Unorthodox. Jak porzuciłam świat ortodoksyjnych ŻydówTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Od Autora

Prolog

1. W poszukiwaniu mej ukrytej mocy

2. Wiek niewinności

3. Światełko wiedzy

5. Niższość moich stosunków

5. W pogoni za celem

6. O co warto walczyć

7. Kosztowne ambicje

8. Sprawiedliwość zwycięża

9. Zbuntowana

Epilog

Podziękowania

Przypisy

Tytuł oryginału: UNORTHODOX: THE SCANDALOUS REJECTION OF MY HASIDIC ROOTS

Przełożyła: KAMILA SLAWINSKI

Ilustracja na okładce: © shutterstock

Projekt okładki: © Marzanna Dobrowolska

Opracowanie typograficzne i skład: ROBERT OLEŚ / d2d.pl

Redakcja: PAULINA POTRYKUS-WOŹNIAK

Korekta: EWA CZERNATOWICZ / d2d.pl, MAGDALENA KĘDZIERSKA-ZAPOROWSKA / d2d.pl

Copyright © 2012 by Deborah Feldman

First published by Simon & Schuster, Inc.

All rights reserved.

Copyright © for the Polish translation by Kamila Slawinski

Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2017

Wydanie I

ISBN 978-83-63960-85-8

Poradnia K sp. z o.o.

ul. Wilcza 25 lok. 6, 00-544 Warszawa

e-mail: poradniak@poradniak.pl www: www.poradniak.pl księgarnia internetowa: sklep.poradniak.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Od autorki

Satu Mare (po węgiersku Święta Maria) albo w języku jidysz Satmar to miasto na pograniczu Węgier i Rumunii. Jak doszło do tego, że chasydzka sekta wywodzi swą nazwę od chrześcijańskiej świętej? Otóż węgierski Żyd, prawnik i dziennikarz Rudolf Kasztner, który podczas drugiej wojny światowej uznał za swą misję uchronienie prominentnych Żydów od niechybnej śmierci, uratował rabina z tego miasta. Ten wyemigrował później do Ameryki i zyskał wielką rzeszę zwolenników wśród innych ocalałych oraz założył chasydzką sektę, którą nazwał na cześć swego rodzinnego miasta. Inni ocaleni rabini także zaczęli nazywać swoje sekty na cześć miasteczek, z których pochodzili, chcąc w ten sposób przechować pamięć o sztetlach i wspólnotach unicestwionych przez Holokaust.

Amerykańscy chasydzi z entuzjazmem powrócili do swej cudem uratowanej spuścizny – zaczęli nosić tradycyjne stroje i komunikować się, jak ich przodkowie, wyłącznie w jidysz. Wielu z nich z rozmysłem sprzeciwiało się utworzeniu państwa Izrael w przekonaniu, że ludobójstwo dokonane na Żydach było karą za asymilację i syjonizm. Co jednak najbardziej istotne, chasydzi skupili się na reprodukcji, pragnąc w ten sposób zrekompensować śmierć licznych ofiar Zagłady i na nowo pomnożyć swoje szeregi. Do dzisiaj społeczności chasydzkie rozrastają się dynamicznie, co ich członkowie postrzegają jako ostateczną zemstę na Hitlerze.

.

Imiona i szczegóły pozwalające zidentyfikować postaci występujące w tej książce zostały zmienione. Opisane w niej wydarzenia są prawdziwe, ale niektóre zostały skrócone, skondensowane lub przedstawione w zmienionej kolejności, by chronić prywatność osób biorących w nich udział lub zachować płynność narracji. Dialogi odpowiadają rozmowom, które naprawdę się odbyły, na tyle, na ile mogłam je wiernie przywołać.

Deborah Feldman


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog

W przeddzień moich dwudziestych czwartych urodzin przeprowadzam wywiad z moją matką. Spotykamy się w wegetariańskiej restauracji na Manhattanie, która reklamuje się jako ekologiczna i korzysta ze świeżych, lokalnych produktów. Z przyjemnością myślę o prostej kuchni, jaką tu obiecują, mimo że ostatnio bez opamiętania zajadam się wieprzowiną i owocami morza. Kelner, który nas obsługuje, wygląda demonstracyjnie nieżydowsko ze swymi rozczochranymi blond włosami i niebieskimi oczami. Traktuje nas jak księżniczki, ponieważ znajdujemy się na Upper East Side i jesteśmy gotowe wyłożyć sto dolarów za lunch składający się głównie z warzyw. Wydaje mi się ironią, że nie wie, iż jesteśmy nietutejsze, i odruchowo akceptuje naszą obecność. Nie przypuszczałam, że to się kiedykolwiek zdarzy.

