Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznychTekst

Autor:Liao Yiwu
Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Handlarz ludźmi

Handel kobietami to działalność przestępcza, która w Chinach ma długą historię. Kiedyś ten zyskowny interes kontrolowały syndykaty przestępcze – tak zwane triady – które mamiły dziewczęta i kobiety ze wsi obietnicami dobrej pracy w dużych miastach, a potem drogo sprzedawały je do burdeli. Po rewolucji komunistycznej 1949 roku rząd wyplenił triady w wielu częściach Chin. Krajowy handel ludźmi w dużej mierze przejęli wówczas wiejscy kmiotkowie, tacy jak Qian Guibao, którego odwiedziłem w areszcie w mieście Chongqing. Nasza rozmowa trwała ponad dwie godziny; jednak nie wolno mi było wnieść do więzienia sprzętu nagrywającego, dlatego musiałem spisać wywiad z pamięci.

Liao Yiwu: Wygląda pan na uczciwego chłopa. Jak to się stało, że zajął się pan takim interesem?

Qian Guibao: Moja historia nie jest wyjątkowa. Byłem rolnikiem w wiosce Dolina Rzeki w okręgu Pinggu, w prowincji Syczuan. Słyszał pan o Pinggu? Tam żyją te słynne pandy. Kiedyś góra koło naszej wioski porośnięta była bujnymi lasami i dawała nam wszystko, czego potrzebowaliśmy do życia. Zbieraliśmy i sprzedawaliśmy drewno, które zostawało po drwalach z tartaku. Można było za nie dostać całkiem niezłe pieniądze. Poza tym w lasach było pełno jedzenia. Ale kiedy zapotrzebowanie na drewno wzrosło, drzewa zaczęły szybko znikać. Ani się obejrzeliśmy, a po lesie nie zostało śladu. Tartak zamknęli, skończyły się resztki drewna na sprzedaż, a na łysej górze nic nie chciało rosnąć. Pewnie nie zna pan moich rodzinnych stron, ale prawda jest taka, że tam nie można wyżyć z uprawy ziemi. Kiedy miałem dwadzieścia osiem lat, już złamałem „politykę jednego dziecka”, bo moja żona urodziła trzy dziewuchy. Nie było mnie stać nawet na to, żeby kupić im majtki.

Wszyscy moi sąsiedzi byli właściwie w tej samej sytuacji. Kiedy mężczyźni pracowali w polu, nosili portki uplecione z suchej trawy. Prawdziwe spodnie zostawiali w domu, żeby oszczędzić je na święta i specjalne okazje. Zimą kobiety i dziewczyny chodziły po domu gołe i przy wszystkich pracach trzymały się jak najbliżej pieca. Nędzne było nasze życie, aż do roku 1992, kiedy w kilku, razem z młodymi sąsiadami z wioski, postanowiliśmy sprzedać na miejscowym targu wyroby skórzane, które wiele rodzin zbierało przez lata. Za te pieniądze kupiliśmy bilety na autobus i wyjechaliśmy ze wsi. Najpierw łapaliśmy się różnych robót budowlanych po wsiach, a potem pojechaliśmy za pracodawcą aż do północno-zachodniej prowincji Gansu. Tam porzuciliśmy ciężką pracę fizyczną. Ja zacząłem chodzić od wioski do wioski, handlując drobiazgami. Dużo się wtedy dowiedziałem o świecie.

Północno-zachodnie Chiny to olbrzymi obszar. Duża jego część to pustynie. Trudno było tam dostać choćby wodę do picia. Miejscowi zbierali śnieg w wielkim dole, a kiedy topniał, zapewniał im wodę na pół roku. W tych wioskach mężczyźni byli porządni i mili. Kochali swoje kobiety, łazili za nimi krok w krok. Ponieważ większość rodzin woli chłopaków niż dziewuchy, w okolicy nie było zbyt wielu kobiet. Młodzi mężczyźni całymi latami ciułali, żeby potem za oszczędności kupić sobie żonę. Było mi ich strasznie szkoda. Na widok kobiety oczy płonęły im pożądaniem, widać było, że marzą tylko o tym, żeby natychmiast się na niej położyć i ją zerżnąć.

Moja wioska w Syczuanie była dość biedna, ale nigdy nie widziałem tak zdesperowanych mężczyzn jak tam. Jak pan wie, syczuańskie kobiety słyną z tego, że są robotne, ładne i miłe dla swoich mężczyzn. W północnych prowincjach kochają kobiety z Syczuanu. Kiedy skojarzyłem te fakty, zobaczyłem okazję do zarobku.

