Chłopak, który chciał zacząć od nowa

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kirsty Moseley
Chłopak, który chciał zacząć od nowa

Tłumaczenie:

Magdalena Słysz

Dla Lee, Twoje wsparcie nie zna granic, absolutnie na Ciebie nie zasługuję

Prolog

W życiu zdarzają się takie chwile, które wpływają na to, za kogo się później uważasz. Moment, który potem, z perspektywy czasu, oceniasz jako punkt zwrotny, kiedy wszystko zmieniło się na lepsze albo gorsze. To była dla mnie taka właśnie chwila; moje życie znalazło się na szali, nic nie było pewne, przesądzone, pisane z góry.

Dostałem drugą szansę wyjścia z ciemności na światło. Każdą komórką swojego ciała zamierzałem walczyć, żeby zerwać z dotychczasowym życiem, nawet gdyby miało mnie to zabić.

Problem polegał na tym, że nie wszystko zależało ode mnie. Mogłem starać się ze wszystkich sił i mimo to spotkać się z odrzuceniem; mogło się okazać, że nigdy nie będę wystarczająco dobry. Społeczeństwo ma swoje ideały i istnieje ryzyko, że taki facet jak ja nie będzie mu odpowiadać.

Zdarzają się sytuacje, które budzą w tobie pragnienie, żeby stać się tym, kim usiłujesz być ‒ lepszym człowiekiem. Kiedy pozbyłem się wszystkiego, zrzuciłem z siebie starą skórę, pozostała mi już tylko nadzieja. Nadzieja na lepsze życie, na jaśniejszą przyszłość. Nadzieja, że dostanę jednak szansę.

Nagle bowiem, kiedy pojawia się uczucie, „a gdyby tak” staje się realne.

A gdyby tak ustalić na nowo swoje wartości? Gdyby odciąć się od wszystkiego, co kiedykolwiek wydawało się pewne? Gdyby czarny charakter stał się teraz pozytywnym bohaterem?

Chyba wszystko sprowadza się do tego: nazywam się Jamie Cole i jestem mordercą.

Rozdział 1

Wziąłem głęboki wdech i niepewnie przekroczyłem próg, opuszczając miejsce, do którego przysiągłem sobie już nigdy nie wracać. Byłem wolny; spędziłem w poprawczaku wiele lat i wreszcie mogłem zacząć wszystko od nowa. W kieszeni miałem prawie dwa tysiące dolarów – wynagrodzenie za pracę w kuchni podczas odbywania wyroku – i adres placówki, w której załatwił mi pokój kurator sądowy. Z tego, co się zorientowałem, był to jakiś gówniany ośrodek pomocy dla ekswięźniów.

Kiedy zatrzasnęły się za mną drzwi, poczułem, że ogarnia mnie panika, bo nie byłem do końca pewny, czy rzeczywiście chcę wyjść na wolność. Ale trwało to tylko chwilę. Zobaczyłem długo nieoglądany świat na zewnątrz. Prawdziwą wolność. Świeciło słońce, wokół nie było murów z drutem kolczastym, a przede mną otwierał się niczym nieograniczony widok na drogę i żółtą taksówkę stojącą sto metrów dalej, która najwyraźniej czekała, żeby zawieźć mnie do nowego domu. Z nerwów ścisnęło mnie w żołądku.

Zarzuciłem na ramię torbę, w której mieścił się cały mój dobytek: kilka zmian ubrań i zdjęcie młodszej siostry, Sophie. Kiedy zrobiłem pierwsze kroki, oddalając się od bramy, serce mocno biło mi w piersi; dziwnie było odchodzić z miejsca, które przez kilka ostatnich lat stanowiło mój dom. Czekałem, czy nie włączy się alarm i ktoś nie rzuci mnie na ziemię, okładając pałką. Jednak nic takiego nie nastąpiło. Szybko podszedłem do taksówki, nie oglądając się za siebie. Zaczynałem od nowa. Ten przybytek mnie uratował, miałem nadzieję, że odmienił moje życie i przynajmniej dał mi szansę, by zawalczyć o siebie. Nie chciałem wracać do przeszłości; nie mógłbym już tak funkcjonować. Byłem gotowy na zmiany.

– Młody! Kopę lat! – zawołał ktoś, kiedy otwierałem drzwi taksówki.

Odwróciłem się i serce mi zamarło. Zobaczyłem znajomą postać wysiadającą z błyszczącego czarnego mercedesa, który stał nieco dalej po drugiej stronie drogi.

– Ed? – Nie widziałem tego faceta, odkąd wsadzono mnie za kratki, i nie chciałem więcej go widzieć.

Ed zbliżył się, objął mnie i poklepał radośnie po plecach.

– Dobrze znowu cię zobaczyć! – zarechotał na powitanie.

