Jan Woleński. Wierzę w to, co potrafię zrozumieć

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ale już biskup rozbijający się pod wpływem alkoholu na latarni w Warszawie ma trochę pod górę, jednak ma, musi przejść przez instytucje prawne.

Tak, tak, ale wtedy nie ma rady. Zwróć jednak uwagę na to, że Watykan długo nie kwapił się z ekstradycją arcybiskupa Wesołowskiego oskarżonego o pedofilię w Dominikanie. W końcu usunięto go ze stanu duchownego. Wracając do mojego członkostwa w PZPR, to było niezłe doświadczenie, bo ono pokazało sposób funkcjonowania sformalizowanej organizacji autorytarnej. Bardzo ważny problem pojawia się wtedy, kiedy taka organizacja ma władzę polityczną, czyli może dysponować środkami przymusu, czy też nie. O ile ma, staje się totalitarna.

Ale mnie jednak bardzo interesuje ta twoja naiwność. Heidegger też dał się uwieść Hitlerowi. Piękny umysł nie widzi zła świata?

Co miałem widzieć? PZPR była oczywiście organizacją polityczną, która rządziła. Teraz pytanie: Jak miała rządzić? To, że rządziła w przeszłości czy w sposób zbrodniczy, czy bliski zbrodniczemu, to jest jedna sprawa, a to, jak było potem, to „inna inszość”. A jeśli chodzi o Heideggera, to należał on do NSDAP do końca istnienia tej organizacji i nie kwapił się do wyjaśnienia, dlaczego dał się uwieść nazizmowi.

Ale jednak zrobiłeś skok do Solidarności. Oddałeś legitymację.

Nie. Byłem tu i tu. Solidarność podobała mi się jako ruch o silnym i pozytywnym obliczu moralnym. Ale też mnie rozczarowała, choć niewątpliwie było to wielkie wydarzenie. Wydawało się, że zmieni Polskę, a okazało się, że nie bardzo.

Co robiłeś w stanie wojennym?

Rozumiem, że chodzi o działalność opozycyjną. Uczestniczyłem w pracach Komisji Edukacyjnej (chyba tak to się nazywało) dolnośląskiego regionu Solidarności, czasem wykładałem w kościołach. Wydawałem też gazetkę „Riposta” kolportowaną we Wrocławiu, przywoziłem ją również do Krakowa. Pisemko miało na celu szybką reakcję na oficjalną propagandę. Ja pisałem tekst, ktoś inny zanosił do podziemnej drukarni, a potem rzecz szła do kolportażu. Klasyczna konspiracja, oparta na strukturze trzech osób, z których tylko jedna znała dwie pozostałe.

Czy traktowałeś tę działalność jako swoistą pokutę za bycie w partii?

Absolutnie nie. Była to działalność sama dla siebie. Nie uważam zresztą, że robiłem coś nadzwyczajnego. Inni byli znacznie bardziej aktywni.

Byłeś namawiany do współpracy z SB?

Owszem, dwa razy. Gdzieś w lutym 1982 roku wezwano mnie na rozmowę, w czasie której byłem przekonywany wedle schematu: „My jesteśmy rozsądni, pan jest rozsądny, a więc znajdziemy wspólny język”. Nie skorzystałem z tej oferty. Drugi raz w 1983 roku, gdy starałem się o wyjazd. Powiedziano mi wprost: „Albo współpraca, albo paszport”. Wybrałem brak paszportu.

Wielki powrót

Co najbardziej przeszkadzało ci w partii, że w końcu oddałeś legitymację?