Liao: Jak wyglądała pana pierwsza transakcja?

Qian: Nie udało mi się nikogo sprzedać, więc wydałem swoje dwie córy za chłopaków z wioski w prowincji Gansu. Moi zięciowie są dość bogaci jak na tę okolicę. Dostałem za nie sześćset juanów i osiem owiec. Owce sprzedałem jakiemuś chłopu na stacji po pięćdziesiąt juanów za sztukę. Zarobiłem więc w sumie tysiąc juanów [około stu dwudziestu dolarów]. Nigdy nie czułem się tak bogaty. Roznosiło mnie ze szczęścia. Ale parę dni później dowiedziałem się od córek, że poznały w wiosce kilka innych kobiet z Syczuanu. Tamte kobiety zostały przywiezione przez handlarzy ludźmi. Niech pan zgadnie, ile ci dranie sobie zażyczyli za jedną babę: ponad dwa tysiące juanów. Czyli straciłem na tym interesie. Diabli by to wzięli.

Liao: Posłał pan córki na drugi kraniec kraju i wydał za obcych dla zarobku?

Qian: A co one wiedzą o szczęściu? Są córkami biednego chłopa. Jak tylko ich mężowie mają fiuty, to co mnie więcej obchodzi. Im częściej się babę posuwa, tym ładniej wygląda. Oczywiście na niektóre po tym, jak urodzą dzieci, nie da się już patrzeć.

Liao: Jak pan rozkręcił interes?

Qian: Nie miałem wyjścia, musiałem je mamić ładnymi kłamstwami. Z początku mówiłem, że prowadzę na północy restaurację i potrzebuję kelnerek do pracy. Obiecywałem porządną zapłatę i pokrycie kosztów jedzenia i mieszkania. Ale te kłamstwa nie chwyciły. Wtedy wpadłem na nowy pomysł. Zamówiłem zmyślone wizytówki i wmawiałem kobietom, że szukam pracownic do fabryki tkanin na północy. Mówiłem, że w Gansu wełna jest tania, bo mają tam pełno krów i owiec; to idealna lokalizacja na fabrykę swetrów i dywanów. Wciskałem im najróżniejsze kity i w końcu niektóre dały się nabrać. Z czasem przybyło mi śmiałości. Zbudowałem sieć kontaktów w paru dużych miastach na północnym zachodzie. Moja rola polegała na przewiezieniu „towaru” w wyznaczone miejsce. Później moi ludzie rozwozili „towar” po wioskach.

Wyćwiczyłem się do perfekcji. Język miałem tak obrotny, jakby był naoliwiony. Bez problemu mógłbym namówić boginię z nieba, żeby wyszła za śmiertelnika. Wiele kobiet łykało te bzdury, jakby to było najlepsze jedzenie na świecie. Jeśli wierzyły w takie brednie i dawały się sprzedać, to same są sobie winne.

Liao: Handlował pan ludzkim ciałem.

Qian: Oj, kolego, nieładnie to kolega nazywa. Nie prowadziłem burdelu.

Liao: Zmuszał pan kiedykolwiek niewinne kobiety do prostytucji? Qian: Cnotliwa kobieta nie będzie się prostytuować, choćby się ją nie wiem jak zmuszało. Ale większość kobiet jest jak mężczyźni. Są żądne przygód i łase na łatwą kasę. To prawda, że przez ostatnie pięć lat sprzedałem ponad dwadzieścia kobiet, ale same do mnie przyszły. Nie przystawiałem im pistoletu do głowy. Nie byłem bandytą czy porywaczem. Nie musiałem nawet się wysilać, żeby je oszukiwać. Na północy jest tylu biednych kawalerów. Świadczyłem usługi łączące te gołąbki oddzielone tysiącami mil. Początki takich związków może nie wyglądały zbyt pomyślnie, nie było w nich dużo czułości. Niektóre z tych młodych żon chciały się zabić. Ale po początkowej niechęci czy buncie, większość akceptowała swój los. Z czasem ich życie się poprawiało i układało.

A to, że były krępowane i bite – na wsiach to zupełnie normalne. Dobry mężczyzna to taki, który ma siłę podnieść kij i zbić żonę. Kiedyś nieśliśmy z żoną zboże z pola. Poczułem chcicę i chciałem ją wydymać. Ona na to, że ma okres i że muszę poczekać przynajmniej aż się ściemni. Nie dałem za wygraną i upierałem się, że będę się z nią pieprzył za dnia. Ona na to, że jest zmęczona i nie ma siły ściągnąć majtek. Wtedy się wściekłem. Zanim zdążyłem złapać za kij i ją zmusić, uciekła z domu. Goniłem za nią, aż wskoczyła do stawu, chciała się utopić. Ha! Nie zgadnie pan, jak to się skończyło. Woda sięgała jej tylko do pasa. Nie tonęła, więc zaczęła wyć i krzyczeć.

