego i wymagającego dużych kompetencji zadania znajdowania lokalizacji i odkopywania starożytnych miast i miejsc pochówku, a także wydobywania ich historii spośród mgieł niezarejestrowanych w kronikach dziejów. Pozycje te zyskały kanoniczny status i zaskarbiły Vaughanowi renomę autorytetu w tych dziedzinach.

Mógł sobie pozwolić na realizację zainteresowań, ponieważ w młodym wieku osiągnął sukces. Złoto, Południowa Afryka i silna osobowość łowcy przygód to szczeble, po których wspiął się na szczyt. Złota nie było dostatecznie dużo, aby dać Martinowi przepustkę do grona największych bogaczy świata, ale sprzedał je za wystarczającą sumę, aby móc swobodnie decydować, co będzie w życiu robił.

Spod typowego wieczorowego stroju i stonowanego, ale niewątpliwie kosztownego stylu życia, który prowadził, nadal wyzierała jego przeszłość. Łowca przygód wciąż czaił się w odmętach niebieskich oczu, które budziły skojarzenia ze wzburzonym morzem; w zdecydowanych konturach szczęki, która wystawała do przodu trochę bardziej wojowniczo, niż wymagały tego okoliczności; i wreszcie w grubych, pewnych siebie palcach silnych dłoni.

Przyglądając się gospodarzowi, Lidia na moment zatraciła się w pejzażu ogarniętych gorączką złota miasteczek i szarpanych namiętnościami, tłumnych, burzliwych dniach, w których mężczyzna musiał dochodzić swego za pomocą pięści, a człowieczeństwo pulsowało organicznie tuż pod powierzchnią istnienia. Nagle ją olśniło, że Martin Vaughan potrafi być bezwzględny, że bez skrupułów sięgnie po to, czego zapragnie, oraz że jego zemsta może być straszna. Dziesięć lat pobytu w zacisznie urokliwym Dalmering na południu kraju zapewniło mu życiorys, który nie usunął jednak, a tylko przesłonił prymitywne początki.

Jej spojrzenie zdradziło chyba myśli, ponieważ rozważania, w które się wbrew sobie wdała, przerwał sarkastyczny śmiech jej towarzysza.

— Czyli sądzisz, że jestem zdolny do morderstwa, moja droga?

— Oczywiście, że nie — odparła pospiesznie, ale spontaniczność tej odpowiedzi i prędki rumieniec zadały temu kłam. — Myślałam sobie tylko, jakie ekscytujące musiałeś mieć życie, zanim…

Urwała niepewnie i na widok jej zakłopotania Martin przyszedł jej z pomocą.

— Zanim nieoszlifowany diament zamienił się w kulturalnego dżentelmena? — spytał rozbawiony. — Uroczo się rumienisz, moja droga, ale kiepsko kłamiesz. Zresztą masz absolutną rację. Zdarzało mi się przebywać w nieprzyjemnych miejscach, gdzie sam musiałem być trochę… nieprzyjemny. Przynajmniej jeśli chciałem pozostać przy życiu, a na ogół chciałem. Być może — dodał z chytrą miną — właśnie dlatego jestem tak świetnym mordercą!

— A teraz pielęgnujesz wybujałe ego uznanego aktora — zarzuciła mu oskarżycielskim tonem, ale nie zbiło go to z tropu.

— Chyba masz rację. A skoro już mowa o morderstwie, odniosłam wrażenie, że Pauline Conroy była tego bliska na wczorajszej próbie.

— Ona myśli, że celowo próbujesz ją przyćmić.

— Biedna Pauline! Jako jedyna profesjonalistka z nas wszystkich traktuje siebie bardzo poważnie! Chyba bardzo jej zależy na sukcesie spektaklu. Pewnie sprowadzi na premierę połowę londyńskich krytyków. Może chce ich przekonać, że znaleźli w świetlicy Sarah Bernhardt!

Lidia się uśmiechnęła.