Na pewno nie kwestia wprowadzenia stanu wojennego, bo potrafię zrozumieć, dlaczego to zrobiono. Mogła być taka sytuacja, że Jaruzelski nie miał wyboru, gdyż inaczej dokonałyby tego inne siły, i to ze znacznie gorszym skutkiem. Tego akurat nie wiemy. I chyba tak już pozostanie. Kontrowersje w ocenie Jaruzelskiego, zwłaszcza te, jakie ujawniły się po jego śmierci, zapewne będą trwały długo. Ciągłe prowokowanie Solidarności było dla mnie czymś obrzydliwym. To była cała seria prowokacji, które władza tolerowała i inspirowała, od samego powstania organizacji. Władza na pewno nie spodziewała się powstania dziesięciomilionowego związku i uważała, że jest w stanie opanować nowe związki zawodowe metodami ekonomicznymi i administracyjnymi, o ile będą ograniczone do poszczególnych instytucji. Jeden z sekretarzy wojewódzkich miał ponoć powiedzieć: „U mnie Solidarność? Chyba zwariowali. Jaka Solidarność?”. Tymczasem powstał związek ogólnopolski. Zaraz pojawił się problem z rejestracją, który trwał chyba ze dwa miesiące, gdyż sędzia Kościelniak, prowadzący sprawę, wyszukiwał rozliczne preteksty, aby rzecz uniemożliwić czy tylko opóźnić. A na przykład we Wrocławiu Tadeusz Porębski, rektor Politechniki Wrocławskiej, ortodoksyjny działacz PZPR, ale rozumiejący sytuację – podpisał stosowne porozumienie już 2 września. Ciekawe, że porozumienie na UJ zostało zawarte dopiero po rejestracji związku. Prorektor Sylwester Wójcik, bezpartyjny prawnik, dokonywał istnych cudów prawniczych, żeby to odwlec w czasie.

Kiedy wprowadzano stan wojenny, moja ocena była taka, że to jest wynik serii prowokacji. Pamiętam, że tydzień przed wprowadzeniem stanu wojennego, jadąc do Warszawy, rozmawiałem z wojskowymi, którzy mówili, że przepustki i urlopy odwołane i na pewno coś się szykuje. Zapytałem, jak armia zachowałaby się na wypadek inwazji radzieckiej. Odpowiedzieli, że jakikolwiek opór jest niemożliwy, gdyż mają broń tylko na trzy dni. Magazyny polskiej armii znajdowały się w Czechosłowacji. To jakoś współgra z decyzją o wprowadzeniu stanu wojennego. Propaganda była jednak nie do przyjęcia. Zaraz po 13 grudnia oglądałem audycję telewizyjną, w której kilku młodych aktywistów partyjnych po prostu groziło tym, którzy nie przyłączą się do, by tak rzec, de-solidaryzacji Polski, nawet przymusowej. Argumenty były podobne do tych, jakimi operowano w 1968 roku, tylko nie miały posmaku narodowościowego. Wtedy zdecydowałem, że czas na rozstanie z PZPR.

Jak zareagowało twoje środowisko, gdy wystąpiłeś z partii?

Dwie osoby zareagowały w sposób, którego bym nie przewidział. Klemens Szaniawski powiedział: „Czyś ty zwariował? Kto tam zostanie?”. Odpowiedziałem: „Klemens, to się zapisz. Chętnie cię tam przyjmą”. Myślałem, że Izydora Dąmbska, która była negatywnie nastawiona do kojarzenia polityki i filozofii, ucieszy się z mojego kroku, a nawet go pochwali. A ona stwierdziła: „To nie ma najmniejszego znaczenia. Ważne, kim pan jest, a nie gdzie pan należy”. Większość kolegów przyjęła moje wystąpienie bez specjalnych komentarzy. Oczywiście byłem uważany za zdrajcę przez wielu działaczy, którzy pozostali w PZPR. Miało to rozmaite praktyczne konsekwencje (działo się to we Wrocławiu). Zostałem odsunięty od zajęć na parę lat, nie obejmowała mnie regulacja płac, miałem kłopoty z otrzymaniem paszportu i zablokowano mi otrzymanie profesury. Notabene, dla sprawiedliwości dodam, że pierwszy raz sprawa była głosowana w 1981 roku i wtedy nie przeszła przez Radę Wydziału, gdy jeszcze byłem partyjny. W końcu jednak wszystko się unormowało. Nigdy nie ukrywałem swojej przynależności do PZPR i stosowna informacja znajduje się w mojej krótkiej biografii w Wikipedii. Czasem jest to przypominane przez tak zwanych życzliwych. Jeden z nich napisał o mnie niedawno, że jestem załganym komuchem. To dość charakterystyczna postawa dla tych, którzy mieli pełne portki ze strachu w stanie wojennym, a teraz kreują się na niezłomnych rycerzy sprawy narodowej. Niektórzy nie pogardzali nagrodami za obronę pracy doktorskiej, otrzymanymi w stanie wojennym w pełnym jego rozkwicie.

