#GOYOUNGTekst

Autor:Ashley Elston
0
Recenzje
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Zapraszamy na www.publicat.pl

Tytuł oryginału

Ten Blind Dates

Okładka

Reprinted by permission of Disney • Hyperion Books. All rights reserved.

Opracowanie polskiej okładki

NATALIA TWARDY

Fotografie na okładce

© Look Studio / Shutterstock.com; © Di Studio / Shutterstock.com;

© F. Schmidt / Shutterstock.com; © Dmitry Lobanov / Shutterstock.com;

© HNK / Shutterstock.com

Koordynacja projektu

SYLWIA MAZURKIEWICZ-PETEK

Redakcja

URSZULA ŚMIETANA

Korekta

MAGDALENA SZAJUK

Redakcja techniczna

LOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN

Copyright © 2019 by Ashley Elston

First published by Hyperion, an imprint of Disney Book Group.

Published by arrangement with Rights People, London.

Polish edition © Publicat S.A. MMXIX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved

ISBN 978-83-271-5967-0

Konwersja: eLitera s.c.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Piątek, 18 grudnia

Sobota, 19 grudnia

Niedziela, 20 grudnia

Poniedziałek, 21 grudnia

Wtorek, 22 grudnia

Środa, 23 grudnia

Czwartek, 24 grudnia

Piątek, 25 grudnia

Sobota, 26 grudnia

Niedziela, 27 grudnia

Poniedziałek, 28 grudnia

Wtorek, 29 grudnia

Środa, 30 grudnia

Czwartek, 31 grudnia

Piątek, 1 stycznia

3 miesiące później

Podziękowania

Przypisy

Mojemu mężowi Deanowi, którego poznałam

w 1992 roku na walentynkowej randce w ciemno

oraz

mojemu bratu i najbliższemu kuzynostwu:

wszystkim 21 kuzynom i kuzynkom.

Dzięki Wam miałam magiczne dzieciństwo!

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PIĄTEK, 18 GRUDNIA

– Jesteś pewna, że nie chcesz z nami jechać?

Mama wychyla się z okna od strony pasażera i po raz dziesiąty w ciągu ostatnich dziesięciu minut mocno mnie ściska. Błagalny ton jej głosu robi swoje. Od pierwszego smaku wolności w moim życiu dzielą mnie sekundy, ale mam poczucie, że za chwilę się ugnę i wskoczę na tylne siedzenie. Tulę ją mocniej niż kiedykolwiek.

Tata pochyla się do przodu, błękitne światło z deski rozdzielczej omywa jego twarz.

– Sophie, naprawdę wolelibyśmy nie zostawiać cię na święta. Kto dopilnuje, żebym właściwie ponakłuwał ciasteczka z masłem orzechowym? Nie ufam samemu sobie.

Śmieję się głośno.

– Dasz radę – zapewniam.

Pożegnanie jest trudne, ale nie zamierzam przez następne półtora tygodnia siedzieć u Margot w domu i katować się widokiem jej opuchniętych kończyn.

Moi rodzice jadą do Breaux Bridge, małego miasteczka na południu Luizjany, niecałe cztery godziny drogi od nas, żeby spędzić Boże Narodzenie z moją siostrą Margot i jej mężem Bradem. Margot ma rodzić za sześć tygodni i musi leżeć w łóżku. Od dawna cierpi na nadciśnienie, w związku z czym rozwinął się u niej stan przedrzucawkowy, cokolwiek to oznacza. Wiem tylko, że stopy jej nabrzmiały do monstrualnych rozmiarów. Skąd to wiem? Ponieważ moja siostra jest totalnie znudzona leżeniem w łóżku i wysyła mi zdjęcia swoich kończyn zrobione pod każdym możliwym kątem.

– Przecież nie będę sama – dodaję. – Towarzystwa dotrzymają mi dziadkowie oraz dwudziestu pięciu krewnych.

Tata przewraca oczami.

– Nie rozumiem, dlaczego oni wszyscy muszą jednocześnie przebywać w jednym domu – mamrocze pod nosem.

Mama trąca go w żebra. Nasza duża rodzina to poważna sprawa. Mama ma siedmioro rodzeństwa, prawie każde z nich posiada własne dzieci. Dom dziadków zawsze jest pełen ludzi, a w okolicach świąt przeradza się w dworzec główny w godzinach szczytu. Łóżka i miejsca przy stole są przydzielane na podstawie wieku, więc kiedy byłam młodsza, razem z kuzynostwem spaliśmy na wielkiej palecie rozłożonej na podłodze w salonie, ściśnięci niczym sardynki, a każdy posiłek oznaczał balansowanie z talerzem i kubkiem na kolanach.

