WieściTekst

Z serii: Salamandra
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dedykacja

I. Przepiórka na gruszy

II. Dwie turkaweczki

III. Trzy kuropatwy

IV. Cztery ptaki śpiewające

V. Pięć pierścieni złotych

VI. Sześć gąsek jaja znosi

VII. Siedem łabędzi po stawie pływa

Świętemu Mikołajowi

Gdy sprzątałem tak i spałem,

Obietnicy

Zapomniałem

I. Przepiórka na gruszy

Niewiele tej zimy jagód ostrokrzewu. Liście są ciemnozielone, spiczaste, ale jagód ani na lekarstwo.

W wilgotnym, zimnym powietrzu unosi się delikatna mgiełka. Lekkie, pierwsze płatki śniegu spływają wolno z ciemniejącego nieba.

Nazbierałem już naręcze pozbawionych owoców gałązek ostrokrzewu, ruszam więc w dół, ku naszemu zabytkowemu młynowi wzniesionemu z drewna i kamienia na dnie doliny Morvandeau we Francji. Strumienie pienią się wezbraną wodą, ciężką i czarną. W kamienistych korytach przewalają się omszałe otoczaki.

W naszej wiosce nie widać nikogo. Wiekowi mieszkańcy samotnie siedzą przy kominkach. Jest dopiero wpół do piątej, ale wszystkie okiennice już zamknięte. Dzisiaj wypada najkrótszy dzień roku, słońce wzniosło się tylko do nadiru. Jutro zobaczymy, jak rodzi się na nowo, odkupując życie dla nowego roku.

Wychodzę zza zakrętu drogi biegnącej w dół stoku i już widzę różowe, zapraszające światełko w naszym młynie. Poświata pada z małego, wychodzącego na zachód okienka wyciętego w grubej na sześćdziesiąt centymetrów, wzniesionej z głazów trzystuletniej ścianie. Wspaniale ogląda się z niego późne zachody słońca w czerwcu, ale równie dobrze jest zobaczyć je z oddali, kiedy w prawie mroźny, najwcześniejszy zimowy zmierzch wraca się do domu.

Dostaję się do środka przez piwnicę, której drzwi wychodzą bezpośrednio na drogę. Podłoga ułożona z ręcznie wyciosanych granitowych bloków jest wilgotna, ciemna i zimna.

W piwnicy pozostały elementy maszynerii młyna: gigantyczne koła zębate, wały i koła zamachowe. Unosi się tu wiercący w nosie zapach trocin pozostały po porannej robocie. Piłowałem brzozowe drwa i układałem polana w stos koło kominka, podejmując prawdopodobnie skazaną z góry na niepowodzenie próbę ogrzania tego mauzoleum na nasze rodzinne święta Bożego Narodzenia.

Tego roku dołączą do nas dwie córki z Ameryki. Nasz najmłodszy syn nadal mieszka z nami. Starszy spędzi święta ze swoją dziewczyną, Francuzką. Połykając kilometry pustyni, przejadą motorem przez piaski pogranicza stanów Arizona i Nowy Meksyk.

Ale przecież pierwsze Boże Narodzenie miało miejsce właśnie na pustyni. Nasz Michael w roli Świętego Józefa kierować będzie swoim osiołkiem, yamahą 500, z, mam nadzieję, wciąż jeszcze nie ciężarną Geneviève w roli Marii na tylnym siodełku. Nie ma tylko wątpliwości co do tego, że znajdzie się dla nich miejsce w jakiejś karczmie.

Nasza pierworodna córka Maggie od siedmiu lat nie była we Francji. Pięcioletniego synka, naszego jedynego wnuka, zostawiła w Arizonie pod opieką męża. Zamierza się rozwieść.

Druga, Nicole, ostatnim razem spędzała z nami Boże Narodzenie w młynie trzy lata temu. Zmarzła wtedy na kość, brakowało jej ciepłej wody, miejsca, gdzie mogłaby umyć włosy, prysznica, rocka i jakiegoś faceta. Tym razem przynajmniej faceta przywiezie ze sobą. Reszta pozostanie w zasadzie bez zmian.

Nasz najmłodszy, Ben, w przeddzień wigilii Bożego Narodzenia skończy piętnaście lat. Wydaje się, że on jeden podziela nasze atawistyczne, pogańskie uczucia związane z tymi świętami. Dla nas cudowne jest już samo to, że możemy spędzić je właśnie tutaj. Kochamy tę ciasną dolinę. Jesteśmy szczęśliwi, kiedy otaczają nas porośnięte lasem stoki wzgórz, tu i ówdzie poznaczone pastwiskami dla owiec.

