Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznychTekst

Autor:Liao Yiwu
Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa
Prowadzący umarłych

Zawodowy żałobnik

Li Changgenga poznałem w drodze na malowniczą górę Baoyuan w okręgu Jiangyou, w położonej na południowym zachodzie Chin prowincji Syczuan. Li, zawodowy żałobnik, ma blisko siedemdziesiąt lat. Urodził się w prowincji Henan w środkowych Chinach i mimo że w rodzinnych stronach nie był od lat, nadal mówi z tamtejszym nosowym akcentem. O pół głowy wyższy od przeciętnego Syczuańczyka, Li wyglądał zdrowo i czerstwo. Przypisywał to wieloletniej grze na tradycyjnym instrumencie dętym, suona – długim, zakończonym jak trąbka chińskim oboju – który, jak powiedział, wymaga nie lada siły fizycznej. Gra na suona i zawodzenie służą tworzeniu nastroju żałoby na tradycyjnych pogrzebach.

Liao Yiwu: Jak pan to robi, że potrafi opłakiwać obcych ludzi?

Li Changgeng: Zacząłem pracować jako żałobnik w wieku dwunastu lat. Mój nauczyciel kazał mi ćwiczyć podstawowe melodie na suona, uczyć się zawodzić i śpiewać. Kto solidnie opanuje podstawy, może swobodnie improwizować i uzyskać wstrząsający efekt. Nasze zawodzenie brzmi bardziej autentycznie od zawodzenia dzieci i krewnych zmarłego.

Zwykle ludzie, którzy stracili członka rodziny, płaczą, a na widok ciała zmarłego zaczynają jęczeć i zawodzić. Ale ich zawodzenie nie trwa długo. Prędko ogarnia ich smutek, a kiedy dociera do samego serca, doznają szoku albo mdleją. Z kolei my, jak tylko wprawimy się w odpowiedni nastrój, potrafimy panować nad emocjami i improwizować z pełną swobodą. Możemy zawodzić tak długo, jak się tego od nas oczekuje. Jeżeli pogrzeb jest wystawny i dobrze płacą, sporo improwizujemy, żeby organizator był zadowolony.

Kiedy miałem szesnaście lat, opuściłem dom rodzinny i skierowałem się na południowy zachód, do Syczuanu. Syczuan był bogatszy od Henanu i ludzie chętnie wykładali duże pieniądze na wesela i pogrzeby. Niedługo po tym, jak tu przyjechałem, stałem się dość sławny. Mój zawód przypomina zawód aktora w teatrze czy w filmie. Jak się już zacznie, człowiek stopniowo wczuwa się w rolę. W filmie aktor trzyma się scenariusza. My, żałobnicy, trzymamy się melodii.

Te melodie – Żegnanie ducha, Pogoń za duchem, Requiem, Przyzywanie ducha, Słowa pożegnania od rodziny, Najgłębszy żal, Zamykanie trumny, Wejście do nieba, Pochówek, Ostatnie spojrzenie, Przeszywający ból i Och, tak niezmiernie mi smutno – są znane od setek lat, przechodziły z pokolenia na pokolenie. Istnieją dokładne wskazówki, w którym miejscu należy zaśpiewać wysoko, a w którym zejść niżej; kiedy zachrypieć albo zapiszczeć; kiedy zawodzić z efektem wyschniętego gardła i kiedy płakać; kiedy wstrząsać całym ciałem jakby w ogromnym bólu i kiedy brzmieć tak, jakby traciło się głos. To wszystko musi być bardzo precyzyjne.

Liao: Jak długo potrafi pan zawodzić? Jaki jest pana rekord?

Li: Dwa dni i dwie noce. Zazwyczaj kiedy suona wygrywa początek melodii otwierającej uroczystość, my, członkowie zespołu, rzucamy to, co akurat robimy i wkładamy białe płócienne stroje. Potem równocześnie kłaniamy się trzy razy portretowi zmarłego i dziewięć razy dotykamy czołem ziemi. Potem zaczynamy dwie rundy płaczów, szlochów i zawodzenia. Z pozoru może to się wydawać chaotyczne, ale gdyby ktoś poobserwował nas z zewnątrz przez jakąś godzinę, zauważyłby, że ten chaos jest dobrze zaplanowany. Na przykład, kiedy ja szlocham, ktoś inny zawodzi. To tak, jakby pan zrobił sobie przerwę w pracy, a ja bym wtedy przejął robotę. Głos to nasz majątek i wiemy, jak go chronić. Nie zaszkodzi mu nawet głośne, przeszywające zawodzenie, co rozdziera serce.