Zanim się spotkałyśmy, powiedziałam matce, że chcę jej zadać kilka pytań. Pomimo że ostatnio spędziłyśmy razem więcej czasu niż wtedy, gdy byłam nastolatką, do tej pory unikałam rozmów o przeszłości. Może nie chciałam wiedzieć. Albo może nie chciałam się przekonać, jak wiele z informacji o matce, którymi mnie karmiono, było nieprawdą – a może właśnie prawdą. Tak czy inaczej, upublicznienie historii mojego życia wymaga uczciwości, i to nie tylko z mojej strony.

Dokładnie rok temu na dobre odeszłam ze społeczności chasydzkiej. Mam dwadzieścia cztery lata i wciąż całe życie przed sobą. Przyszłość mego syna kipi miriadami możliwości. Czuję się, jakbym przybyła na start wyścigu tuż przed rozpoczynającym go wystrzałem. Patrząc na moją matkę, dostrzegam, że mamy wiele wspólnego, ale różnice między nami są jaskrawsze niż kiedykolwiek. Gdy odeszła, była starsza niż ja teraz – i nie zabrała mnie z sobą. Jej losy świadczą o tym, że walczyła bardziej o poczucie bezpieczeństwa niż o szczęście. Marzenia unoszą się nad naszymi głowami jak chmury: moje są większe i bardziej kłębiaste niż jej, wiotkie cirrusy zawieszone wysoko na zimowym niebie.

Odkąd pamiętam, zawsze chciałam od życia jak najwięcej – pragnęłam wszystkiego, co tylko mogłam dostać. Tym różnię się od tych, którzy potrafią poprzestać na małym. Nie mieści mi się w głowie, jak ludzie, mając tak nieskończone możliwości, mogą zadowolić się małymi pragnieniami, mieć ograniczone i ciasne ambicje. Nie znam matki na tyle, by rozumieć jej marzenia, wiem jednak, że dla niej są wielkie i ważne, i chcę to uszanować. Jakkolwiek wiele nas różni, mamy ze sobą coś wspólnego, jest między nami nić porozumienia: obie zdecydowałyśmy się na zmianę na lepsze.

Matka urodziła się i wychowała w Anglii, w społeczności niemieckich Żydów. Jej rodzina była religijna, ale nie chasydzka. Była dzieckiem z rozbitego małżeństwa, wspomina więc dzieciństwo jako lata, w których czuła się zagubiona, niedopasowana i nieszczęśliwa. Mówi mi, że miała niewielkie szanse na zamążpójście, a tym bardziej dobrą partię. Kelner stawia przed nią talerz frytek z polentą z czarnej fasoli. Matka nadziewa frytkę na widelec.

Między kęsami jedzenia opowiada, że gdy nadarzyła się jej okazja poślubienia mego ojca, wydawało się jej to spełnieniem marzeń. Jego rodzina była zamożna i zdesperowana, by jak najszybciej znaleźć mu żonę. Jego rodzeństwo czekało, kiedy się zaręczy, bo dopiero wtedy mogło zacząć żyć własnym życiem. Miał dwadzieścia cztery lata – stanowczo za dużo jak na dobrego żydowskiego chłopca, który nie powinien już być kawalerem. Im byli starsi, tym mniejsza stawała się szansa, że w końcu się ożenią i odejdą z domu. Rachel, moja mama, była dla ojca ostatnią szansą.

Mama wspomina, że wszyscy wokół niej byli wniebowzięci, że tak jej się ułożyło. Miała wyjechać do Ameryki! Obiecano im nowiutkie, w pełni umeblowane mieszkanie. Rodzina ojca zaoferowała pokrycie wszystkich kosztów! Czekały na nią ładne ubrania i biżuteria, no i gromada szwagrów i szwagierek, już spragnionych jej towarzystwa.

– Więc byli dla ciebie mili? – pytam, mając na myśli moje ciotki i wujków, którzy, jak pamiętam, z niejasnych dla mnie powodów zawsze patrzyli na mnie z góry.

– Z początku tak – odpowiada mama. – No wiesz: byłam nową angielską zabawką, szczupłą, ładną panną ze śmiesznym akcentem.

Uratowała ich wszystkich, tych młodszych. Gdyby nie ona, zestarzeliby się jako stare panny i wieczni kawalerowie. Z początku byli więc wdzięczni, że oszczędzono im tego losu i że ich brat znalazł żonę.

– Zrobiłam z niego mężczyznę – mówi mama. – Dzięki mnie zawsze wyglądał porządnie, jak mensz. Nie potrafił sam zadbać o siebie, wszystko robiłam za niego. Dzięki mnie wyglądał schludniej. Nie musieli się już tak za niego wstydzić.