— Nie wiem, czy słowo „premiera” jest odpowiednie, jeśli spektakl wystawia się tylko raz. Ale mówiąc poważnie, Martin, występ w sztuce o morderstwie raczej nie może być dla ciebie zbyt wielką pociechą. Czy ty się tutaj nie nudzisz? Czy życie tutaj nie jest dla ciebie potwornie monotonne?

— Dlaczego miałbym się nudzić? Pędzę bardzo wygodny żywot. Mam wszystko, czego chcę — książki, muzykę, badania. A jeśli potrzebuję odmiany, wyjeżdżam za granicę.

 

— Cóż to za wyjazd, jeśli wykopujesz na pustyni spleśniałe kości?

Vaughan oparł się na krześle i w jego basowym głosie zadźwięczała autentyczna przyjemność.

— Coś mi się wydaje, że usiłujesz wyciągnąć ostrygę z muszli. Przecież ja lubię wykopywać na pustyni spleśniałe kości. Takie mam wyobrażenie o rozrywce. Zresztą kości są bardzo ciekawe. Potrafią opowiadać fascynujące historie. Czasem mówią o „jakichś dawnych dziwach, echach bitw”1, cytując poetę. Mówią o nocnych złodziejach gotowych zbezcześcić grób, aby się wzbogacić czy o wielkich królach pochowanych w otoczeniu swoich dworzan i wszystkiego, co może im się przydać w życiu pośmiertnym. Nie sądzę jednak, moja droga, abym sam był tylko starą skamieliną, zainteresowaną jedynie pyłem i prochami sprzed kilku tysięcy lat.

Wstał, podszedł do okna i rozsunął ciężkie aksamitne zasłony. Jakby z nieba ktoś sypnął garścią gwiazd, zobaczyli w ciemnościach światełka skupisk domów z epoki, które rozmieszczono — dla zysku, ale deweloper szanował przynajmniej wrażliwość historyczną mieszkańców — pośród uroków Dalmering.

— Jak można się nudzić albo zamienić w skamielinę, skoro jest tyle do zobaczenia, usłyszenia i zbadania? Spójrz — za wszystkimi oknami, w których się świeci, mieszkają ludzie. Na przykład tam jest okno Pauline Conroy, skoro już o niej mówimy. Ciekawe, co w tej chwili robi. Może ćwiczy przed lustrem swoje kwestie. Świeci się też w domu po lewej, gdzie Karen Hammond mieszka przez cały tydzień, a Philip Hammond w te weekendy, kiedy może się oderwać od interesów. Może Karen przymierza nowy kapelusz, który mąż kupił jej dziś rano w mieście? Ilu z nas wie, jakimi dziwnymi stworzeniami stają się nasi sąsiedzi, kiedy wracają do swoich domów i zamykają drzwi przed światem? Skąd mielibyśmy wiedzieć, co ci ludzie myślą i mówią za tymi niewinnymi fasadami? Zewsząd otacza nas materiał na dramat — kilkadziesiąt istot ludzkich, które kochają, nienawidzą, śmieją się i płaczą, zupełnie jak ci ludzie przed wiekami, którzy ożywiali tak spostponowane przez ciebie spleśniałe kości.

Lidia spoglądała na niego zamyślona. Rozchyliła nieznacznie usta zafascynowana jego uniesieniem, celowo stłumionym, co dało się poznać po Martinie. Nigdy wcześniej nie widziała go w takim nastroju.

— Ostryga zanadto się nie broniła, Martin. Jesteś prawie liryczny.

— To była moja mowa obrończa — odparł, zsunął zasłony i odwrócił się do niej. — Na pewno pamiętasz Pope’a — „sam człowiek jest właściwą nauką człowieka”.

— „Świata tego osoba, igraszka, zagadka”2.

— Z tą zagadką bym nie przesadzał, moja droga — powiedział z nieobecną wcześniej nutą powagi w głosie. — Wciąż kierują ludźmi te same stare emocje. Pytałaś, czy nudzę się w Dalmering. Nie zaznałem tutaj ani jednej nudnej chwili. To najcudniejsza miejscowość, jaką znam. Wiesz, dlaczego, Lidio? Bo ty tutaj jesteś. Wiesz… wiesz, że jestem w tobie zakochany?