Nic się nie zmienił; wciąż był głupim odstawionym lizusem.

– Co tu robisz? – zapytałem, rozglądając się z niepokojem. Wolałbym, aby nie widziano, że zadaję się z takim typem.

– Szef chce się z tobą spotkać. – Wskazał głową w stronę samochodu stojącego dziesięć metrów od taksówki, do której tak desperacko pragnąłem wsiąść.

– Teraz nie mogę, muszę się zameldować w nowym miejscu zamieszkania – odparłem, usiłując wymyślić lepszą wymówkę. Wiedziałem jednak, że to daremne; jeśli Brett Reyes chciał się ze mną spotkać, nie miałem nic do gadania.

Ed się roześmiał i dodał z naciskiem:

– Szef chce zobaczyć się z tobą teraz. Zameldujesz się później. – Odwrócił się i ruszył do mercedesa, nie oglądając się na mnie.

Skrzywiłem się. Nie znosiłem, gdy mówiono do mnie „Młody”. Nazywali mnie tak, kiedy pracowałem dla Bretta. Pewnie dlatego, że gdy zaczynałem, byłem naprawdę bardzo młody. Miałem zaledwie jedenaście lat, kiedy wykonałem dla niego pierwszą robotę – wrzuciłem kopertę z pieniędzmi przez okno zaparkowanego policyjnego wozu patrolowego. To była łapówka. Gliny przymykały oko na działalność Bretta i w zamian dostawały małe wynagrodzenie. W ten sposób wszyscy byli zadowoleni.

Westchnąłem, a potem wsadziłem głowę do taksówki i uśmiechnąłem się przepraszająco do kierowcy.

– Chyba nie będę pana potrzebował.

Nie czekałem na odpowiedź, tylko zatrzasnąłem drzwi samochodu i poszedłem za Edem. Wsiadłem do mercedesa, zajmując miejsce obok kierowcy.

Zebrało mi się na mdłości. Nie wywinę się z tego. Wiedziałem, że nie dożyję końca dnia. To tyle z wymarzonego nowego początku. Nawet nie zobaczę zachodu słońca, pomyślałem. Powiedzieć, że miałem pecha w życiu, to za mało.

Oparłem głowę o drogie skórzane obicie i patrzyłem przez okno. Wjeżdżaliśmy do Nowego Jorku, a ulice nabierały miejskiego charakteru, potem dalej, w głąb Queens, jak przypuszczałem, gdzie Brett dawniej prowadził swoje interesy. Westchnąłem w duchu i zacząłem się zastanawiać, dlaczego liczyłem, że to skończy się inaczej. Było niemożliwe, żeby Brett darował mi życie, za dużo o nim wiedziałem. Informacje, które miałem na jego temat, mogły wyłączyć go na wiele lat, choć nigdy bym ich nie ujawnił. Kiedy sam wpadłem, wiele razy proponowano mi układ: skrócony wyrok, lepszy poprawczak zamiast tej paki, do której trafiłem, lżejsza robota podczas odsiadki. Nigdy jednak nawet przez chwilę nie pomyślałem, że mógłbym zostać kapusiem i zeznawać przeciwko niemu, nigdy.

Czterdzieści minut później zajechaliśmy przed magazyn, w którym jako nastolatek spędziłem tyle czasu. Nic się tam nie zmieniło. Żołądek podszedł mi do gardła na myśl, co zrobią ze mną w środku. Modliłem się tylko, żeby odbyło się to szybko i możliwie bezboleśnie; Brett przynajmniej tyle mógłby dla mnie zrobić, pomyślałem.

– No, Młody, idziemy – popędził mnie Ed, wysiadając z wozu.

Odgłosy szlifierki i spawarki dochodzące z dziupli w magazynie brzmiały w moich uszach znajomo. Przesiedziałem tu w dzieciństwie wiele godzin; uczyłem się usuwania numerów seryjnych kradzionych przeze mnie samochodów, które następnie sprzedawaliśmy. Byłem najlepszym złodziejem wozów w całej organizacji Bretta. Klienci składali zamówienia, Brett znajdował odpowiednie bryki, a ja je podprowadzałem. Nigdy nie zostałem złapany. Nie kradliśmy jednak starych samochodów; musiały być nowiutkie i z górnej półki. Wartych mniej niż sto tysięcy nie braliśmy.

– Hej, Młody. Kopę lat! – zawołał ktoś.

Spojrzałem w głąb magazynu i zobaczyłem Raya, który zdejmował z twarzy maskę spawacza. To on nauczył mnie wszystkiego, co wiedziałem o samochodach. Podszedłem do niego i uściskałem go niezręcznie, a on serdecznie poklepał mnie po plecach.

– Cześć, Ray. Jak leci? – zapytałem, dyskretnie spoglądając na srebrne porsche 911 na podjeździe.