– Na pewno nie wolałabyś zatrzymać się u Lisy? U niej będzie spokojniej – mówi mama.

– Nie wątpię, ale u dziadków też będzie dobrze.

Oczywiście, że w domu ciotki Lisy panuje spokój. To siostra bliźniaczka mojej mamy, starsza od niej o trzy minuty – dlatego pilnuje mnie tak samo uważnie jak mama. A mnie nie o to chodzi. Pragnę odrobiny wolności. Oraz czasu spędzonego tylko z Griffinem. I jedno, i drugie pozostaje towarem deficytowym, gdy mieszka się w małym miasteczku z ojcem, który jest szefem policji.

– Okej. Powinniśmy wrócić w dzień imprezy urodzinowej babci, pewnie po południu. Wtedy otworzymy prezenty. – Mama wierci się niespokojnie na fotelu, najwyraźniej nie jest gotowa do wyjazdu. – Gdyby rodzice Brada nie przyjechali, wcale nie musielibyśmy tam jechać. Ale wiesz, jak jego mama zawsze próbuje przestawiać im meble w domu i zmieniać wszystko w kuchni. Nie chcę, żeby Margot się niepotrzebnie denerwowała, unieruchomiona w łóżku, zastanawiając się, co jeszcze ta kobieta wymyśli.

– Nie no – kpię. – Broń Boże, żeby jego rodzice opiekowali się twoją córką. – Mama jest bardzo zaborcza, jeśli chodzi o swoje dzieci. Wystarczyło, iż Margot wspomniała, że przyjeżdżają rodzice Brada, a od razu zaczęła pakować walizki.

– Moglibyśmy jechać jutro rano – sugeruje teraz.

Ale zanim jeszcze skończy zdanie, tata już kręci głową.

– Dzisiaj będzie szybciej. Jutro ostatnia sobota przed Bożym Narodzeniem, na drogach będzie koszmar. – Pochyla się ponownie i patrzy mi w oczy. – Spakuj się i od razu jedź do dziadków. Zadzwoń do nich i daj im znać, o której dotrzesz.

Cały tata – konkretny i rzeczowy. To pierwszy raz od wielu lat, kiedy spędzi więcej niż kilka dni poza komisariatem.

– Tak zrobię – obiecuję. Jeszcze jeden uścisk mamy, a potem przesyłam tacie buziaka. Odjeżdżają.

Chwilę później czerwone tylne światła SUV-a znikają na końcu ulicy, a mnie ogarnia fala różnych emocji: podekscytowanie czekającą mnie wolnością, ale także smutek, który płynie gdzieś z głębi trzewi. Robię, co mogę, by się go pozbyć. Nie to, że nie chciałabym spędzić świąt z rodzicami – chociaż na myśl, że obudzę się w Boże Narodzenie bez rodziców, aż mnie ściska w dołku – tylko nie uśmiecha mi się spędzenie całej przerwy świątecznej w ciasnym mieszkaniu Margot i Brada.

Wracam do domu i pierwsze, co robię, to dzwonię do babci. Informuję ją, że przyjadę za kilka godzin. Wydaje się roztargniona. W tle słyszę głosy klientów sklepu ogrodniczego i szkółki, które prowadzi, domyślam się, że dociera do niej najwyżej co drugie moje słowo.

– Jedź ostrożnie, skarbie – mówi. Zanim się rozłączy, słyszę jeszcze, jak wykrzykuje ceny poinsecji do Randy’ego. Uśmiecham się pod nosem.

Jest osiemnasta, z Minden do Shreveport, gdzie mieszkają dziadkowie i reszta rodziny, jedzie się krótko. Babcia spodziewa się mnie o dwudziestej drugiej.

 

Cztery cudowne godziny tylko dla mnie.

Opadam na łóżko i przyglądam się powolnym obrotom wiatraka na suficie. Chociaż mam siedemnaście lat, rodzice nie lubią zostawiać mnie samej w domu. Nawet jeśli uda mi się do tego doprowadzić, zwykle co chwilę podjeżdża patrol – „przejeżdżający tylko, żeby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku”. Trochę to idiotyczne.

Przez chwilę szukam telefonu – mam zamiar poinformować Griffina, że zostaję w domu – ale po ośmiu sygnałach włącza się poczta głosowa. Wysyłam mu esemesa i czekam na trzy kropeczki sygnalizujące, że pisze odpowiedź. Nie mówiłam mu wcześniej o moich próbach przekonania rodziców, by pozwolili mi zostać. Uznałam, że jeśli mi nie wyjdzie, niepotrzebnie się oboje rozczarujemy.