— Tak — odparła spokojnym tonem. — Wiem. Przykro mi, Martin… — dodała ze skruszoną miną.

— Nie ma powodu, Lidio. Nie chcę psuć zabawy. Po prostu nie umiałem się powstrzymać. Nie zamierzałem nic mówić, może tylko tyle, że Farrant jest wielkim szczęściarzem i mam nadzieję, że będziecie ze sobą bardzo szczęśliwi.

— Jesteś niezwykle wielkoduszny, Martin.

Vaughan ze wszystkich sił starał się mówić normalnym głosem.

— Bzdura, moja droga. Trudno się dziwić, że nie chcia­łaś spędzić reszty życia uwiązana do starego nieokrzesańca takiego jak ja. Trochę nabrałem ogłady, ale w trudnych momentach nadal grozi mi regres! Doceniam fakt, że przyszłaś dzisiaj do mnie — zwłaszcza jeśli wiedziałaś o moim beznadziejnym uczuciu.

— Właśnie dlatego przyszłam — odparła.

Podziwiała go za to, że mówił tak lekkim tonem, a na widok rozpaczy w jego oczach, której nie potrafił ukryć, bolało ją serce.

— Mam nadzieję, że Farrant nie będzie miał ci za złe tej wizyty.

— Ależ skąd. Gerald wie, że jesteśmy starymi znajomymi. Poza tym mam trzydzieści pięć lat. Jestem starą kobietą, a nie niedoświadczoną dzierlatką, której cnota jest zagrożona!

Zwalisty mężczyzna chwycił jej prawą dłoń swoją silną ręką, pochylił się i pocałował koniuszki palców pełnym galanterii gestem, który dziwnie nie pasował do jego ciężkiej sylwetki.

— Dopóki będziesz wyglądała tak pięknie i uroczo, jak teraz, nigdy nie będziesz starą kobietą, Lidio. — A po chwili dodał: — Mam świadomość, że to wyświechtany frazes, ale wiesz, że mówię szczerze. Jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebowała mojej pomocy, wystarczy poprosić, a na pewno nie odmówię.

Świadoma niezręczności sytuacji, a także związanych z tym niebezpieczeństw, Lidia postanowiła rozładować napięcie, póki jeszcze panowała nad emocjami.

— Nie będę cię rozliczała z tej obietnicy — rzuciła żartobliwie. — Nie śmiałabym wprawiać cię w zakłopotanie, kiedy spotkasz tę jedyną.

— Już spotkałem — odparł pospiesznie, a potem, jakby on również sobie uświadomił, że emocje mogą wymknąć się spod kontroli, zapytał: — To zapewne oznacza, że wyjedziesz z Dalmering?

Skinęła głową.

— Tak. Gerald musi mieszkać w Edynburgu.

— Tego się obawiałem — skomentował z żartobliwą rezygnacją. — To znaczy, że znowu będę musiał rozejrzeć się za starymi kośćmi. Dla niektórych lwy w Afryce, dla innych morskie połowy u wybrzeża Florydy, a dla mnie kości na pustyni!

Jego wysiłki poszły jednak na marne, bo Lidia go nie słuchała. Na jej twarzy pojawił się wyraz zaskoczenia.

— Kiedyś myślałam, że będę bardzo niezadowolona z powodu konieczności wyjazdu z Dalmering, ale teraz się z tego cieszę. Zauważyłeś coś ostatnio, Martin? Czy Dalmering nie wydaje ci się… inne?

W jej głosie pojawiło się jakieś dziwne zaniepokojenie i Vaughan spojrzał na nią zaciekawiony.

— Inne?

— Nie umiem tego wyjaśnić. W powietrzu wisi coś dziwnego — jakiś okropny klimat, jakby wszyscy się wszystkich bali. Ludzie obserwują się nawzajem i czekają na straszne wydarzenie.