Jedyne uczucie związane z ojcem, jakie pamiętam, to wstyd. Gdy go znałam, zawsze był niechlujny i brudny, do tego zachowywał się dziecinnie i niestosownie.

 

– Co dzisiaj myślisz o ojcu? – pytam. – Jak sądzisz, co z nim było nie tak?

– Och, nie wiem. Przypuszczam, że był psychicznie chory, miał urojenia.

– Naprawdę uważasz, że to wszystko wyjaśnia? Nie wydaje ci się, że był po prostu upośledzony umysłowo?

– Cóż, był raz u psychiatry, zanim się pobraliśmy, i ten psychiatra powiedział mi, że jest niemal pewien, że twój ojciec cierpi na jakieś zaburzenia osobowości, ale ponieważ pacjent odmówił współpracy i dalszych badań oraz nie pojawił się więcej, nigdy nie zostało to stwierdzone.

– No nie wiem – powątpiewam. – Ciotka Chaja powiedziała mi kiedyś, że w dzieciństwie zdiagnozowano u niego niedorozwój. I że jego IQ wynosiło sześćdziesiąt sześć. Niewiele się z tym da zrobić.

– Ale oni nawet nie próbowali! – upiera się mama. – Powinni byli go jakoś leczyć!

Przytakuję.

– No więc z początku byli mili. A co stało się potem?

Pamiętam, jak moje ciotki obgadywały matkę za jej plecami, mówiąc okropne, nienawistne rzeczy.

– Cóż, gdy już kurz opadł, zaczęli mnie ignorować. Robili, co chcieli, nie informując mnie o niczym. Spoglądali na mnie z góry, bo byłam z biednej rodziny, podczas gdy oni wszyscy urodzili się zamożni, bogato się wydali i żyli w całkiem innym świecie. Twój ojciec nie był w stanie zarabiać, ja też nie, więc twój dziadek nas utrzymywał. Ale był skąpy, wyliczał nam na jedzenie absolutne minimum. Twój zajde[1] był bardzo sprytny, ale nie rozumiał ludzi. Kompletnie bez poczucia rzeczywistości.

Do dziś czuję ukłucie w sercu, gdy ktoś źle mówi o mojej rodzinie – jakbym musiała ich bronić.

– Za to wiem, że twoja bube zawsze mnie szanowała. Nikt jej nigdy nie słuchał, ale była z pewnością inteligentniejsza i bardziej otwarta, niż ktokolwiek był skłonny przyznać.

– Och, pełna zgoda! – jestem uradowana, że przynajmniej jednego członka rodziny postrzegamy tak samo. – Mnie też tak traktowała: szanowała mnie nawet wtedy, gdy cała reszta uważała, że jestem wielkim utrapieniem.

– Tak, cóż... ale nie miała żadnej władzy.

– To prawda.

Ostatecznie matka nie miała nic, co by ją tam trzymało. Ani męża, ani rodziny, ani domu. Za studenckich czasów „żyła”, miała poczucie sensu i kierunku, w którym zmierza. Jak nie ma po co zostać, to się odchodzi – tam, gdzie można się na coś przydać, gdzie czuje się akceptowanym.

Kelner podchodzi do stolika z czekoladowym brownie z wetkniętą w nie świeczką.

– Sto lat, sto lat – śpiewa cicho matka, przez moment jej wzrok spotyka mój. Opuszczam oczy, czując, jak się czerwienię.

– Zdmuchnij! – nalega mama, wyjmując aparat.

Chce mi się śmiać. Idę o zakład – kelner pewnie myśli, że jestem jak każda inna dziewczyna obchodząca urodziny z mamą. Że co roku idziemy świętować na mieście, tak jak dzisiaj. Czy przyszłoby mu do głowy, że matka przegapiła większość urodzin mojego dzieciństwa? Jak ona to robi, że zachowuje się jak gdyby nigdy nic? Nie czuje się z tym niezręcznie? Bo ja i owszem.

Obie pochłaniamy nasze brownie, a gdy kończymy, matka milknie i wyciera usta. Mówi, że chciała mnie zabrać ze sobą, ale nie mogła. Była bez grosza. Rodzina ojca groziła, że jeśli spróbuje mnie wziąć, zgotują jej piekło. Mama mówi, że najgorsza była Chaja, najstarsza z ciotek.

– Gdy przychodziłam cię odwiedzić, traktowała mnie jak śmiecia, jakbym nie była już twoją matką, mimo że cię urodziłam. Jakim prawem? Nawet nie była z naszej krwi.

Mama wspomina, że Chaja wyszła za najstarszego brata ojca i natychmiast zaczęła się rządzić. Zawsze musiała wszystkimi dyrygować, wszystko ustawiać, wszędzie wtrącać swoje trzy grosze.