Przez chwilę wpatruję się w czarny ekran, a potem odkładam komórkę i wstaję. Na moim biurku panuje bałagan: kosmetyki, kredki, buteleczki z lakierem do paznokci, a każdy skrawek wiszącej na ścianie tablicy zajmują gęsto zapisane kartki w linię. Wynotowałam na nich wszystkie uczelnie, które biorę pod uwagę, oraz listę plusów i minusów związanych z wymaganiami rekrutacyjnymi.

Na niektórych widnieje wielki zielony ptaszek: znak, że spełniam je wszystkie i zostałam przyjęta, większość jednak nadal oczekuje odpowiedzi. Nazywam to moją Tablicą Inspiracyjną. Mama twierdzi, że to moja Tablica Obsesyjna, bo o niczym innym nie mówię.

Mój wzrok pada na kartkę w prawym górnym rogu – pierwszą, którą zawiesiłam, jeszcze w pierwszej klasie liceum. To LSU, Uniwersytet Stanu Luizjana. Pierwszy zielony ptaszek. Na pewnym etapie sądziłam, że to jedyna uczelnia, jaka trafi na tablicę, ale ostatecznie uznałam, że trzeba być otwartym na więcej możliwości.

Rozlega się pikanie mojej komórki. Zerkam na łóżko, ale to nie odpowiedź od Griffina, tylko powiadomienie, że ktoś polubił mojego ostatniego posta.

Chodzę z Griffinem od dłuższego czasu, nasz związek rozwija się pomału, ale wiem, że Griffin chciałby przejść na kolejny poziom – że się tak wyrażę. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że sama o tym nie myślałam. Co prawda głównie skupiamy się na szkole, ale teraz mamy przed sobą dwa tygodnie ferii, żadnych egzaminów i projektów do zrobienia, więc idea spędzenia czasu sam na sam z Griffinem wydaje się bardzo kusząca. Spoglądam na puste kartki ułożone w stosie na biurku i kredki, którymi zapisuję argumenty – zielone na „tak” i czerwone na „nie”. Zastanawiam się przez ułamek sekundy, czy nie sporządzić podobnej listy dotyczącej naszego następnego kroku.

Na zielono:

„Jesteśmy razem prawie od roku”.

„Chodzimy do czwartej klasy i mamy prawie po osiemnaście lat”.

Na czerwono:

„Nie powiedział: kocham cię”.

„Nie mam pewności, czy jestem gotowa powiedzieć: kocham cię”.

Ponieważ mama doznałaby szoku, gdyby zobaczyła taką listę wiszącą na mojej tablicy, szybko opieram się pokusie.

Znowu rozlega się piknięcie telefonu. Serce mi podskakuje na widok ikony nowej wiadomości, ale zaraz okazuje się, że to kolejne zdjęcie od Margot.

Otwieram je i gapię się przez dłuższą chwilę. Naprawdę, ktoś powinien wreszcie zabrać jej komórkę.

Ja: ????? Co to jest???

Margot: Zbliżenie moich palców u stóp. Nie ma między nimi żadnej przestrzeni, czaisz? Nie mogę nimi ruszać ani ich rozdzielić. Są jak miniparówki.

Ja: A co, jeśli nigdy nie wrócą do poprzedniego stanu? I już na zawsze zostaniesz z parówkami zamiast palców? Nie będziesz mogła włożyć japonek, bo nie wciśniesz tego plastikowego paska między palce. Przyniesiesz wstyd swojemu dziecku.

Margot: Parówki zamiast palców u stóp są z pewnością lepsze niż parówki zamiast palców u rąk. Może będę musiała nosić takie ohydne buty ortopedyczne jak kiedyś ciotka Toby.

Ja: Zawsze możesz je ozdobić. I może napisać na każdym boku swoje imię farbą trójwymiarową. Będziesz miała cudowne buty ortopedyczne dla swoich paróweczek.

Margot: Przez ciebie mam straszną ochotę na parówki.

Ja: Jesteś obrzydliwa. I zafundowałaś mi traumę na całe życie. Nigdy w życiu nie zajdę w ciążę w obawie przed palcami jak parówy i zdobionymi butami ortopedycznymi.

Odpowiada mi dopiero po kilku minutach.

