GłódTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Głód
Głód
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 74,80  59,84 
Głód
Głód
Audiobook
34,90  25,48 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

POCZĄTKI

NIGER Struktury głodu

O GŁODZIE, 1 O pochodzeniu gatunków

INDIE Tradycja

Kalkuta

Biraul

Chandigarh

Wrindawana

Delhi

Bombaj

O GŁODZIE, 2 Ręka człowieka

BANGLADESZ Obyczaje

O GŁODZIE, 3 Znowu zupa

STANY ZJEDNOCZONE Kapitał

O GŁODZIE, 4 Nierówność

ARGENTYNA Śmieci

O GŁODZIE, 5 Właściwie rozumiane miłosierdzie

SUDAN POŁUDNIOWY Najnowszy kraj

O GŁODZIE, 6 Metafora

MADAGASKAR Nowe kolonie

NA KONIEC

BEZ KOŃCA

PODZIĘKOWANIA

DO DALSZEJ LEKTURY

PRZYPISY

Tytuł oryginału: EL HAMBRE

Opieka redakcyjna: LUCYNA KOWALIK

Redakcja: JACEK BŁACH

Korekta: EWA KOCHANOWICZ, ANNA PAWLIKOWSKA, MAŁGORZATA WÓJCIK

Projekt okładki: WITOLD SIEMASZKIEWICZ

Skład i łamanie: Infomarket

Przekład dofinansowany w ramach Programu Wspierania Tłumaczeń Sur Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Handlu Międzynarodowego i Wyznań Republiki Argentyny

Copyright © Martín Caparrós 2014

© EDITORIAL ANAGRAMA, S.A., 2015

© Copyright for the Polish translation by Marta Szafrańska-Brandt

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2016

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-05844-2

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Spróbować jeszcze raz.

Chybić jeszcze raz. Chybić lepiej.

Samuel Beckett, Hej na dno

(Worstward Ho; przeł. Antoni Libera)

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

POCZĄTKI

1

Trzy kobiety: matka, babka i ciotka. Obserwowałem od dłuższego czasu, jak kręcą się wokół szpitalnego łóżka, jak zbierają, nie spiesząc się, dwa plastikowe talerze, trzy łyżki, osmalony rondelek, zielone wiaderko, podając wszystko babce. I patrzyłem nadal, kiedy matka i ciotka wzięły kocyk, ze dwie czy trzy koszulki, szmatki i zawinęły wszystko w plecioną matę, żeby ciotka mogła nieść tobołek na głowie. Nie wytrzymałem jednak, kiedy ciotka pochyliła się nad łóżkiem, wzięła dziecko, uniosła je w górę, przyjrzała mu się jakoś szczególnie, jakby ze zdziwieniem, trochę niedowierzaniem, oparła je o plecy matki – jak się układa w Afryce dzieci na plecach matek – z rozłożonymi rączkami i nóżkami, brzuszkiem do pleców matki, ta zaś przywiązała je płachtą materiału, jak przywiązuje się w Afryce dzieci do pleców matek. Dziecko znalazło się na swoim miejscu, gotowe, by wrócić do domu jak zawsze, martwe.

Upał nie był większy niż zwykle.

Myślę, że ta książka rozpoczęła się właśnie tam, w wiosce niedaleko tego miejsca, w głębi Nigru, przed kilku laty, kiedy siedziałem z Aishą na plecionej macie przed drzwiami jej chaty – skwar południa, wyschnięta ziemia, cień rzucany przez rzadką koronę drzewa, w oddali głosy rozwrzeszczanej dzieciarni – a ona opowiadała o swoim życiu nad codziennym plackiem z jaglanej mąki. Spytałem, czy rzeczywiście je taki placek z prosa każdego dnia przez całe życie – i tu nastąpiło pierwsze zderzenie kulturowe.

– To znaczy w te dni, kiedy mogę.

Powiedziała to, po czym spuściła wzrok zawstydzona, a ja poczułem się jak szmata. Rozmawialiśmy dalej o jedzeniu i jego braku, a ja, tępak, po raz pierwszy stykałem się oto ze skrajnym głodem. Parę godzin później spytałem ją nieoczekiwanie – pierwszy raz zadałem pytanie, które potem miałem zadawać wielokrotnie – o co by poprosiła jakiegoś czarownika, gdyby mogła poprosić o wszystko. Aisha zastanowiła się chwilę, jak ktoś, kto staje wobec kwestii ponad jego wyobrażenie. Aisha – trzydzieści, może trzydzieści pięć lat, płaski nos, oczy pełne smutku, reszta osłonięta fioletową tkaniną.