— To tylko nerwy — uspokajał ją. — Wszystko wyolbrzymiasz, martwisz się o szczegóły i ulegasz ogólnemu rozgorączkowaniu.

Lidia była jednak zbyt pewna swego, aby dać się tak łatwo pocieszyć.

— Nie, tu nie chodzi o moje nerwy. Coś jest nie tak. Przestało być normalnie.

— Chyba nie zamierzasz mi powiedzieć, że coś gnije w państwie Dalmering?3

Potraktowała jego pytanie dosłownie, co go trochę skonsternowało.

— Ależ gnije, Martin! Coś strasznie gnije. Coś brzydkiego, strasznego i obrzydliwego. A ja się boję. Wiem, że to brzmi głupio i po kobiecemu histerycznie, ale czasem budzę się w nocy zdyszana i przerażona. Czuję, że wisi nad nami jakaś straszna czarna siła i tylko czeka na sposobność do ataku.

Podszyty strachem głos Lidii sprawił, że Vaughan opiekuńczo położył dłonie na jej ramionach.

— Spokojnie, moja droga, musisz wziąć się w garść. Zaraz zaczniesz zrzucać winę na mój szampan!

Dopełnił jej kieliszek. Lidia wzięła go od niego z lekko zawstydzonym uśmiechem osoby, która z wysiłkiem próbuje nad sobą zapanować.

— Przepraszam cię, Martin. To ja psuję zabawę. Może rzeczywiście chodzi o rozgorączkowanie. Jestem gotowa zacząć chichotać jak pensjonarka.

Kieliszek znajdował się w połowie drogi do jej ust, kiedy przeszedł ją dreszcz.

— Zmarzłaś? Już włączam kominek.

— Nie, nie zmarzłam. Po prostu się boję.

Z pewnością nie kłamała, bo na moment zastygła w jej oczach głęboka panika. Lidia mechanicznie opróżniła kieliszek, jakby w ogóle nie czuła smaku musującego trunku.

— Poczułam lodowate palce na kręgosłupie — powiedziała, usiłując odzyskać panowanie nad sobą. — Poproszę jeszcze jeden, Martin.

— Oczywiście.

Biorąc od niej kieliszek, miał uważną, a może też trochę ostrożną minę. Przebłysk przerażenia w jej oczach rozstroił go i wzbudził w nim niepewność.

Być może jednak strach był tylko przelotny, ponieważ spanikowane spojrzenie już nie wróciło. Policzki Lidii opuściła bladość. Powróciła radosna, urocza towarzyszka, którą Martin znał.

Mieli mnóstwo spraw do omówienia i ­zapomnieli o upływie czasu do momentu, gdy Lidia spojrzała na błyszczący nad smukłym białym nadgarstkiem maleńki złoty zegarek i zawołała z konsternacją:

— Za piętnaście jedenasta! Muszę pędzić, Martin.

— Czy Kopciuszek musi wracać tak wcześnie?

— Obiecałam Sandy, że będę z powrotem przed jedenastą. Nie położy się spać, zanim nie przyjdę.

— Cierpliwa Sandra! Będzie jej ciebie brakowało, Lidio.

— Nie tak bardzo, jak mnie jej — zareplikowała Lidia. — Jest moim dobrym duchem i aniołem stróżem w jednym.

Vaughan przyniósł krótki wieczorowy płaszcz, w którym przyszła Lidia i odrobinę zaborczym gestem otulił jej nim ramiona.

— Odprowadzę cię do domu.

— Nie, Martin — rzuciła szybko. — Wolałabym, żebyś ze mną nie szedł. W końcu obowiązują pewne konwenanse, nawet w Dalmering. Ludzie przypuszczalnie i tak będą gadali o tym, że przyszłam tutaj sama. Poza tym to tylko kilka minut spacerem. Nie chcę wyciągać cię z domu dla tak krótkiej drogi. — Zobaczyła, że Martin zamierza z nią polemizować, i uderzyła w błagalną nutę. — Proszę cię, Martin. Zrób mi tę ostatnią przysługę na uwieńczenie wspaniałego wieczoru.