Gdy matka na dobre odeszła od ojca, Chaja zaczęła dyrygować także mną. Zdecydowała, że będę mieszkać u dziadków, że pójdę do satmarskiej szkoły, że poślubię dobrego chasydzkiego chłopca z pobożnej rodziny. Ostatecznie jednak to właśnie Chaja nauczyła mnie, jak wziąć swój los we własne ręce, jak stawiać twardo na swoim jak ona, jak nikomu nie pozwalać się unieszczęśliwiać.

To Chaja przekonała zajde, by pogadał ze swatką, mimo że miałam ledwie siedemnaście lat. To ona w rzeczywistości nią była, to ona zadecydowała, za kogo mam wyjść za mąż. Chciałabym obarczyć ją odpowiedzialnością za wszystko, przez co przeszłam – ale jestem na to za mądra. Wiem, jak działa nasz świat; wiem, że potężny prąd pradawnej tradycji potrafi porwać ludzi i ponieść ich z sobą.

Nowy Jork,

sierpień 2010


1

W poszukiwaniu mej ukrytej mocy

Matylda pragnęłaby, żeby jej rodzice byli dobrzy, kochający i pełni zrozumienia, musiała jednak pogodzić się z tym, że tacy nie byli. Nie było to łatwe, ale nowa gra, którą wymyśliła, karania jednego z nich lub obojga za każdym razem, kiedy byli dla niej okrutni, sprawiała, że życie stało się bardziej znośne. [...] Będąc bardzo małą dziewczynką, górowała nad pozostałymi członkami rodziny jedynie siłą swojego umysłu.

Roald Dahl, Matylda[2]

Ojciec trzyma mnie za rękę, grzebiąc kluczem w zamku drzwi magazynu. W tej przemysłowej części Williamsburga ulice są niepokojąco puste i ciche. Gwiazdy blado migocą ponad naszymi głowami, od czasu do czasu słychać szum samochodu pomykającego autostradą jak widmo. Spoglądam w dół, na moje buciki ze skóry patentowej, postukujące niecierpliwie po chodniku, i przygryzam wargi, żeby powstrzymać impuls. Czuję wdzięczność, że tu jestem. Nie co tydzień Tate zabiera mnie z sobą.

Jednym z wielu dorywczych zajęć mego ojca jest włączanie pieców koszernej piekarni Beigela po zakończeniu szabasu. Na czas szabasu wszystkie żydowskie biznesy się zamykają, a prawo wymaga, by osoba uruchamiająca je na nowo była Żydem. Przy tak minimalnych wymaganiach ojciec ma pełne kwalifikacje do tej pracy. Nieżydowscy pracownicy już pracują, kiedy dociera na miejsce, przygotowują ciasto, formując z niego bułki i bochenki. Ojciec idzie przez wielką halę, przyciskając przełączniki wprawiające w ruch maszyny, których szum i klekot narasta, w miarę jak przemierzamy wielkie fabryczne pomieszczenia. To jeden z tych tygodni, kiedy zabiera mnie z sobą. Podnieca mnie otaczający nas harmider i myśl, że to mój ojciec jest sprawcą całego poruszenia; że wszyscy ci ludzie muszą czekać na jego przybycie, by móc powrócić do swych zwykłych zajęć. Czuję się ważna, wiedząc, że on też jest ważny. Gdy przychodzi, pracownicy pozdrawiają go skinieniem głowy, uśmiechają się, nawet gdy się spóźnia, poklepują mnie po głowie dłońmi schowanymi w oprószonych mąką rękawicach. Gdy ojciec kończy obchodzić pierwszą halę, cała piekarnia pulsuje dźwiękami mieszadeł i pasów transmisyjnych. Cementowa podłoga wibruje lekko pod moimi stopami. Patrzę, jak blachy zsuwają się z taśmociągów do piekarników, a po drugiej stronie wynurzają się pełne rumianych bułek ułożonych rządkami – a mój ojciec przez ten czas rozmawia z pracownikami i pogryza swój jajeczny kichel.

Bube uwielbia kichel. Zawsze przynosimy jej kilka ciastek z naszych wypraw do piekarni. Przy wejściu stoją półki pełne zapakowanych i zalakowanych pudeł z różnymi wypiekami, przygotowanych na poranną dostawę. Wychodząc, zabieramy ich z sobą tyle, ile tylko zdołamy unieść. Słynne koszerne „kapkejki” z różnokolorową posypką, czekoladowa albo cynamonowa babka, siedmiowarstwowy przekładaniec, ciężki od margaryny, miniaturowe czarno-białe ciasteczka, z których smakuje mi tylko czekoladowa część. Cokolwiek ojciec wybierze, wyląduje później w domu dziadków, rzucone na stół w jadalni jak piracki łup – i wszystkiego będę mogła spróbować.