Ludzkie uczucia szczęścia czy gniewu mogą być zakaźne jak choroby i szybko się rozprzestrzeniać. Oczywiście, rozumiemy, że członkowie rodziny zmarłego są aktorami pierwszoplanowymi. Ale kiedy przygniata ich żal, ich ciała często słabną. Bywa tak, że wszyscy aktorzy pierwszoplanowi dość prędko schodzą ze sceny. Wtedy wchodzimy my, obsada drugoplanowa, wypoczęta i przygotowana do przejęcia roli. Szczerze mówiąc, tylko płatni żałobnicy potrafią wytrzymać do końca uroczystości.

Płatny żałobnik jest zarazem uczestnikiem i obserwatorem. Czasami zerkam na krewnych zmarłego: niektórzy naprawdę szaleją z bólu, rzucają się na trumnę, jakby nie chcieli dać zmarłemu odejść. Inni tylko udają. Tutaj odgrywamy podwójną rolę: płaczemy i zawodzimy, jakby serce nam się krajało, a jednocześnie służymy jako ochroniarze, których zadaniem jest powstrzymanie krewnych od rzucenia się na trumnę. Kiedy już wszyscy krewni przejdą obok trumny i pożegnają się ze zmarłym, nasze zadanie polega na kontynuowaniu ich zachowań. Zgodnie z wymogami tradycji przed zamknięciem trumny pięciu czy sześciu z nas trzykrotnie usiłuje się na nią rzucić, chcąc dotknąć zmarłego, a pozostali trzymają nas za koszule i nie pozwalają nam tknąć trumny. Dopiero kiedy wieko jest zamknięte i zabite gwoździami, możemy po kryjomu westchnąć z ulgą.

Kiedyś traktowaliśmy każdy pogrzeb jak konkurs. Dzieliliśmy się na solistów i na chórki i kiedy było po wszystkim, zbieraliśmy się i krytykowaliśmy nawzajem. Żeby pracować jako żałobnik, nie wystarczy dysponować donośnym głosem. Trzeba wiedzieć, jak wykonać daną pieśń. Na przykład śpiewna recytacja wiersza wymaga dobrej koordynacji urzekających wstępów, gładkich przejść, wysokich crescendo i dobitnych zakończeń. Podczas wykonania trzeba nad sobą panować, a czasami umieć stracić kontrolę. Twarz, ręce, ramiona, każda część ciała, każdy ruch są ważne. Opłakując zmarłego, śpiewamy takie wersy, jak „Pracowałeś ciężko przez całe życie” czy „Jak mogłeś nas opuścić, kiedy właśnie zaczęły się dla nas dobre czasy?” i tym podobne. To są nasze libretta. Kiedyś omawialiśmy wykonanie każdego wersu, tak żeby każdy z nas mógł w przyszłości wypaść lepiej.

Zawodzenie jest trudniejsze niż gra na suona czy śpiewanie arii operowej. To aktorstwo, ale tak subtelne, że ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że żałobnik gra. Kiedyś właśnie dzięki temu mieliśmy z czego żyć. Złożenie ciała w trumnie, zamknięcie trumny, pochówek – za każdym razem, kiedy krewni stawali ze zmarłym twarzą w twarz, następował szczyt naszych wybuchów emocji, a dochód osiągany z każdego występu zależał od tego, jak nam się udały lamenty.

Liao: Człowiek wykonujący pana zawód chyba zawsze będzie miał zajęcie.