Powracając do tego moralnego aspektu Solidarności, to czy wydawało ci się, że dzięki temu nowemu otwarciu, które pojawiło się na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, można było lepiej i sprawniej realizować pewne cele za pomocą wartości, które cię zafascynowały czy przyciągnęły? Czyli wstępując w szeregi „S”, miałeś na uwadze idee, a nie pragmatykę, tak jak w przypadku przynależności do partii?

Tak. Partia nie była ruchem moralnym w sensie kierowania się regułami aksjologicznymi. Nie była i nigdy sobie takich celów nie stawiała. Opowiadano wprawdzie o moralności socjalistycznej, ale to były tylko słowa.

W sierpniu 1980 roku byłem wykładowcą na letnim obozie studenckich kół naukowych. Odbywał się w Olsztynie. Około 20 sierpnia pojechaliśmy z paroma socjologami, między innymi z Piotrem Sztompką, do Trójmiasta, aby zobaczyć, co się tam dzieje. Nie ukrywam, że ta wycieczka nie była, by tak rzec, bezstresowa. Wcale nie było pewne, czy nas nie zwiną zaraz po wyjściu z pociągu. Ale to, co zobaczyliśmy, było niezwykłe. To był festiwal ludzi, którzy mieli w nosie władzę. Tak było w Gdańsku, bo w Gdyni sytuacja była inna. Tam był spokój, nikt z dziennikarzy za bardzo nie interesował się strajkiem i kiedy myśmy się przedstawili, to stoczniowcy byli zachwyceni, że jacyś ludzie z uniwersytetu ich odwiedzili. Potem, gdy wróciłem do Wrocławia, zastał mnie strajk: nic nie jeździło, a my z rocznym synkiem nie mieliśmy jak dostać się do domu. Ale na dworcu okazało się, że prywatni ludzie czekają i pytają: „Potrzebujecie państwo, aby was gdzieś zawieźć?”. To było coś niesamowitego – właśnie ten duch samopomocy i samoorganizacji. Tak było wcześniej podczas pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski. To oczywiście bzdura, że Jan Paweł II obalił komunizm, ale faktem jest, że ta wizyta była niesłychanym doświadczeniem. Oto setki tysięcy ludzi potrafiło się zorganizować w zasadzie bez pomocy państwa. Działała specjalnie przygotowana służba zdrowia i panował wzorowy porządek. Wszystko było na swoim miejscu, a milicja – prawie niewidoczna.

Tak, ale wtedy to Kościół przejął funkcję organizacyjną.

Zgoda, ale to znaczy, że społeczeństwo było zdolne do samoorganizacji. W czasie pierwszej Solidarności przynajmniej ludzie sobie wzajemnie ufali, nawet kolejki inaczej wyglądały, na ulicach widać było uśmiechnięte twarze. Ale niestety, nie trwało to długo. Pierwszym takim objawem, który mnie szalenie negatywnie dotknął, był początek jednego ze strajków we Wrocławiu. Widziałem, jak motorniczy wywalił wszystkich pasażerów z tramwaju, łącznie z kobietami i dziećmi. A proszono go, aby dojechał do końca, do którego były ze dwa przystanki.

Znowu zwróciłeś uwagę na taki pragmatyczny wymiar. Natomiast wydaje się, że w tym ruchu jednak wchodziły w grę jakieś imponderabilia, które były znacznie ważniejsze niż sama organizacja społeczna czy wzajemna pomoc. Przecież to był też sprzeciw wobec nieprawości tego systemu, próba pokazania, że jednak jesteśmy podmiotem.

 

Ale sprzeciw nie musiał przekładać się na takie zachowania, jakie opisałem. Nadto jeśli rzecz dotyczy planu ogólnego, ta próba zakładała koegzystencję z systemem.

Odczuwałeś jakieś wsparcie Kościoła?