– Świetnie. Mam córkę – odparł z dumą. Ściągnął jedną z grubych skórzanych rękawic i przeczesał palcami ciemne, zlepione potem włosy.

– Nie gadaj, naprawdę? Gratulacje!

– Dzięki. Daliśmy jej na imię Tia. Ma już dwa lata – powiedział z szerokim uśmiechem.

Klepnąłem go w ramię; zawsze o mnie dbał i wiedziałem, że będzie doskonałym ojcem.

– To niesamowite, stary, super. – Ray zasługiwał na szczęście. Był jednym z najfajniejszych ludzi, jakich znałem.

– Dzięki. A jak u ciebie? – Powoli przesunął po mnie wzrokiem, pewnie szukając blizn i siniaków.

Wzruszyłem ramionami.

– W porządku. Mam się spotkać z Brettem. Pogadamy później. Może napijemy się czegoś? – Teraz, gdy zamierzałem wyjść na prostą, nie chciałem mieć nic wspólnego z nikim z tego światka, jednak Ray stanowił wyjątek. Był dla mnie jak starszy brat i chętnie miałbym z nim kontakt. Jeśli tylko wyjdę stamtąd żywy, co jest wysoce wątpliwe.

– Koniecznie. Dam ci swój numer telefonu. Zadzwoń, to się umówimy. Masz gdzie mieszkać? Mógłbyś zatrzymać się u nas, Samantha na pewno nie miałaby nic przeciwko temu. Zobaczyłbyś Tię – podsunął. Zapisał numer na skrawku papieru.

Wsadziłem kartkę do kieszeni i odparłem:

– Nie trzeba, mam już dach nad głową. Ale dzięki, że pomyślałeś.

– Młody, pospiesz się, wiesz, że szef nie lubi czekać! – zawołał z tyłu Ed.

Westchnąłem ciężko, na pożegnanie uściskałem Raya i ruszyłem za Edem.

Idąc na górę po schodach, pomyślałem o swoim życiu. Krótkim dwudziestojednoletnim życiu. Zmarnowanym. Gówno wartym. Więc po co w ogóle się martwić? Prawdę mówiąc, przez piętnaście lat i tak chciałem umrzeć, więc może koniec, który mnie czekał, nie byłby wcale taki zły. Przynajmniej nie musiałbym się zmieniać. Zmiana samego siebie byłaby trudnym wyzwaniem, pewnie najtrudniejszym, przed jakim kiedykolwiek stałem. Może więc powinienem być wdzięczny, że to mnie ominie.

 

Zatrzymałem się przed drzwiami biura, a Ed zapukał.

– Wejść! – zawołał ze środka Brett. Zesztywniałem, słysząc jego niski chrapliwy głos.

Ed się uśmiechnął i nacisnął klamkę.

– Do zobaczenia, Młody. Musimy nadrobić zaległości – powiedział. Otworzył drzwi i klepnął mnie w ramię.

– Jasne, Ed, czemu nie – odparłem na odczepnego. Nie rozumiałem, po co się wysila i udaje, że nie wie, co się święci.

Wstrzymałem oddech i starałem się zachować spokój. Ogarnąłem wzrokiem duży gabinet; wciąż prezentował się świetnie, tak jak to zapamiętałem. Główne miejsce zajmowało w nim wielkie antyczne biurko z dębowego drewna. Za nim stały drogie wazy i posągi, nawet roślina doniczkowa na biurku sprawiała wrażenie egzotycznej. Brett Reyes nie zadowalał się byle czym.

Wstał zza biurka w kosztownym, szytym na miarę szarym garniturze i uśmiechnął się do mnie ciepło.

– Witaj, Młody! Dobrze cię widzieć – powiedział. Obszedł biurko i wziął mnie w objęcia.

– Uhm, ciebie też – skłamałem, usiłując opanować lekkie drżenie głosu. Wiedziałem, jak to się skończy; modliłem się tylko, żeby ze względu na dawne stosunki zrobił to szybko. Strzał w twarz albo nawet lepiej, w tył głowy, z zaskoczenia.

Brett się odsunął, wciąż z uśmiechem i przyjacielskim wyrazem niebieskich oczu. Zauważyłem, że wyraźnie się postarzał. Czoło przecinały mu zmarszczki, a szaroblond włosy się przerzedziły. Chociaż zmienił się od czasu, gdy widziałem go ostatnim razem, wciąż nie wyglądał na swój wiek. Miał dobrze po pięćdziesiątce, ale ludzie przeważnie dawali mu niewiele ponad czterdziestkę.

– Dałeś radę? – zapytał i ujął mnie za ramiona.

