Mikołajek ma kłopotyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Mikołajek ma kłopoty

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Zajrzyj na strony

W serii

***

Joachim ma kłopoty

List

Wartość pieniądza

Robiliśmy z tatą zakupy

Krzesła

Latarka

Ruletka

Odwiedziny Buni

Lekcja przepisów drogowych

Lekcja przyrody

Czym chata bogata

Loteria

Odznaka

Anonim

Jonasz

Kreda

René Goscinny

Bibliografia autora

Jean-Jacques Sempé

Bibliografia ilustratora

Wspólna bibliografia autorów

Karta redakcyjna

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia


















Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes



JOACHIMA NIE BYŁO WCZORAJ W SZKOLE, a dzisiaj przyszedł spóźniony, nie w humorze i bardzo żeśmy się zdziwili. Nie dlatego, że przyszedł spóźniony i nie w humorze, bo często się spóźnia i zawsze jest nie w humorze, kiedy przychodzi do szkoły, szczególnie jak ma być klasówka z gramatyki. Zdziwiło nas to, że pani uśmiechnęła się do niego szeroko i powiedziała:

– No, gratuluję ci, Joachimie! Cieszysz się, prawda?

Dziwiliśmy się coraz bardziej, bo chociaż dawniej nasza pani też była dla Joachima bardzo miła (ona jest strasznie fajna i miła dla każdego), to jednak nigdy, przenigdy mu nie gratulowała. Ale Joachim jakoś się nie ucieszył i ciągle tak samo nie w humorze usiadł w swojej ławce, obok Maksencjusza. Odwróciliśmy się wszyscy, żeby na niego popatrzeć, ale pani uderzyła linijką w biurko i powiedziała, żebyśmy się nie kręcili, zajęli swoimi sprawami i przepisywali, co jest na tablicy, tylko proszę bez błędów.

A potem usłyszałem za sobą głos Gotfryda:

– Podaj dalej! Joachimowi urodził się braciszek!

Na przerwie zebraliśmy się wszyscy wokół Joachima, który stał oparty o ścianę z rękami w kieszeniach, i zapytaliśmy, czy to prawda, że urodził mu się braciszek.

– Uhu – powiedział Joachim. – Wczoraj rano obudził mnie tata. Był ubrany i nieogolony, śmiał się, pocałował mnie i powiedział, że w nocy urodził mi się braciszek. A potem kazał mi się ubrać i pojechaliśmy do mamy do szpitala. Leżała w łóżku i widać było, że cieszy się tak samo jak tata, a obok leżał mój braciszek.

– Za to po tobie – powiedziałem – nie widać, żebyś się specjalnie cieszył.

– A z czego mam się cieszyć? – zapytał Joachim. – Po pierwsze, on jest okropnie brzydki. Jest strasznie mały, cały czerwony i bez przerwy krzyczy, i wszyscy uważają, że to śmieszne. A mnie, jak krzyknę w domu, to zaraz każą siedzieć cicho i jeszcze tata mówi, że jestem bałwan i że mu pękają uszy.

– Uhu, wiem coś o tym – powiedział Rufus. – Ja też mam braciszka i ciągle są jakieś draki. On jest oczkiem w głowie i wszystko mu wolno, a jak mu przyłożę, to zaraz skarży się rodzicom i potem nie pozwalają mi w czwartek iść do kina!

– U mnie na odwrót – powiedział Euzebiusz. – Mam starszego brata i to on jest oczkiem w głowie. Mówi, że z nim zaczynam, i mnie bije, i wolno mu do późna oglądać telewizję i palić papierosy!


– Odkąd jest mój braciszek, ciągle się mnie czepiają – powiedział Joachim. – W szpitalu mama chciała, żebym go pocałował, ja oczywiście nie miałem ochoty, ale pocałowałem go mimo wszystko i tata zaczął krzyczeć, żebym uważał, że o mało nie przewróciłem kołyski i że nigdy nie widział takiego niezgraby.

– Co się je, kiedy się jest takim małym? – zapytał Alcest.

– Potem – mówił Joachim – wróciliśmy z tatą do domu, a w domu bez mamy jest strasznie smutno. Tym bardziej że obiad robił tata i złościł się, że nie może znaleźć otwieracza do konserw, i były tylko sardynki i mnóstwo zielonego groszku. A dzisiaj rano, przy śniadaniu, tata mnie skrzyczał, że mleko wykipiało.

