Silence

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

PODZIĘKOWANIA

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

ROZDZIAŁ 20

ROZDZIAŁ 21

ROZDZIAŁ 22

ROZDZIAŁ 23

ROZDZIAŁ 24

ROZDZIAŁ 25

ROZDZIAŁ 26

ROZDZIAŁ 27

ROZDZIAŁ 28

ROZDZIAŁ 29

ROZDZIAŁ 30

ROZDZIAŁ 31

ROZDZIAŁ 32

ROZDZIAŁ 33

ROZDZIAŁ 34

ROZDZIAŁ 35

Ostrzeżenie

Silence porusza trudny i drażliwy temat, nie dla wszystkich odpowiedni.

Tytuł oryginału: The Silence

Przekład: Karolina Pawlik

Redaktor prowadzący: Maria Zalasa

Redakcja: Elżbieta Meissner/Agencja Wydawnicza Synergy

Korekta: Agnieszka Grzywacz

Projekt okładki: Hart & Bailey Design Co.

Copyright © 2012 by Natasha Preston

Copyright for Polish edition and translation © Wydawnictwo JK, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

ISBN 978-83-7229-732-7 Wydanie I, Łódź 2018

Wydawnictwo JK Wydawnictwo JK, ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydawnictwofeeria.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Mojej mamie Sharon

PODZIĘKOWANIA

Chcę złożyć olbrzymie podziękowania trzem osobom, dzięki którym ta książka jest taka piękna.

Mollie Wilson z MJ Wilson Design stworzyła okładkę doskonałą dla Oakley i tej historii.

Emma Mack, moja niezrównana redaktorka, wyszlifowała tę powieść – moje dziecko – aż do blasku. Olbrzymie dzięki!

A Cassy Roop z Pink Ink Designs chyba wie, z moich wiadomości, jak bardzo podoba mi się układ wewnętrzny tej książki.

Drogie Panie, bardzo Wam dziękuję!

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ 1
OAKLEY

Większość ludzi zna powiedzenie „Milczenie jest złotem” – i wielu się z nim zgadza, a szczególnie rodzice rozwrzeszczanych dzieci, biegających w amoku po domu, czy pracownicy z hałaśliwych biur. Dla mnie jednak znaczenie tego przysłowia jest zupełnie inne. Milczenie pochłonęło całe moje życie. Zdławiło to, czego nigdy nie będę mogła wyrazić. Od mojego milczenia zależało szczęście mojej rodziny. Milczenie mnie uwięziło.


– Gotowa do wyjścia, Oakley? Cole czeka na ciebie przed domem – powiedziała mama tym łagodnym tonem, który rezerwowała tylko dla mnie. Oparła się o framugę drzwi do mojego pokoju z uśmiechem, który nie mógł ukryć przede mną prawdy: mama wyglądała na zmęczoną. Pod jej oczami codziennie gościły cienie, a blask niebieskich oczu coraz bardziej przygasał. Kiedyś ze wszystkich jej cech najbardziej lubiłam uśmiech.

Teraz był równie sztuczny jak mój własny.

I to była moja wina.

Każdego dnia budziłam się z pragnieniem, żeby powiedzieć mamie, co się stało. Pozwolić jej mnie przytulić i powiedzieć, że wszystko się ułoży, ale rzeczywistość powstrzymywała mnie za każdym razem. Marzenie o tym, jak mogłaby wyglądać taka rozmowa, które pielęgnowałam w głowie, było właśnie tym: marzeniem. Straciłabym wszystko.

Wiedziałam o tym. Powtarzał to wielokrotnie. Nie mogłam tak ryzykować. Nigdy.

Odłożyłam szczotkę do włosów na toaletkę, odwróciłam się do mamy i kiwnęłam głową. Wzięłam głęboki oddech i zeszłam za nią po schodach.

Mama spojrzała na mnie ponownie dopiero na progu.