Margot: Mama właśnie napisała, że nie przyjeżdżasz!!! Co jest grane, Soph??? Miałaś mnie uratować od rywalizacji między mamą a Gwen. Wiesz, jak one się zachowują, kiedy staną naprzeciw siebie!!

Ja: Jesteś zdana tylko na siebie. Mam wielką nadzieję, że będą rywalizować o to, która może ci wyczyścić brud spomiędzy parówek. Może będą musiały użyć nici dentystycznej.

Margot: Nakreśliłaś obraz, którego już nigdy nie wymażę z pamięci. Rzucam na ciebie klątwę: obyś miała parówki zamiast palców do końca życia!

Ja: Przyjadę, kiedy urodzisz.

Margot: Obiecujesz??

Ja: Obiecuję.

Margot: To jak, Griffin już do Ciebie przyjechał?

Ja: Nie Twój interes.

Margot: Odpuść sobie. Albo nie... nie odpuszczaj.

Ja: XD.

W myślach dodaję „strach przed ciążą” do czerwonej strony mojej hipotetycznej listy.

Przewijam wszystkie portale społecznościowe, zabijam czas w oczekiwaniu na telefon od Griffina. Gdy w końcu dzwoni, a na ekranie pojawia się jego imię, nawet nie próbuję powstrzymać szerokiego uśmiechu cisnącego mi się na usta.

– Hej! – wrzeszczy, próbując przekrzyczeć głośną muzykę i hałasy.

– Hej. Gdzie jesteś?

– U Matta.

Widziałam już kilka postów ze zdjęciami z jego ogrodu i znad basenu, w tym zamieszczone przez Addie, moją najlepszą przyjaciółkę od trzeciej klasy szkoły podstawowej.

– Jesteś w drodze do Margot? – pyta głośno.

– Zmiana planów! – wrzeszczę. – Zostaję.

Słyszę rytmiczne basy jakiegoś utworu, ale nie jestem w stanie go rozpoznać.

– Nie wierzę, że tata pozwolił ci nie jechać – mówi Griffin.

– Ja też nie. Chcesz wpaść do mnie? Albo mogę podjechać do Matta.

Milczy przez chwilę, a potem odpowiada:

– Przyjedź do Matta. Wszyscy tu są.

Czuję ukłucie rozczarowania.

– Okej, to do zobaczenia – żegnam się i kończę połączenie.


U Matta jest więcej osób, niż się spodziewałam. Wygląda na to, że wszyscy postanowili uczcić ten ostatni dzień szkoły przed przerwą świąteczną. Dom, a także okoliczne krzaki i drzewa są ozdobione chyba milionem światełek. Poważnie, lampki wiszą dosłownie na wszystkim, co stało na tyle nieruchomo, że dało się to obwiesić.

Większość osób ma na sobie koszulki z krótkim rękawem i szorty, więc pomimo tylu dekoracji trudno o świąteczny nastrój. Jak tu celebrować atmosferę przerwy zimowej, skoro człowiek cały czas opędza się od komarów? Idiotyczny klimat Luizjany.

Zostawiam samochód cztery domy dalej – to najbliższe wolne miejsce, jakie znajduję. Już z tej odległości wyraźnie słychać głuchy grzmot basów dochodzący z ogrodu Matta. Wcale nie byłabym zdziwiona, gdyby sąsiedzi zadzwonili na policję. Mam jednak nadzieję, że zanim przyjedzie patrol, mnie już tu nie będzie: trudno byłoby mi wytłumaczyć, dlaczego jestem na imprezie zamiast w drodze do dziadków. Policjanci niewątpliwie powiadomiliby mojego tatę.

Docieram do domu Matta i widzę siedzącą na trawie parę, która się zażarcie kłóci. Tego typu dramaty rozgrywają się zwykle nieco później, gdy impreza staje się bardziej zaawansowana. Para cichnie na mój widok, a ja przyspieszam, żeby dać im poczucie prywatności. Kieruję się tam, skąd dochodzi muzyka, na tył domu, gdzie znajduje się basen. Już mam skręcić za narożnik budynku, kiedy ktoś mnie ciągnie za rękę.

A potem znikam w potężnym uścisku.

– Myślałam, że nie przyjdziesz! – Addie piszczy tak głośno, że kilka osób odwraca głowy w naszą stronę.

– Uwierzysz, że udało mi się przekonać rodziców i pojechali sami?

– Niewiarygodne. Będziesz nocować u babci? – Addie wydyma wargi, nadąsana. – W ogóle się nie będziemy widywać!

Śmieję się.