Tak, oczywiście. Właśnie wtedy Kościół zachowywał się wspaniale. Jak we Wrocławiu zaczęły się czasy, kiedy byłem represjonowany, to Marysia, moja żona, poszła do kościoła, w którym rozdawali paczki, i kiedy się przedstawiła, ksiądz wprost zapytał: „O ile wiem, to mąż ma kłopoty. Czy jakoś wymaga pomocy?”. Ona mówi: „Na razie nie”. A on dał do zrozumienia, że jak będzie trzeba, to pomogą.

Świętej pamięci arcybiskup Życiński zaproponował ci pracę w seminarium?

Gdy groziło mi bezrobocie, to powiedział: „Będziesz uczył w seminarium duchownym”. Ja na to: „Ale czego ateista może tam uczyć”. Odpowiedział: „Przecież nie będziesz wykładał teologii, tylko metodologię”. Kościół skutecznie wspierał opozycję (w szerokim rozumieniu – ponoć około miliona osób prowadziło jakąś działalność opozycyjną czy też niezależną). A potem to się skończyło. Zapewne protekcja ze strony Kościoła nie była już potrzebna po 1989 roku. Gorzej, że zaczął on być antyspołeczny w wielu kwestiach. Może zresztą to jest tak, że Kościół jest w pełni z prześladowanym ludem, gdy sam też jest prześladowany.

Suchy azyl

Jakie warunki trzeba spełniać, żeby być kobietą twojego życia?

Nie ma żadnych warunków. Myślę, że one wszystkie były ładne albo bardzo ładne. To jest dla mnie rzecz ważna.

Myślisz, że dusza emanuje na urodę? Mamy dużo lalek Barbie, przy których tylko chce się ziewać.

Na szczęście kobiety mojego życia nie były także banalne z punktu widzenia ich duszy. Ale nie wiem, czy to przypadek, czy coś innego, i nie zastanawiam się nad tym. Nie będę opowiadał, że poszukuję wyjątkowej kobiety z wyjątkowym intelektem i tak dalej. Twierdzę, że to nie jest najważniejsze.

Co jest najważniejsze? Uroda, która przemija dość szybko?

Wszystko przemija, więc i uroda przemija.

Powiedziałeś, że sukcesem jest rodzina, ale jaki element uważasz za najważniejszy: uczciwość, wierność, umiejętności kulinarne?

Wszystko. Także zwykłe życie rodzinne.

Czy te wszystkie wielkie wartości, namiętności, pokusy, które dotykają w różnym okresie, nie są ważne dla funkcjonowania domu?

To jest bardzo ważne, ale trzeba zastrzec, że w danym konkretnym okresie. Jest bardzo głęboka uwaga Bertranda Russella, który chyba w przedmowie swej autobiografii napisał, że nie pierwsza miłość jest najważniejsza, ale ostatnia.

Co to znaczy?

To znaczy, że ta, na której się kończy wszystko, jest rzeczywiście najważniejsza. Towarzyszy sytuacji ostatecznej. Albo potem nie ma już żadnej miłości, albo potem nie ma już w ogóle niczego. Dlatego ostatnia jest najważniejsza.

Nie wiem, czy słyszałeś, jak Urszula Dudziak mówiła po swoich siedemdziesiątych urodzinach, że nigdy nie podejrzewała, że przeżyje miłość swojego życia, mając siedemdziesiąt lat.

Tak, ale to mnie nie dziwi.

Kiedy ostatni raz się zakochałeś?

Zostawmy to. Można też powiedzieć, że cały czas jestem zakochany. W tych sprawach szczypta dwuznaczności nie zawadzi.

Nigdy nie zakochałeś się tak na zabój, żeby zburzyć wszystkie schematy?

Widocznie nie. Powiem szczerze, że trudno byłoby mi się zakochać wedle zasady „każda potwora znajdzie swojego amatora”. Nie mówię tego dla żartu. Wydaje mi się, że mój gust jest w miarę wymagający, ale też przeciętny. Nawet raz uciekłem przed dziewczyną, która mi się nie podobała.

To znaczy?

Z którą już niemalże byłem, byłem już bardzo intymnie. Po prostu uciekłem.