 

– Jeszcze zobaczysz – powiedział Rufus. – Najpierw, jak go przywiozą do domu, będzie spał w pokoju twoich rodziców, ale potem wpakują go do ciebie. I za każdym razem, jak zacznie płakać, będą myśleli, że mu coś zrobiłeś.

– U nas – powiedział Euzebiusz – mój starszy brat mieszka razem ze mną i specjalnie mi to nie przeszkadza. Tylko jak byłem całkiem mały, dawno temu, ten pajac uwielbiał mnie straszyć.

– O, nie! – krzyknął Joachim. – Może się wypchać, ale nie będzie spał u mnie! Pokój jest mój i niech sobie poszuka innego, jeśli chce mieszkać u nas w domu!

– Coś ty! – powiedział Maksencjusz. – Jeżeli rodzice powiedzą, że ma mieszkać z tobą, to będzie mieszkał z tobą i koniec.

– Nie, mój drogi! Nie, mój drogi! – krzyknął Joachim. – Położą go, gdzie będą chcieli, ale nie u mnie! Zamknę się na klucz, no nie, jeszcze czego!

– Dobre są sardynki z groszkiem? – zapytał Alcest.

– Po południu – mówił dalej Joachim – tata znowu zabrał mnie do szpitala. Był już tam wujek Oktawiusz, ciocia Edyta i ciocia Lidia i wszyscy mówili, że mój braciszek podobny jest do mnóstwa ludzi, do taty, do mamy, do wujka Oktawiusza, do cioci Edyty, do cioci Lidii, a nawet do mnie. A potem powiedzieli, że na pewno bardzo się cieszę i że teraz będę musiał być bardzo grzeczny, pomagać mamie i dobrze się uczyć. Tata powiedział, że liczy na to, bo dotąd byłem nygusem, i że muszę stać się przykładem dla mojego braciszka. A potem przestali się mną zajmować, oprócz mamy, która mnie pocałowała i zapewniła, że kocha mnie tak samo jak mojego braciszka.


– Słuchajcie, chłopaki – zaproponował Gotfryd – może zagramy w nogę, zanim się skończy przerwa?

– Właśnie! – powiedział Rufus. – Jak będziesz chciał wyjść pobawić się z kolegami, to każą ci siedzieć w domu i pilnować braciszka.

– Aha, jeszcze czego! Sam będzie się pilnował! – oświadczył Joachim. – W końcu nikt go do nas nie zapraszał. I będę się bawił z kolegami za każdym razem, jak będę miał ochotę!


– Będą ci robić draki – powiedział Rufus – a potem ci powiedzą, że jesteś zazdrosny.

– Co? – krzyknął Joachim. – Dobre sobie!

I powiedział, że wcale nie jest zazdrosny i że to głupota mówić, że nie zajmuje się braciszkiem – on tylko nie lubi, jak mu się zawraca głowę i śpi w jego pokoju, no i jak mu się nie pozwala bawić z kolegami, i że nie lubi oczek w głowie, a jeśli mu będą za bardzo dokuczać, to ucieknie z domu i wtedy dopiero będą mieli kłopot – że mogą sobie zatrzymać swojego Leoncjusza, że wszystkim będzie żal, jak on sobie wyjedzie, szczególnie kiedy rodzice dowiedzą się, że jest kapitanem na okręcie wojennym i zarabia dużo pieniędzy, że i tak ma dość domu i szkoły, że nikogo mu nie potrzeba i że to wszystko go okropnie śmieszy.

– Kto to jest Leoncjusz? – zapytał Kleofas.

– To właśnie mój braciszek – odpowiedział Joachim.

– Dziwne ma imię – powiedział Kleofas.

Wtedy Joachim rzucił się na Kleofasa i zaczął go tłuc pięściami, bo, jak nam powiedział, nikomu nie pozwoli obrażać swojej rodziny.




STRASZNIE SIĘ NIEPOKOJĘ O TATĘ, bo całkiem już nie ma pamięci.