Ben nieszczególnie lubi brać prysznic, myć głowę czy słuchać rocka. Od ludzi woli zwierzęta, a w naszej dolinie przypada ich co najmniej sto na jednego człowieka.

Ponieważ dałem już wszystkie zaliczenia w ACP, American College of Paris, w którym wykładam, i nie mam już zajęć, przyjechałem do Morvan trzy dni wcześniej, by podjąć z góry skazaną na niepowodzenie próbę zbliżenia warunków życia w młynie do luksusu i komfortu życia na zachodnim wybrzeżu Stanów. Lor, moja żona, która również jest nauczycielką i ma własne problemy, uważała, że tak właśnie będzie najlepiej.

Zabrałem ze sobą dodatkowy grzejnik – powinien choć częściowo rozwiązać problem zimna. Miałem nadzieję, że uda mi się także przywieźć i zamontować bojler, ale w moim wozie nie było już miejsca. Mam sportowego fiacika 1300, samochód, który z łatwością zmieściłby się w bagażniku przeciętnego amerykańskiego kombi. Jeśli nie liczyć spodenek i adidasów, to jedyna sportowa rzecz, jaką posiadam.

Przywiozłem też ze sobą trzydzieści metrów szerokiego na dwa metry materiału, który kupiłem na Marché Aligre w Paryżu, w tym dziesięć metrów jaskrawoczerwonego płótna. Mam nadzieję, że za jego pomocą uda mi się upiększyć surowe wnętrze naszego młyna.

Pierwszy dzień zajmuje mi zamiatanie, odkurzanie, usuwanie pajęczyn, mycie okien i podłóg, a także przybijanie i naprawianie wszystkiego, co mogłoby razić oczy gości.

Zmiotłem spory stos mysich lub szczurzych bobków i wywiozłem dwie pełne taczki przeróżnego śmiecia, przeważnie był to chaum, zaprawa wykruszająca się spomiędzy kamieni. Ściany rozpadają się powoli, bardzo powoli – jeśli okaże się im odrobinę troski, zajmie im to następne dwa, może trzy stulecia.

Usunąłem też z kominka warstwę popiołu, który nazbierał się przez minione dziesięć lat – pozostałości średniej wielkości lasu.

Z czerwonego płótna zrobiłem zasłony. Szczerze mówiąc, przymocowałem je po prostu zszywkami tapicerskimi do ciężkich dębowych belek nad oknami. Końcówkę materiału pociąłem na wstążki i popodwiązywałem zasłony, by wpuścić do środka blade, zimowe słońce. Pozostały kawałek posłużył mi za obrus na stojący na środku stół.

Teraz naprawdę panuje tu iście bożonarodzeniowa atmosfera, będzie jeszcze lepiej, kiedy porozstawiam w pokoju ciemnozielone, pozbawione jagód gałązki ostrokrzewu.

Drugiego dnia z wiernym zszywaczem w dłoni wyruszam na piętro, gdzie mają spać nasze dziewczynki i dodatkowy facet.

Założyłem tutaj izolację z włókna szklanego. Lepiej lub gorzej, ale trzyma się na swoim miejscu, choć gdzieniegdzie luźno zwisa. Z przyczyn, których nie potrafię do końca zrozumieć, nasze koszatki lubią przesypiać zimę właśnie tutaj – może to jakieś pozostałości „lustrzanej pamięci”. Wygryzają dziury w izolacji, robiąc sobie w niej maleńkie norki. Prawdopodobnie wszystkie wymrą na krzemicę – nie powiem, by była to dla mnie perspektywa szczególnie bolesna.

Między belkami sufitu rozpinam dwadzieścia metrów brązowego materiału, zasłaniając włókno szklane z koszatkami w środku. I tak nic nie zauważą aż do wiosny (koszatki, oczywiście).

I spały myszy, jako i wszelkie stworzenie.

Resztę materiału drapuję na ścianach miniaturowej toalety, uznawanej przez naszych sąsiadów za cud amerykańskiej prostoty, choć pewnie jest to cud mało higieniczny. Nasza łazienka była pierwsza w wiosce. Teraz mocuję porządnie muszlę klozetową, aby się nie kiwała, gdy ktoś będzie się podnosił, by się podetrzeć. Wciskam też do środka mały grzejnik elektryczny. Powinien dać choć trochę ciepła w miejscu, gdzie ceni się je szczególnie wysoko.