– Chciałabym mieć krowę, która by dawała dużo mleka. Gdybym sprzedała trochę mleka, mogłabym kupować to, co potrzebne do racuchów, smażyć je i sprzedawać na targu. I jakoś bym wiązała koniec z końcem.

– Ale czarownik mógłby ci dać wszystko, o cokolwiek poprosisz.

– Naprawdę wszystko?

– Tak, o co tylko poprosisz.

– Dwie krowy?

Powiedziała to szeptem, po czym dodała, dla wyjaśnienia:

– Mając dwie krowy, nie zaznałabym więcej głodu.

Jak to niewiele, pomyślałem w pierwszej chwili.

I jak wiele.

2

Wszyscy znamy głód, jesteśmy do niego przyzwyczajeni, czujemy go dwa, trzy razy dziennie. Nic nie jest w naszym życiu tak częste, powszechne, obecne jak głód. A równocześnie dla większości z nas nic nie jest równie odległe jak głód – prawdziwy.

Znamy głód, jesteśmy przyzwyczajeni czuć głód, dwa, trzy razy dziennie. Ale między tym zwykłym, powszednim, powtarzającym się i codziennie nasycanym głodem a rozpaczliwym głodem tych, którzy nie mogą go zaspokoić, rozciąga się przepaść, szeroka jak świat. Głód był zawsze dźwignią zmian społecznych, postępu technicznego, rewolucji, kontrrewolucji. Nic tak mocno nie wpłynęło na losy ludzkości. Żadna choroba, żadna wojna nie pochłonęła więcej ofiar. Wciąż jeszcze żadna plaga nie jest tak niszczycielska – i jednocześnie tak łatwa do zwalczenia – jak głód.

Nie byłem tego świadomy.

Głód to – w moich najdawniejszych wspomnieniach – dziecko ze wzdętym brzuchem i cienkimi wychudzonymi nogami, sfotografowane w nieznanym mi bliżej miejscu, które wtedy nazywało się Biafra. W tamtym czasie, pod koniec lat sześćdziesiątych, po raz pierwszy usłyszałem tę brutalną odmianę wyrażenia „być głodnym”: umierać z głodu. Biafra była państwem efemerycznym: ogłosiła niepodległość w dniu moich dziesiątych urodzin, a przestała istnieć, nim skończyłem trzynaście. Podczas wojny, która wybuchła po powstaniu Biafry, zmarło z głodu milion osób. Głód na czarno-białych ekranach telewizorów – to były dzieci, z grymasem agonii na twarzy, i bzyczące koło nich muchy.

W ciągu następnych dekad obraz ten, pokazywany w mediach, uporczywie się powtarzał. Dlatego zawsze wyobrażałem sobie, że rozpocznę te książkę twardą, okrutną relacją o głodzie. Przyjadę wraz z ekipą ratunkową do jakiegoś ponurego miejsca, prawdopodobnie gdzieś w Afryce, gdzie tysiące osób umiera z głodu, i opowiem o tym z drastycznymi szczegółami, po czym, odmalowawszy wiernie najgorszy horror, stwierdzę, że nie można się oszukiwać albo pozwolić oszukiwać, że takie sytuacje to jedynie wierzchołek góry lodowej, a rzeczywistość jest zupełnie inna.

Miałem to wszystko doskonale przemyślane, ułożone, ale w ciągu lat, które poświęciłem pracy nad tą książką, na świecie nie zdarzały się fale niekontrolowanego głodu. Docierały do nas tylko relacje o tym, co zwykle: o skrajnym ubóstwie mieszkańców Sahelu, uciekinierach z Somalii czy Sudanu, powodziach w Bengalu – co jest w końcu bardzo dobrą wiadomością. Z drugiej strony jednak, tylko w związku z podobnymi kataklizmami głód mógł – poprzez ekrany domowych telewizorów – dotrzeć do świadomości tych, którzy go nie znają. Głód jako konkretna, straszliwa katastrofa pojawia się tylko w kontekście wojny albo klęski żywiołowej. Pozostaje to, co znacznie trudniejsze do pokazania: miliony ludzi, którzy nie jedzą tego, co powinni i cierpią, powoli umierając. To jest owa góra lodowa, którą ta książka stara się pokazać i umieścić w centrum refleksji, choćby miała nie odsłonić niczego, czego byśmy nie wiedzieli.