– Będziemy. Mam plany. Babcia spędza każdy dzień w pracy, jest tak zajęta, że nawet nie zauważy mojej nieobecności. Przyjadę tu i coś wykombinujemy.

– Twoi rodzice się wściekną, jeśli się dowiedzą. Musisz ukryć samochód. – Addie zaczyna podskakiwać. – Och, i zabierz koniecznie Olivię! Wieki jej nie widziałam.

Kiwam głową, choć wątpię, by Olivia chciała ze mną przyjechać. To jedna z moich licznych kuzynek, córka ciotki Lisy, bliźniaczki mojej mamy. Dzielą nas zaledwie dwa miesiące i kiedy byłyśmy młodsze, stanowiłyśmy nierozłączny duet, ale w ciągu ostatnich dwóch lat nasze drogi trochę się rozeszły.

– Olivia pomaga babci w sklepie. Nie wiem, czy uda jej się wyrwać.

Addie zaczyna mnie ciągnąć w stronę basenu.

– Znajdziemy sposób, żeby ją tu ściągnąć.

– Widziałaś może Griffina? – pytam, żeby zmienić temat.

– Jeszcze nie, ale dopiero przyjechaliśmy z Dannym. Może jest w środku. – Addie kiwa głową w stronę domku przy basenie. – Chcesz piwo?

– Nie. Niedługo muszę jechać do dziadków. Znajdę sobie wodę do picia – oznajmiam i się rozdzielamy. Addie rusza do beczki z piwem ukrytej w zaroślach, a ja przeciskam się przez tłum. Muzyka jest tak głośna, że kiedy zagaduję kilka osób, żadna mnie nie słyszy.

W końcu przepycham się przez pomieszczenie i trafiam na kumpli Griffina.

– Sophie! Co tam? – wyje Chris i próbuje mnie przytulić. Rozebrał się już do podkoszulka i bokserek. Wyciągam rękę, by trzymać go na odległość.

Chris to gość, któremu na każdym melanżu udaje się rozebrać niemal do naga. Na szkolny bal z okazji Halloween przyszedł w przebraniu kowboja, a pod koniec zabawy z jego kostiumu zostały tylko skórzane ochraniacze na nogi sięgające majtek. Został ukarany za obnażanie się.

– Nic specjalnego – odpowiadam. – Gdzie Griffin? – Odwracam się, by się rozejrzeć po pomieszczeniu.

– Gdzieś tam. – Chris macha ręką w niesprecyzowanym kierunku. – Poszedł poszukać piwa.

Kiwam głową i go wymijam. Jest tak tłoczno, że trudno zrobić choćby krok, na szczęście w końcu zauważam w tłumie Griffina, który wchodzi do małej kuchni na tyłach budynku. Dotarcie na miejsce zajmuje mi dłuższą chwilę, ponieważ wpadam w sam środek tanecznego okręgu i John Peters nie chce mnie wypuścić, dopóki mnie kilkakrotnie nie okręci. Już mam iść za budynek do kuchni, gdzie muzyka nie jest tak ogłuszająca, kiedy powstrzymują mnie słowa Griffina:

– Sophie tu jedzie.

I nie chodzi o treść, ale o sposób, w jaki wypowiada te słowa. Z wielkim rozczarowaniem.

Parker, jeden z najlepszych przyjaciół Griffina, wyjmuje właśnie dwa piwa z lodówki. Żaden z nich nie zauważa, że przystanęłam za drzwiami.

– Myślałem, że wybierała się do siostry czy jakoś tak – mówi Parker.

Griffin zwiesza głowę.

– Owszem. Ale nic z tego nie wyszło.

Jest tak załamany takim obrotem spraw, jakbym zepsuła mu przerwę świąteczną. Kiedy rodzice mi oznajmili, że jedziemy na południe Luizjany, byłam zdołowana. Jak człowiek, który na coś czeka i prawie wychodzi ze skóry z radości, że to już zaraz, za chwilę, po czym zostaje mu to odebrane. Tak właśnie się czułam z perspektywą wyjazdu na święta.

I tak najwyraźniej czuje się on na wieść, że jednak nie wyjechałam.

O co tu chodzi?

Griffin zaczyna się odwracać, więc chowam się za rogiem. Dlaczego się ukrywam? Przecież powinnam wparować do kuchni i zażądać wyjaśnień. Ja jednak zastygam w bezruchu. Odliczam do pięciu, po czym zaglądam z powrotem do kuchni.

– Będzie tu lada chwila – mówi, ale nie rusza się z miejsca.