Kilka dni temu wieczorem listonosz przyniósł dla mnie dużą paczkę. Bardzo się ucieszyłem, bo lubię, kiedy listonosz przynosi dla mnie paczki – to są zawsze prezenty od Buni, która jest mamą mojej mamy. Tata mówi, że to nie do pomyślenia, żeby tak dziecko rozpieszczać, i kłóci się z mamą, ale tym razem się nie pokłócili i tata był bardzo zadowolony, bo paczka nie była od Buni, tylko od pana Moucheboume, który jest taty dyrektorem. To była gra – w chińczyka – mam już taką jedną – a w środku był list:

Mojemu drogiemu Mikołajowi, który ma tak pracowitego tatę.

Roger Moucheboume

– Też pomysł! – zdziwiła się mama.

– To dlatego, że ostatnio zrobiłem mu przysługę – wyjaśnił tata. – Poszedłem na dworzec stać w kolejce, żeby mu kupić bilety. Uważam, że postąpił bardzo ładnie, przysyłając Mikołajowi ten prezent.

– Postąpiłby jeszcze ładniej, dając ci podwyżkę – powiedziała mama.

– Brawo, brawo! – powiedział tata. – Rozmowa w sam raz dla małego. A więc co proponujesz? Żeby Mikołaj odesłał prezent Moucheboume’owi, pisząc, że woli podwyżkę dla taty?

– Och, nie! – powiedziałem.

No bo tak: mam jednego chińczyka, to prawda, ale przecież drugiego mogę w szkole wymienić na coś fajniejszego.

– No cóż! – westchnęła mama. – Skoro zadowolony jesteś, że rozpieszczają ci syna, ja już nic nie mówię.


Tata popatrzył na sufit, zaciskając usta i kręcąc głową, jakby chciał powiedzieć „nie”, a potem oznajmił, że powinienem telefonicznie podziękować panu Moucheboume.

– Nie – powiedziała mama. – W takich wypadkach należy napisać liścik.

– Racja – zgodził się tata. – List będzie lepszy.

– Ja tam wolę zatelefonować – powiedziałem.

Bo rzeczywiście, z pisaniem jest kupa roboty, a dzwonić jest fajnie, tym bardziej że w domu nigdy mi nie pozwalają, chyba że dzwoni Bunia i chce, żebym jej dał buzi. Bunia okropnie lubi, kiedy jej daję buzi przez telefon.


– Nikt cię nie pytał o zdanie – powiedział tata. – Zrobisz, co ci każę!

To było niesprawiedliwe! Więc powiedziałem, że nie mam ochoty pisać, że jeśli mi nie pozwolą zadzwonić, to mogą sobie zabrać tego wstrętnego chińczyka, że w końcu mam już jednego i że jak ma być tak, to już wolę, żeby pan Moucheboume dał tacie podwyżkę. No bo co w końcu, kurczę blade!

– Chcesz dostać lanie i iść spać bez kolacji? – krzyknął tata.

Wtedy się rozpłakałem, tata zapytał, za jakie grzechy musi tak cierpieć, a mama powiedziała, że jeśli nie będzie spokoju, to ona pójdzie spać bez kolacji i będziemy sobie radzić sami.

– Posłuchaj, Mikołajku – powiedziała mama. – Jeżeli będziesz grzeczny i napiszesz ten list bez awantur, dostaniesz podwójną porcję deseru.

Powiedziałem, że dobrze (miał być placek z morelami!), i mama poszła szykować kolację.


– Dobrze – westchnął tata. – Najpierw napiszemy na brudno.

Wyjął z szuflady biurka papier, wziął ołówek, spojrzał na mnie, ugryzł ołówek i zapytał:

– Hm, co też ty mógłbyś napisać temu staremu Moucheboume’owi?

– No, nie wiem – powiedziałem. – Mogę mu napisać, że mam już jednego chińczyka, ale bardzo się cieszę, bo tego, co mi dał, zamienię z chłopakami na coś innego, na przykład Kleofas ma taki fantastyczny niebieski samochód i...

– Dobrze, wystarczy – powiedział tata. – Rozumiem. Zaraz... Jak by tu zacząć?... Drogi Panie... Nie... Drogi Panie Moucheboume... Nie, to zbyt poufałe... Szanowny i Drogi Panie... Hmm... Nie...

– Mógłbym napisać: „Panie Moucheboume” – powiedziałem.