– Miłego dnia, dobrze? – Prawie wszystko, co do mnie mówiła, obracało się w pytanie. Kiedy kończyła wypowiedź, jej oczy rozszerzała rozpaczliwa nadzieja, że tym razem odpowiem, a gdy moje krótkie kiwnięcie głową kładło jej kres, ramiona mamy opadały w przygnębieniu. Mimo to nie przestawała próbować.

Porwałam plecak spod drzwi i wychodząc, zarzuciłam go sobie na ramię.

Opromieniało mnie poranne słońce. Skręcając w ulicę, musiałam zmrużyć oczy, żeby mnie nie raziło. Był lipiec i zbliżały się wakacje. Już nie mogłam się ich doczekać.

„Jeszcze dwa dni”, pomyślałam.

Cole zatrąbił, chociaż zaparkował tuż pod moim domem. „Dzięki. Bez tego pewnie bym cię przegapiła”. Wyszczerzył się do mnie przez okno, kiedy się zbliżałam. Jego niebieskie oczy pojaśniały w porannym świetle tak bardzo, że przypominały lód.

Cole Benson i ja przyjaźniliśmy się prawie od kołyski. Mama ma gdzieś zdjęcia, jak Cole trzyma mnie za rękę, kiedy uczę się chodzić. Jest ode mnie starszy o dwa lata, ale wcale się tak nie zachowuje. Nasze mamy – Sara i Jenna – poznały się w liceum i od tego czasu były nierozłączne.

– Witaj, Słońce. – Powitał mnie z szerokim uśmiechem. W przeciwieństwie do uśmiechów mamy, uśmiechy Cole’a w żaden sposób nie zmieniły się przez lata. Uśmiech w odpowiedzi był dla mnie równie naturalny jak oddychanie. Cole zarażał mnie radością życia. Nasza relacja zawsze dawała mi dużo szczęścia, czułości, serdeczności oraz beztroski. Cole akceptował mnie taką, jaka byłam.

Oczywiście nie wszystko było zawsze usłane różami. Czasami Cole prosił mnie i błagał, żebym powiedziała mu, co się stało, dlaczego przestałam mówić. To ciążyło mi bardziej niż takie same prośby mamy. On był jedyną osobą, przy której czułam się jak normalna dziewczyna.

Nienawidziłam go ranić.

Cole odgarnął z czoła niesforne włosy i przekręcił kluczyk w stacyjce. Jego zardzewiały gruchot odpalił z hałasem. Chłopak zrobił prawko dopiero niedawno, ale był dobrym kierowcą i ufałam mu bezgranicznie. Mimo to mocniej uchwyciłam się siedzenia, kiedy przyśpieszyliśmy. Nie cierpiałam szkoły z całego serca, a już za kilka krótkich minut właśnie tam mieliśmy się znaleźć.

Mojemu przyjacielowi przez całą drogę nie zamykały się usta: gadał o swoim samochodzie i o tym, jak spędzimy popołudnie. Od czasu do czasu kiwałam głową lub się uśmiechałam, ale poza tym po prostu siedziałam i przysłuchiwałam mu się. Cole miał miękki głos, który mnie uspokajał. Przy nim wytrwanie w milczeniu stanowiło prawdziwe wyzwanie, bo strasznie pragnęłam odpowiedzieć mu jakąś błyskotliwą uwagą. Ale się nie odzywałam.

 

Wjechaliśmy na w połowie zapełniony parking i natychmiast poczułam się słabo. Ludzie zaczynali szeptać między sobą na sam mój widok. Zdążyłam się już do tego przyzwyczaić, ale i tak nie znosiłam tych cholernych żartów i uszczypliwości, które kierowali w moją stronę.

– Oakley? – Na dźwięk głosu Cole’a podskoczyłam na fotelu i spojrzałam na niego. – Dasz sobie radę?

Kiwnęłam głową z lekkim grymasem. Musieliśmy się rozstać na czas trwania lekcji, a tego nienawidziłam. Chciałam być starsza, żebyśmy mogli chodzić do jednej klasy. Zazwyczaj potrafiłam ignorować niezdrową uwagę, którą wszyscy mnie obdarzali, ale dzisiaj nie miałam dobrego dnia.