Parker otwiera jedno piwo i podaje je koledze. Ten upija wielki łyk.

– Na czym właściwie polega problem? – pyta Parker, który najwidoczniej także zauważył rozczarowanie Griffina.

Mój chłopak wzrusza ramionami.

– Wyjdę na ostatniego dupka, ale w sumie cieszyłem się, że wyjeżdża. No wiesz, taki test, jak by to było, gdybyśmy ze sobą zerwali.

Serce mi wali jak oszalałe.

– A chcesz z nią zerwać? – pyta Parker i upija piwo.

Griffin ponownie wzrusza ramionami.

– Chyba tak.

Gwałtownie nabieram haust powietrza. Parker i Griffin odwracają się w stronę drzwi. Oczy Parkera robią się wielkie jak spodki. Przenosi wzrok to na mnie, to na Griffina.

Przez ułamek sekundy Griffin próbuje dociec, czy mogłam usłyszeć jego ostatnie słowa, jednak moja mina nie pozostawia żadnych wątpliwości.

 

Cofam się chwiejnie i zderzam się ze ścianą. Muszę się stąd wydostać. Nie mogę na niego patrzeć. Nie mogę tu być.

– Sophie!

Idzie za mną, ale robię unik i ruszam w stronę wyjścia. Przepycham się przez tłum, bojąc się, że nie uda mi się powstrzymać łez, zanim dotrę do drzwi. Addie widzi moją twarz, rozpycha tańczących i wyciąga mnie na zewnątrz.

– Co się stało? – pyta, gdy znajdujemy się po drugiej stronie basenu.

Osuwam się na trawę i mówię jej, co słyszałam.

– Co za gnojek! – Addie się odwraca, jakby chciała go odszukać.

– Błagam, pomóż mi się stąd wydostać.

– Jasne. – Wraca do mnie. – Chodźmy.

Pomaga mi wstać i przedzieramy się przez krzaki, żeby uniknąć przypadkowych spotkań. Łzy płyną mi strumieniem po twarzy, nawet nie próbuję ich powstrzymać.

Serce mi pękło.

Gdzie tam pękło!

Zostało rozbite na miazgę.

Griffin nie chce już ze mną być.

– Nie wierzę, po prostu nie wierzę – mamrocze Addie pod nosem. – On chce zerwać z tobą? Powinien się cieszyć, że w ogóle go zechciałaś!

Nie wiem, co mogłabym jej odpowiedzieć. Nie mam pojęcia, czy kiedykolwiek znajdę właściwe słowa.

Docieramy do podjazdu i wtedy naszym oczom ukazuje się Griffin. Biegnie i lustruje wzrokiem ulicę.

– Nie jestem w stanie z nim rozmawiać – chrypię. Addie kiwa głową i wpycha mnie w krzaki, a sama wychodzi na podjazd.

– Nie. Po prostu nie. – Słyszę jej słowa. – Ona nie chce z tobą rozmawiać.

Jedna z lampek przymocowanych do rynny rozświetla twarz Griffina. Wygląda okropnie.

Dostrzegam poczucie winy, ale także smutek w jego oczach.

– Addie, proszę. Muszę z nią pogadać. – Mruży oczy, wbijając wzrok w ciemność, w której się kryję. – Sophie, proszę. Porozmawiaj ze mną. Pozwól mi wyjaśnić. Nie chciałem, żeby to tak wyszło.

Odsuwam się. Jak najdalej od niego... i jego wymówek. Biegnę za rzędem azalii, potykam się co krok, próbuję zwiększyć dzielącą nas odległość.

Mam nadzieję, że mnie nie goni. W głębi duszy chciałabym chwycić się wypowiedzianych przez niego słów, okręcić je i przenicować tak, że stworzą coś, co nie będzie mnie miażdżyło swoim ciężarem.

Nie mogę jednak zapomnieć tego rozczarowania słyszalnego w jego głosie. Cokolwiek teraz powie, wiem, że nie chciał się ze mną widzieć. Nie chciał ze mną być.

Gdy dobiegam do samochodu, jestem w rozsypce. Za moimi plecami rozlegają się kroki, przygotowuję się psychicznie na to, co zaraz nastąpi.

– Sophie, proszę! – błaga Griffin. – Zamień ze mną choć dwa słowa.

Stoję przodem do auta. On jest tuż za mną, wiem, że Addie też znajduje się niedaleko.