Nie chciał pogodzić się z porażką, ale nie miał innego wyboru. Bezsilnie wzruszył ramionami.

— Przy takiej metodzie ataku nie dajesz mi możliwości obrony.

— Dziękuję ci — powiedziała miękko. — Za dzisiejszy wieczór i za wszystko.

Z więcej niż jednego powodu Lidia Dare cieszyła się, że wraca sama do urodziwej chaty z muru pruskiego, w której mieszkała razem z Sandrą Borne. W głowie kłębiło jej się od wrażeń, które chciała uporządkować i ponazywać, zanim pogrąży się w chaosie.

Nie chodzi o to, że miała wątpliwości, czy mądrze postępuje, wychodząc za Geralda Farranta, a nie Martina Vaughana. Wiedziała, że Vaughan jest w niej zakochany, zanim przyjęła zaproszenie na kolację. Tak jak mu powiedziała, między innymi dlatego zgodziła się przyjść.

Teraz jednak nie miała już całkowitej pewności, czy decyzja o przyjęciu zaproszenia, która wynikła z chęci ułatwienia mu sprawy — z jakiegoś tłumionego instynktu macierzyńskiego, jak sobie ironicznie tłumaczyła — była mądra. Lidia nie doceniła powagi sytuacji. Wyobraziła sobie, że bez problemu się z nią upora, a tymczasem zaplątała się w psychologiczne niuanse.

Martin Vaughan nie był dla niej obcym człowiekiem. Znała go od tak dawna, że potrafiła przewidzieć jego pomysły, nastroje i reakcje. Przynajmniej do tej pory tak sądziła. Teraz nie była już tego taka pewna.

Uświadomiła sobie, jak silną Martin ma osobowość. Moc jego charakteru drzemała wprawdzie za fasadą osiadłego żywota w małej prowincjonalnej miejscowości, ale potrafił być władczy i dominujący, czego zresztą kobiety podobno pożądają u mężczyzn.

Wyczuwała w powietrzu jakieś niepokojące przeczucie, powiew katastrofy. Zawahała się i obejrzała za siebie, jakby liczyła na to, że otoczenie doda jej otuchy.

Letnia noc była bardzo spokojna. Tu i ówdzie wciąż paliły się światła, wskazując, że jeszcze nie całe Dalmering poszło spać, ale większość tych domów znajdowała się na nowym osiedlu.

Dalmering składało się ze starej wsi z maleńkim skupiskiem domów i garstką miniaturowych sklepów przy głównej drodze oraz ze znacznie nowszego wykwitu większych domów weekendowych mieszkańców miasta, którzy odkryli nieskażone piękno tej okolicy. Światła paliły się właśnie w tych drugich. Starsze Dalmering — to prawdziwe, które przetrwało stulecia ze stoickim niewzruszeniem, jednakowo spokojnie reagując na narodziny, zgony, wojny i klęski żywiołowe — spowijały już ciemności i sen.

Nawet księżyc sprawiał wrażenie świadomego tego podziału. Na niebie wisiały w bezruchu zwały chmur, częściowo przesłaniając naturalnego satelitę ziemi, skutkiem czego oświetlał nowsze domy, jakby chciał podkreślić, że ich mieszkańcom nie spieszy się do łóżek, natomiast stara wieś tkwiła zanurzona w jeziorku atramentu.

Szmer fal na kamyczkach wyraźnie docierał do uszu Lidii. Morze było oddalone o nie więcej niż milę i mimo że powietrza nie poruszał wiatr, czuła wokół siebie słoną wilgoć.

Otaczało ją również piękno. Dalmering wpisywało się w archetyp prześlicznej urody wiejskiej Anglii — piękna rozżarzonych zachodów słońca i srebrzystego nieba, pustych wrzosowisk i pylistych krętych dróg, cienistych dróżek, krytych strzechą dachów i pachnących żywopłotów — piękna, które czuła w sobie i które podchodziło jej do gardła rozkosznym bólem, ale nie umiała znaleźć dla niego słów.