Ale uciekłeś po tej sytuacji intymnej?

Nie, przed.

I gdzie uciekłeś?

To było na wakacjach.

Czyli jednak uroda i estetyka zwyciężyły nad pożądliwością ciała?

Tak, zdecydowanie, tyle że to był brak urody.

W czasie naszych spotkań, może nie explicite, ale tak podskórnie uwidoczniało się, że dużą rolę w twoim życiu odgrywają sympatia, zaufanie, takie ludzkie relacje. Masz jakąś dobrą definicję miłości?

Nie potrafię zdefiniować miłości, a z opisem też jest trudno. To jest stan, który po prostu jest, pojawia się, czasem się kończy. Nie przemienia i nie wpływa u mnie na postrzeganie estetyczne, moralne czy kognitywne. Na ogół byłem jednak uradowany przypadkami miłosnymi. Nie cierpiałem z powodu miłości, a jeśli nawet, to nader krótko.

Czy miłość i seks pozostają wedle ciebie w związku koniecznym? Czy seks jest zawsze wyrazem miłości?

Nie sądzę. Zdarzają się sytuacje, że ludzie, z różnych powodów, uprawiają z sobą seks jednorazowy, bez miłości. Ze mną też tak bywało.

Nie mając przy tym żadnych wyrzutów sumienia...

Zapewne różnie to bywa, ale ja nie miewałem. Najważniejsze jest chyba to, że moje mniej lub bardziej przygodne partnerki nie miały do mnie żalu, a ja do nich. Kilka kobiet po wielu latach mi powiedziało, że mają mi za złe, że ich nie poderwałem.

Czy seks zmienił jakoś twoje postrzeganie ciała?

Tak. Było to pewnego rodzaju wyzwolenie.

Co jest według ciebie najważniejszą cechą w związku małżeńskim?

To jest cały system relacji fizycznych, mentalnych, rodzinnych. A w moim przypadku, to jest obecnego małżeństwa, bardzo ważna jest przeszłość, bo nasze poznanie i nasze małżeństwo było bardzo dramatyczne. W pewnym momencie wisiało na jednej minucie.

Marysia była twoją studentką, ale...

... ale to nie miało większego znaczenia, bo zaczęliśmy się spotykać po zakończeniu zajęć z filozofii, zresztą nie zdawała egzaminu u mnie. Poznałem ją na drugim roku studiów.

Byłeś rozwodnikiem, a to nie podobało się rodzinie Marysi.

Ale w końcu postawiła na swoim. W skrócie było to tak. Została wysłana do Francji dla odseparowania ode mnie. W pewnym momencie nasz związek był bliski końca z obu stron. Ale Marysia postanowiła wrócić do Polski, co oznaczało podjęcie ważnej życiowej decyzji. Chciała jednak mieć zgodę przynajmniej jednego z rodziców. Jej mama, osoba bardzo romantyczna, nieco nam sprzyjała. Namówiła brata Marysi, żeby do mnie zadzwonił i powiedział mi, że nie powinienem rezygnować z tego związku i że może jakoś ułoży się między nami. Telefon odebrałem chwilę po powrocie do domu. Gdybym przyszedł parę minut później, pewnie sprawy potoczyłyby się inaczej. Była okazja do powrotu, gdyż mój kolega wracał autem z Paryża i Marysia zabrała się z nim. Parę miesięcy później oświadczyła, że podjęła decyzję i wychodzi za mnie za mąż. Przez trzy lata nie miała kontaktu z ojcem.

Co się zatem stało, że ojciec się przekonał?

Wnuk i upływ czasu.

Mieszkaliście potem wspólnie...

Tak, miałem z teściem rewelacyjne stosunki. Z teściową było trochę gorzej, bo jej przeszkadzał mój ateizm. Teściowi nie, a przede wszystkim cenił to, że dużo pracuję – sam był człowiekiem pracy przez całe życie.

Bycie z kimś to jest taki skok zawierzenia, poczucie, że jesteście dla siebie stworzeni...

Może to za dużo powiedziane. W każdym razie ta historia nas bardzo związała i stworzyła daleko idące powinności.

Ty zauważyłeś ją czy ona ciebie?