– Byłam taka szczęśliwa, że rodzice pozwolili mi zostać, myślałam wyłącznie o tym, jak fajnie będzie spędzić ten czas we dwoje. Tylko ty i ja. Tego się nie mogłam doczekać. A ty chcesz przerwy, prawda? Na to właśnie liczyłeś?

Jego dłoń dotyka delikatnie mojego ramienia.

– Odwróć się i porozmawiaj ze mną.

Zrzucam jego rękę.

– Tego właśnie chcesz?

Wyczuwam, że na gwałt szuka właściwych słów.

– Nie wiem, czego chcę, Sophie. To wszystko jest takie skomplikowane. Między nami zrobiło się poważnie, a to ostatni rok w liceum. Powinniśmy się dobrze bawić!

Okręcam się na pięcie.

– Pozwól, że ci to ułatwię. Chcesz przerwy? Proszę bardzo! Między nami wszystko skończone!

Chce mnie złapać, ale robię unik. Wydaje się zrozpaczony, jestem jednak pewna, że to ze względu na rozwój sytuacji. Po prostu nie miał okazji wypróbować wcześniej wolności, i tyle!

– Moment, Sophie. Czy możemy o tym porozmawiać? Kocham cię. Naprawdę.

Jego słowa są dla mnie ciosem. Przez tyle miesięcy czekałam na to wyznanie, ale nie w takiej postaci. Nie w takich okolicznościach.

Nie mogę.

Nie zostanę tu ani chwili dłużej.

– Zostań, proszę. Pogadaj ze mną – błaga, gdy wsiadam do samochodu.

W końcu odsuwa się na chodnik. Ledwo udaje mi się odpalić silnik, kiedy przy oknie pojawia się Addie.

– Odwiozę cię – proponuje.

Uśmiecham się blado.

– Nie trzeba. Jazda mi dobrze zrobi. Kocham cię.

Ściska mnie przelotnie przez okno.

– Ja ciebie też.

Na szczęście Griffin ma rozum i nie zbliża się do auta.

Mija kilka minut i wjeżdżam na autostradę międzystanową numer 20, zmierzając do Shreveport.


Gdy dojeżdżam do domu dziadków, przedstawiam sobą obraz nędzy i rozpaczy. Zerkam na swoje odbicie w lusterku wstecznym i z ust wyrywa mi się niemy okrzyk na widok obcej twarzy, po której spływa tusz do rzęs. Nos mam czerwony, oczy opuchnięte, jestem pewna, że do koszulki przykleiły mi się, teraz już wysuszone, smarki.

Na szczęście większość okien spowija ciemność, co oznacza, że być może, oprócz dziadków, nie ma w domu nikogo innego. Bo trzeba wiedzieć, że w przypadku tego domu wdepnięcie na gości śpiących tuż za drzwiami nie byłoby niczym dziwnym. Sześcioro dzieci moich dziadków mieszka w Shreveport, z czego czworo w odległości spaceru od ich domu. Można by pomyśleć, że wszyscy wrócą na noc do siebie, ale niestety – rzadko tak się zdarza. W domu dziadków zawsze ktoś nocuje – choć trzeba przyznać, że teraz wokół panuje cisza.

Parkuję na ulicy, zabieram leżącą na tylnym siedzeniu torbę, ale udaje mi się dotrzeć zaledwie do schodów, i opadam, pozbawiona sił. Nie mogę wejść do środka w takim stanie. Babcia zadzwoni do rodziców, a oni się wściekną, że od razu tu nie przyjechałam. No i załamią wiadomością o Griffinie. Uwielbiają go. Mimo obowiązujących u nas idiotycznych zasad traktowali go jak członka rodziny.

I chociaż wolałabym, żeby moi rodzice nigdy się nie dowiedzieli o dzisiejszych zajściach, w głębi duszy chciałabym zwinąć się w kłębek w objęciach mamy i płakać, ile sił w płucach.

Wykorzystuję torbę jako poduszkę, kładę się na stopniach i wpatruję w księżyc w pełni.

Rok. Tyle czasu zmarnowałam z Griffinem. Cholerny rok.

Co straciłam? Oboje skupialiśmy się na nauce, czekaliśmy na studia i robiliśmy wszystko, żeby dostać się na wymarzone uczelnie. Sądziłam, że jesteśmy usatysfakcjonowani tym, co nas łączy.

Najwidoczniej on się ze mną niezbyt dobrze bawił.

– Będziesz tak leżała przez całą noc, czy jednak wejdziesz do środka i powiesz mi, co się stało?

Niemal spadam ze schodów, kiedy nagle majaczy nade mną twarz mojej babki.