 

Wszyscy wiemy, że na świecie jest głód. Wszyscy wiemy, że osiemset, dziewięćset milionów ludzi – podaje się różne liczby – jest na co dzień głodnych. Do każdego z nas musiały kiedyś dotrzeć te dane, ale nie zrobiliśmy z ich znajomości żadnego użytku. Niegdyś świadectwo – najbrutalniejsza relacja – mogło coś zmienić; teraz już niewiele.

Cóż nam zatem pozostało? Milczenie?

Aisha, która mówiła mi, że przy dwóch krowach jej życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Jeśli miałbym to zinterpretować – nie wiem, czy mam to robić – powiedziałbym, że nic nie poruszyło mnie głębiej niż uświadomienie sobie, że najokrutniejsza, najskrajniejsza nędza to ta, która odbiera możliwość myślenia w inny niż dotychczasowy sposób. Pozbawia człowieka horyzontów, marzeń, skazuje na nieuchronność.

Nie wiem, jak to ująć, jak się wyrazić: Drogi czytelniku, pełen dobrych intencji, czasem trochę niefrasobliwy, czy wyobrażasz sobie, co to znaczy nie wiedzieć, czy następnego dnia będziesz miał coś do jedzenia? Więcej: czy wyobrażasz sobie życie złożone z wielu takich dni? Życie zbudowane na tej niepewności, na lęku, jaki ta niepewność budzi, na usilnych próbach poradzenia sobie z tą sytuacją, na niemożności zapomnienia, ponieważ wszystko krąży wokół jednego tematu? Czy wyobrażasz sobie życie tak ubogie, tak krótkie, tak czasem bolesne, pełne trudu?

Jest tyle form przemilczania.

Przed autorem tej książki rysuje się wiele problemów. Jak opowiedzieć o czymś tak innym, dalekim? Prawdopodobnie znałeś, czytelniku, znałaś, czytelniczko, kogoś, kto zmarł na raka, kogo napadnięto, kto stracił miłość, pracę, godność; bardzo mało prawdopodobne, byś znał kogoś, kto głoduje, komu grozi głodowa śmierć. A tyle jest milionów ludzi żyjących w tej odległej dla nas sytuacji, ludzi, o których ani nie umiemy, ani nie chcemy myśleć.

Jak opowiedzieć o tej nędzy, nie popadając w katastrofizm i czułostkowość? A przede wszystkim: po co o tym opowiadać? Opowiadać o nędzy bardzo często znaczy: wykorzystywać ją. Cudze nieszczęście budzi wielkie zainteresowanie u innych nieszczęśników, którzy chcą się przekonać, że im samym nie jest jeszcze tak źle, albo po prostu poczuć dreszczyk emocji. Cudze nieszczęście czy nędza pozwala tyle załatwić: sprzedać, ukryć, zakombinować – na przykład wytworzyć przekonanie, że los konkretnego człowieka jest jego prywatną sprawą.

A przede wszystkim: jak przeciwstawić się degradacji słów? Zdanie „Miliony ludzi cierpią głód” powinno coś znaczyć, coś w nas poruszać, wywoływać jakąś reakcję. Ale zazwyczaj słowa nie mają już tego efektu. Coś by się może zmieniło, gdyby udało nam się przywrócić słowom znaczenie.

Ta książka to porażka. Najpierw dlatego, że porażką jest właściwie każda książka. Że badanie czegoś, co stanowi największą klęskę ludzkości, może przynieść tylko klęskę. Do tego dołożyły się oczywiście moje ograniczenia, niepewność, nieudolność. A mimo wszystko nie wstydzę się tej porażki. Powinienem był poznać więcej ludzkich historii, przemyśleć więcej zagadnień, więcej zrozumieć. Czasem jednak warto ponieść klęskę. Chybić.

Chybić jeszcze raz, chybić lepiej.

„Fakt, że co roku dziesiątki milionów mężczyzn, kobiet i dzieci umiera z głodu, jest skandalem naszego stulecia. Co pięć sekund dziecko poniżej dziesiątego roku życia umiera z głodu na planecie, która obfituje w bogactwa. W obecnym stanie rozwoju rolnictwo światowe zdolne byłoby wyżywić bez problemu dwanaście miliardów ludzi, niemal dwukrotnie więcej, niż wynosi liczba mieszkańców Ziemi. Nie jest to zatem nieuchronny los. Dziecko, które umiera z głodu, to dziecko zamordowane”, napisał w swoim raporcie zatytułowanym Destruction massive, były ekspert ONZ do spraw prawa do żywności Jean Ziegler.