„Ale będzie zabawa”.

– Wyślij mi SMS-a, jeśli tylko będziesz czegoś potrzebować – poinstruował mnie Cole i pocałował w policzek, przez co mocniej zabiło mi serce. Wiedział, że nie wyślę żadnego SMS-a, ale i tak powtarzał to każdego ranka. – Widzimy się później! – zawołał i skierował się w stronę budynku dla starszych roczników, położonego obok.

Kiedy tylko zniknął mi z oczu, uśmiech spełzł mi z twarzy. Już nie musiałam przed nikim udawać. Niemal przyniosło mi ulgę, że mogłam przestać symulować dobre samopoczucie. Idąc do swojego wejścia, obciągnęłam rękawy na dłonie i oplotłam się ramionami. „Po prostu się nie wychylaj. Jeszcze tylko dwa dni i spokój na półtora miesiąca!”.

Weszłam do budynku i natychmiast zadzwonił dzwonek. Sala, w której codziennie stawiałam się na sprawdzenie obecności i wysłuchanie ewentualnych ogłoszeń, znajdowała się na samym końcu korytarza. Ta trasa zawsze strasznie mi się dłużyła. Śpieszyłam się, żeby uniknąć spotkania z tymi uczniami, którzy nie rozeszli się jeszcze do swoich klas, ale i tak w dni, kiedy ludzi było pełno i wszyscy gapili się na mnie, czułam się jak na pieprzonym wybiegu.

Tym razem dotarłam do sali bez przeszkód i zajęłam swoje stałe miejsce obok Hanny. Oparłam ręce na blacie ławki i odetchnęłam głęboko. Poranki uznawałam za najgorsze, bo w perspektywie miałam cały dzień, który musiałam przetrwać. Nie potrafiłam odprężyć się w szkole. Zawsze spinałam się w oczekiwaniu na coś strasznego.

Hanna uśmiechnęła się do mnie, a ja odpowiedziałam jej tym samym. Nie przyjaźniłyśmy się za bardzo, ale i tak w szkole to właśnie z nią utrzymywałam najbliższe stosunki. Nie oceniała mnie ani nie traktowała dziwnie, co najwyżej nie do końca wiedziała, jak się zachowywać w moim towarzystwie.

– Szkoła jest do bani – wymamrotała i założyła za uszy swoje czarne włosy.

„Zgadzam się w stu procentach”.

– Oakley, co robiłaś wczoraj wieczorem? – zawołał jakiś chłopak z tylnych rzędów. Rozpoznałam jego głos. Luke Davis, jeden z największych szkolnych debili. – Sorry, nie usłyszałem, co powiedziałaś. – W całym pomieszczeniu rozległy się chichoty. Przewróciłam oczami.

– Nie zwracaj na nich uwagi – wyszeptała Hanna i ze współczuciem ścisnęła moje ramię.

„Właśnie to zamierzam robić”.

Uśmiechnęłam się do niej, a pani Yates w końcu weszła do klasy. Po szybkim powitaniu otworzyła dziennik i ściągnęła zatyczkę z długopisu. Wyczytując moje nazwisko, podniosła głowę i spojrzała w moim kierunku. Nauczyciele nigdy nie naciskali, żebym zaczęła mówić, i zawsze dbali o to, żeby zajęcia z moim udziałem toczyły się tak normalnie, jak to tylko możliwe.

Po sprawdzeniu obecności wszyscy się rozgadali, w oczekiwaniu na pierwszą lekcję.

– Gotowa na matmę? – jęknęła Hanna, kiedy w końcu zadzwonił dzwonek.

„Nie”.

Nasze twarze wyrażały to samo. Matematyka nie była naszym ulubionym przedmiotem, a tego dnia miałyśmy dwie pod rząd.