Zauważyłem ją na wykładach, ale nie to było istotne, bo było na nich wiele urodziwych dziewczyn. Jak już wspomniałem, w tych czasach popularne były spotkania grup studenckich, takie rozszerzone prywatki, w których uczestniczyło wielu wykładowców i asystentów. Poznaliśmy się na takim spotkaniu, kiedy usłyszałem jak się nazywa, przypomniałem sobie, że miałem dwóch studentów o tym samym nazwisku, okazało się, że to jej bracia. Dowiedziałem się, że jest z Suchej Beskidzkiej, ale z tej pogawędki nic specjalnego nie wynikło. Potem spotkaliśmy się przypadkowo na Plantach w czasie przerwy międzysemestralnej (luty 1976) podczas pięknej zimy. Byłem z psem (bassecicą Betą, bardzo popularną na Wydziale Prawa) na spacerze, a Marysia szła w stronę Collegium Novum z koleżanką. Podeszły do mnie, a w zasadzie może raczej do psa. Zapytałem ją (koleżanka mniej mi się podobała): „Co Pani robi w Krakowie, trzeba jechać do domu, wypocząć, nabrać trochę wagi”. Odpowiedziała: „A chce Pan potem sprawdzić?”. Propozycja była atrakcyjna (ponadto pomyślałem sobie, że to odważna dziewczyna), więc zaproponowałem spotkanie, ale nie w celu wspomnianej weryfikacji. Nie przyszła. Potem był półmetek jej roku, takie imprezy organizowano na początku semestru letniego. Podeszła do mnie, przeprosiła i powiedziała, że nie mogła przyjść. Kolejne spotkanie było już, nazwijmy to tak, brzemienne w skutki.

Czyli nie umiałbyś jednym słowem określić, co jest najważniejsze w byciu z innym człowiekiem? Wymieniłeś warunki mentalne, cielesne...

Myślę, że nie ma reguły. Czasami to jest pierwsze spojrzenie, czasami spotkanie. Myślę, że ci, którzy twierdzą, że jest zawsze tak samo, nie mają racji. Jest taki film, który bardzo lubię, Bezsenność w Seattle – dobrze obrazuje narodziny bliskości. Tam był dreszcz przy dotyku ręki.

Uczyłeś dzieci podstaw filozofii, logicznego myślenia?

Nie.

Jakim jesteś ojcem?

Zawsze rozpuszczałem dzieci, ale pamiętam, że w przedszkolu nie mogłem sobie poradzić z synem i jak dałem mu porządnie w skórę, to problemy zniknęły. Chyba jednak jestem dobrym ojcem.

Skoro nie pamiętasz, że byłeś przytulany jako dziecko, to jako ojciec przytulałeś własne dzieci?

Rzadko. Ale też nie było tak, jak to już zresztą zaznaczyłem, że moja mama mnie w ogóle nie tuliła. Mam kilka bardzo pięknych zdjęć, gdzie trzyma mnie w objęciach.

Wspierasz swoje dzieci we wszystkim?

Tak. Mnie przekonuje teza, że rodzice mają przyjąć dzieci takimi, jakimi są. Pewnie niektórzy mają większe dylematy. Co zrobić z dzieckiem, które jest zbrodniarzem? Nie wiem. Nie chcę sobie zadawać tego pytania. Musiałbym być w takiej sytuacji. Dopóki nie jestem, to nie mam powodu, żeby to rozważać.

Tłumaczysz się żonie ze swojej aktywności publicystycznej?

Nie, raczej nikomu się nie tłumaczę.

Jeżeli napiszesz jakiś tekst lub protest, który się Marysi nie spodoba, daje temu wyraz?

Ma do mnie pełne zaufanie w tych kwestiach. A ogólnie, u nas w domu jest koncyliacyjnie. Nie mamy konfliktów poza sprawami codziennymi, ale na szczęście marginalnymi.

Jakie rytuały masz w życiu codziennym?

Piję kawę. Golę się i po śniadaniu, jeżeli gdzieś nie jadę, siadam do pracy.

Czy odnajdujesz się w domowych obowiązkach?