Tysięczne klęski. Każdego dnia na świecie, na naszym świecie, z przyczyn związanych z głodem umiera 25 tysięcy osób. Czytelniku, czytelniczko, jeśli zabierzesz się do lektury tej książki, zainteresujesz się nią i przeczytasz ją w, dajmy na to, osiem godzin, w tym samym czasie umrze z głodu 8 tysięcy osób. To dużo: 8 tysięcy. Jeśli tego nie zrobisz, ludzie umrą i tak, ale będziesz miał to szczęście, że się o tym nie dowiesz. Więc pewnie wolałbyś tej książki nie czytać; ja chyba też. Lepiej nie wiedzieć, kim są ci ludzie, jak to się dzieje i dlaczego.

(Przeczytałeś jednak ten krótki akapit w ciągu pół minuty; wiedz, że w tym czasie na świecie umarło z głodu jedynie od 8 do 10 osób; możesz odetchnąć z ulgą).

Zatem jeśli postanowiłeś nie czytać tej książki, może chociaż nie będzie ci dawało spokoju jedno pytanie. Wśród wielu pytań, jakie sobie stawiam, jakie stawia ta książka, nęka mnie ono szczególnie uparcie:

Jak, do diabła, możemy żyć, wiedząc, że dzieją się takie rzeczy?


.

1

Rozmawiałem z nią parę godzin wcześniej – pięć, sześć – kiedy jej dziecko jeszcze żyło; chudziusieńkie, spało, kwiląc przez sen.

– Lekarz powiedział mi, że muszę czekać cierpliwie, może mały się wykuruje.

Tak powiedziała, a ja zawahałem się, czy zadawać kolejne pytanie. Zwykle nie ma to sensu.

– A może być tak, że się nie wykuruje?

– Nie wiem, nie wiem, co może być.

Kadi ma około dwudziestu lat – „nie wiem, koło dwudziestu” – i Seydou był jej jedynym dzieckiem. Kadi mówi, że wyszła za mąż późno, gdy miała mniej więcej szesnaście lat.

– Jak to późno?

– No, późno. Inne dziewczęta z wioski wychodzą za mąż, jak mają dwanaście lat, dziesięć, trzynaście.

Kadi mówi, że wydano ją za mężczyznę z sąsiedztwa, który prawie nic nie miał, bo chyba nikt inny nie chciałby się z nią ożenić.

– Nie wiem dlaczego. Jestem chuda; może myśleli, że nie nadaję się do rodzenia dzieci.

I dodaje, że Yussuf, jej mąż, to dobry chłopak, ale trudno im zdobyć coś do jedzenia, bo nie mają ziemi, więc on musi pracować, gdzie się da. I że nie od razu zaszła w ciążę, ale w końcu zaszła, i nie wyobrażam sobie nawet, jak się oboje cieszyli, i jak się bali, bo jak teraz dadzą radę wykarmić dziecko. Ale skoro wszyscy jakoś mogą, to i oni będą mogli, i tak się cieszyli, że się urodził chłopczyk. Dali mu na imię Seydou i chował się dobrze. Kadi mówi, że jak był malutki, to rozwijał się pięknie, a oni tak się cieszyli.

– Ale potem, parę dni temu, dostał biegunki, nie wie pan jak strasznej, lało się z niego, po prostu się lało. Więc go zaniosłam do marabu.

Niger – jak każdy kraj – stanowi sumę przypadkowych zdarzeń. Przypadkowe zdarzenia w Afryce są niedawne, bardziej widoczne: błąd kartografa, spotkanie premiera Francji i Anglii, powiedzmy w Wersalu, w 1887 roku, na którym obaj dzielą się krajem, ambicja czy obojętność odkrywcy mającego problemy z prostatą. Przypadkiem było, że niezbyt mądry Napoleon III, chcąc wyciągnąć pieniądze od Bawarii, zmusił ją, żeby połączyła się z Prusami i stworzyła Niemcy, albo że władcy Wicekrólestwa La Platy w swojej nieudolności nie zdołali utrzymać terytorium Wschodniego Brzegu – Banda Oriental, i tak dalej, i tak dalej. Rządzić znaczy wykorzystywać powszechną ignorancję, by robić jak najlepszy użytek z własnej.

W każdym razie nie były to zdarzenia pomyślne. Wskutek jednego z nich Niger składa się obecnie w trzech czwartych z jałowej ziemi i gołej skały. Niewiele kilometrów dalej na południe tryska ropa, ale to jest już Nigeria, więc ludzie mieszkający z tej strony nie mają prawa wydobywać surowca i cierpią głód. Jest coś okrutnego w tych splotach okoliczności, które nazywamy krajami i które – jak się nam wmawia – są czymś nam bliskim, co powinniśmy kochać całą duszą i chronić, nawet za cenę życia.