Niestety, żeby włączyć grzejniczek w toalecie, trzeba najpierw wyłączyć ogrzewanie w jadalni, w przeciwnym razie wywalą korki. Mamy w młynie prąd na dwieście dwadzieścia wolt, ale tylko piętnaście amperów. W końcu spędzamy tu głównie wakacje.

System spłukiwania wody jest zbyt skomplikowany, by go tu opisywać, a „mniej brudny” papier wykorzystujemy do palenia w kominku. Nie chodzi wyłącznie o oszczędność energii, choć na ogół przykładam do niej ogromną wagę – być może właśnie ta oszczędność leży u podstaw wszystkich naszych problemów. Dzieje się tak po prostu dlatego, że pojemność starego szamba jest dość ograniczona.

Układam gałązki ostrokrzewu w wazonach. Przygotowuję sobie szybki obiad, cassoulet z puszki. Wycieram sos z talerza kromką chleba i popijam czerwonym winem. Kiedy jestem sam, do tego zwykle ograniczają się moje kulinarne wyczyny.

Teraz wybieram się po kilka iglastych gałęzi do pobliskiej szkółki leśnej. Niezbędne są do tego zapadające właśnie całkowite ciemności. Przez ostatnie dwanaście lat zawsze kradliśmy choinkę z tego lasu. Za dnia wyszukiwaliśmy i zaznaczaliśmy odpowiednie drzewko. W nocy przemykaliśmy do lasku, wycinaliśmy je równo z ziemią, zasypywaliśmy pieniek, wywlekaliśmy z lasu i nieśliśmy przez uśpioną wioskę prosto do naszego młyna. Nic tak nie raduje duszy jak skradziona z lasu choinka.

 

Ogólnie rzecz biorąc, niełatwo jest połączyć nakazy chrześcijaństwa z tradycyjnym amerykańskim sposobem obchodzenia świąt Bożego Narodzenia. W przypadku naszych rodzinnych świąt jest to zadanie jeszcze trudniejsze. Skupiamy się na elementach fantastycznych: Świętym Mikołaju i choince, podarkach, bożonarodzeniowym polanie w kominku, śniegu i gadających zwierzętach – jest to po prostu pogaństwo w czystej postaci. No i na domiar wszystkiego kradniemy z lasu choinkę.

Teraz jednak nasze bożonarodzeniowe drzewka ze szkółki wyrosły grube i wysokie jak słupy telegraficzne. Żaden z członków rodziny nie pomoże mi ściąć, zawlec do domu i ukryć takiego olbrzyma. Cudowny las przerósł nas wszystkich. A więc tej zimy będziemy zmuszeni zwyczajnie nabyć choinkę w Nevers. Wraz z hordami kupujących będziemy przebierać stosy iglastych trupków w poszukiwaniu odpowiednich rozmiarów i należycie gęstych gałęzi.

Ponownie naciągam ciepłą kurtkę i wełnianą czapkę, sięgam po piłę i latarkę i schodzę przez drzwi w podłodze, ostrożnie wyczuwając stopą każdy stopień. Uderza mnie zapierająca dech w piersiach lodowata fala. Wiem, że zimne powietrze nie może unosić się w górę, może zatem jego cząsteczki były tak ciasno upakowane w tej lodowni, że ciśnienie popchnęło je w stronę jasnej, otwartej przestrzeni ciepłej jadalni. Zamykam za sobą drzwi, schodzę niepewnie po ostatnich stopniach i wychodzę w mrok nocy. Zdaje mi się, że na niebie powinienem zobaczyć rogalik księżyca, ale poruszam się w egipskich ciemnościach.

Czy mi się tylko wydaje, czy droga świeci w mroku? Sam nie wiem, czy blady ślad przede mną to naprawdę wilgotna nawierzchnia, czy tylko tak bardzo chcę ją zobaczyć. Umysł to w końcu potęga. Pod podeszwami mam twardy trakt, powinienem więc wyczuć, gdy zboczę z drogi. Zawsze mogę zaświecić latarkę, wtedy jednak jej światło oślepi mnie całkowicie. Poza tym wolałbym, aby sąsiedzi nie dowiedzieli się, że kradnę sosnowe gałęzie.

Przed sobą w mglistym powietrzu widzę niewyraźną białą kulę światła, otaczającą jedyną we wsi latarnię uliczną. Obserwuję, jak z wszechobecnego mroku wynurzają się kolejne kształty. Słabe światło tworzy wizje odmienne od tego, co widzi się za dnia – jest jak śnieg, który ukrywa stare, a jednocześnie tworzy nowe formy. Jak zaczarowany wpatruję się w kamienne budynki.