Co się może równać z tym bogactwem, z taką obfitością wszelkich słodyczy, rozsypanych na adamaszkowym obrusie jak fanty na licytacji? Dziś zasnę z łatwością, czując smak kremu i polewy wciąż między zębami, z okruszkami rozpływającymi się w zagłębieniach po obu stronach wnętrza ust.

To jedne z nielicznych dobrych momentów dzielonych z ojcem. Zwykle niewiele mi daje powodów do dumy. Jego koszule mają żółte plamy od potu pod pachami, mimo że Bube prawie wszystko mu pierze; jego uśmiech jest zbyt szeroki i głupkowaty jak u klowna. Gdy ojciec przychodzi mnie odwiedzić w domu Bube, przynosi mi oblane czekoladą batoniki lodowe Kleina i kiedy jem, patrzy na mnie z wyczekiwaniem, żeby usłyszeć słowa pochwały. Musi myśleć, że na tym polega bycie ojcem – na dostarczaniu mi przysmaków. Odchodzi tak samo niespodziewanie, jak przybywa, spiesząc do kolejnych „obowiązków”.

Ludzie dają mu zajęcie z litości, wiem o tym. Zatrudniają go, żeby był ich szoferem, doręczycielem pakunków – robił cokolwiek na tyle prostego, by był w stanie to wykonać bez potknięć. On nic nie rozumie, wydaje mu się, że oferuje innym cenne usługi.

Ojciec wykonuje wiele prac, ale jedyne, w których pozwala mi uczestniczyć, to okazjonalne wyprawy do piekarni lub jeszcze rzadsze na lotnisko. Wyprawy na lotnisko są bardziej ekscytujące, ale jest ich ledwie kilka w roku. To dziwaczne, że samo bycie na lotnisku sprawia mi przyjemność, przecież wiem, że nigdy nie wsiądę do samolotu, ale to dla mnie frajda stać obok ojca czekającego na osobę, którą ma odebrać, i przyglądać się tłumom ludzi z głośno poskrzypującymi walizkami u boku, spieszącym tu i tam, ze świadomością, że wszyscy gdzieś jadą, że mają jakiś cel w tej podróży. Myślę sobie: cóż to za niezwykły świat, w którym ptaki lądują na moment, by zaraz pojawić się, jak zaczarowane, na innym lotnisku, na drugim końcu świata. Jeśli mogłabym spełnić jedno życzenie, chciałabym podróżować non stop, z lotniska na lotnisko. Uwolnić się z więzienia bezruchu.

Mogę nie zobaczyć ojca przez jakiś czas po tym, jak odwiezie mnie do domu – może przez parę tygodni. No chyba że wpadnę na niego na ulicy, a wtedy ukryję twarz i będę udawać, że go nie widzę, żeby nie musieć podchodzić, kiedy mnie zawoła i przedstawi osobie, z którą akurat rozmawia. Nie znoszę tych pełnych zaciekawienia i litości spojrzeń, jakimi obdarzają mnie ludzie, gdy dowiadują się, że jestem jego córką.

– To twoja majdełe? – pomrukują protekcjonalnym tonem, szczypiąc mój policzek lub unosząc mój podbródek zakrzywionym palcem. Potem przyglądają mi się z bliska, poszukując dowodów, że faktycznie jestem córką tego człowieka, by później móc powiedzieć: „Nebach, co za biedne stworzenie, cóż ona winna, że się urodziła? Nawet z jej twarzy widać, że coś z nią nie w porządku”.

Bube to jedyna osoba, która wierzy, że jestem w stu procentach w porządku. Widzę, że nigdy nie miała co do tego wątpliwości. Bube nie ocenia ludzi. Nawet w przypadku mego ojca nie doszła do kategorycznych wniosków – ale może nie chce przyznać, jak jest naprawdę. Kiedy opowiada historie o ojcu, gdy był w moim wieku, prezentuje go jako uroczego psotnika. Zawsze był za chudy, więc robiła, co mogła, by jadł. Dostawał, co chciał, ale nie wolno mu było wstać od stołu, dopóki talerz nie był czysty. Kiedyś, chcąc uniknąć siedzenia godzinami przy stole podczas gdy inne dzieciaki bawiły się na dworze, przywiązał kawałek sznurka do udka kurczaka i spuścił je za okno, żeby podwórzowe koty je zjadły. Gdy Bube wróciła, wskazała pusty talerz, pytając: „A gdzie kości? Nie mogłeś zjeść z kośćmi” – tak przejrzała ten podstęp.