No ale nic, te dziewczyny, które wywiozłem na północny zachód, miały więcej szczęścia niż moja żona. Jak to mówią, dobre pary to takie, które się kłócą i leją. Ja tylko starałem się dostarczyć to, czego potrzebował rynek.

Liao: Oszukał pan te kobiety i podstępem wywiózł daleko od domu. Zniszczył im pan życie.

Qian: Starałem się też rozwiązać problem, przed jakim stał chiński rząd. W niektórych rejonach na północy jest zbyt wielu kawalerów. Klimat jest za suchy, ludzie klepią biedę. Prędzej czy później zaczną się tam zamieszki. Zawożąc tam kobiety, zrównoważyłem yin i yang. Dzięki temu młodzi mężczyźni rozładują napięcie. Jak pan wie, w miastach za swatanie pobiera się opłaty. Moje usługi polegały na tym samym. Właściwie, jak się odjęło wydatki na pociąg, jedzenie i inne różności, zysk nie był duży. Czasami już po tym, jak zamknąłem negocjacje z moimi kontaktami na północy i wysłałem dziewczynę, kawaler zmieniał zdanie, bo nie było go stać na opłatę. Wtedy musieliśmy sprzedawać towar po niższej cenie.

Liao: Nie przejmował się pan złą karmą?

Qian: Złą karmą? To pierdoły. Jak się czyta dzisiaj gazety, ciągle spotyka się historie o tym, jak kogoś oświeciło i wreszcie zrozumiał, co naprawdę w życiu się liczy, bla bla bla. Tak zwane to, co liczy się naprawdę, to nic innego, jak brak zmartwień o pieniądze. Kiedy ktoś zarabia, nie pracując ciężko, wtedy opowiada te pierdoły o tym, co w życiu się liczy. Na przykład taki piosenkarz, który tylko otworzy gębę, zaśpiewa parę piosenek i kasa płynie jak szalona. Dlatego wszyscy podziwiają gwiazdy pop i modelki. Ja jestem chłopem. Chłopu nikt nie zazdrości tego, jak żyje.

Przyznaję, okłamywałem i oszukiwałem te kobiety. Ale może mi pan pokazać w dzisiejszym świecie człowieka, który nie kłamie, żeby dostać to, czego chce? Uczciwe są tylko zwierzęta, choćby durne świnie.

Liao: Ofiary handlu ludźmi nie znają czegoś takiego, jak tradycyjne wesele. Podobno często dzieje się tak, że rodzice kawalera najmują sąsiadów, żeby związali dziewczynę, kiedy tylko handlarz ją dostarczy, a potem pan młody ją gwałci.

 

Qian: Gwałci? Oni uprawiają ze swoimi żonami seks. Nie można tego nazwać gwałtem. Pan jest miastowy. Może pan sobie poznać dziewczynę w klubie nocnym, na potańcówce, nawet na dworcu. W mieście chłopak i dziewczyna mogą się spotkać na mnóstwo sposobów. Jak ktoś jest nieśmiały, to zawsze może się zapisać do państwowej agencji matrymonialnej albo dać ogłoszenie do gazety. Jak z jedną osobą nie wypali, można poznać następną.

Biedacy na wsi nie mają tyle szczęścia. Co do wesel, to według lokalnej tradycji, jak para wyprawi uroczystość, z bębnami i rogami, i zaprosi wszystkich na ucztę, uważa się ją za małżeństwo. Ludzie na wsi przestrzegają tych tradycji od pokoleń. Nigdy nie stosują tak zwanych „procedur prawnych” Tam prawo po prostu nie obowiązuje.

Liao: Cóż, pana obowiązuje. Dostanie pan wyrok śmierci?

Qian: Współpracowałem z prokuraturą i zmniejszyli mi wymiar kary na dożywocie. Przyjąłem werdykt i przyznałem się do winy. Ale wciąż nie akceptuję oskarżeń – że działałem na szkodę publiczną, czy sprawiłem kłopot rządowi.

Liao: Czy pana współpracownicy nadal prowadzą interes?