Li: Ja kiedyś też tak myślałem. W latach czterdziestych komuniści i nacjonaliści rozpętali wojnę domową. Uchodźcy zalewali moje miasto rodzinne niczym fale. Oni uciekali przed niebezpieczeństwem, a my przeciwnie, kierowaliśmy się tam, gdzie było wiele ofiar. Podobnie jak muzycy w latach dziewięćdziesiątych, w tamtych czasach artyści zbierali się w trupy czy zespoły. Mój ojciec był szefem takiego zespołu. Kiedyś, w Henanie, był śpiewakiem, śpiewał pieśni ludowe i operowe. Mój nauczyciel był członkiem innego zespołu. Kiedy w środkowej części Chin toczyły się wojny, ludzie żyli w zupełnej nędzy i wszędzie roiło się od rabusiów i dezerterów z armii. Nikt nie miał głowy do opery. W odruchu rozpaczy mój nauczyciel, który chciał przeżyć, zaproponował, żebyśmy połączyli nasz zespół z zespołem ojca. Kierował się założeniem, że ci, którzy żyją, mogą obyć się bez koncertów i opery, ale muszą wyprawiać pogrzeby zmarłym. Mój ojciec nie umiał grać na suona, ale miał dobry, donośny głos, tenor. Kiedy krzyknął, słychać go było na wiele mil. A ponieważ kiedyś śpiewał w operze, co to było dla niego nauczyć się raptem kilkunastu pieśni żałobnych.

Ale na początku nie było nam w Syczuanie łatwo. Ludzie najmowali na pogrzeby miejscowe zespoły. Co bogatsi wynajmowali na pożegnanie ducha zmarłego i lokalną trupę operową, i grupę mnichów śpiewających pieśni religijne. W Chengdu zupełnie nie mogliśmy się przebić. Daliśmy za wygraną i przenieśliśmy się w okolice Mianyang. Tam też nie udało się nam dostać żadnej pracy. Tak samo było, kiedy przybyliśmy do okręgu Jiangyou. Postanowiliśmy osiedlić się tymczasowo w biednej wiosce, jakieś dziesięć kilometrów od miasteczka. Chwytaliśmy się różnych zajęć, żeby zarobić na trzy posiłki dziennie i jakoś przeżyć.

W 1948 roku ten region nawiedziła epidemia. Wszędzie przy drodze leżały zwłoki. Nasz zespół epidemia oszczędziła. Jak pan wie, choroba nie ogląda się na to, czy ktoś jest bogaty, czy biedny, wszystkich kosi równo. Miejscowe zespoły pogrzebowe były w większości dość małe, takie rodzinne interesy. Kilka osób przynosiło na pogrzeb suona i odprawiało prostą ceremonię. Nie miały szans konkurować z takim dużym zespołem jak nasz. Poza tym my, przybysze z północy, byliśmy potężniejsi, wyżsi i silniejsi. Wkrótce nasz zespół praktycznie zmonopolizował miejscowe wesela i pogrzeby. Kiedy graliśmy na suona, wykazywaliśmy się większą wytrzymałością niż te miejscowe cherlaki.

Ale każdy region był kontrolowany przez oddział chińskiej mafii, triady. Jeśli weszło mu się w paradę i zagarnęło część jego interesów, można było skończyć z nożem w brzuchu. Kto w takiej sytuacji miałby czelność z nimi konkurować? Nas nie było stać nawet na płacenie haraczu. Kiedy lokalni mistrzowie gry na suona i zawodowi żałobnicy stracili przez nas swoje porcje ryżu, skrzyknęli się i zwrócili o pomoc do szefa miejscowej triady. Nazywali go Piątka Czerwona Flaga, prowadził herbaciarnię w miasteczku Qianlian. Przekazał nam wiadomość: albo się wyniesiemy z jego terytorium, albo każe połamać nam nogi i nas wyrzucić.

Na szczęście byliśmy już w okolicy dość znani. Jeden z miejscowych rolników był buddystą, podobnie jak cała jego rodzina. Mówili na niego Mediator Zhang. Poszedł błagać o litość dla nas i dał przywódcy triady dwadzieścia srebrnych dolarów. Taką małą łapówkę. Na to Piątka Czerwona Flaga spuścił z tonu. Zaproponował konkurs. Mój ojciec zapytał: „Ale jak możemy stanąć do konkursu, skoro nie ma nieboszczyków i pogrzebów?”. Na to padła odpowiedź: „To akurat nie jest problem”.