Chciałabym móc podziwiać pomysłowość ojca, ale moja duma pęka jak bańka mydlana, gdy Bube mówi, że nie był na tyle bystry, by planować – wciągnąć sznurek z powrotem i położyć świeżo ogryzione kości na talerzu. Jako jedenastolatka życzyłam sobie, by ten potencjalnie znakomity plan doczekał się lepszego wykonania.

Gdy ojciec osiągnął wiek nastoletni, niewinność psotnika nie była już czarująca. Nie potrafił wysiedzieć spokojnie w jesziwie, więc Zajde wysłał go na obóz szkoleniowy Gershoma Feldmana na północ stanu Nowy Jork. To była jesziwa dla dzieci z problemami – w zasadzie jak normalna jesziwa, tyle że z karami cielesnymi dla nieposłusznych. Ale to nie wyleczyło ojca z jego dziwacznych zachowań.

Może dzieciom łatwiej wybacza się ekscentryczność. Jak jednak wytłumaczyć dorosłego, który miesiącami gromadzi ciastka i trzyma je, aż smród pleśni jest nie do wytrzymania? Jak wytłumaczyć wypełniające lodówkę rzędy butelek pełnych różowego syropu z antybiotykiem dla dzieci, który ojciec popija codziennie, upierając się, że pomaga to na urojoną chorobę, której jakoś żaden lekarz nie może się doszukać?

Bube ciągle stara się dbać o niego. Specjalnie dla ojca gotuje wołowinę, której Zajde nie jada od czasu tego skandalu dziesięć lat temu, gdy okazało się, że część koszernego mięsa wcale nie była koszerna. Bube wciąż gotuje dla wszystkich swoich synów, nawet dla tych żonatych. Ich żony się nimi zajmują, ale oni i tak ciągle przychodzą na obiad, a Bube zachowuje się, jakby to była najzwyczajniejsza rzecz na świecie. O ósmej wieczorem wyciera do czysta blaty kuchenne i oznajmia żartem, że „restauracja nieczynna”.

 

Ja też tu jadam, i przez większość czasu nocuję, bo matki już jakoś nie widuję, a na opiekę ojca nie można liczyć. Pamiętam, że gdy byłam malutka, matka czytała mi przed snem – historie o głodnych gąsienicach i wielkim czerwonym psie o imieniu Clifford. W domu Bube z książek są tylko modlitewniki. Przed zaśnięciem zmawiam modlitwę Szma Jisroel.

Chciałabym znów czytać – chwile, gdy mama mi czytała, to jedyne, które wspominam jako szczęśliwe – ale mój angielski jest słaby i nie ma mowy, żebym mogła samodzielnie zdobyć książki. Zamiast tego zajadam kapkejki i jajeczny kichel od Beigela. Bube uważa jedzenie za niezwykle przyjemne i ekscytujące, więc chcąc nie chcąc, zaczynam podzielać jej entuzjazm.

Kuchnia Bube jest jak centrum świata. To tu wszyscy zbierają się, by pogadać, poplotkować – ona w tym czasie wrzuca składniki do elektrycznego miksera albo miesza coś w garnku stojącym na kuchence; to nieodłączny kuchenny rekwizyt. Poważne rozmowy Bube i Zajde odbywają się za zamkniętymi drzwiami, ale dobrymi wiadomościami wszyscy dzielą się w kuchni. To małe, wyłożone białymi kafelkami pomieszczenie, często zasnute oparami gotowanych potraw, przyciągało mnie, odkąd pamiętam. Jako niemowlak przeczołgałam się kiedyś z naszego mieszkania na drugim piętrze do babcinej kuchni na pierwszym. Ostrożnie balansowałam na każdym z pokrytych linoleum stopni, schodząc w dół na moich pulchnych, dziecinnych nóżkach, mając nadzieję, że za ten wysiłek czeka mnie nagroda w postaci wiśniowej galaretki. To w kuchni zawsze czułam się bezpiecznie. Nie potrafiłam wyartykułować, od jakich niebezpieczeństw mnie ona chroniła – ale tylko w kuchni opuszczało mnie poczucie zagubienia w obcym kraju, którego językiem nie władam. W kuchni czułam się jak w miejscu, z którego pochodzę, i nie chciałam nigdy więcej wychodzić w chaos na zewnątrz.