Przechodzę przez krąg światła i mój cień wydłuża się teraz z przodu. Na krótką chwilę zapalam latarkę, szukając zakrętu, na którym schodzę z drogi. Ziemia zasłana jest połamanymi gałęziami. Są tak wilgotne i przegniłe, że żadna nie trzaska mi pod stopą.

Obcinam gałęzie małą, ręczną piłą, aż mam ich całe naręcze. Niepewnie wychodzę z powrotem na drogę i przez wilgotne, nocne powietrze pędzę w dół, do swego gniazda.

W domu zdejmuję czapkę i kurtkę, przypinam gałązki do belek sufitu i nad oknami, aby ukryć zszywki, którymi przymocowałem zasłony.

Jutro jadę do Nevers, by odebrać na dworcu Lorettę i Bena. Wyjadą z Paryża pociągiem o siódmej rano. W Nevers zrobimy zakupy – jedzenie i prezenty, a później przyjedziemy do młyna. Mam nadzieję, że zdążymy przed zmierzchem. Wiejskie francuskie drogi zawsze po zmroku są niebezpieczne, a będzie jeszcze gorzej, jeśli w końcu zacznie padać śnieg.

Dziewczynki i nasz gość przyjeżdżają pojutrze, w urodziny Bena. Ben był naszym podarkiem na Boże Narodzenie, urodził się w przeddzień Wigilii. W pewnym sensie każde z naszych dzieci było niespodzianką, małym cudem. Być może właśnie dlatego Boże Narodzenie tak wiele dla nas znaczy.

Następnego ranka zrywam się o szóstej. Kiedy wyglądam przez okno, w świetle latarki widzę wirujące płatki śniegu. Ktoś na samej górze popełnił chyba błąd – śnieg miał spaść najwcześniej jutro. A zatem czeka mnie sześćdziesiąt kilometrów w śniegu, w samochodzie bez zimowych opon, bez łańcuchów, z zepsutym ogrzewaniem i nie domkniętym oknem od strony kierowcy. Na dodatek czterobiegowa skrzynia biegów nie ma trójki, a zatem szybsza jazda nie wchodzi w grę, no i jeszcze luz w sprzęgle, który dawał się we znaki już podczas jazdy z Paryża. Na pewno nie da się mojego samochodziku nazwać eleganckim, nowym sportowym wozem.

Wkrótce może się też okazać, że w ogóle nie uda mi się ruszyć tym wrakiem do Nevers. Akumulator siada od dawna, a kiedy do niego zaglądam, na cynkowych płytkach odkrywam białe inkrustacje. Może gdybym nim potrząsnął, miałbym burzę śnieżną w miniaturze, jak w szklanych kulach z bałwankiem, które tak bardzo mi się podobały, kiedy byłem małym dzieckiem.

Na wszelki wypadek zabieram więc ze sobą prostownik. Kieruję się doświadczeniem, którego nabrałem po kilku frustrujących, wczesnoporannych przygodach w Paryżu. Ben i ja pchamy zwykle w takich sytuacjach samochód, Loretta siedzi za kierownicą. Próbuje zapalić, ale rozrusznik tylko warczy coraz ciszej, by w końcu zamilknąć. Najczęściej kończy się to dla nich rozpaczliwym biegiem na stację metra, z powiewającymi torbami z książkami i nadwerężoną ambicją, podczas gdy ja wyjmuję rozładowany akumulator, odnoszę go do mieszkania i ładuję. Poranny zamróz puszcza na ogół po dwugodzinnej dializie, montuję wtedy akumulator i jadę na zajęcia na dziesiątą. Normalnie to Loretta i Ben jeżdżą samochodem, a ja metrem.

Ubieram się więc pospiesznie w rzeczy, które wieczorem ułożyłem sobie na krześle. Naciągam rękawiczki i czapkę, sprawdzam latarkę i ostrożnie schodzę przez drzwi w podłodze do granitowego grobowca naszej piwnicy. Maszyneria młyna majaczy milcząca i potężna w lodowatej ciemności. Naciskam klamkę, schodzę po kilku schodkach w dziką, wirującą biel. Na drodze leży już dziesięć centymetrów świeżego, dziewiczego śniegu. Nad wrotami dolnej stodoły, gdzie stoi samochód, zwisają sople. Wewnątrz jak eskorta otaczają wóz pozostałości po co najmniej sześciu motocyklach. To świadkowie postępów, jakie poczynił Mike od motoroweru z silniczkiem o pojemności 50 cm3 do swojej obecnej miłości, yamahy 500. Wśród zakurzonych, zardzewiałych części prześledzić można proces, jaki przechodzi mężczyzna od zmechanizowanego okresu pokwitania do dojrzałości.