– Myślisz, że to się nam do czegokolwiek w życiu przyda? – zastanawiała się Hanna na głos.

„Na pewno”.

Chodziłam z nią na większość przedmiotów i na wszystkich siedziałyśmy razem, ale Hanna częściej odzywała się do swoich dwóch przyjaciółek. Nic dziwnego. One jej odpowiadały. Nie miałam nic przeciwko temu, chociaż bez protestów zabierałam się za to, co nam narzucano, byle tylko czas szybciej mijał.

– Dzień dobry – przywitał się pan Spice. – Rozdzielcie to między siebie i zaczynamy. – Podał Georgie stos kartek i usiadł za biurkiem.

Lekcja ciągnęła się w nieskończoność. Robiliśmy ćwiczenia przez bite dwie godziny. Prawie jak na klasówce. „Zaraz umrę z nudów”.

Przewróciłam stronę. Na następnej wydrukowano kolejne zadania.

W końcu zadzwonił dzwonek na pierwszą długą przerwę tego dnia. Pakując piórnik do plecaka, w myślach planowałam, jak dojść do następnej sali. Helen, Laura i Tina spojrzały na mnie przez ramię w drodze do drzwi i zachichotały. Serce zabiło mi ze strachu, ale starałam się im tego nie okazać. Już niedługo wakacje i nie będę musiała ich oglądać.

Skierowałam się prosto na następną lekcję. Wzrok trzymałam wbity w podłogę w nadziei, że dzięki temu nikt mnie nie zauważy.

Wybrałam dłuższą trasę, bo zazwyczaj na niej spotykałam mniej osób. Słońce świeciło jeszcze jaśniej niż rano, kiedy wychodziłam z domu, osłoniłam więc dłonią oczy, żeby cokolwiek widzieć, ale i tak wpadłam na kogoś, kto właśnie wyszedł zza rogu. Gwałtownie wciągnęłam powietrze i zrobiłam krok w tył. Potknęłam się.

– Przepraszam – odezwał się głęboki głos. Uniosłam głowę i natychmiast cofnęłam się jeszcze bardziej. Zrobiło mi się niedobrze, kiedy Julian się do mnie uśmiechnął. W jego minie nie było nic przyjacielskiego; przypominała raczej wyraz twarzy drapieżnika, który właśnie usidlił ofiarę. – Oakley, cześć. – Julian pewnie myślał, że przybrał żartobliwy ton. Mylił się.

„Nie, nie teraz”.

Przełknęłam ślinę i wyprostowałam plecy, żeby sprawiać wrażenie pewniejszej siebie, niż rzeczywiście się czułam.

„Patrz prosto na niego!”.

– Stęskniłaś się za mną przez weekend? – Julian zrobił w moją stronę mały, ale onieśmielający krok. Chciałam się rzucić do ucieczki, ale to wcale by mi się nie przysłużyło. Musiałam być silna. Uniosłam głowę i spojrzałam mu w oczy, chociaż w mojej klatce piersiowej serce wyczyniało najdziksze harce.

Kącik ust Juliana uniósł się złowieszczo. Z tym chłopakiem coś było bardzo nie tak. Sam na sam ze mną zachowywał się jak psychol.

– Panno Farrell, panie Howard, proszę natychmiast udać się do sal! – krzyknął pan Simmons nie wiadomo skąd. Z ulgi ugięły się pode mną kolana, ale natychmiast pobiegłam na biologię. Ani razu nie odwróciłam głowy, żeby popatrzeć na mojego największego prześladowcę.

Jeden dzień. Jeden dzień bez przykrego wypadku. Tylko o tyle proszę.

ROZDZIAŁ 2
OAKLEY

Podczas przerwy obiadowej chciałam się wymknąć ze szkoły, żeby zjeść poza jej terenem. To zawsze było najlepsze wyjście, ale dłoń z idealnie pomalowanymi paznokciami zablokowała drzwi, zanim udało mi się przez nie przejść. Skrzywiłam się i zatrzymałam gwałtownie.