Zwykle przysiadam na pokrytym skórą stołeczku, wciśniętym między stół a lodówkę, przyglądam się, jak Bube miesza masę na ciasto czekoladowe, i czekam, aż da mi łyżkę do wylizania, co zawsze robi. Przed szabasem Bube wciska drewnianym kołkiem całe wątroby wołowe do maszynki do mięsa, co jakiś czas dorzucając trochę smażonej cebuli i przytrzymując miskę, do której spływa kremowa mielona wątróbka. W niektóre poranki Bube miesza w garnuszku delikatesowe holenderskie kakao z tłustym mlekiem i gotuje mi gorącą czekoladę, którą słodzę cukrem w kostkach. Babcina jajecznica pływa w maślanym sosie; jej bundas – węgierska wersja francuskiego tostu – zawsze jest rumiany i chrupiący. Lubię patrzeć, jak Bube gotuje, nawet bardziej niż jeść to, co ugotowała. Uwielbiam, gdy dom wypełniają zapachy – jak przepływają powoli przez amfiladowe mieszkanie, wnikając do każdego kolejnego pomieszczenia jak ulotny, aromatyczny pociąg. Gdy rano budzę się w moim pokoiku na drugim końcu mieszkania, węszę niecierpliwie, próbując zgadnąć, co też Bube dzisiaj pichci. Babcia zawsze wstaje wcześnie: gdy otwieram oczy, przygotowania do posiłku już idą pełną parą.

Jeśli Zajde nie ma w domu, Bube śpiewa. Cienkim, delikatnym głosem nuci melodie bez słów, umiejętnie wlewając do miski wielką górę puchatej masy bezowej. Mówi mi: to walc wiedeński, a to węgierska rapsodia; melodie, które pamięta z dzieciństwa spędzonego w Budapeszcie. Przestaje nucić, jak tylko Zajde wraca. Wiem, że kobietom nie wolno śpiewać przed obcymi, ale nie przed rodziną. Mimo to Zajde pozwala śpiewać tylko w szabas. Mówi, że od czasu zniszczenia świątyni jerozolimskiej nie powinniśmy słuchać muzyki ani śpiewać, chyba że przy wielkiej okazji. Czasami Bube wyjmuje stary magnetofon kasetowy, który dostałam od ojca, i puszcza w kółko taśmę z muzyką ze ślubu mojej kuzynki – cichutko, żeby móc usłyszeć, gdy ktoś idzie. Jeśli usłyszy choćby szelest w korytarzu, zaraz wyłącza.

Bube przypomina mi, że jej ojciec był kohenem. Jego genealogia sięga aż do kapłanów Świątyni. Kohenowie słyną z pięknych głębokich głosów. Zajde nie ma za grosz talentu wokalnego, ale uwielbia piosenki, które śpiewał jego ojciec jeszcze w Europie – tradycyjne szabasowe melodie, które w dziadkowym wykonaniu brzmią jak pełna fałszywych dźwięków paplanina, zniekształcona jego monotonnym głosem. Za każdym razem, gdy Zajde próbuje śpiewać, Bube tylko z uśmiechem kręci głową. Dawno już przestała przyłączać się do niego: kto by nie próbował, przy dziadku wszyscy brzmią fałszywie, jego trele zagłuszają wszystkie inne głosy, aż melodia całkiem ginie w tej kakofonii. Bube twierdzi, że tylko jeden z jej synów odziedziczył piękny głos, cała reszta jest jak ich ojciec. Mówię jej, że zostałam wybrana na solistkę w szkolnym chórze, że może i ja odziedziczyłam mocny, czysty głos jej przodków. Chcę, żeby była ze mnie dumna.

Bube nigdy nie pyta, jak mi idzie w szkole. Nie interesuje jej, co robię. Całkiem jakby nie chciała mnie poznać naprawdę. Do wszystkich się tak odnosi. Pewnie dlatego, że cała jej rodzina została wymordowana w obozach koncentracyjnych. Bube nie ma już siły, by nawiązywać nowe więzi emocjonalne.

Jedyne, co ją obchodzi, to czy jem wystarczająco dużo. Wystarczająco wiele kromek żytniego chleba, grubo posmarowanego masłem, wystarczająco wiele talerzy pożywnej zupy jarzynowej, wystarczająco wiele kawałków wilgotnego, połyskliwego strudla z jabłkami. Babcia nieustannie stawia przede mną jedzenie, nawet w najbardziej niestosownych momentach. Spróbuj pieczonego indyka na śniadanie. Skosztuj surówki coleslaw o północy. Do jedzenia jest zawsze to, co akurat gotuje. W spiżarni nie ma chipsów ani nawet płatków śniadaniowych. Cokolwiek podaje się u Bube w domu, musi być świeżo przygotowane od zera.

To Zajde pyta, jak mi idzie w szkole, ale zwykle tylko po to, by się dowiedzieć, czy jestem grzeczna. Wszystko, co chce usłyszeć, to że zachowuję się jak trzeba, żeby nikt nie gadał, że ma nieposłuszną wnuczkę. Tydzień temu, przed Jom Kippur, przykazał mi żałować za grzechy, abym mogła zacząć wszystko od nowa i cudem przemienić się w pokorną i bogobojną dziewczynkę. To mój pierwszy post; mimo że Tora mówi, iż stanę się kobietą w wieku lat dwunastu, dziewczynki zaczynają pościć jako jedenastolatki, na próbę. Gdy tylko wkroczę z dzieciństwa w wiek dorosły, czeka mnie cała masa nowych reguł i obowiązków. W tym roku to dopiero rozgrzewka.