Wsiadam do wozu i, zanim jeszcze przekręcę kluczyk w stacyjce, upewniam się, że światła i ogrzewanie są wyłączone. Wyciągam ssanie na palec, powoli, ale mocno przyciskam pedał gazu, stosując się starannie do zaleceń poprzedniego właściciela wozu, monsieur Diamanta.

Teraz przekręcam kluczyk w stacyjce. Rozrusznik rozśpiewuje się wesołym: „Ruszamy! Ruszamy! Ruszamy!” Silnik pozostaje jednak na te śpiewy głuchy jak pień (w tym przypadku to chyba stalowy pień), nie reaguje.

Cofam kluczyk, czując ogarniającą mnie gwałtownie panikę i rozpacz. Próbuję znowu. Raz jeszcze słyszę: „Ruszamy! Ruszamy! Ruszamy!” Nic się jednak nie dzieje.

Jeszcze raz dociskam gaz do dechy, wbrew jednoznacznym zaleceniom monsieur Diamanta.

Rozrusznik najwyraźniej stracił wszelki kontakt z silnikiem, żyje teraz własnym, choć bezpłodnym życiem. A może winien jest silnik, może nie życzy sobie, by kręcił nim ten mały motorek. Stopniowo z: „Ruszamy!” przechodzimy przez: „Chyba nie dam rady” do: „Nie daję rady” i: „To już koniec”, które z kolei rozmywa się w bełkotliwym, zmęczonym jęku pijaka lub zniechęconego kochanka.

Ja też gotów już jestem się poddać. Jednocześnie w mojej głowie szaleje burza. Mam godzinę na doładowanie akumulatora. Mogę znieść na dół grzejnik gazowy i ogrzać trochę samochód. Mam też przewody, poczekam, aż obudzi się Philippe, nasz sąsiad, i wezmę prąd z jego akumulatora.

Próbuję jeszcze raz, ale udaje mi się wykrzesać z silnika tylko zakłopotany kaszelek, jak gdyby zalotne przekomarzanie, już, już zaskakuje i znowu nic.

Czekam w mroku pełne dwie minuty, odwołując się do pogańskich niby-modlitw, wymyślając słowa, którymi przestraszyłbym los, poniżając siebie, błagając i błogosławiąc silnik. Obiecuję mu, że zmienię olej o tysiąc kilometrów wcześniej niż to konieczne, w ogóle zmienię olej na zimowy, a może nawet naprawię skrzynię biegów.

Nie, to przecież nie ma sensu, kosztowałoby mnie to więcej niż wart jest cały samochód. Przez chwilę próbuję odepchnąć od siebie zdradziecką, cudowną, oczywistą prawdę – oddam ten wrak na złom i kupię nowy samochód. Prawdę mówiąc, już rozpatrywałem kilka opcji.

Idź precz, szatanie!

Uspokajam się. Przekręcam kluczyk w stacyjce, jak gdybyśmy mieli czerwiec, a to był nowy wóz. Silnik łapie, zaskakuje, ryczy, zanim jeszcze usłyszałem rozrusznik! W czym tkwi tajemnica? Siedzę w mroku, zachwycony, zmarznięty, nasłuchując, jak cztery cylindry łapią wspólny rytm, ogrzewając się od siebie nawzajem. Zmniejszam obroty i wysiadam, by otworzyć potężne wrota stodoły, zanim zatruję się tlenkiem węgla. Prawdopodobnie uznano by to po prostu za kolejne nieoczekiwane bożonarodzeniowe samobójstwo.

„Nikt niczego nie zauważył, ale w końcu zawsze był taki skryty. Trudno było się do niego zbliżyć, nawet jego żona była powściągliwa. Filozofowie to dziwacy. Wiecie, że on nie był wcale pewien, czy świat w ogóle istnieje? Możecie to sobie wyobrazić?”

Zostawiam samochód z włączonym silnikiem i otwieram drzwi, by uniemożliwić próbę samobójczą. Pędzę przez piwnicę do wciąż jeszcze ciepłego pokoju. Ścielę łóżko, wyłączam transformator, do którego podłączony jest nasz amerykański koc elektryczny, pospiesznie myję zęby i opłukuję się trochę. Cały czas nasłuchuję, czy silnik nie zgasł. Wygarniam wciąż jeszcze ciepły popiół z kominka, układam zbite papierowe kule, trociny, cienkie gałązki, a na to wszystko kładę dwa rozszczepione polana, żeby łatwo było rozpalić ogień, kiedy wrócimy. Nasłuchuję: silnik wciąż pracuje.