– Babcia! – Podrywam się z miejsca i wpadam jej w ramiona – z takim impetem, że prawie się przewracamy.

Babcia masuje mnie plecach, co tylko wywołuje u mnie kolejny atak płaczu.

– O jejku. Chodźmy do domu, wszystko mi opowiesz.

Wchodzimy do środka i od razu kierujemy się do kuchni, która jest prawdziwym sercem tego domu. To wielkie otwarte pomieszczenie z mnóstwem szafek i blatów. Lodówka – istny stalowy gigant – jest obwieszona zdjęciami, a gdybym tylko ją otworzyła, z pewnością okazałoby się, że półki uginają się od jedzenia. Przy wyspie na środku kuchni stoją stoliki barowe, a pod rzędem okien wychodzących na działkę sąsiadów rozpiera się potężny drewniany stół. Na blacie zawsze stoi wazon ze świeżymi kwiatami.

Kuchnia to moje ulubione pomieszczenie w całym domu.

Babcia sadza mnie na jednym ze stołków barowych i odkrawa kawał najbardziej wypasionego ciasta czekoladowego, jakie kiedykolwiek widziałam. U babci nigdy nie brakuje smakołyków, tym razem też nie mogę narzekać.

– Nie wydaje mi się, żebyś tak rozpaczała z powodu nieobecności rodziców, więc zakładam, że chodzi o tego chłopaka. Jak on ma na imię?

– Griffin – mamroczę.

– No właśnie. Powiedz, co takiego się stało.

Przez chwilę milczę, po czym zjadam kęs ciasta. Zawsze byłam mocno związana z babcią, ale nigdy dotąd nie rozmawiałyśmy o moich sprawach sercowych.

Zauważa moje wahanie i mówi:

– Wychowałam cztery córki. Wierz mi, przeżyłam wiele złamanych serc siedzących dokładnie w tym samym miejscu co ty teraz.

Z piersi wyrywa mi się śmiech zakłopotania. Babcia jest dumna ze swojej umiejętności rozwiązywania wszystkich – dużych i małych – problemów w rodzinie. Ma to w naturze.

Nalewa mi szklankę mleka, przyglądam się, jak się krząta po kuchni. Wkrótce kończy siedemdziesiąt pięć lat, ale patrząc na nią – prawie bez śladów siwizny, za to z imponującymi efektami systematycznych zabiegów kosmetycznych – trudno w to uwierzyć. W dodatku jest nadal na tyle silna, że przenosi wielkie wory z ziemią ogrodniczą i nawozem z kory, chociaż dziadek upiera się, żeby tego nie robiła.

Biorę głęboki wdech.

– Wiem, powiedziałam, że będę u Addie, w rzeczywistości pojechałam gdzie indziej. Znajomy urządzał imprezę, chciałam zobaczyć się z Griffinem, zanim tu przyjadę. Zrobić mu niespodziankę, oznajmić, że zostaję na święta.

Babcia unosi brwi.

– Hmm. To rzadko kiedy dobrze się kończy.

Duszę w sobie gorzki śmiech.

– Można tak powiedzieć.

Babcia zajmuje miejsce na sąsiednim stołku i zaczyna jeść swoją porcję ciasta, a tymczasem ja opowiadam wszystko ze szczegółami. Jej palce kreślą kółka na moich plecach, przytulam się do niej.

– Moja mała, wiem, że to dla ciebie koniec świata, ale uwierz mi, wcale tak nie jest. Lepiej zawczasu przekonać się, jaki jest Griffin, niż niepotrzebnie tracić na niego czas.

Podaje mi serwetkę, żebym mogła wytrzeć oczy.

– Myślałam, że chcemy tego samego.

– Życie się zmienia. Może sądziłaś, że zmierzacie w tym samym kierunku, chociaż wcale tak nie było.

Gdy na moim talerzyku pozostają już same tylko okruszki, odprowadza mnie z kuchni do pokoju gościnnego na piętrze.

– Dopóki nie wrócą twoi rodzice, ten pokój należy do ciebie. Jutro pomożesz mi w sklepie. Kiedy człowiek ma zajęte ręce, umysł nie ma czasu się zamartwiać. Poza tym Olivia ucieszy się z towarzystwa. Narzekała, że wszyscy mają ferie, a ona musi pracować.

Pozwalam babci utulić się do snu, jak to robiła, gdy byłam małą dziewczynką. To jeszcze przyjemniejsze, niż zapamiętałam.

– Jutro wszystko będzie wyglądało lepiej, zobaczysz – mówi i całuje mnie w głowę.