Tylko kilka dni dzieli nas od kolejnego święta, Sukkot. Mam pomóc Zajde budować kuczkę, drewniany szałas, w którym spędzimy osiem dni, ucztując. Potrzebuje czyjejś pomocy, by położyć dach: w tym celu trzeba mu podać ciężkie belki bambusa, które, stojąc na szczycie drabiny, przetoczy po świeżo umocowanej krokwi. Kołki klekoczą głośno, gdy belki lądują na właściwych miejscach. Jakoś tak się składa, że zawsze ja dostaję tę robotę i nudzę się, tkwiąc godzinami u stóp drabiny, podając kolejne bambusowe pręty do rąk Zajde, czekającego na górze.

Mimo to lubię czuć, że jest ze mnie pożytek. Belki bambusa pachną świeżo i słodko, choć mają dziesięć lat i przez cały rok leżały w piwnicy. Obracam je w dłoniach; ich powierzchnia jest chłodna w dotyku, wypolerowana przez lata używania. Zajde podnosi każdą powoli, z rozmysłem. Niewiele jest skłonny robić w gospodarstwie, ale zawsze ma czas na prace związane z przygotowaniami do świąt. Sukkot to jedno z moich ulubionych, bo spędza się je na dworze w piękną jesienną pogodę. Gdy dni zaczynają być krótsze, w każdej wolnej chwili grzeję się w resztkach słońca na babcinym ganku – nawet jeśli wymaga to opatulenia się w kilka warstw swetrów dla ochrony przed zimnem. Leżę na łożu z zestawionych razem drewnianych krzeseł, wystawiając twarz do słońca, którego promienie padają to tu, to tam przez wąskie zaułki, między ciągiem stojących rzędem czynszowych kamienic. Nic mnie tak nie koi jak blady blask jesiennego słońca na skórze. Siedzę tak, aż promienie znikną za ponurym, zamglonym horyzontem.

Sukkot to długie święto, ale co najmniej cztery środkowe dni nie wymagają specjalnych obchodów. Prawo nie zabrania jeździć samochodem ani wydawać pieniędzy przez ten czas – nazywany Chol Hamoed, albo półświęta – więc spędza się go jak każdy inny weekend, poza tym, że nie wolno wykonywać żadnej pracy; większość ludzi urządza sobie wtedy rodzinne wycieczki. Moje kuzynki zawsze gdzieś jadą w Chol Hamoed; jestem pewna, że uda mi się zabrać z którąś z nich. W zeszłym roku byłyśmy na Coney Island. Mimi mówi, że w tym roku pójdziemy na ślizgawkę w parku.

Mimi jako jedna z nielicznych w rodzinie jest dla mnie miła. Pewnie dlatego że jej ojciec jest rozwodnikiem. Jej matka jest teraz żoną innego mężczyzny, który nie należy do naszej rodziny, ale Mimi nadal często przychodzi do domu Bube, by zobaczyć się z ojcem, moim wujem Synajem. Mam czasem wrażenie, że nasza rodzina jest podzielona na dwie części: jedna to ludzie z problemami, druga – chodzące ideały. Rozmawiają ze mną tylko ci z problemami. Tak czy inaczej Mimi to doskonała towarzyszka. Chodzi do liceum, może sama podróżować i modeluje swoje miodowe włosy na lata sześćdziesiąte, z lokami ku górze.

Przez dwa dni pomagam Bube serwować świąteczne potrawy, nosząc talerze na tacy z kuchni do szałasu i z powrotem, i czekam niecierpliwie na nadejście Chol Hamoed – aż wreszcie się doczekuję. Mimi przychodzi po mnie rano. Jestem ubrana i gotowa, dokładnie tak, jak mnie poinstruowała. Mam na sobie ciepłe pończochy, a na nich grube skarpety, ciepły sweter włożony na bluzkę, by nie zmarznąć, a do tego wielkie rękawice i czapkę. Czuję się dziwacznie, jak napompowana, ale jestem ubrana odpowiednio. Mimi ma na sobie szykowne wełniane palto w kolorze grafitu, z welwetowym kołnierzem i rękawiczkami. Z zazdrością patrzę na jej elegancję. Ja nijak do niej nie pasuję: wyglądam jak małpa, z ramionami komicznie zwieszonymi pod ciężarem rękawic.