Kładę zapałki przy kominku, grzejnik gazowy ustawiam na minimum – butla gazu kosztuje siedemdziesiąt osiem franków i trzeba po nią jechać osiem kilometrów, aż do Chatin. Sprawdzam portfel, książeczkę czekową, papiery wozu. Pakuję klucz francuski, śrubokręt, kombinerki. Biorę jeszcze szufelkę do węgla, na wypadek, gdybym utknął w śniegu. Podsypię pod koła żwir, jeżeli w ciemnościach uda mi się znaleźć go pod śniegiem.

Lepiej już nie zdołam się przygotować. Zostawiam zapaloną lampę nad stołem. Nie chcę wychodzić z domu, jest tu tak przytulnie, wszystko przygotowane do tego, by spędzić długi zimowy dzień przed kominkiem, pociągając zamrożoną wódkę, myśląc, zastanawiając się, spekulując nad moimi zwykłymi pytaniami: Po co to wszystko? Dlaczego jestem tutaj? Jak można poznać coś naprawdę? Co mogłoby uszczęśliwić Lor? Wydaje mi się, że wiem, ale czy rzeczywiście jestem gotowy? Do diaska, tak trudno pogodzić serce i umysł. Czym, u diabła, jest miłość? Jak wiele w niej szacunku, podziwu, a jak wiele namiętności? Jak można połączyć, a może właśnie rozdzielić te trzy elementy? Albo jedno, albo drugie.

W garażu samochód nadal cicho warczy. W środku jest jakby trochę cieplej. Wciskam równocześnie pedał gazu i ssanie. Przed wrotami stodoły jest zamarznięte błocko. Wrzucam wsteczny i wyskakuję na drogę, przednie koła kręcą się jak szalone. Hamuję ślizgiem, zatrzymuję się tuż przed przysypanym śniegiem rządkiem krzaczków jeżyn madame Le Moine, posadzonych na miejscu dawnej stajni.

Wysiadam i od środka zamykam na wielki skobel potężne wrota stodoły. W lewym skrzydle wycięte są drzwiczki jak do hobbiciej norki, przeznaczone dla zwykłych śmiertelników. Wychodzę, zamykam drugi skobel i ostrożnie, aby nie wpaść w błoto, ruszam po świeżym śniegu w stronę samochodu.

Pierwsze dwa kilometry to będzie próba. Nasz dom znajduje się na dnie niecki utworzonej przez trzy strumienie spływające do stawu przy młynie, wydostać się więc stąd można, jedynie jadąc ostro pod górkę. W każdym kierunku czeka mnie co najmniej dwukilometrowy podjazd. Letni jogging wymaga tutaj sporej dawki szaleńczego wprost uporu.

Siedzę w wozie, ogrzewanie działa na tyle, by powstrzymywać osiadanie pary, śnieg i lód powoli topnieją na przedniej szybie. Wychylam się i przecieram boczne lusterko, rzucam okiem na zegarek. Dziesięć po siódmej. Pociąg przyjeżdża za dwie godziny – muszę już ruszać. Wciskam sprzęgło, wrzucam niezsynchronizowaną jedynkę i zaczynam wspinaczkę po wzgórzu w kierunku Vauchot.

Świetnie udaje mi się pokonać pierwszy trudny odcinek, latem właśnie tutaj lubię szaleńczym sprintem kończyć poranny jogging. Ciągle jadę na jedynce, wchodzę w zakręt koło wjazdu na dolne pole monsieur Pinsona. Wóz zarzuca tyłem, jakby tańczył sambę.

Slalomem wspinam się na wzgórze, wiem, że jeśli się zatrzymam, nigdy nie uda mi się wjechać na szczyt. Wreszcie docieram do Vauchot. Zjazd – to dopiero będzie ekscytujące!

Przez Vauchot przejeżdżam jednym wielkim poślizgiem.

 

Teraz czeka mnie długi, kręty zjazd w kierunku Corbeau. Właśnie na tym stoku nasz Mike trenował zmianę biegów przy dużej prędkości, kładąc swoją maszynę pod kątem czterdziestu pięciu stopni do drogi. W porównaniu z podobnymi wyczynami wyprawa przez pustynię wydaje się spokojnym, rozsądnym i zdrowym sposobem na spędzenie świąt Bożego Narodzenia.