– Starałem się. – Zobaczyłem dwóch facetów siedzących z boku na kanapie. Starszego, ciemnowłosego nie znałem, z młodszym zetknąłem się w poprawczaku. Shaun. Paskudny typ, w ciągu roku wspólnej odsiadki widziałem, jak potrafi uprzykrzyć ludziom życie. Ja sam miałem z nim kilka starć, ostatnie, niedługo przed jego zwolnieniem, skończyło się tym, że rozbiłem mu mordę o stół.

Stłumiłem niechęć.

– Cześć, Shaun – przywitałem się z nim sztywno.

Brett parsknął śmiechem i walnął mnie w ramię, a potem usiadł z powrotem za biurkiem.

– Słyszałem, że w poprawczaku mieliście ze sobą na pieńku – zauważył, wciąż chichocząc. – Może teraz powinniście pocałować się na zgodę.

Prychnąłem.

– Jeśli chce, to niech mnie pocałuje… w dupę – odciąłem się. Spojrzałem na Shauna ostrzegawczo, kiedy stał ze wzrokiem utkwionym we mnie.

– Ty gówniarzu… przysięgam, że ci… – zaczął, ale Brett podniósł rękę, żeby go uciszyć.

– Wystarczy! Nie będziecie się bić. Shaun, jesteś tu trzy lata i widziałem, co potrafisz, ale wierz mi, nie chciałbyś zadrzeć z tym chłopakiem – ostrzegł.

Zacisnąłem szczęki. Niepotrzebne mi były żadne bójki, wiedziałem jednak, że potrafię się obronić, jeśli będzie trzeba. Zawsze potrafiłem o siebie zadbać – pewnie dlatego, że nauczyłem się blokować ból. Oczywiście nie przestawałem go czuć, ale po prostu na niego nie zważałem. Ból cię wzmacnia; czujesz, że wciąż żyjesz. Może być twoim sprzymierzeńcem, kiedy jesteś w środku martwy.

Uśmiechnąłem się do Shauna wyzywająco, prowokując go wbrew poleceniu Bretta. On coś odwarknął, ale usiadł, więc z powrotem przeniosłem uwagę na byłego szefa.

– Załatwiłem ci mieszkanie, Młody. Pomyślałem, że chciałbyś kilka dni wolnego, aby się urządzić, więc wrócisz do roboty w piątek wieczorem – oświadczył Brett, grzebiąc w górnej szufladzie biurka. Wyjął komplet kluczy i mi je rzucił. – Dwa pokoje. O czynszu i innych sprawach pogadamy później.

Odłożyłem klucze na biurko.

– Brett, dziękuję, że zadałeś sobie tyle trudu, ale nie mogę tego przyjąć. Nie chcę wracać do dawnego życia. Nie zamierzam już zadzierać z prawem.

Wyraźnie się wzdrygnął.

– Młody, zrozum, ja cię tu potrzebuję. Nie masz sobie równych. – Drgający mięsień jego szczęki pokazywał, że facet traci cierpliwość.

– Brett, przykro mi, mówię prawdę. Nie mam już dawnej motywacji. Kończę z tym – odparłem stanowczo. Podjąłem decyzję: albo wyjdę na prostą, albo niech mnie zabije. W dniu, kiedy stałem się mordercą, powody, dla których u niego pracowałem, przestały się liczyć. Wszystko się wówczas zmieniło: mój sposób myślenia, priorytety i tak dalej.

Brett uderzył pięścią w stół tak, że doniczka z rośliną podskoczyła na blacie, a pojemnik na długopisy się przewrócił.

– Myślisz, smarkaczu, że możesz tak po prostu odejść? Opiekowałem się tobą przez trzy lata, wprowadzałem cię w biznes! Przez ten cały czas cię szkoliłem, a tobie się wydaje, że możesz tak po prostu zrezygnować?! Nie ma mowy! – ryknął, a jego głos odbił się echem od ścian.

– Brett, kończę z dawnym życiem. Chcę wyjść na prostą. Nie będę już dla ciebie pracował, przykro mi. – Pokręciłem głową i spojrzałem mu prosto w oczy, aby zobaczył, że nie zmienię zdania.

Westchnął, znowu zacisnął usta, po czym skinął głową na facetów pod ścianą. Zamknąłem oczy w oczekiwaniu na śmierć. Chwycili mnie za ręce i pchnęli twarzą na biurko. Jeden z nich położył mi łapę na karku, przygniatając mnie do blatu tak, że straciłem oddech.

Zamknąłem oczy i poczułem, że przytknięto mi coś do skroni. Usłyszałem trzask odbezpieczanej broni, czekałem więc już tylko, żeby przed oczami stanęło mi moje życie albo żebym doznał objawienia, jak to podobno dzieje się przed śmiercią. Nie zobaczyłem jednak nic, tylko lufa wbiła mi się mocniej w skroń, powodując ból całej szczęki.