 

Na drugi dzień rano, kiedy wstaliśmy i otworzyliśmy drzwi, potknęliśmy się o ciało żebraka, które leżało tuż za naszym progiem. Potraktowaliśmy więc tego żebraka, jakby był wielką szychą i przygotowaliśmy uroczystą ceremonię. Kupiliśmy trumnę, zabalsamowaliśmy zwłoki i ubraliśmy w eleganckie ubranie. Potem zanieśliśmy otwartą trumnę na rynek. Obie strony sporu zaczęły budować sceny, według uzgodnionych wcześniej warunków. Miejscowi mistrzowie gry na suona, zawodowi żałobnicy i ich krewni uzbierali dużą sumę i słono zapłacili za występ znanym muzykom. Byli gotowi nas pokonać, walcząc do upadłego.

Kiedy minęło pół dnia, obie sceny były gotowe. Stały naprzeciwko siebie i miały prawie po pięćdziesiąt stóp wysokości. Między nimi stała otwarta trumna. Konkurs ściągnął ciekawskich z wiosek odległych nawet o sto kilometrów. Pierwszy raz, odkąd Bóg stworzył świat, mistrzowie gry na suona i zawodowi żałobnicy mieli walczyć o terytorium.

Konkurs rozpoczął się od gry na suona. Obie strony zagrały tę samą melodię, Najgłębszy żal. W odległości kilku stóp od sceny siedzieli sędziowie i widownia. W pierwszym rzędzie zasiadł przywódca triady i jego sługusi, szef bezpieczeństwa okręgu, miejscowe grube ryby i bogaci ziemianie. Byłem młody i ambitny, rwałem się do starcia w pierwszej rundzie, ale nauczyciel odciągnął mnie od sceny. Miał ponad pięćdziesiąt lat, ale wciąż tryskał siłą i energią. Był ubrany w czarny strój żałobny z białym nakryciem głowy, które lśniło w słońcu. Przytrzymał suona zębami, rękami chwycił drabinę sznurkową i po kilku krokach znalazł się na scenie. Widziałem, że na drugiej scenie przygotowuje się już jego przeciwnik.

Ktoś na dole zamachał białą flagą i krzyknął „Start!”. Wtedy z obu instrumentów popłynęła muzyka. Melodie przeszywały serca słuchaczy jak noże. Obaj przeciwnicy byli weteranami, bardzo doświadczonymi. Po ponad pół godzinie wciąż trudno było określić, który jest górą. W szczytowym momencie konkursu bystrzy obserwatorzy pewnie dostrzegli, że ze suona mojego nauczyciela tryskały krople śliny zmieszanej z krwią. Mój ojciec wyglądał na całkowicie spokojnego. Wiedział doskonale, że nauczyciel jest wytrwały i dość uparty. Nie uznawał czegoś takiego jak porażka. Jego rodzice mówili na niego „ośla głowa”. Mniej więcej po godzinie od rozpoczęcia konkursu przeciwnik mojego nauczyciela zaczął wykazywać oznaki zmęczenia i dyszeć. Zwycięstwo było w zasięgu ręki. Wtedy zobaczyłem, że suona mojego nauczyciela nagle złamała się na pół i mężczyzna na podium dał sygnał białą flagą. O nie, pomyślałem, już po nas. Spojrzałem znów na scenę i zobaczyłem, że mój nauczyciel ma zakrwawione usta. Okazało się, że ktoś strzelił z procy, żeby nie dać mu wygrać.

Zareagowałem natychmiast, nie myśląc wiele. Rzuciłem się na drabinę i po chwili byłem na scenie. Mój ojciec też próbował wejść, ale scena nie mogła utrzymać ciężaru tylu ludzi i zaczęła się chwiać. Krzyknąłem do nauczyciela: „Nauczycielu, proszę, zejdź szybko!”. W tej samej chwili członkowie naszego zespołu zebrali się pod sceną i zagrodzili drogę mojemu ojcu. Musiał ustąpić, ale tupał nogami i krzyczał: „Złaź ze sceny, gnojku. Prosisz się o śmierć”. Jeszcze zanim skończył, zobaczyłem, że na scenę naprzeciwko wchodzi uczestnik z wrogiego obozu.