Ciągle jadę na jedynce. Wóz wpada dwa razy w poślizg, ale jakoś się trzyma i wjeżdżam na prosty odcinek do Corbeau. Po raz pierwszy wrzucam dwójkę. Kolejne dziesięć kilometrów to zakręty z górki i pod górkę, ale żaden nie jest bardziej niebezpieczny od piątki, którą właśnie udało mi się pokonać. Pojawia się nadzieja, że uda mi się jakoś dotrzeć do Nevers.

Kiedy docieram do skrzyżowania z Route Nationale 978 prowadzącą do Nevers, brzask zaczyna przebijać się szarą poświatą przez sypiący śnieg. Na tej drodze ruch jest o wiele większy, śnieg został już rozjeżdżony na breję i zepchnięty na pobocze, tak że wygląda spod niego ciemna asfaltowa nawierzchnia. Ostrożnie wyjeżdżam na główną drogę, przyśpieszam i wrzucam czwórkę, przeskakując nie istniejącą trójkę, przełączam światła na krótkie, z trudem opuszczam szybę i przecieram boczne lusterko. Wsteczne jest całe zaparowane, pewnie od mojego niepokoju.

Czasami widuję na francuskich samochodach nalepkę z napisem AU VOLANT LA VUE C’EST LA VIE. Nigdy nie jestem pewien, czy ma to znaczyć: „W czasie kradzieży od tego, ile widzisz, zależy twoje życie”, czy raczej: „Kiedy kierujesz (a dokładnie: siedzisz za kierownicą), twoje życie zależy od widoczności”. Powinno to dać jakieś pojęcie o mojej znajomości francuskiego. Napisałem wprawdzie pracę magisterską o koncepcji złudzenia w twórczości Alberta Camusa, ale mój francuski jest w najlepszym razie bardzo słaby.

Zmagam się z bocznym oknem, by podciągnąć je choć do połowy, i wycieram przednią szybę. Wygląda na to, że śnieg pada teraz z mniejszą siłą. W blasku wschodzącego słońca spoglądam na zegarek. Została mi prawie godzina – i czterdzieści cztery kilometry.

Do Nevers dotaczam się za pięć dziewiąta. Średniowieczne budynki wzniesione z kamienia i drewnianych belek pochylają się nad kocimi łbami uliczek. Docieram do stacji kolejowej. Parkuję i sprawdzam czas na dworcowym zegarze. Przyjechałem kwadrans przed czasem, mój zegarek spieszy się o pięć minut.

Wchodzę do dworcowej restauracji, przy barze zamawiam czarną kawę i rogalik. Płacę i siadam przy stoliku. Wokół gwar, francuscy uczniowie w szkolnych krawatach i kurtkach, uginając się pod ciężarem nart i sprzętu narciarskiego, przygotowują się do odjazdu pociągiem, z którego, mam nadzieję, wysiądą Loretta i Ben.

Zapach kawy i pierwszy łyk zmuszają mnie do wyruszenia na poszukiwanie toalety. Znajduję ją: jedna umywalka z lustrem i dwie kabinki dla obu płci. W środku normalna muszla, a nie żadna dziura, nad którą trzeba kucać. Nie widzę włącznika światła, zakładam więc, że to kolejny przykład słynnej francuskiej logique – światło zapala się po zamknięciu drzwi. Rzeczywiście, zamek jest odpowiedniego typu, ale kiedy zamykam drzwi, nic się nie dzieje. Otwieram je więc, by ustalić położenie: muszli, papieru toaletowego (pojedyncze arkusiki), spłuczki (łańcuszek). Biorę w rękę kawałek papieru, raz jeszcze sprawdzam, czy wszystko zapamiętałem, i już chcę zamykać drzwi.

Z drugiej kabinki wychodzi kobieta w futrze i poprawia znakomicie ostrzyżone włosy. Ciekawe, czy w drugiej kabinie działa oświetlenie. Zastanawiam się, czy nie mógłbym do niej wejść, ale z elegancji, czy może skromności, zamykam za sobą drzwi i w ciemnościach sadowię się na sedesie.

Kiedy jest już po wszystkim, po chwili walki w mroku z guzikami i haczykami sięgam do zamka. Mam na sobie długie kalesony naciągnięte na bokserki, na to jeszcze czarne narciarskie spodnie, dwa podkoszulki z długimi rękawami – jeden pikowany, gwarantowana ochrona przeciwko arktycznym mrozom (choć niezbyt skuteczna przeciwko mrozom w Morvan), sweter i kurtkę. W ciemnościach nigdy nie udaje mi się dopiąć zamka błyskawicznego w kurtce.