 

Aby dotrzeć do celu, musiała najpierw przejść przez nieregularną i pofałdowaną wersję wiejskich błoń, wokół których stały domy Martina Vaughana i innych mieszkańców, a potem wejść na wąską, wydeptaną ścieżkę, która po przecięciu około trzydziestometrowego zagajnika łączyła się z drogą do starej wioski, a tym samym do chaty Lidii.

Na zboczu prowadzącym do drewnianej kładki przez strumień, który zygzakował bezładnie przez błonia, przyspieszyła kroku i parę chwil później dotarła do zagajnika.

Między drzewami otuliły ją cienie, bo światło księżyca tam nie docierało. Przy pierwszych kilku krokach nic nie widziała i szła niepewnie. Chociaż przemierzyła już tę trasę niezliczoną ilość razy, czuła się tak, jakby wkroczyła do nieznanego świata ciemności i się w nim zgubiła.

W pobliżu coś zaszeleściło. Tak blisko, że się wystraszyła i zatrzymała z łomoczącym sercem.

Jej pierwsza trzeźwa myśl brzmiała, że to Vaughan, który mimo wszystko za nią poszedł. Wiedziała, że nie podążał za nią przez błonia, ale nie można było wykluczyć, że dotarł do zagajnika wcześniej od niej, idąc dookoła błoń, chociaż musiałby wtedy pokonać większy dystans.

— To ty, Martin? Niepotrzebnie się kłopotałeś.

Próbowała nie dać po sobie poznać, że jest roztrzęsiona, ale bez powodzenia. Chrapliwa niepewność jej głosu zaskoczyła ją samą.

Nie usłyszała żadnej odpowiedzi. Osaczała ją cisza, która z jakiegoś powodu wydała jej się złowroga.

U jej boku pojawił się strach. Ciemności zelżały, ale cienie, które odrywały się od głębszej czerni, były groteskowe, brzydkie i groźne. Przestały być cieniami przyjaznych rzeczy i przybrały obcą, zniekształconą postać, sięgały w jej stronę i łapczywie wyciągały palce, aby ściągnąć ją na ziemię.

Wiedziała, że okłamuje ją wyobraźnia, nad którą przestała panować, ale nie potrafiła przywołać z powrotem trzeźwości umysłu. Wydała z siebie stłumiony szloch i zaczęła biec.

Być może wszystkim siłom zła, których od tak dawna w sekrecie się bała, dała w ten sposób sygnał, aby powstały przeciwko niej, ponieważ niespodziewanie nie była już na ścieżce sama.

Odruchowo się odwróciła i zobaczyła niewypowiedzianą okropność. Powykręcaną, diabelską okropność z nienasyconymi oczami w niestworzonej masce potwora. Niewiarygodną okropność, która sparaliżowała jej ciało i w którą nie chciał uwierzyć jej umysł.

Kiedy tak patrzyła wytrzeszczonymi oczami, niezdolna się poruszyć, przyszedł rozdzierający, ostry jak brzytwa ból — ból, który nie tylko przebił ją na wylot, ale również całą ją oplótł. Wrzeszczał w jej nerwach coraz głośniej i głośniej aż po wściekłą, straszną kulminację, a potem nie było już nic — ani bólu, ani strachu, tylko wielka, wszechogarniająca cisza, w której miękkich objęciach Lidia leżała teraz zupełnie bez ruchu.

1 William Wordsworth, Samotna żniwiarka, przełożył Jan Kasprowicz, [w:] Poeci języka angielskiego, Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy 1971, t. II, s. 191.

2 Alexander Pope, Wiersz o człowieku, [w:] Poeci języka angielskiego, op. cit., t. II, s. 44.

3 Wg przekładu Stanisława Barańczaka (przyp. tłum.).

Inne książki tego autora