Tata popatrzył na mnie, a potem wstał i krzyknął w stronę kuchni:

– Kochanie! Drogi Panie, Szanowny i Drogi Panie czy Drogi Panie Moucheboume?

– Co takiego? – spytała mama, wychodząc z kuchni i wycierając ręce o fartuch.

Tata powtórzył i mama powiedziała, że ona by napisała: „Drogi Panie Moucheboume”, ale tata powiedział, że to mu się wydaje zbyt poufałe i że się zastanawia, czy nie lepiej będzie „po prostu Drogi Panie”. Mama powiedziała, że nie, że „po prostu Drogi Panie” jest zbyt suche i że nie trzeba zapominać, że pisze dziecko. Tata powiedział, że właśnie dziecku nie wypada pisać: „Drogi Panie Moucheboume”, bo to wyglądałoby na brak poszanowania.

– Skoro już postanowiłeś – zapytała mama – to po co mi przeszkadzasz? Muszę zrobić kolację.

– Och! – powiedział tata. – Najmocniej przepraszam, że oderwałem cię od tego zajęcia. W końcu chodzi tylko o mojego dyrektora i moje stanowisko!

– Twoje stanowisko zależy od listu Mikołaja? – zapytała mama. – W każdym razie nie robi się takich ceregieli, kiedy przychodzi prezent od mamy!

No i zrobiła się okropna draka! Tata zaczął krzyczeć, mama zaczęła krzyczeć, a potem pobiegła do kuchni, trzaskając drzwiami.

– Dobrze – powiedział tata. – Bierz ołówek i pisz.

Usiadłem przy biurku i tata zaczął dyktando:

– Drogi Panie, przecinek, od nowego wiersza... Wielką przyjemność... Nie, zetrzyj... Czekaj... Wielką radość... Tak, tak będzie dobrze... Wielką radość i niespodziankę... Nie... Ogromną niespodziankę... Chociaż nie, nie trzeba przesadzać... Zostaw samą niespodziankę... I niespodziankę sprawił mi Pański piękny prezent... Nie... Tutaj możesz napisać: Pański wspaniały prezent... Pański wspaniały prezent, który sprawił mi wielką radość... Och, nie... Radość już była... Zetrzyj radość... A teraz napisz: Z poważaniem... Albo raczej: Z wyrazami poważania... Zaczekaj...


Tata poszedł do kuchni, coś tam oboje krzyczeli, a potem tata wrócił cały czerwony.

– Dobrze – powiedział – napisz: Łączę wyrazy poważania, i podpisz się. No już.

Tata wziął kartkę do przeczytania, otworzył szeroko oczy, spojrzał znowu na kartkę, westchnął ciężko i wziął następną, żeby napisać na nowo.


– Masz, zdaje się, papier listowy? – zapytał. – Ten w ptaszki, który dostałeś od cioci Donaty na urodziny?

– To były króliki – powiedziałem.

– O to, to – powiedział tata. – Przynieś go tutaj.

– Nie wiem, gdzie jest – powiedziałem.

Więc tata poszedł ze mną na górę do pokoju, zaczęliśmy szukać i wszystko wypadło z szafy, a mama przyleciała zapytać, co my wyprawiamy.

– Szukamy papeterii Mikołaja, moja droga! – krzyknął tata. – Ale w tym domu jest straszny bałagan! To nie do pomyślenia!

Mama powiedziała, że papeteria jest w szufladzie stoliczka w salonie, że ma już tego dość i że kolacja gotowa.


Przepisałem list taty, ale musiałem zaczynać kilka razy z powodu błędów, no i z powodu kleksa. Mama przyszła powiedzieć nam, że trudno, kolacja będzie przypalona, a potem trzy razy adresowałem kopertę i tata powiedział, że możemy siadać do stołu, ale ja poprosiłem go o znaczek, tata zawołał „Ach, tak!”, dał mi znaczek, no i dostałem podwójną porcję deseru. Tylko że mama nie odzywała się do nas przez całą kolację.

I właśnie wieczorem następnego dnia strasznie się zacząłem o tatę niepokoić, bo kiedy zadzwonił telefon, tata poszedł odebrać i powiedział:

– Halo?... Tak... Ach! Pan Moucheboume!... Dobry wieczór panu... Tak... Co takiego?

Tata zrobił strasznie zdziwioną minę i zawołał:

– List?... Ach, więc to dlatego ten łobuziak Mikołaj prosił mnie wczoraj o znaczek!