Niger jest być może najbardziej charakterystycznym, typowym krajem Sahelu – pasa lądu długości blisko pięciu tysięcy kilometrów i szerokości około tysiąca, przecinającego Afrykę od Atlantyku do Morza Czerwonego, na południe od Sahary. „Sahel” oznacza właśnie brzeg, brzeg Sahary. Jest to obszar suchy, półpustynny, równinny, na którym rozwinęły się niektóre z najpotężniejszych królestw afrykańskich – na przykład imperium Mali w XIV wieku, kiedy to władcy Timbuktu zbudowali jedno z największych miast tamtych czasów, wymieniając sól pochodzącą z północnych pustyń na niewolników przywożonych z puszcz południa. Obecnie Sahel obejmuje także część Senegalu, Mauretanii, Algierii, Burkina Faso, Mali, Czadu, Sudanu, Etiopii, Somalii i Erytrei. To ponad pięć milionów kilometrów kwadratowych, pięćdziesiąt milionów ludzi, wychudzone bydło, ubogie zbiory, niewiele fabryk, słaba infrastruktura; to również coraz więcej możliwych do eksploatacji surowców.

Sahel to także rejon, w którym innego sensu nabiera termin „stan alarmowy”, używany na oznaczenie wydarzeń nadzwyczajnych, nieoczekiwanych. W Sahelu co roku w czerwcu stan alarmowy dotyczy milionów ludzi: zostają bez jedzenia, na krawędzi głodu.

Po czym rok później powtarza się ta sama sytuacja.

I po roku znowu, i jeszcze raz – ale za każdym razem inaczej.

Sahel to także ofiara powszechnego przekonania, że mieszkańcy tego regionu nie jedzą, bo nie mają co, że głód jest tam problemem strukturalnym, nieuchronnym, niemal ontologicznym. Że głodują, nieszczęśnicy, bo inaczej być nie może.

W Sahelu głód obecny jest zawsze, ale daje o sobie znać szczególnie w okresie, który Francuzi nazywają soudure, Anglicy hunger gap, a w hiszpańskim w ogóle nie ma na to słowa, bo i po co. To czas, kiedy zboże z poprzednich zbiorów już się skończyło, a następne dopiero usiłuje wykiełkować. Wówczas rząd prosi o pomoc, albo i nie prosi, międzynarodowe agencje alarmują o grożącym niebezpieczeństwie i mobilizują środki, albo i nie, owe miliony ludzi jedzą, albo nie jedzą, a tu, w rejonowym szpitalu w Madaoua, pięćset kilometrów od Niameju, Lekarze bez Granic co kilka dni wznoszą nowy namiot, gdyż przybywa coraz więcej niedożywionych dzieci. W ośrodku leczenia pacjentów niedożywionych CRENI, Centre de Réhabilitation et d’Éducation Nutritionnelle Intensive, przewidzianym na około 100 dzieci, leczonych jest już 300, a wciąż przyjmowane są nowe. Nie ma co się dziwić; tak jest właściwie co roku – w ubiegłym na 90 tysięcy dzieci poniżej piątego roku życia mieszkających w departamencie Madaoua 21 tysięcy leczonych było z powodu niedożywienia w ośrodku i jego filiach: to niemal jedna czwarta wszystkich dzieci z tego rejonu.

Właśnie stamtąd wyszła przed chwilą Kadi, matka z niemowlęciem na plecach.

W ciągu ostatniego tygodnia z powodu głodu i związanych z nim chorób zmarło tam 59 dzieci.

Kiedy więc synek zachorował, marabu dał im maść, żeby wcierali mu w plecki, mówi Kadi, i liście do przygotowania naparu. Marabu to w każdej wiosce nie tylko muzułmański mędrzec; to także często znachor – ktoś, kogo teraz, zachowując poprawność polityczną, nazwalibyśmy osobą praktykującą medycynę naturalną – tak czy owak: wyrocznia. Kadi zrobiła, jak kazał, ale biegunka nie ustępowała. Sąsiadka poradziła jej, żeby poszła z dzieckiem do szpitala. Kadi przyszła. Będzie już więcej niż sześć dni – tak mówi: więcej niż sześć dni – jak została przyjęta, ona i jej maluch; nie rozumie tylko, dlaczego powiedzieli jej, że dziecko zachorowało, bo nie było prawidłowo karmione.