Qian: Było nas ponad dziesięciu. Teraz siedmiu siedzi tutaj, w tym więzieniu. Tych, którzy pracowali na północy, wsadzili do miejscowych więzień. Dwaj przywódcy grup zostali straceni. Ja nie zostałem uznany za ważnego, bo tylko organizowałem towar i żadnej kobiety nie ruszyłem. Wytłumaczyłem moim współpracownikom, żeby nie tykali towaru, bo ci z północy są dość konserwatywni. Chcą dostać towar w nietkniętym opakowaniu. Chcą widzieć krew w noc poślubną. Jak się dziewczynę zdefloruje, nie można za nią dostać przyzwoitej ceny.

Liao: Brał pan na cel tylko dziewczyny z najbiedniejszych wiosek? Qian: Przeważnie tak, ale raz udało mi się ubić interes z dziewczynami po studiach. Jedna z nich pracowała nad doktoratem na uniwersytecie.

Liao: Udało się panu, z taką gębą?

Qian: A udało się, żeby pan wiedział. Działałem bardzo sprytnie. Takim intelektualistkom nie można wciskać takich kłamstw, jakich się używa, kiedy szuka się pracownic do małych firm czy fabryk. Zaraz by się poznały, że to kłamstwo. Zrzuciłem wszystkie maski. Powiedziałem im, że jestem chłopem z dość bogatej okolicy, w której jest pełno drzew owocowych i gęstych lasów, takiego nieuprawianego Shangri-La. Jak chodzi o gadki o bogactwie natury czy płodnej ziemi, to jestem specjalistą. Studentki bardzo szybko się do mnie przekonały. Wtedy udałem, że proszę je o radę, jak prowadzić interesy. Powiedziałem, że w mojej wiosce potrzebują wykształconych ludzi, którzy by pomogli wykorzystać bogactwa natury. Jedną z tych doktorantek zaprosiłem do mojej wioski, żeby mogła potem rekrutować innych studentów do pomagania mojej wsi. Powiedziałem jej, że będziemy zatrudniać studentów i dobrze im płacić. Łyknęła to bez problemu. Mam wyjątkowo obrotny język. Niestety, jak się już taką wykształconą kobietę złapie, można mieć problem. Jedną zamknęliśmy w piwnicy na ponad tydzień, a i tak nie chciała spełnić naszych żądań.

Liao: Gdybym to ja był sędzią, najpierw w ramach kary kazałbym panu obciąć język. Zasłużył pan na to.

Kierownik szaletu publicznego

Zhou Minggui zajmuje się ludzkimi odchodami prawie przez całe życie. Najpierw pracował na posadzie państwowej jako czyściciel szaletów publicznych, a teraz jest samodzielnym kierownikiem – ma umowę z władzami miasta Chengdu na zarządzanie dużą toaletą publiczną w północno-zachodniej części miasta. „To poważny interes”, mówi Zhou. Ma około siedemdziesiątki, lecz sprawia wrażenie dość energicznego.

Znam Zhou już od jakiegoś czasu. Jego szalet niemal sąsiaduje z herbaciarnią mojej matki. Ale znaliśmy się tylko z widzenia, kiwaliśmy sobie głowami na powitanie. Pewnego dnia w zeszłym roku późnym wieczorem zebrałem się na odwagę, zwalczyłem obawy o utratę statusu intelektualisty i nawiązałem z nim rozmowę.

Zhou Minggui: Wchodzi pan i korzysta z toalety czy nie? Jest już po północy. Zgodnie z naszym regulaminem muszę policzyć więcej. Jak inaczej bym się wyrobił z podatkiem na rzecz Miejskiego Wydziału Środowiska i Higieny? Ale ponieważ jest pan stałym klientem, wezmę zwykłą, dzienną stawkę.

Liao Yiwu: Dziadku Zhou, nie przyszedłem skorzystać z toalety. Chcę was zaprosić na herbatę.

Zhou: Nie ma potrzeby. Ja tylko pilnuję toalet.

Liao: Chodźmy do herbaciarni.

Zhou: Jest pan niezwykle miły. Herbaciarnia matki jest jeszcze otwarta? Powiem panu, im więcej jej klienci piją, tym lepiej dla mnie. Kiedy mają pełne pęcherze, przychodzą tutaj. To się nazywa „wzajemna korzyść”.

Liao: Na świecie są ludzie bogaci i biedni, arystokraci i zwykli chłopi. Ale jeśli chodzi o zew natury, wszyscy są równi. Nawet cesarz musi robić kupę.