– Oakley – powiedziała Laura z fałszywym uśmiechem. – W sobotę robię imprezę z okazji zakończenia roku szkolnego. Co powiesz na moje zaproszenie? – Laura i jej przyjaciółka Sally zaśmiały się pod nosem. Jak to możliwe, że nadal je to bawiło? Czy nigdy nie nudziły im się te głupie, żałosne żarty?

Przepchnęłam się obok niej i praktycznie wybiegłam przez drzwi. Śmiech ucichł, kiedy tylko znalazłam się na zewnątrz. Miałam dość tego dnia. Musiałam się stąd wydostać. Zamrugałam, żeby powstrzymać łzy, i szybko przeszłam przez parking. Dlaczego ludzie nienawidzili mnie aż tak bardzo, chociaż nic im nie zrobiłam?

Przełknęłam gulę wielkości arbuza, która urosła mi w gardle, i zmusiłam się, żeby się nie rozpłakać. Przetrwałam coś o wiele potworniejszego. Byłam ponad ich docinki i dlatego frustrowało mnie, kiedy udało im się mnie dotknąć.

– Oakley? – Usłyszałam głos Cole’a. Natychmiast poczułam się lepiej. Odwróciłam się i zobaczyłam, jak biegnie w moją stronę, a rozczochrane włosy podskakują mu wokół czoła. Jego przyjaźń dawała mi siłę.

Wzięłam drżący oddech i uśmiechnęłam się. Nie mogłam pozwolić, żeby po raz kolejny doprowadzili mnie do płaczu, no i bardzo nie chciałam, żeby Cole zobaczył moje zdenerwowanie. Przeciął parking i zatrzymał się tuż przede mną.

– Hej. Wszystko w porządku? – zapytał, lustrując spojrzeniem moją twarz. Kiwnęłam głową. Cole uniósł brew. – Wcale nie. Poczekaj sekundę. Pójdę z tobą i pogadamy.

Złapałam go za ramię, kiedy się odwracał, i pokręciłam głową. Nie chciałam, żeby szedł ze mną. Zasługiwał na coś lepszego niż łatka kumpla laski, której odwaliło i przestała się odzywać. Popchnęłam go w stronę przyjaciół. Czekali na niego. Powinien do nich dołączyć. Obrzucił ich szybkim spojrzeniem, a potem znowu popatrzył na mnie.

– Serio, to żaden problem. Wolę iść z tobą.

„Bosko. Zaszufladkował mnie jako beznadziejny przypadek, którym z litości trzeba się zaopiekować”.

Zraniona i sfrustrowana, bardziej stanowczo pokręciłam głową i mocniej zacisnęłam szczękę. Cole był ostatnią osobą na świecie, której litości potrzebowałam. „W ogóle nie powinnam była dzisiaj wstawać z łóżka”.

Jedyne, co osiągnęłam, to udawane, pełne desperacji westchnienie i zmrużenie oczu.

– Jedno z dwojga: albo pozwolisz mi iść ze sobą, albo się do nas przyłączysz. Twój wybór. – Cole rzucił mi wyzwanie i skrzyżował ręce na piersi.

– Cole, idziesz czy nie? – krzyknął Ben, przyjaciel Cole’a. Spotkałam go kilka razy, ale jedynie w przelocie, kiedy Cole odprowadzał go do samochodu.

– No chodźże, skarbie, umieram z głodu – zawołała jakaś dziewczyna.

„Skarbie? Skarbie?!”.

Cole wymamrotał coś pod nosem, ale nie zrozumiałam co. Kim była ta laska? Jego dziewczyną? Na pewno nie. Z czymś takim na pewno by się wygadał. Ale w takim razie czemu jakaś wychudzona pinda zwraca się do niego per „skarbie”?

Poczułam, jak ściska mi się serce. Nie chciałam, żeby byli parą.