Nie, nie znoszę ich, ale zawsze miałem szczęście, że nie musiałem nic naprawiać ani przetykać. Ale w czasach szkolnych umiałem naprawić żelazko lub małą kuchenkę elektryczną.

Czy twoja kilkuletnia aktywność w „Bez Tytułu”, lokalnym periodyku, spotkała się z zachowaniem, które by cię dotknęło, obraziło? Nie jesteś anonimowy w Suchej Beskidzkiej?

Sucha jest moim domem i choć wiem, że są różne wątpliwości na mój temat, mogę śmiało powiedzieć, że czuję się tutaj bardzo dobrze. Jestem zresztą jedynym profesorem uniwersyteckim mieszkającym w tej miejscowości.

Gdy jest ci smutno, zamykasz się w sobie czy szukasz towarzystwa?

To rzadko się zdarza, ale raczej nie szukam ludzi. Uważam, że nie powinienem swoim smutkiem oddziaływać na innych. Może w tym aspekcie jestem introwertykiem, który w takich chwilach słucha opery.

Nie pamiętam, abym ostatnio cierpiał i płakał, ale mogę powiedzieć, że czasem jestem wzruszony, bliski płaczu, często, gdy oglądam filmy o cierpieniu lub rozpaczy innych. Może miałem tak dobre życie, że nie wiązało się z cierpieniem, nawet w tych smutnych, nazwijmy to, momentach. Nigdy nie byłem ciężko chory. Nie odczuwałem bólu, to znaczy tak naprawdę nie cierpiałem, tak na serio, poza bólem zęba czy stłuczeniem. Wiem, że pod tym względem mam szczęście.

Czy sposób bycia Janka, kiedy miał trzydzieści, sześćdziesiąt, siedemdziesiąt lat, jest taki sam?

W dużej mierze taki sam, przynajmniej od czasu bycia z Marysią. Poza tym, oczywiście, co zmienia się nieuchronnie z wiekiem.

Lubisz czytać literaturę piękną, oglądać filmy, seriale?

Rzadko czytam i trochę mnie to martwi. Moja praca opiera się na bardzo intensywnych lekturach. Muszę wybierać i jako profesjonalista poświęciłem literaturę piękną na rzecz książki naukowej. Oglądam sport, zwłaszcza mecze FC Barcelony i niektóre seriale, ale raczej jako kronikę życia w Polsce niż ze względu na ich walory filmowe.

 

Myślisz o świecie, w którym cię nie będzie?

Tak, oczywiście, ale nieczęsto. Wiem, że świat da sobie jakoś radę beze mnie.

Jest jakiś punkt w twoim życiu, który uważasz za szczególnie dramatyczny?

Śmierć córki. Śmierć dziecka, i to taka nagła, niespodziewana, jest najgorszą rzeczą, jaka może się człowiekowi przydarzyć. Powiem tylko o swojej reakcji. Pogrzeb był w dniu, w którym miałem wykład, i chciałem być sam po pogrzebie dlatego, że mi się przypomniała śmierć mamy. Trudno było. Ten moment obejmował drogę z cmentarza na uczelnię. Zastanawiałem się, czy odbyć wykład (kursowy z epistemologii), czy nie. Studenci nawet zapytali, czy będę wykładał. Odpowiedziałem chyba dość ostro: „Czy jest ogłoszenie, że wykład jest odwołany?”. Pytanie było retoryczne i zacząłem wykładać. Mój syn był na tym wykładzie, bo studiował filozofię (potem przeniósł się na stosunki międzynarodowe). Po wykładzie powiedział: „Tato, wszyscy, z którymi rozmawiałem, powiedzieli, że tak wspaniałego wykładu nigdy nie słyszeli”. Trudno mi to wyjaśnić. Widocznie zdecydowało wyjątkowe napięcie psychiczne.

Nie buntowałeś się? Nie szukałeś jakiegoś wyjaśnienia?

Nie. To był błąd życiowy osoby, która zginęła w wypadku samochodowym (nie powinna siadać za kierownicę w takich warunkach, jakie wówczas były). Zastanawiające jest to, że o ile śmierć babci była czymś racjonalnym, bo długo chorowała, to śmierć córki była czymś kompletnie irracjonalnym w takim sensie, że łatwo mogła się nie zdarzyć. Jeśli bunt miałby oznaczać jakąś metafizyczną potrzebę, to jej nie miałem.