Zhou: Nigdy nie widziałem, żeby członkowie rodziny cesarskiej robili kupę. Ale przecież i tak nie przyszliby tego robić w szalecie publicznym. Pan jest pisarzem, prawda? Lubi pan zbierać materiały do artykułów. Wie pan, że nie tak dawno o mało nie dokonano tu morderstwa? Jakieś dwa dni temu facet gonił kobietę, a ona wbiegła tu, do szaletu. Chciałem zatrzymać tego faceta w drzwiach, ale mi się nie udało. Klientki się wystraszyły i zaczęły krzyczeć. Kazałem synowi zrobić porządek, ale ten mężczyzna wyjął z kieszeni nóż. Nikt nie śmiał się ruszyć. Facet chwycił dziewczynę za szyję i chciał jej pociąć twarz. Ona rzuciła się na kolana i błagała go o litość.

Nie wiem, czy pan wie, ale w szaletach publicznych firmy produkujące nawozy często umieszczają koło pisuarów worki na mocz. Chwyciłem taki worek i wylałem jego zawartość na tego faceta. To go powstrzymało. Był cały mokry. Później ktoś wezwał policję, przyjechali i zabrali i mężczyznę, i kobietę. Niech pan zgadnie, co się stało na drugi dzień. Zobaczyłem tych dwoje na ulicy, tulili się i całowali jak kochankowie. Chciałem ich ominąć, ale oni do mnie podeszli. On pokazał palcami na mój nos i powiedział: „Ty skurwysynu, jak śmiałeś mnie zlać tymi szczynami?”

Nie odpowiedziałem. A on dalej mnie wyzywał: „Ty gnoju, po cholerę się wtrącałeś w nie swój interes? Patrz, co narobiłeś. Cały śmierdzę szczyną”.

Kiedy to usłyszałem, nerwy mi puściły. Powiedziałem: „Jakbym pana nie oblał moczem, to by pan kogoś zabił!”.

I wtedy – nie wierzyłem własnym uszom – zaczęła go bronić ta jego dziewczyna: „Nawet jakby mnie zabił, to co cię to obchodzi. To nie był twój interes. Jesteś śmierdzącym dziadkiem klozetowym. Chodzimy ze sobą prawie trzy lata. Usiłował mnie zabić ponad dziesięć razy, no i co? Jakoś przeżyłam. Po co wzywałeś policję? Wsadzili nas do aresztu i rodziny musiały zapłacić za nas kaucję. A kiedy wyszliśmy, wszyscy zatykali sobie nosy.

Sąsiedzi się z nas śmiali. Przyszliśmy po zadośćuczynienie za doznane krzywdy. Dzisiaj wszyscy w Chinach mówią o tym, że ma być praworządność. Podamy cię do sądu”.

Mój syn się wkurzył, złapał miedzianą chochlę i był gotów się bić. Starałem się go powstrzymać, ale ta suka wyskoczyła na ulicę i wydarła się wniebogłosy. Rozpętało się piekło. Zgromadził się spory tłum. Do szału doprowadziło mnie to, że w obecności tłumu ten człowiek pokazał na mojego syna i zapytał: „Czy tą chochlą mieszałeś właśnie gówno w latrynie? Urodziłeś się na czyściciela kibli. Nawet jako broni używasz chochli do gówna”. Co za obraza! To nie była chochla do gówna, tylko do gotowania. Mój syn rzucił nią w niego. Gapie myśleli, że jest brudna od gówna, i uciekali, co sił w nogach.

Powiem panu, w naszym mieście nigdy nie brakowało takich łajdaków. Nie mają pracy, włóczą się po ulicach i szukają guza. Ta kanalia, o której panu mówiłem, co jakiś czas zjawia się w moim szalecie. Zawsze mnie podpuszcza: „Nie jesteś zbyt bogaty i ciułasz tutaj drobne, dlatego nie będę się od ciebie domagał zadośćuczynienia finansowego. W zamian za to pozwól mi i mojej dziewczynie korzystać z szaletu za darmo przez rok”.

Liao: Rzeczywiście, denerwujący typ.

Zhou: Tak, ale już minęła mi złość. Dostałem nauczkę. W przyszłości nawet jak ktoś wpadnie do latryny, to go nie wyciągnę. Kiedy pracowałem jako czyściciel latryn, wychodziłem ze skóry, żeby tylko ludziom pomóc. Niektórzy się ze mnie śmiali i nazywali Gównianym Samarytaninem. Zanim dostałem pozwolenie na prowadzenie tego szaletu, przez pół miesiąca walczyłem z różnymi biurokratycznymi kruczkami. Od teraz będę tylko doglądał toalet i pobierał opłaty.