– Zawsze mu dawałam jeść. Karmiłam go piersią, potem zaczęłam mu dawać jedzenie. Zawsze dawaliśmy mu jeść. Czasem ja i mój mąż nie jedliśmy, jedliśmy bardzo mało, ale jemu zawsze dawaliśmy; nigdy nie płakał, zawsze miał co jeść.

Kadi opowiada o tym niepewna, nieco urażona.

– Mój syn dostaje jedzenie. Jeśli zachorował, to z innego powodu. Ktoś rzucił na niego urok, jakaś czarownica. Może nałykał się pyłu, kiedy przeszło przez wieś to wielkie stado. Albo przez zazdrość Aminy, której umarł synek, a urodził się w tym samym czasie. Nie wiem, co mu jest, ale to nie może być z jedzenia. On je.

– A co dostaje do jedzenia?

– Jak to co? Woura – rzuca, jakby to było coś oczywistego.

Nie mówię jej, że woura – rodzaj polenty z mąki jaglanej rozrobionej z wodą – nie wystarcza do wykarmienia półtorarocznego dziecka, że brakuje tam niemal wszystkiego, co dziecku potrzebne.

 

Kadi czuje się dotknięta, jest jej przykro.

– Tu mi mówią, że jest chory, bo nie dawałam mu jeść jak trzeba. Widać, że nie rozumieją. Jak ich słucham, to zaczynam się bać, mam ochotę sobie pójść.

I parę godzin później rzeczywiście odchodzi, z martwym maleństwem na plecach.

Mówiąc wyraźniej: jeść codziennie miskę prosa, to żyć o chlebie i wodzie.

Cierpieć głód.

„Głód” to dziwne słowo. Tyle razy powtarzane, w tak różny sposób, oznaczające rozmaite rzeczy. Wszyscy wiemy, co znaczy „być głodnym”, ale nie mamy pojęcia, co to jest głód. Tak często mówimy i słyszymy: być głodnym, że wyrażenie to traci ostrość, staje się puste.

Dziwne słowo. Z łacińskiego famen Włosi zrobili fame, Portugalczycy fome, Francuzi faim, Hiszpanie hambre, z cząstką br, która tkwi także w słowach hombre (człowiek), hembra (samica), nombre (imię) – słowach jakże pełnych treści. Nie ma chyba słowa bardziej obciążonego treścią niż hambre – a przecież tak łatwo pozbyć się tego ciężaru.

Przykre słowo. Trzeciorzędni poeci, czwartorzędni politycy i pismacy wszelkiej maści tak często go używali i nadużywali, że powinno się zabronić sięgania po nie. Tymczasem jest ono dostępne, lecz zrobiło się wytarte, wyzbyte treści. Sformułowanie „głód na świecie” – na przykład w zdaniu: „A co, może chcielibyście zlikwidować głód na świecie?” – stało się frazesem, banałem, nasiąknęło sarkazmem, jakim nasycamy wypowiedź, gdy chcemy oddać śmieszność pewnych dążeń. Kłopot z tymi starymi, wytartymi od nadużywania pojęciami jest taki, że pewnego dnia wydarza się coś, co ukazuje nam ich zupełną nowość – i wówczas eksplodują z całą siłą.

Głód, po hiszpańsku rzeczownik rodzaju żeńskiego, oznacza – według tych, którzy określają sens wyrazów – trzy rzeczy: „ochotę na jedzenie; brak podstawowych produktów żywnościowych powodujący ogólne niedobory i nędzę; silne pragnienie lub apetyt na coś”. A zatem odnosi się albo do stanu fizycznego konkretnego człowieka, albo do rzeczywistości przeżywanej przez wielu, albo do wewnętrznego doznania. Trudno wyobrazić sobie trzy bardziej różne znaczenia.

Głód to oczywiście coś więcej. Ludzie mający podejście techniczne i urzędowe starają się unikać samego słowa. Może wydaje im się zbyt brutalne, zbyt wulgarne i obrazowe. Albo – załóżmy uprzejmie – nie dość ścisłe. Terminy techniczne mają dobrą cechę: nie wywołują emocji. Pewne słowa natomiast tak. Urzędnicy – i organizacje, dla których pracują – wolą raczej te, które nie wywołują. Mówi się wówczas o niedoborach żywnościowych, o niedożywieniu, o problemach żywnościowych, aż wreszcie same terminy zaczynają się mylić i mylą tego, kto pragnie je zrozumieć.