Wychodzę i z radością stwierdzam, że w toalecie nikogo już nie ma. Zgodnie z moim przestawionym zegarkiem do przyjazdu pociągu zostało jeszcze pięć minut. W jaskrawym świetle jarzeniówki nad umywalką dostrzegam brud z młyna, który na sobie przywiozłem. Próbuję się oczyścić, przynajmniej z grubsza, sfatygowaną chusteczką do nosa. Moje nowe buty firmy L. L. Bean na miękkich gumowych podeszwach uwalane są błockiem z kałuży przed garażem. Drżącymi palcami przeczesuję potarganą grzywę siwych włosów. Nie cierpię chwil, kiedy jestem tak nerwowy, że ręce zaczynają mi drżeć, a ostatnio jakby zdarza się to częściej niż zwykle.

Na dobre zacząłem siwieć w wieku trzydziestu pięciu lat, choć pierwszy biały kosmyk pojawił się już po dwudziestce. Przedwczesna siwizna – wystarczy jeden kosmyk – ma w sobie coś, co sprawia, że ludzie nie ufają osobom wyróżniającym się w ten sposób. Wydaje mi się, że sądzą, iż jest to ślad po jakimś potwornym przeżyciu, które na zawsze uczyniło z nas psychiczne kaleki. Może właśnie dlatego zrobiłem magisterium z filozofii. Po prostu wyglądam na człowieka, który ciągle o wszystko się martwi. I taka jest prawda.

W wieku lat pięćdziesięciu dwóch nie jest to już takie złe, w dodatku wcale nie łysieję. Kiedy mnie pochowają, będę wyglądał jak spłowiały chłopiec. Właściwie tak przecież będzie. Już ponad pięćdziesiąt lat czekam, by stać się mężczyzną. Powinienem chyba pogodzić się z tym, że nigdy do tego nie dojdzie.

Myjąc ręce, przez dziesięć sekund wpatruję się w niepewnie spoglądające, błękitne oczy w sinawej twarzy. Dziwne, w miarę jak się starzeję, powieki opadają mi coraz niżej, tak że teraz wydaje się, iż moje oczy wyglądają na świat z dwóch ustawionych obok siebie namiocików.

Powinienem był ogolić się rano, ale nie starczyło już czasu, chyba nawet o tym nie pomyślałem. Dziwne, ale moja broda jest nadal ciemna, przynajmniej sądząc z porannej szczeciny. Kiedyś nie goliłem się przez kilka dni, aby przekonać się, jak będę wyglądał z brodą. Efekt był taki, jakbym miał głowę przekręconą dołem do góry.

Pociąg ma pięć minut spóźnienia, mam zatem dość czasu na dokonanie ogromnego, przynajmniej dla mnie, odkrycia. Trudno powiedzieć, by było szczególnie oryginalne, ale biorę pod uwagę ograniczoność moich twórczych możliwości. Odkrywam, dlaczego rogaliki robi się właśnie w ten, a nie inny sposób: zawija się cieniutkie warstwy ciasta splecione w półksiężyc. Robi się tak po to, by można było moczyć je w kawie, nie pozostawiając w niej pływających okruszków. Rozkoszuję się więc croissant, letnią kawą i swoim pomysłem, czując się przy tym osobą niezwykle światową, istnym kosmopolitą. Niepokój wywołany podróżą spływa ze mnie jak śnieżna breja z drogi do Nevers.

Kawa na ogół podnosi mi gwałtownie ciśnienie, ale tym razem czuję się wyciszony i spokojny – może dzieje się tak dlatego, że jest już zupełnie zimna, a może to jakaś reakcja chemiczna zachodząca przy połączeniu kawy z rogalikiem. Najpewniej jednak to tylko naturalne odprężenie po szaleńczej, rozpaczliwej wyprawie. Nie wiem, jaki jest tego powód, ogarnia mnie jednak dobrotliwy, prawdziwie bożonarodzeniowy nastrój, żałuję teraz, że nie mam sań z dzwoneczkiem. Tak cudownie byłoby naprawdę zostać Świętym Mikołajem. Może w przyszłym życiu.

Kiedy zatem słyszę zapowiedź, że pociąg z Paryża wjeżdża na stację, i wychodzę na quai, jestem światowym człowiekiem z pierwszych stron jakiejś powieści, który idzie powitać swoich najbliższych. Prawdopodobnie jest to któreś z dzieł Johna O’Hary’ego albo J. P. Marquanda, opowiadające o nie odwzajemnionej miłości. Lepiej o tym nie myśleć, przynajmniej teraz. Nie jestem jeszcze gotów.