Gdybym się urodził dziesięć lat później, nawet do głowy by mi nie przyszło, żeby zarabiać na szaletach publicznych. Kiedy byłem młody, nie trzeba było płacić za to, żeby iść za naturalną potrzebą. Wszystkie szalety publiczne nadzorował miejski Wydział do spraw Środowiska i Higieny. Później każdy szalet przydzielono najbliższemu komitetowi ulicznemu. Komitet uliczny z kolei prosił mieszkańców, żeby sami dbali o szalety. No i w końcu nikt nie czuł się odpowiedzialny za ich utrzymanie i były brudne.

Kiedy padał deszcz, ulice tonęły w ludzkich odchodach, nawet samochody nie mogły przejechać. Kiedy wychodziło słońce, odchody wysychały, a od smrodu aż łzawiły oczy. W naszym mieście jest jeszcze kilka takich darmowych szaletów, w starych dzielnicach mieszkalnych. Ale większość szaletów przeszła remont. To dobry biznes.

Jak pan wie, domy zbudowane wcześniej niż w latach siedemdziesiątych nie miały kanalizacji. Ludzie musieli korzystać z szaletów publicznych. Niektórzy mieli do takich szaletów kawał drogi. W nocy rodziny używały nocników. Kiedyś nocniki pomalowane na czerwono były popularnym elementem posagów młodych panien czy prezentem ślubnym. Porządny nocnik mógł służyć ponad dziesięć lat. Kiedyś rodziny co rano wypróżniały nocniki w szaletach publicznych albo czekały na wóz zbierający odchody. Te wozy jeździły punktualniej niż autobusy publiczne. W oczekiwaniu na taki wóz ludzie rozmawiali i dowiadywali się, co u każdego słychać. Dość harmonijnie się to układało.

Liao: Słyszę w pana głosie nostalgię.

Zhou: Zgadza się. Kiedyś byłem kierowcą takiego wozu. Nikt nie patrzył na mnie z góry dlatego, że zajmuję się gównem. Moi klienci zwracali się do mnie panie Zhou. W tamtych czasach chłopi nie mieli dostępu do nawozów, więc ludzkie odchody były dość cenne. Niektórzy nawet kradli gówno z latryn. Czasami byli łapani na gorącym uczynku i komitety uliczne zajmowały ich wozy. Wtedy ludzie nie mieli wyczucia pieniądza. Nie było czegoś takiego jak mandat. Od złodziei gówna żądano tylko dogłębnej i szczerej samokrytyki. W latach sześćdziesiątych, podczas rewolucji kulturalnej, kapitalistów obwiniało się o to, że zatruli tym złodziejom umysły i kazali kraść. Karą za kradzież ludzkich odchodów była recytacja Czerwonej Książeczki Przewodniczącego Mao.

Liao: Czy to nie była lekka przesada? W końcu kradzież gówna to nie było poważne przestępstwo, prawda?

Zhou: Chiny to kraj socjalistyczny. Teoretycznie wszystko jest własnością rządu. Kiedyś odchody, które zbieraliśmy co rano, trafiały do gospodarstwa kolektywnego zwanego Świetlistą Czerwoną Komuną, słynnego w naszym rejonie, bo w 1957 roku odwiedził je Przewodniczący Mao. Wszyscy tam byli z tego bardzo dumni i do dziś mają w widocznym miejscu tabliczkę, którą dostali od Mao. Ponieważ Świetlista Czerwona Komuna miała powiązania z Mao i była stawiana chłopom w całym kraju za wzór do naśladowania, wysyłaliśmy im tylko odchody najlepszej jakości, żeby co roku mieli zapewnione rekordowe zbiory. Zawsze, kiedy przyjeżdżaliśmy z dostawą, waliliśmy w bębny i gongi i przystrajaliśmy wozy czerwonymi kwiatami. A chłopi, widząc nasze wozy, urządzali wielkie ceremonie powitalne. Wielu uczniów i studentów zgłaszało się na ochotnika do pomocy przy tej misji.

Liao: Robiłem coś podobnego, kiedy byłem mały. W weekendy zbieraliśmy z ulicy końskie odchody i zawoziliśmy do komun. Wszyscy stosowali się do zaleceń Mao, żeby wspierać rolnictwo.