– Młody, znasz reguły. Jeśli chcesz odejść, musisz na to zasłużyć. Masz wobec mnie dług za cały ten czas, który w ciebie zainwestowałem – warknął wściekle Brett.

Zorientowałem się, że to on trzymał broń; stał za mną oparty o biurko. Nie próbowałem się wyrywać; byłem już martwy, nie miałem szans wydostać się stamtąd.

– A więc po prostu mnie zastrzel, jeśli musisz, bo nie będę już dla ciebie pracował – rzuciłem.

– Nie chcę cię zabić, Młody. Jesteś za dobry w tym, co robiłeś. Lepszego od ciebie nie spotkałem. To byłaby duża strata – odparł z nadzieją.

Znowu zostałem przygnieciony za kark do biurka. Jęknąłem, próbując złapać oddech.

– Nie! – wykrztusiłem.

Brett mruknął z dezaprobatą.

– Chcę, żebyś coś dla mnie zrobił. Pięć wozów w jedną noc. Jedno zlecenie i jesteś wolny.

Tylko jedno zlecenie? Ale czy na tym się skończy? Podniecenie towarzyszące kradzieży samochodów przypominało narkotykowy haj. Czy jeśli do tego wrócę, będę umiał z tym zerwać? Miałem obawy.

– Nie mogę – odrzekłem, ignorując metaliczny smak własnej krwi z przygryzionego policzka. Wiedziałem, na co się zanosi i że nie będzie to bezbolesne.

Jednak zamiast zadać mi powolną, okrutną śmierć, Brett opuścił broń i zrobił krok do tyłu.

– Pomyśl o swojej matce, Młody. Ma przerąbane. Najpierw zabijają jej córkę, potem wsadzają syna. Nic dziwnego, że sobie nie radzi. Opiekowałem się nią, kiedy siedziałeś. Szkoda by było, gdyby po tym, co przeszła, przytrafiło jej się jeszcze kolejne nieszczęście. – Wzruszył ramionami od niechcenia, jakbyśmy rozmawiali o pogodzie.

Sukinsyn, grozi, że odegra się na mojej matce! Wściekłem się. Zdołałem wyswobodzić jedną rękę i odepchnąłem się od biurka, ale zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, z powrotem przyciśnięto mnie do blatu.

– Ani się waż! – wykrzyknąłem ostro.

Brett się zaśmiał.

– Lubię ją, Młody, naprawdę. Nie chciałbym jej skrzywdzić. Ta jedna robota i zostawię twoją matkę w spokoju – podjął negocjacje.

Zacisnąłem powieki. Chociaż nienawidziłem matki, była w końcu moją rodzicielką i nie chciałem, żeby spotkało ją coś złego, zwłaszcza takiego, co spotykało za jego sprawą wielu ludzi.

Niechętnie kiwnąłem na zgodę. Szarpnięto mnie za koszulę. Wróciłem do pozycji stojącej i wreszcie mogłem odetchnąć głęboko. Shaun uśmiechnął się wrednie, klepiąc mnie po głowie.

– Dobry chłopiec – zadrwił pogardliwie.

Zgrzytnąłem zębami, starając się zapanować nad sobą.

Brett złożył ręce i zatarł je z podnieceniem.

– Świetnie! Wobec tego akcja za trzy dni. Masz tu komórkę, zadzwonię do ciebie, żeby uzgodnić szczegóły. Wszystko już przygotowane. I skorzystaj z mieszkania. – Pchnął po blacie w moim kierunku telefon i klucze.

Wziąłem komórkę i schowałem głęboko do kieszeni.

– Mam gdzie się zatrzymać. Umawiamy się tylko na jeden numer, więc nie będę potrzebował mieszkania. Ale dzięki, że pomyślałeś – powiedziałem. Chciałem być uprzejmy, choć tak naprawdę miałem ochotę mu dokopać.

– W porządku, Młody. Jak sobie chcesz.

Odwróciłem się do wyjścia, ale zauważyłem, że Shaun spogląda na mnie z aroganckim uśmieszkiem. Zanim zdążyłem się opanować, zamachnąłem się i walnąłem go w twarz. Uśmiechnąłem się, słysząc satysfakcjonujący trzask jego nosa, z którego natychmiast popłynęła krew. Shaun, zaskoczony, zawył z bólu, podnosząc rękę do twarzy, żeby powstrzymać krwawienie.

– Trzymaj się ode mnie z daleka. No, dobry chłopiec – warknąłem gniewnie. Odwróciłem się ponownie w stronę drzwi, nie zwracając uwagi na Bretta, który wybuchnął śmiechem.

Rozdział 2

– Jesteśmy na miejscu – oznajmił taksówkarz. Lękliwie zablokował drzwi łokciem, kiedy zatrzymał się przed zaniedbanym, rozpadającym się budynkiem.