ZOSTAŁEM CZWARTY Z KLASÓWKI Z HISTORII. Mieliśmy Karola Wielkiego, a to umiałem, szczególnie ten numer z Rolandem[1] i jego mieczem, który się nie chciał złamać.

 

Moi rodzice bardzo się ucieszyli, kiedy im o tym powiedziałem, a tata wyjął portfel i dał mi, no, zgadnijcie co? Dziesięciofrankowy banknot!

– Masz, chłopie – powiedział – jutro kupisz sobie, co będziesz chciał.

– Ależ... Ależ, kochanie – zdziwiła się mama – nie sądzisz, że to za dużo pieniędzy dla małego?

– Skądże – odpowiedział tata. – Czas, żeby Mikołaj poznał wartość pieniądza. Jestem pewien, że wyda te dziesięć franków w rozsądny sposób. Prawda, chłopie?

Powiedziałem, że tak, ucałowałem tatę i mamę – oni są strasznie fajni! – a banknot włożyłem do kieszeni, przez co musiałem jeść kolację jedną ręką, bo drugą ciągle sprawdzałem, czy tam jest. To prawda, że jeszcze nigdy nie miałem takiego grubego banknotu tylko dla siebie. Oczywiście, mama daje mi czasem dużo pieniędzy, żebym zrobił zakupy w sklepie pana Companiego na rogu ulicy, ale to nie są moje pieniądze i mama zawsze mówi, ile pan Compani powinien mi wydać reszty. Tak że to zupełnie co innego.

Kiedy się kładłem do łóżka, schowałem banknot pod poduszkę i długo nie mogłem zasnąć. A potem śniły mi się dziwne rzeczy: najpierw pan, który jest na banknocie i patrzy w bok, zaczął robić miny, a potem duży dom, który widać za nim, zamienił się w sklep pana Companiego.

Dziś rano przyszedłem do szkoły i jeszcze przed wejściem do klasy pokazałem swój banknot chłopakom.

– Ho, ho – powiedział Kleofas – co z nim zrobisz?


– Nie wiem – odpowiedziałem. – Tata dał mi go, żebym poznał wartość pieniądza: mam go wydać w jakiś rozsądny sposób. Najbardziej to chciałbym kupić sobie samolot. Prawdziwy.

– Coś ty – powiedział Joachim. – Prawdziwy samolot kosztuje co najmniej tysiąc franków.

– Tysiąc franków? – zawołał Gotfryd. – Zwariowałeś? Tata mi mówił, że samolot kosztuje co najmniej trzydzieści tysięcy franków, i to mały.

Wtedy żeśmy się wszyscy roześmiali, bo Gotfryd to straszny kłamca i wygaduje niestworzone rzeczy.

– A może byś kupił atlas – powiedział Ananiasz, który jest najlepszym uczniem w klasie i pupilkiem naszej pani. – Są tam przepiękne mapy, pouczające zdjęcia i to się bardzo przydaje.

– Chyba nie myślisz – powiedziałem – że wydam pieniądze na książkę. Zresztą książki dostaję zawsze od cioci na urodziny albo jak jestem chory. Nie skończyłem jeszcze tej, którą dostałem przy śwince.

Ananiasz popatrzył na mnie, a potem odszedł bez słowa i wziął się do powtarzania gramatyki. Wariat z tego Ananiasza!

– Najlepiej kup piłkę nożną, to sobie wszyscy pogramy – zaproponował Rufus.


– Wolne żarty – powiedziałem. – Pieniądze są moje i nie mam zamiaru kupować za nie rzeczy dla innych. Mogłeś sam zostać czwarty z historii, jak masz ochotę pograć w nogę.

– Ty chytrusie! – krzyknął Rufus. – Zostałeś czwarty tylko dlatego, że jesteś pupilkiem naszej pani, jak Ananiasz!

Ale nie zdążyłem mu przylać, bo zadzwonił dzwonek na lekcję i musieliśmy ustawić się parami przed drzwiami do klasy. Zawsze to samo z tym dzwonkiem: ledwie zaczniemy się bawić, dryń, dryń! – trzeba iść do klasy. A potem, kiedy już staliśmy w parach, do szkoły biegiem wpadł Alcest.