Chciałbym dookreślić, co mam na myśli, kiedy mówię: głód. A przynajmniej – co staram się wyrazić.

Pochłaniamy, „konsumujemy” słońce.

Niektórzy o wiele więcej niż inni.

Jeść to konsumować słońce. Jeść – przyjmować pokarm – to wykorzystywać energię pochodzącą od słońca. Mające różną energię fotony padają bez przerwy na powierzchnię planety. W zadziwiającym procesie zwanym fotosyntezą rośliny absorbują światło i przemieniają je w substancję możliwą do spożycia. Dziesięć procent lądowej powierzchni Ziemi, około 15 milionów kilometrów kwadratowych, ćwierć hektara na każdego człowieka – na takim obszarze się odbywa ten proces: rośliny wytwarzają chlorofil, zdolny przetwarzać energię elektromagnetyczną słońca w energię chemiczną, wywołującą reakcje, w których dwutlenek węgla z atmosfery i woda z roślin przetworzone zostają we wdychany przez nas tlen i spożywane przez nas węglowodany. W ostatecznym rachunku wszystko, co jemy, bezpośrednio lub pośrednio – poprzez mięso zwierząt żywiących się roślinami – jest tkanką roślinną zbudowaną dzięki słońcu.

Energii tej potrzebujemy do regeneracji i odbudowy sił. Organizm otrzymuje ją w różnych postaciach: jako tłuszcze, białka, węglowodany – płynne i stałe. Do określenia ilości uzyskiwanej przez organizm energii służy jednostka: kaloria.

Fizyka definiuje kalorię jako ilość energii potrzebną do podgrzania o jeden stopień jednego grama wody. Organizm, by móc funkcjonować, musi pobierać ogromne ilości energii; dlatego dla pomiaru zużycia energii używamy jednostek tysiąc razy większych – kilokalorii. Potrzeby każdego człowieka różnią się w zależności od wieku i sytuacji. Ogólnie jednak oblicza się, że niemowlę powinno otrzymywać około 700 kilokalorii dziennie, dziecko, które nie ukończyło dwóch lat – 1000 kilokalorii, pięcioletnie – 1600, dorosły zaś – od 2000 do 2700, w zależności od budowy ciała, klimatu, rodzaju wykonywanej pracy. Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że dorosły, który nie spożywa minimum 2200 kilokalorii dziennie, nie pokrywa swoich potrzeb: nie jest dobrze odżywiony. Są to dane umowne; pozwalają jednak naszkicować ogólny obraz.

Człowiek dorosły, któremu nie udaje się przyjąć minimum 2200 kilokalorii dziennie, głoduje. Dziecko, które nie przyjmuje 700 czy, zależnie od wieku, 1000 kilokalorii dziennie, głoduje.

Głód to proces – walka organizmu z samym sobą.

Kiedy człowiek nie dostaje swoich 2200 kilokalorii na dzień, cierpi głód: zjada sam siebie. Organizm głodujący to organizm, który zjada sam siebie – i już wiele nie znajduje.

Kiedy jakiś organizm przyjmuje mniej pożywienia, niż potrzebuje, zaczyna zjadać własne rezerwy cukru, potem tłuszczu. Człowiek rusza się coraz mniej, popada w letarg. Chudnie i traci siły obronne: jego system odpornościowy słabnie. Atakują go wirusy wywołujące biegunkę, która podkopuje jego siły. W ustach zagnieżdżają się, wywołując wielki ból, pasożyty, przed którymi organizm już nie umie się bronić; infekcje oskrzelowe utrudniają oddychanie i również wywołują ból. Na koniec człowiek ten zaczyna tracić masę mięśniową: nie może utrzymać się na nogach, a wkrótce nie będzie mógł się ruszać, cierpi. Kurczy się w sobie, schnie, skóra marszczy mu się, pęka i też boli. Człowiek płacze cicho; czeka, aż wszystko się skończy.

Niewielu – zbyt wielu – ludzi umiera bezpośrednio z powodu głodu. Bardzo wielu umiera z powodu chorób i infekcji, które są śmiertelne, bo organizm, osłabiony niedożywieniem, nie ma siły się bronić – a których człowiek odżywiony w ogóle by nie zauważył.

Niewielu – zbyt wielu – ludzi umiera bezpośrednio z powodu głodu. Połowa dzieci umierających poniżej piątego roku życia w kraju takim jak Niger umiera z przyczyn związanych z głodem.

Słowo, którego nikt nie chce używać.