Obrzuciłem wzrokiem miejsce, w którym państwo udzieliło mi dachu nad głową, zapłaciłem za kurs i wysiadłem z samochodu. Natychmiast uderzyła mnie woń palonej trawki; kilka osób kręciło się przed wejściem, otwarcie popalając jointy. Taksówkarz odjechał, gdy tylko zatrzasnąłem drzwi; zostawił mnie wśród tych podejrzanych typów, z których wszyscy patrzyli na mnie tak, jakby zaraz mieli mnie pobić albo zgwałcić.

Gdy ruszyłem chodnikiem w stronę wejścia do budynku, podeszła do mnie ledwie pełnoletnia dziewczyna i położyła mi rękę na piersi. Miała przekrwione oczy, potargane włosy i wyglądała, jakby od tygodnia się nie myła i nie zmieniała skąpego ubrania.

– Hej, przystojniaku, szukasz kogoś? – zamruczała.

– Nie – odpowiedziałem szybko. Strząsnąłem jej dłoń i zbliżyłem się do drzwi.

Wszedłszy do budynku, skierowałem się do małej recepcji. Stopy kleiły mi się do wyłożonej terakotą, popękanej podłogi. Rozśmieszyło mnie, że recepcjonista siedzi za grubą kratą z kuloodporną szybą. Na kontuarze trzymał pistolet.

Kiedy się zbliżyłem, zmierzył mnie wzrokiem.

– Tak? – burknął z irytacją i ściszył telewizor.

– Dzień dobry. Nazywam się Jamie Cole. Powiedziano mi, że będę miał tu pokój.

– Cole? Zobaczmy… – Poruszył się na obrotowym krześle, które zatrzeszczało pod jego ciężarem, i przerzucił jakieś papiery.

Odwróciłem się nieznacznie, żeby widzieć korytarz i sprawdzić, czy nikt nie podkrada się do mnie z tyłu. Nauczyłem się unikać niebezpieczeństwa i byłem w tym całkiem dobry. Jeśli tylko wiesz, że się zbliżają, możesz albo stawić im czoło, albo dać nogę.

– Uhm, mam. – Odznaczył moje nazwisko na jakiejś liście, potem pociągnął nosem i otarł go wierzchem dłoni, a następnie wstał z krzesła i powlókł się do małej szafki wiszącej na ścianie. Wyjął z niej komplet kluczy, wrócił i ciężko opadł z powrotem na krzesło. Wyglądało na to, że wszystko kosztuje go dużo wysiłku. Facet był gruby, nosił na sobie ponad dwadzieścia kilo tłuszczu, więc nic dziwnego, że życie było dla niego męczące.

Wrzucił parę formularzy i długopis do małej metalowej szuflady, którą pchnął tak mocno, że wręcz wyskoczyła po mojej stronie przegrody.

– Podpisz na dole i to wszystko będzie twoje – poinstruował, kiedy wyjmowałem formularze z szuflady.

Nagryzmoliłem swoje nazwisko i oddałem mu papiery.

Ledwie na nie zerknąwszy, odsunął je na bok.

– Dobra, nie mamy tu zbyt wielu przepisów, których musiałbyś przestrzegać. Po prostu staraj się trzymać z dala od kłopotów. Zamykaj pokój na klucz, nawet kiedy jesteś w środku. Wszystkie wartościowe rzeczy noś przy sobie albo zostawiaj w biurze – poradził. Wskazał grubą ręką małe sejfy wbudowane szeregiem w ścianę. Skinąłem głową, a on ciągnął: – Masz tu klucz do wejścia. Zamykamy o dziesiątej wieczorem; później sam musisz sobie otworzyć. Dostałeś pokój dwieście trzydzieści cztery. – Znowu przesunął szufladę w moim kierunku.

Wziąłem klucze i zarzuciłem torbę na ramię.

– Drugie piętro na lewo. I powodzenia. – Uśmiechnął się pod nosem, usłyszałem w jego głosie rozbawienie.

 

– Dzięki – mruknąłem.

W drodze do pokoju starałem się nie dotykać barierek ani ścian, pokrytych wieloletnim brudem. Pomyślałem, że jeśli Brett mnie nie zabije, na pewno umrę na jakąś nieuleczalną chorobę, którą tu złapię; niemal czułem woń robactwa.

Bez trudu znalazłem swój pokój i otworzyłem drzwi kluczem. W środku było tylko kilka mebli; materac, przynajmniej z pozoru, wyglądał na czysty, a leżąca na jego końcu pościel sprawiała wrażenie nowej, więc nie musiałem spać w cudzych brudach.

W kącie przy drzwiach znajdowała się mała umywalka; podszedłem tam, otworzyłem drzwi i zobaczyłem toaletę oraz maleńką kabinę prysznicową. Proszę, jak praktycznie – można odlać się, biorąc prysznic. Co za oszczędność czasu!