Pamiętam, jak opowiadałeś, że twoja najstarsza córka miała cudowne relacje z twoim synem Tadeuszem.

Tak, ale z Marysią też miała znakomite. A znowu pierwsza żona ma wyjątkowe relacje z Tadeuszem. Ona uważa go w ogóle za syna.

Po śmierci córki inaczej patrzysz na świat?

Nie.

Jesteś człowiekiem spełnionym?

Można tak powiedzieć, np. zostałem wybrany do Polskiej Akademii Nauk, Polskiej Akademii Umiejętności i Międzynarodowego Instytutu Filozofii. Trudno nie mieć satysfakcji z tego powodu, tym bardziej, że jestem jedynym obecnie żyjącym filozofem polskim, którego spotkała ta kombinacja zaszczytów. Mam nadzieję, że ta uwaga nie zostanie poczytana za przejaw nieskromności.

Ale wrogów też pewnie masz...

Nie można mieć samych przyjaciół. Myślę, że z większością osób, z którymi się stykam (tak też było w przeszłości), mam dobre relacje, a z wieloma przyjacielskie. Oczywiście zdarza się, że pewni ludzie mnie nie lubią czy też mają do mnie zastrzeżenia. Powody są różne, na przykład zawodowe – komuś napisałem złą recenzję lub jakoś inaczej nadepnąłem na odcisk. Jeśli chodzi o teraźniejszy stan rzeczy, to chyba mam tylko jednego wroga czy też człowieka zdecydowanie nieprzychylnego. Jest to pewien emerytowany adiunkt (nie z UJ), niegdyś mój dobry znajomy. Już o nim wspomniałem pośrednio. To jest ta osoba, która nazwała mnie załganym komuchem. Inne niektóre epitety, jakimi mnie obdarza (prowadzi blog), to „partyjna gnida”, „koszerna sława filozofii analitycznej”, „pieszczoszek salonu III RP” czy „parch”. Gdy przyznano mi tak zwanego polskiego Nobla, zapytał (na swoim blogu), czy to na pewno polski. Może mniema, że Mosad mi załatwił tę nagrodę. Powody jego postawy wobec mnie są wielorakie. Jest zdecydowanym prawicowcem, ja wręcz przeciwnie. Myślę, że wątki antysemickie są wtórne, wspierają argumentacje polityczne, jak to często bywa u przedstawicieli polskiej prawicy. Facet nie zrobił kariery naukowej, nie dotarł do habilitacji i odszedł ze swojej uczelni, gdy tylko osiągnął wiek emerytalny. Próbował na niwie literatury. Napisał trzy książki, ale odniosły mierny sukces – ostatnia, którą reklamuje jako romans patriotyczny, została wręcz wyśmiana. Nie znosi Uniwersytetu Jagiellońskiego, zapewne z tego powodu, że wielu jego znajomych z tej uczelni jest już profesorami. Kiedyś publicznie oświadczył, na podstawie, jak twierdził, informacji od oficera SB, że w stanie wojennym krakowscy naukowcy walili drzwiami i oknami do wiadomych służb, aby zapisać się na konfidentów. Skomentowałem tę wypowiedź, powiadając, że trzeba zadbać o to, aby mity nie rozwijały nadmiernie skrzydeł, gdyż nigdy nie wiadomo, gdzie dolecą i jakie spowodują konsekwencje. W odpowiedzi usłyszałem, że jest to grubiańska aluzja do katastrofy smoleńskiej. Jeśli jakość intelektualna naszych wrogów jakoś świadczy o nas, nie mam powodów do dumy. Na szczęście, mogę uznać specjalistę od grubiańskich aluzji do katastrofy smoleńskiej za postać, u której niedomiar talentów jest kompensowany nadmiarem rozmaitych pomyłek. Przypuszczam, że skomentuje niniejszą rozmowę na swoim blogu i uzna za świadectwo mojego zaprzaństwa.


Jan Woleński z żoną


W objęciach dzieci

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?