– Spóźniłeś się – powiedział Rosół, nasz opiekun.

– To nie moja wina – powiedział Alcest – dostałem na śniadanie o jednego rogalika więcej.

Rosół westchnął ciężko i kazał Alcestowi poszukać sobie pary i wytrzeć z brody masło.

W klasie powiedziałem do Alcesta, który ze mną siedzi: „Widzisz, co mam?”, i pokazałem mu banknot.

Wtedy pani krzyknęła:

– Mikołaj! Co to za papier? Przynieś mi go natychmiast!

Rozpłakałem się i zaniosłem banknot pani, która otworzyła szeroko oczy.

– Ależ – powiedziała – co to ma być?

– Jeszcze nie wiem – wyjaśniłem. – Dostałem od taty za Karola Wielkiego.

Widziałem, że pani z całej siły stara się nie roześmiać. Czasem jej się to zdarza i wygląda wtedy bardzo ładnie. Oddała mi banknot, powiedziała, że mam go schować do kieszeni, że nie trzeba się bawić pieniędzmi i żebym nie wydał go na głupstwa. A potem wywołała do tablicy Kleofasa, ale wątpię, czy jego tata zapłaci mu za stopień, który dostał.

Na przerwie, kiedy inni się bawili, Alcest pociągnął mnie za ramię i spytał, co zamierzam zrobić z moimi pieniędzmi. Odpowiedziałem, że nie wiem. Wtedy powiedział mi, że za dziesięć franków mógłbym dostać mnóstwo tabliczek czekolady.

– Mógłbyś kupić pięćdziesiąt tabliczek! Pięćdziesiąt, masz pojęcie? – powiedział Alcest. – Po dwadzieścia pięć na każdego!

– A dlaczego miałbym ci dać dwadzieścia pięć tabliczek? – zapytałem. – Pieniądze są moje!

– Zostaw go – powiedział Rufus do Alcesta. – To skąpiradło!


I poszli się bawić, ale ja mam to w nosie, no bo co w końcu, kurczę blade, dlaczego wszyscy czepiają się moich pieniędzy?

Ale pomysł Alcesta z czekoladą był bardzo dobry. Po pierwsze, strasznie lubię czekoladę, a po drugie, nigdy jeszcze nie miałem pięćdziesięciu tabliczek naraz, nawet u Buni, która przecież daje mi wszystko, co zechcę. Dlatego też zaraz po lekcjach poleciałem pędem do cukierni, a kiedy sprzedawczyni zapytała, czego chcę, dałem jej banknot i powiedziałem:

– Czekolady za całą sumę. Alcest powiedział mi, że powinienem dostać pięćdziesiąt tabliczek.

Sprzedawczyni spojrzała na banknot, potem na mnie i zapytała:

– Gdzie to znalazłeś, chłopczyku?


– Nie znalazłem – powiedziałem – dostałem.

– Dostałeś, żeby kupić pięćdziesiąt tabliczek czekolady? – spytała sprzedawczyni.

– No... tak – odpowiedziałem.

– Nie lubię kłamczuszków – powiedziała sprzedawczyni. – Lepiej odnieś ten banknot tam, gdzie go znalazłeś.

A ponieważ zrobiła groźną minę, uciekłem i płakałem przez całą drogę do domu. W domu opowiedziałem wszystko mamie, a mama pocałowała mnie i powiedziała, że zaraz to załatwi. Wzięła ode mnie banknot i poszła porozmawiać z tatą, który był w salonie. A potem wróciła z dwudziestocentymową monetą.

– Kupisz sobie za to tabliczkę czekolady – powiedziała.

A ja bardzo się ucieszyłem. Myślę nawet, że połowę czekolady dam Alcestowi, bo to mój kumpel i zawsze się wszystkim dzielimy.


[1] Roland – słynny rycerz, bohater najstarszej francuskiej epopei, której treścią są walki Karola Wielkiego z Saracenami w Hiszpanii. Według legendy Roland poległ w wąwozie Roncevaux w Pirenejach, osłaniając z oddziałem straży tylnej armię cesarską. Dokonawszy cudów waleczności, Roland ginie, lecz przedtem usiłuje złamać swój miecz, zwany Durandalem, nie chcąc, by jego ulubiona broń wpadła w ręce wroga.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?