„No, po prostu bomba, zżera mnie zazdrość. Jedyne, czego teraz brakuje, to psa sikającego mi na nogę, i zrobi się z tego najlepszy dzień w moim życiu”.

Na samą myśl o tym, że Cole mógłby się z kimś związać, zrobiło mi się niedobrze. Poza tym poczułam, że mam ochotę – co wcale nie było dla mnie typowe! – wydłubać tej dziewczynie oczy.

– Idę z Oakley – odkrzyknął Cole. Walnęłam go w pierś i popchnęłam w stronę przyjaciół, ale tylko się roześmiał.

„No i czemu nie idziesz?”.

– Oakley, chyba wolisz zjeść z nami! – Cole zrobił krzywy uśmiech, złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą.

Szarpnęłam ramieniem, żeby się uwolnić z jego uchwytu, ale za mocno mnie trzymał. „Pora zapisać się na siłkę!”. Ćwiczyłam gimnastykę sportową, która utrzymywała mnie w formie, ale pod względem siły nie mogłam równać się z Cole’em.

– Oakley zje z nami – wyjaśnił Cole przyjaciołom.

Twarz zapłonęła mi ze wstydu. Przez niego poczułam się jak trzylatka. Ze złości nie mogłam nawet na niego patrzeć. Jak mógł mi zrobić coś takiego? Wiedział, że nie znosiłam przebywać w większej grupie, zwłaszcza obcych osób. W takich sytuacjach zawsze czułam się wyobcowana.

Przyjaciele Cole’a pokiwali głowami na znak zgody i ruszyliśmy na drugą stronę budynku, gdzie znajdował się teren rekreacyjny. Laska, która nazwała Cole’a skarbem, nie wyglądała na uszczęśliwioną moją obecnością i co chwila dyskretnie rzucała w moją stronę poirytowane spojrzenie. Przecież ja nawet nie chciałam do nich dołączać! A już na pewno nie chciałam z nimi siedzieć, jeśli ona i Cole byli parą.

W końcu rozłożyliśmy się pod kępą drzew. Ben natychmiast zaczął zapychać się kanapkami. Bezimienna dziewczyna – która trochę przypominała Meg z serialu Family Guy1, tyle że bez okularów – bardzo starała się za wszelką cenę podtrzymywać rozmowę z Cole’em. Nic dziwnego. Cole jest zajebisty.

Zmarszczyłam czoło, wbiłam wzrok w ziemię i zaczęłam skubać źdźbła trawy. Byłam bardziej zła na siebie niż na Cole’a, bo to moja wina, że zaczęłam go lubić, chociaż na niego nie zasługiwałam i nigdy nie zasłużę.

– Oakley, chcesz trochę? – Cole pomachał mi przed nosem puszką pepsi. Odmówiłam potrząśnięciem głowy. Skrzywił się i odstawił napój na ziemię. – Wkurzyłaś się na mnie.

Spuściłam wzrok. Chciałam zapaść się pod ziemię. Naprawdę zamierzał przeprowadzić tę rozmowę w towarzystwie.

„Zacznijmy od nowa, bardzo proszę”.

Cole westchnął z rozdrażnieniem.

– Jak długo zamierzasz mnie ignorować?

To zależało od tego, jak długo zamierza wywlekać nasze prywatne sprawy na forum publicznym. Wzruszyłam ramionami. Nadal na niego nie patrzyłam. Palił mnie wstyd.

 

– Co zrobiłeś, że tak się na ciebie wścieka? – zapytał Ben. Nawet nie zniżył głosu, żebym go nie usłyszała.

Cole się żachnął:

– Nic. Zachowuje się jak dzieciak.

Ja zachowywałam się jak dzieciak? Ja? Wcale nie musiał mnie tu ciągnąć. Gdyby pozwolił mi zniknąć i ochłonąć w samotności, szybko ułożyłabym sobie wszystko w głowie.

Ktoś stanął tuż przede mną i rzucił długi cień na moje nogi. Spojrzałam w górę i skuliłam się w sobie. Czy ja gram w jakimś kiepskim serialu?