Zhou: W naszym zawodzie wzorem był Shi Chuanxiang, wybrany jako poseł do Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych. Poznał osobiście Przewodniczącego Mao i miał z nim zdjęcie. Wszyscy się cieszyli, że Mao obdarzył czyściciela szaletu publicznego tak wysokim zaszczytem. Wszyscy staraliśmy się go naśladować. Oczywiście, wtedy nie było muszli klozetowych takich jak dziś. Konstrukcja szaletu była bardzo prosta: nad wykopanym w ziemi dołem leżała drewniana deska z wieloma otworami. Ludzie kucali i załatwiali się do tych otworów. Co rano podłączona do wozu rura opróżniała dół. Pewnego dnia rura się zatkała. Kiedy poszedłem zobaczyć dlaczego, okazało się, że utknął w niej płód.

 

Liao: To straszne. Dlaczego ta kobieta nie poszła do kliniki aborcyjnej?

Zhou: Młody człowieku, mówimy o latach siedemdziesiątych. Od ostatniej dekady ludzie mają bardziej swobodne podejście do seksu przedmałżeńskiego. A wtedy bez aktu małżeństwa kobieta nigdy by się nie odważyła pójść do szpitala na aborcję. Seks przedmałżeński uważany był za coś skrajnie wstydliwego. Gdyby jej zakład pracy się o tym dowiedział, oznaczałoby to koniec jej kariery. Byłaby naznaczona na resztę życia. Dlatego wiele dziewcząt załatwiało sobie po kryjomu odpowiednie leki i szalety publiczne pełniły funkcję klinik aborcyjnych, miejsca, gdzie można było się pozbyć martwego płodu. Niektóre dziewczęta brały złe leki i umierały. W Chinach życie jest tanie.

Liao: O ile wiem, podczas rewolucji kulturalnej do czyszczenia szaletów publicznych zmuszani byli profesorowie.

Zhou: Wielu profesorów i uczonych zostało napiętnowanych jako kontrrewolucjoniści i tak, skierowano ich do czyszczenia szaletów. Tacy ludzie jak ja, którzy z tego żyli, nagle znaleźli się bez zajęcia. Ja chciałem pracować, ale czerwonogwardziści mi na to nie pozwalali. Nadal dostawałem pieniądze, ale całymi dniami siedziałem w domu, spałem do późna i obijałem się z kąta w kąt. Ponieważ byłem przyzwyczajony do codziennej ciężkiej pracy, strasznie się nudziłem. Czasami rano i wieczorem przemykałem do szaletu i szkoliłem profesorów w kwestiach technicznych.

Zważywszy na to, że w starożytności cesarze chińscy mordowali intelektualistów dysydentów, uważam, że Przewodniczący Mao i Partia Komunistyczna byli dla profesorów dość łaskawi. Mao podkreślał wagę wdrożenia reformy umysłów i reedukacji uczonych. Kazał intelektualistom zająć się pracą fizyczną, jednocześnie też zachęcał klasę robotniczą do czytania książek. Dla nas, robotników, czytanie książek było łatwe. Zapisywaliśmy się na lekcje czytania, chodziliśmy na kursy historii i polityki. Nam się to podobało. Ale profesorowie, których zmuszono do czyszczenia szaletów, uważali to za ogromną stratę statusu. Na pozór byli posłuszni jak psy. Ale wielu nie potrafiło tego znieść i wieszało się w kabinach na własnych paskach.

Za każdym razem, kiedy jakiś profesor zmarł przy czyszczeniu szaletu, ludzie uważali to za tragedię. A ja się urodziłem, żeby czyścić szalety. To, że ja miałem smutne życie, nikogo nie obchodzi. Myślę, że Konfucjusz miał rację, kiedy mówił: „Wszelkie zatrudnienie jest poniżające. Tylko nauka z książek wywyższa”.

Liao: Pana opowieść budzi we mnie wiele wspomnień z dzieciństwa. Pamiętam te duże, przestronne szalety publiczne. Bawiliśmy się w nich w chowanego. Czasami, kiedy zapomnieliśmy przynieść ze sobą papier toaletowy, wycieraliśmy tyłki o ścianę. Zawsze dostawałem za to burę. Ale muszę powiedzieć, że szalet publiczny był moją drugą szkołą.

Zhou: Słucham? Nazywa pan szalet publiczny szkołą?

Liao: Przez dziurę w ścianie szaletu po raz pierwszy zobaczyłem intymne części ciała kobiety. To było szokujące i podniecające. Z rysunku na ścianie dowiedziałem się o stosunku seksualnym. Nie było na nim widać wyraźnie ciał. Był tylko profil złączonych ze sobą męskich i żeńskich narządów płciowych. Miałem zaledwie osiem lat. W szkole uczyliśmy się tylko z Czerwonej Książeczki Przewodniczącego Mao o rewolucjach komunistycznych. Nigdy bym nie przypuścił, że w Chinach komunistycznych są ludzie, których stać na rysowanie takich nieprzyzwoitych rysunków. Oburzyłem się, wyjąłem ołówek i napisałem obok tego rysunku: „To dwoje kontrrewolucjonistów, którzy robią brzydkie rzeczy”. Zhou: Był pan jednym z tych dzieci, które bazgrzą po ścianach? To nieładny nawyk. Zupełnie tego nie rozumiem.