Zaśmiałem się, ale nie było mi wcale do śmiechu. To miejsce było tak odrażające, że niemal zapragnąłem wrócić do poprawczaka; tam przynajmniej było czysto i swojsko.

Rzuciłem torbę, padłem na łóżko i popatrzyłem w sufit. Jedyne, co słyszałem, to wrzaski i odgłosy bójki dochodzące z zewnątrz; za ścianą krzątali się ludzie. Zamknąłem oczy i zastanowiłem się nad swoją sytuacją. Musiałem znaleźć pracę i zdobyć samochód, to pozwoliłoby mi znaleźć nowe lokum. Jedna robota dla Bretta i matka będzie bezpieczna, pomyślałem; później mogłem działać zgodnie z planem.

Kiedy z sąsiedniego pokoju dobiegły jęki rozkoszy i rozległo się walenie wezgłowia o ścianę, wstałem. Uznałem, że mogę zacząć szukać pracy już teraz.

Wyszedłem z budynku w całkiem dobrym nastroju i skierowałem się do najbliższych sklepów, żeby popytać o robotę. Kilka osób wykazało nawet zainteresowanie, dopóki nie powiedziałem, gdzie mieszkam, wtedy od razu wszyscy się wycofali. Widocznie było powszechnie wiadomo, kto tam przebywa – szumowiny, zabijaki i mordercy, tacy jak ja. W trzecim sklepie, do którego wszedłem, zacząłem kłamać, mówiąc, że właśnie się przeprowadzam. Ale nie udało mi się umówić na rozmowę o pracę.

W dalszej okolicy moją uwagę zwróciło złomowisko. Postanowiłem więc zrealizować swój drugi cel – zdobyć samochód.

Ruszyłem do małej przyczepy, w której znajdowało się biuro, ale po drodze zatrzymał mnie jakiś gość.

– Hej, czego tu szukasz? – zapytał, wycierając szmatą zatłuszczone ręce. Był w poplamionym olejem kombinezonie i w bejsbolówce drużyny Jankesów nasadzonej na czarne włosy; sprawiał wrażenie niewiele starszego ode mnie.

– O, dzień dobry. Eee… nie bardzo wiem. Macie jakieś wozy, które wymagałyby naprawy, żeby je uruchomić? Takie, których chcielibyście się tanio pozbyć? – zapytałem.

Na jego ustach pojawił się uśmiech.

– Znasz się na samochodach?

– Uhm. Trochę – odpowiedziałem. Tak naprawdę wiedziałem o nich prawie wszystko.

– Dobra, pokażę ci, co mamy. Jednak żaden z nich nie jest na chodzie. – Wzruszył ramionami i skierował się za przyczepę. Poszedłem za nim, ledwie opanowując podniecenie, które mnie ogarnęło. Nie dłubałem w silniku samochodowym od wieków.

Facet zatrzymał się za przyczepą.

– Te wozy rozbieramy na części, tamte zgniatamy. Są w porządku, tyle że nie chodzą. I żaden nie jest już kompletny. Mógłbyś złożyć samochód z części tamtych aut i tego, co leży na podwórku – powiedział. Wskazał głową około dziesięciu powgniatanych, porysowanych i rdzewiejących aut.

– Mogę się rozejrzeć? – zagadnąłem i skierowałem się do pierwszego z brzegu. Jednak natychmiast z niego zrezygnowałem, bo miał całkiem przerdzewiałe podwozie. Nie znosiłem spawania. Po obejrzeniu kilku wraków wybrałem pikapa, który prawdopodobnie kiedyś był ciemnozielony. Nie miał kół ani zderzaka, ale na pewno dałoby się je gdzieś tam znaleźć.

– Ten wygląda nieźle. Mogę uruchomić silnik?

Facet skrzywił się i skinął głową; najwyraźniej myślał, że zwariowałem. Ja jednak z podnieceniem usiadłem za kółkiem.

Kluczyk był w stacyjce, więc przekręciłem go po wciśnięciu sprzęgła i usłyszałem rzężenie oraz coś jakby tykanie. Świetnie. Wyglądało na to, że nawalił alternator, który łatwo mógłbym naprawić. Wysiadłem, podniosłem maskę i zajrzałem do silnika. Uśmiechnąłem się; nie było tak źle. Wóz wymagał czyszczenia i wymiany kilku części. Potrzeba mu było jedynie trochę miłości i troski. Wsadziłem rękę pod maskę i wyjąłem kabel od alternatora.

– Ma pan szmatę?

Facet uśmiechnął się szerzej i rzucił mi gałgan, w który wcześniej wycierał ręce. Wyczyściłem kabel i wziąłem z ziemi kamyk, którym lekko poskrobałem splot drutów, żeby było przewodzenie, a następnie włożyłem przewód na miejsce.