Nadeszła pora konkursu w kategorii zawodzenie.

Mój przeciwnik tupnął, zabębnił pięściami w pierś i wydał z siebie potężne zawodzenie, jak wół zapędzony do zagrody. Widownia nagrodziła go oklaskami. Pomyślałem wtedy: „To koniec, przepadliśmy!”. Pomyślałem o moim nauczycielu, który został raniony i przegrał w konkursie. Pomyślałem o moim ojcu, który pewnie nie przeżyje tej klęski. Opuściliśmy domy i przemierzyliśmy tysiące mil, staraliśmy się nieść radość żywym i opłakiwać umarłych. A teraz znaleźliśmy się w takim strasznym położeniu, tyranizowani przez miejscowych. Kiedy wreszcie skończy się nasza udręka? Ten rytuał dla zmarłego żebraka mógł oznaczać koniec dla naszego zespołu. I co z nami będzie? Jak zarobimy na życie? Jeżeli nie będę mógł grać na suona, pozostanie mi już tylko żebrać. Pewnego dnia mogę skończyć tak, jak ten żebrak w trumnie.

Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej byłem przygnębiony. Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej chciałem umrzeć. Wybuchnąłem płaczem. Otworzyłem szeroko oczy i wbiłem wzrok w niebo, w oślepiające słońce, nie mrugając powiekami. Straciłem czucie w ciele. Nic nie widziałem, nic nie słyszałem. Zawodziłem z głębi trzewi. To biłem się w pierś, to wyciągałem zaciśnięte pięści ku niebu, jakbym walczył o życie z Bogiem w niebiosach. Nagle człowiek z procą wymierzył we mnie. Usłyszałem tylko uderzenie, głowa mnie rozbolała i wszystko wokół zaczęło wirować. Starałem się zwracać twarz ku górze. Póki nie będę krwawić na twarzy – postanowiłem – nadal będę zawodził. Kiedy biała flaga podniosła się i opadła kilka razy na znak mojego zwycięstwa, nawet tego nie zauważyłem. Później słyszałem, że mój przeciwnik stracił głos na długo przede mną. Ja zawodziłem jeszcze ponad dziesięć minut, doprowadzając do łez tłum, który głośnym chórem przyłączył się do mojego zawodzenia. Nawet ci z triady mieli wilgotne oczy. Podobno wzdychali: „Potraktowaliśmy tych obcych niesprawiedliwie. To smutne. Ten młody na scenie to taki smutny widok”.

Liao: Czy podczas zarządzonej przez Mao Zedonga kampanii Zwalczania Czterech Plag, w czasie rewolucji kulturalnej, po Wielkim Skoku Naprzód, nadal wolno było panu uprawiać ten zawód? Li: Nie zmieniłem zawodu, ale zmieniłem wykonywane melodie. Kiedy Chiny świętowały wyzwolenie, wszyscy kochali pieśni i tańce ludowe. Nasz zespół się dostosował i graliśmy Słońce w krajach komunistycznych świeci jaśniej. Tego rodzaju melodie rewolucyjne wykonywaliśmy później, w czasie kampanii politycznych. Śpiew i muzyka pomagały mobilizować masy. Graliśmy posłusznie to, co kazali nam grać przywódcy. Tacy muzycy jak my byli szczęśliwi, jeśli udało im się zdobyć trzy posiłki dziennie i wygodne łóżko na noc. Rzadko byliśmy niezadowoleni czy źli. Powiem panu więcej, podczas trzyletniego głodu, kiedy ludzie masowo marli z wycieńczenia, nadal grałem wesołe melodyjki, wysławiające pokój i dobrobyt. Jak człowiek za długo udaje na pogrzebach, to chyba serce zamienia mu się w kamień. Na tym świecie nie można być zbyt uczuciowym. Dzisiaj Partia pozwala mówić, co się myśli, i rozluźniła kontrolę polityczną, więc ludzie czują, że wszystko im wolno, i się cieszą. Ale jak kogoś za bardzo poniesie, to Partia wyśle go do obozu pracy. Potem taki będzie żył z podkulonym ogonem w obozie przez dziesięć, dwadzieścia lat.