– Oakley? – „Spadaj!”. – Co powiesz – na to słowo położył nacisk – na wspólne wyjście jutro wieczorem? – zakpił z chichotem. Jego paczka mu zawtórowała.

Ten stary i przebrzmiały dowcip zdecydowanie nie zasługiwał na taką reakcję. Julian otaczał się stadem bezwolnych lemingów – robili wszystko, co im kazał, wszędzie mu towarzyszyli i śmiali się zawsze, gdy powinni. Nie przejmowałam się nimi. Całe życie rozpaczliwie próbowali przypodobać się komuś, kto nawet ich tak naprawdę nie lubił. Mieli własne problemy.

Zacisnęłam ręce w pięści i wbiłam je sobie w uda. Odwróciłam wzrok. Już mieli odejść, ale wtedy Cole skoczył na równe nogi i złapał Juliana za koszulkę. Zamarłam w szoku. „Co on wyrabia?”.

– Jak się do niej odzywasz? – warknął Cole. Jego palce tak mocno zaciskały się na materiale, że aż zbielały mu kłykcie.

„Mamy problem”.

– Stary, wyluzuj. Tylko żartowałem – wymamrotał Julian. Ściągnął łopatki i pociągnął za koszulkę, żeby wyrwać ją Cole’owi z dłoni. Bezskutecznie.

Nie mogłam na to patrzeć. A już na pewno nie mogłam pozwolić, żeby zobaczył to jakiś nauczyciel. Przecież oni się tu zaraz pobiją. Cole mógłby się wpakować w niezłe kłopoty. Zerwałam się i uwiesiłam się na ręce Cole’a, ale nie cofnął się nawet o centymetr. Złość zalewała go tak bardzo, że nawet mnie nie zauważył.

– Cole, daj spokój – wtrącił się Ben.

„Proszę, proszę, daj spokój”, próbowałam błagać swojego przyjaciela wzrokiem.

– Tylko żartowałeś? Mnie wcale nie jest, kurwa, do śmiechu. Jeśli jeszcze raz choćby na nią spojrzysz, zajebię cię! – Cole odepchnął Juliana i delikatnie wyswobodził się z mojego chwytu.

„Cholera!”.

Opuściłam rękę, a Cole natychmiast skoczył naprzód i z całej siły walnął Juliana w szczękę. Szok. Aż się wzdrygnęłam. Cole właśnie kogoś pobił. To się nigdy wcześniej nie zdarzyło. Umiał się bronić, jeśli zachodziła taka potrzeba, ale sam nigdy nie szukał zaczepki.

Julian potknął się i zrobił kilka kroków wstecz. Prawie przewrócił się o własne stopy, ale niestety udało mu się zachować równowagę. Któryś z jego przyjaciół w ostatnim momencie podtrzymał go za ramię. Przez chwilę Julian tylko wbijał wściekły wzrok w Cole’a. Wyglądało, jakby rozważał możliwe wyjścia z tej sytuacji.

Złapałam plecak i puściłam się biegiem w stronę szkolnej bramy. To mnie przerastało.

– Oakley? – zawołał za mną Cole.

Gdybym się odwróciła, pewnie bym się rozpłakała, więc gnałam dalej. Wybiegłam za bramę i ruszyłam w stronę parku. Zaczęły palić mnie mięśnie nóg, ale zmusiłam się do jeszcze szybszego pędu. Złapała mnie kolka, ale nawet wtedy nie zwolniłam. Wręcz przeciwnie. Czemu to wszystko musiało być takie skomplikowane? Gdybym tylko mogła iść spać i obudzić się jako inna osoba – nieważne kto – nie wahałabym się ani sekundy.

1 Amerykański animowany sitcom dla dorosłych, w Polsce nadawany z podtytułem Głowa rodziny. Meg, córka tytułowego bohatera, jest częstym obiektem żartów z powodu braku urody [wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki]. [wróć]