Liao: Kiedy chodziłem do szkoły średniej, nie cierpiałem dziewczyny, która nazywała się Wang Xiaohong, bo była straszną plotkarą. Napisałem więc na ścianie szaletu: „Wang Xiaohong to dziwka. Sypia ze złymi kapitalistami”.

Zhou: Wie pan, dużo czasu zajmuje mi mycie zabazgranych ścian. To trudniejsza praca niż zamiatanie podłogi, czy nawet opróżnianie szamba. A kiedy wreszcie udaje mi się doczyścić ścianę, wystarczy, że odwrócę się na chwilę, a już pojawiają się nowe napisy. Ludzie od starożytności piszą i rysują w toaletach. Jedynym wyjątkiem były czasy rewolucji kulturalnej. Czerwona Gwardia zamalowała wszystkie powierzchnie sloganami komunistycznymi i nie zostawiła miejsca dla amatorów graffiti. Na ścianach szaletu pojawiły się takie hasła, jak „Kapitaliści są gówno warci” czy „Kontrrewolucjoniści to gówniarze”.

Ja jestem na wpół analfabetą, więc nie rozumiem wszystkiego, co ludzie wypisują. Zresztą najczęściej na sam widok bazgrołów wpadam w taką złość, że nie chce mi się nawet ich czytać. Trafiają się wierszyki, nieprzyzwoite rysunki, wulgarne słowa, slogany polityczne, a nawet akapity przepisane z artykułów w gazetach.

Liao: Te wierszyki na ścianach były znacznie ciekawsze od tych, których uczyliśmy się w szkole. Doskonale pamiętam jeden, Pieśń miłosną z kibla. Idzie tak: „Ty jesteś ptakiem, który lata pod niebem, a ja karaluchem, co w gównie się grzebie. Ty w chmurach wysoko zakreślasz koła, a ja tu z szamba do ciebie wołam”.

Zhou: Jest pan wykształconym człowiekiem. Dlaczego uczy się pan na pamięć takich wulgarnych wierszyków?

Liao: Przykro mi, że pana zawstydziłem. Ale niech pan tylko pomyśli: w Chinach żyje ponad miliard ludzi. Tylko garstka może publikować swoje myśli w gazetach i czasopismach, a żeby to osiągnąć, teksty muszą przejść przez sito recenzji i przez różne szczeble cenzury. Kiedy artykuł wreszcie znajdzie się na łamach prasy, nie przypomina już tego, co się pierwotnie napisało. Wiele osób nigdy nie będzie miało możliwości wypowiedzieć się publicznie. Dlatego szalety publiczne stały się platformą wolności słowa. Zhou: No dobrze, przyznam, że wczoraj czytałem śmieszny wierszyk. O Mao. Łatwo go zapamiętałem. Szedł tak: „Przewodniczący Mao, Przewodniczący Mao, jak wstaniesz z grobu, zobaczysz złodziei i nierobów. Przewodniczący Mao, jak spojrzysz w prawo, dziwki i ćpuny będą bić brawo. Przewodniczący Mao, jak spojrzysz w lewo, lewych towarów pełno jak drzew. Przewodniczący Mao, jak za siebie się obejrzysz, tam robotnicy bez pracy nie mają na ryż. Przewodniczący Mao, jak się skłonisz, dojrzysz, ilu zdradza żony. Przewodniczący Mao, Przewodniczący Mao, zamknij oczy, co z oczu, to i z serca. Ludzie chcą z powrotem swoją żelazną miseczkę ryżu”.

Liao: Nie ma wątpliwości, że wierszyk oddaje dzisiejsze nastroje. Chciałem jeszcze zapytać, czy to opłacalny interes, dziadku? Zhou: Ledwo. Ale z drugiej strony, tylu ludzi u nas w ogóle nie ma pracy. Mam szczęście, że mam co robić. Mój miesięczny zysk to jakieś dwieście, trzysta juanów. Jestem z tego dość zadowolony. A dla takiego starego człowieka jak ja, zarządzanie szaletem to łatwa praca. Życie jest ciężkie i męczące. Wszystkie nerwy mam mocno napięte. Któregoś dnia jeden pęknie i wtedy umrę.