Liao: Pana zespół się rozpadł, prawda?

Li: Rozwiązaliśmy się w 1951 roku. Od tamtego czasu robię to, co wielu innych mistrzów gry na suona – w dzień uprawiam ziemię, a gram, kiedy nadarza się okazja. Kiedy ktoś w okolicy się żenił, rodziły się dzieci albo ktoś umierał, posyłali po mnie, bo byłem tu dość znany. Ktoś mi poradził, żebym założył własny zespół i zaczął się rozglądać za zleceniami. Przemyślałem tę radę, ale w końcu stwierdziłem: nie, nic z tego. Gdybym miał zespół, zostałby uznany za organizację pozarządową. No bo pod jaką agencję rządową mógłby niby podlegać? Nie znałem żadnej, której mógłby podlegać, więc zostałby uznany za organizację nielegalną. A taka nielegalna działalność może zostać uznana za kontrrewolucyjną, co grozi wyrokiem. Chciałem tego uniknąć.

Miałem parę dobrych lat, ale teraz wydaje mi się to bardzo odległe. Mój los się odmienił zaraz po tym, jak w Chinach zaczęły się reformy gospodarcze. Wróciły do łask stare tradycje i przez krótki czas byłem dość popularny. Ale to nie trwało długo. Dzisiaj ludzie nie urządzają już tradycyjnych wesel i pogrzebów z muzyką suona. Dostaję coraz mniej zleceń. Ludzie na wsi bardzo szybko małpują miejskie mody. Młodzi ludzie w miastach oglądają za dużo filmów z Hongkongu i z Zachodu. A potem naśladują wszystko, czego się naoglądali w tych filmach. Nie praktykuje się już bicia czołem o ziemię. Oczywiście ludzi na wsi nie stać na wesela w zachodnim stylu, ale z łatwością mogą wypożyczyć wielką limuzynę. To znacznie bardziej szykowne niż tradycyjna czerwona lektyka dla panny młodej, za którą idzie zespół muzyków grających na suona.

Omijam miasta, staram się szukać okazji do pracy w górach. Jest mi ciężko, bo nie mogę niczego zaplanować. Poza tym się starzeję. Już nie tak łatwo mi podróżować. Miałem kilku uczniów, ale wszyscy zrezygnowali i znaleźli sobie inne zajęcia. Kiedyś dla młodego człowieka gra na suona nie była poniżającą pracą. Dzieci z bogatych domów patrzyły na nas z góry, ale wiadomo było, że mają muchy w nosie. A faktem jest, że pionierem i pierwszym wykonawcą tego zawodu był jego świątobliwość Konfucjusz. W młodości grał na suona, żeby utrzymać siebie i matkę. Występował na pogrzebach, ubrany w strój żałobnika z białego płótna. Zajmował się też zawodowo zawodzeniem i noszeniem trumien. Dlatego w domach mistrzów gry na suona często widuje się portrety Konfucjusza albo tablice na jego cześć.

Dzisiaj żyjemy w innej epoce. Mało kto chce się uczyć grać na suona. Dzisiaj, ledwo postawi się namiot na stypę, krewni zmarłego natychmiast rozkładają kilka stolików do madżonga i przez całą noc grają. Żałobników bardziej obchodzi wygrana w grze niż zmarły. Ludzie są inni niż kiedyś. Nawet nie chce im się udawać, że im smutno.

Liao: Ale co z samymi pogrzebami? Dzięki grze na suona uroczystości pogrzebowe są bardziej wzruszające.