– Może pan uruchomić silnik? – poprosiłem.

Wybuchnął śmiechem.

– Człowieku, ten pikap stoi tu prawie od roku, pewnie przerdzewiał do szczętu. Próbowałem go uruchomić, to nie tylko kwestia alternatora.

Wzruszyłem ramionami.

– Warto spróbować, no nie? To prowizoryczna naprawa, bo musiałbym jeszcze nad nim popracować, ale na razie powinno wystarczyć.

Bez przekonania wsiadł za kierownicę. Sądząc po jego minie, nie spodziewał się niczego szczególnego. Kiedy przekręcił kluczyk w stacyjce, silnik ożył; krztusił się przez krótką chwilę, a potem zgasł. Dźwięk był głośny jak cholera, taki jak trzeba. Facet wysiadł i zaniemówił.

– Ile pan za niego chce? Potrzebowałbym też jeszcze części. Nowych kół i zderzaka. Wymieniłbym świece, zaciski i przewody – oświadczyłem, zaglądając ponownie do silnika.

Zacisnął usta w zamyśleniu.

– Powiedzmy… dwieście dolców?

Uniosłem brwi.

– Dwieście to trochę za dużo. Sam pan powiedział, że nie dało się go uruchomić. Wziąłbym go, razem z częściami, za sto pięćdziesiąt – zaryzykowałem. Wiedziałem, że jeśli zapłaciłbym dwieście, i tak byłoby tanio.

Pomyślał chwilę.

– Sto siedemdziesiąt pięć?

Kiwnąłem głową.

– Niech będzie. Czy mógłbym zająć się nim tu? Nie będę przeszkadzał, znajdę sobie miejsce z boku, obiecuję. Nie mam gdzie go zabrać… – Kłamałem, mógłbym zabrać samochód do warsztatu Bretta, ale nie chciałem mieć żadnych zobowiązań.

– Jasne, czemu nie – zgodził się.

– Super. A przy okazji, jestem Jamie. – Wyciągnąłem do niego rękę.

– Connor – przedstawił się, ściskając mi dłoń.

Zapłaciwszy za pikapa, umówiłem się, że przyjdę następnego dnia, aby zacząć remont. W drodze powrotnej do nory, która stała się moim domem, kupiłem w sklepie na rogu kanapkę. Wchodząc do budynku, szerokim łukiem ominąłem dilera narkotyków i dwie prostytutki, które rozbiły obóz przed drzwiami.

Następne dni szybko minęły. Z wyjątkiem stawiennictwa u kuratora sądowego dzień po wyjściu z poprawczaka prawie cały czas spędzałem na złomowisku; z samochodem szło mi jak po maśle. Connor okazał się sympatycznym gościem i prawie moim rówieśnikiem. Właścicielem złomowiska był jego ojciec, a Connor prowadził je w jego imieniu. W dniu, w którym skończyłem naprawiać swojego pikapa, byłem z siebie bardziej niż dumny.

Connor niespiesznie wyszedł z biura, niosąc dwa kubki parującej kawy.

– Nie wierzę, że ci się udało. Majstrowałem przy tym wozie. Jestem niezłym mechanikiem, ale ten grat nie nadawał się już do niczego.

Pociągnąłem łyk i skrzywiłem się, bo oparzyłem sobie język.

– Mogę zajrzeć do innych, jeśli chcesz. Gdyby były sprawne, można by je sprzedać, no nie? – podsunąłem. Ostatnio dużo o tym myślałem.

Zmarszczył czoło.

– Tak? A ty co byś z tego miał? – zapytał sceptycznie.

Wzruszyłem ramionami.

– Za ile sprzedałbyś je w obecnym stanie?

Zacisnął usta, zastanawiając się nad tym.

– Czy ja wiem? Prawie za nic. Kto jest na tyle szalony, żeby kupować samochód, który nie jeździ? Wyłączając tu obecnych, oczywiście – zażartował ze śmiechem.

– Dobra, więc co powiesz na to? Ja naprawiam, ty sprzedajesz i dzielimy się zyskiem po połowie – zaproponowałem.

– Po połowie? – powtórzył.

– Ale zyskiem – uściśliłem. – Jeśli na przykład kupisz wóz za sto dolców, a sprzedasz go za dwieście, ja biorę pięćdziesiąt. Dzięki temu zarobisz więcej niż zwykle i ja też będę do przodu. Poza tym te samochody po naprawie będą warte więcej niż dwieście dolarów; pewnie dałoby się je sprzedać nawet za czterysta czy pięćset.

– Hm… sam nie wiem, Jamie. Niezły pomysł, ale chyba nierealny. Do tej pory nie sprzedawaliśmy sprawnych samochodów, tylko części.