Li: Chyba się pan nie orientuje w dzisiejszej gospodarce rynkowej. W mojej wiosce jest łatwy dostęp do transportu. Kiedy ktoś umrze, rodzina tylko dzwoni, a zaraz pojawia się firma pogrzebowa i oferuje szeroki zakres usług, od wypożyczenia wieńców po organizację procesji pogrzebowych i styp. Nazywają to usługą „wszystko w jednym” Kiedyś rodziny zapraszały mnichów, żeby śpiewali mantry, które miały zmarłemu ułatwić przejście na tamten świat. Muzyka suona towarzyszyła zawodzeniu oddanych dzieci. A dzisiaj śmierć traktuje się tutaj jak okazję do zabawy. Ludzie urządzają na stypach koncerty muzyki pop. Przyjaciele i rodzina prawie biją się o to, żeby zamawiać piosenki na cześć zmarłego. Mogą to być dosłownie wszystkie piosenki. Czasami żałobnicy wykorzystują jakąś popularną piosenkę i zmieniają kilka linijek, żeby tekst bardziej pasował do okazji. Ludzie za tym szaleją. A dzieci i krewni zmarłego nie mają już obowiązku niesienia trumny w procesji pogrzebowej. Trumnę wiezie się samochodem albo limuzyną. Procesję otwierają muzycy grający na zachodnich instrumentach. Teraz, kiedy są mikrofony i głośniki, muzykę pogrzebową słychać na wiele mil i wszyscy wiedzą, że ktoś umarł.

Liao: Bardzo dużo pan wie o pogrzebach. Mój dziadek opowiadał mi kiedyś historie o „prowadzeniu umarłych”. Czy to prawda, że byli ludzie, którzy się tym zajmowali zawodowo, i że zarabiali duże pieniądze na transportowaniu w rodzinne strony tych, którzy zmarli setki czy tysiące mil od domu?

Li: Tak. Byli kiedyś ludzie, którzy się specjalizowali w prowadzeniu zwłok. Zwykle przemieszczali się nocą, zawsze we dwóch. Jeden szedł z przodu, drugi z tyłu. Tak jak niesie się lektykę, oni nieśli ciało, które, napędzane ich siłą, mknęło szybko jak wiatr. A oni skandowali jednym głosem „jo-ho, jo-ho, jo-ho”

Kiedy patrzyło się na nich z daleka, widać było, że zmarły i żywi maszerują równym krokiem. Ciało zmarłego poruszało się w tym samym rytmie co ciała żywych dzięki grawitacji. Ale takiej trójce trudno było zmieniać tempo i nigdy nie wykonywali ostrych skrętów. Jak człowiek widział, że zbliżają się idące zwłoki, schodził z drogi. Inaczej mógłby się z nimi zderzyć.

Widziałem coś takiego na własne oczy w 1949 roku. W prowincji Jiangxi grupa dezerterów z armii przypadkowo zastrzeliła miejscowego kupca. Nazywał się Lu. Pomagałem zorganizować jego pogrzeb. Wtedy nie było możliwości łatwego przetransportowania ciała do domu czy to drogą lądową, czy wodną. A jego bliscy nie mogli znieść myśli, że miałby spocząć w obcej ziemi. Zapłacili więc zawodowcom, żeby dostarczyli jego ciało do domu. Zabrało im to ponad tydzień, ale kiedy dotarli na miejsce, zwłoki wyglądały jak żywe.

Ponieważ większość tych prowadzących umarłych spała w dzień, młodzi ludzie, tacy jak ja, którzy byli ich ciekawi, czasem ich podglądali. Ja polizałem papier w oknie i zrobiłem małą dziurkę, żeby zobaczyć, jak wygląda ich pokój. Było w nim ciemno. Słyszałem tylko głośne chrapanie. Jeden kolega, Xiao Wu, chciał wejść do środka i ukraść drąg, którego używali do niesienia zwłok. Wszyscy chcieliśmy się przekonać, czy jest magiczny. Ale kiedy tylko uchylił drzwi, skoczył na niego jakiś cień. Jak się potem okazało, był to czarny kot.

 

Prowadzący umarłych zawsze nosili ze sobą kota. Zanim ruszali w drogę, odsuwali stojące pod ścianą zwłoki tak, jakby przesuwali drzwi. Wynosili je ostrożnie na zewnątrz i kładli płasko, trzymając za głowę i nogi. Kot przebiegał po zwłokach trzy czy cztery razy. Nazywali to „szokiem elektrycznym”. Potem ustawiali się z trupem w szyku i przez chwilę maszerowali w miejscu, jak oddział wojska na musztrze. Wreszcie ruszali, skandując „jo-ho, jo-ho, jo-ho”.

Liao: Nie wiem, czy w to wierzyć.

Li: To prawdziwa historia.