A jeśli już, to beztrosko, jak się nuci słowa piosenki.

Wczoraj, dziś rano, synek Kadi.

2

O tych przypadkach śmierci nie wspomina się w gazetach. To byłoby dla gazet nie do pomyślenia: upadłyby. W gazetach mówi się o tym, co niezwykłe, niesłychane.

– Nie, nie chodziłam do szkoły. Byłam dziewczynką, nie miałam ojca...

Kiedy Aï była mała, zastanawiała się, po co są ojcowie, jak to jest mieć ojca, jak żyją dzieci, które mają ojców. Nie widziała specjalnej różnicy między sobą a innymi: razem z kuzynami mieszkała na podwórzu domu dziadków. Inni mieli ojców, ona nie, ale żyła tak samo. Później, o wiele później, dowiedziała się, że ojciec umarł po jej narodzinach, dwa czy trzy dni później, zwyczajnie umarł, po prostu, umarł na śmierć, i że jakby miała ojca, to może chodziłaby do szkoły. Wtedy pomyślała, że jest jakaś korzyść z tego, że się nie ma ojca.

– Nie chciałam chodzić do szkoły – mówi.

I dodaje, że jej kuzynki, które miały ojców, też nie chodziły. Chociaż – kto wie, myśli teraz – może gdyby miała ojca, nie wydano by jej tak wcześnie za mąż. Albo i wydano.

Kiedy jej powiedziano, że wyjdzie za mąż, była dziewczynką, która biega i bawi się z koleżankami. Nocami przy pełni księżyca dziewczynki z wioski śpiewały stare pieśni i tańczyły, przy akompaniamencie bębna, klaszcząc w dłonie. Albo lepiły z gliny lalki, garnuszki, talerze, krowę, wielbłądy, dom, i bawiły się, że są mamami: zaczynały być tym, kim miały zostać. Przez resztę czasu odgrywały rolę mam, nie bawiąc się i nie używając zabawek: sprzątały, chodziły po wodę, opiekowały się młodszym rodzeństwem, gotowały.

– Jak wyobrażałaś sobie swoje życie jako osoby dorosłej?

– W ogóle o tym nie myślałam. Myślałam, że chcę wyjść za mąż. Jedyne, co sobie wyobrażałam, to to, że wyjdę za mąż. Co innego ma robić dziewczynka. Ale nie tak wcześnie...

Kiedy skończyła dziesięć lat, rodzina wydała ją za kuzyna. Jej wuj zapłacił 50 tysięcy franków – 100 dolarów – posagu, 100 tysięcy dał na ubranie i wyprawę, i urządzono ucztę. Aï dobrze się bawiła, ale kiedy przyszedł moment, żeby pójść do domu kuzyna-męża, myślała, że umrze ze strachu.

– Był mężczyzną, człowiekiem dorosłym.

Niger należy do państw, w których zawieranych jest najwięcej na świecie małżeństw wśród nieletnich: chociaż jest to nielegalne, jedna dziewczynka na dwie zostaje wydana za mąż przed ukończeniem piętnastu lat. Ślub córki to między innymi źródło dochodów dla rodziny: im większa nędza, im większy głód – tym większa pokusa, żeby wydać za mąż dziewczynkę, wziąć posag i mieć co jeść przez kilka kolejnych dni – a poza tym pozbyć się jednej gęby przy stole.

– Patrzyłam na niego i potwornie się bałam. A on nie tylko na mnie patrzył.

Aï wiele razy próbowała uciec. Na początku wracała do domu matki i babki, ale odprowadzano ją z powrotem; i za każdym razem jej wuj i zarazem teść oraz jej mąż i jednocześnie kuzyn bili ją, żeby zrozumiała. Aï zaczęła uciekać w pole, w odludne miejsca; zawsze ją znajdywali. Ostatnim razem jej wuj i teść powiedział, całkiem spokojnie, że jak jeszcze raz ucieknie, to on sam poderżnie jej gardło. I Aï mu uwierzyła. Czasem, kiedy spał, przeciągała palcem po ostrzu jego maczety z drewnianą rękojeścią; dwa lata później urodziła pierwszą córkę. Potem trzech chłopców.

– I mieszkasz ciągle z mężem?

– Mieszkam, a jak.

– I jakoś się dogadujecie?

– Bez problemu – mówi, zamykając temat.

Twierdzi, że ma dwadzieścia pięć lat, ale wygląda na mniej. Na głowie błękitno-zielona chustka w białe grochy, duże oczy, wydatne wargi, na lewym policzku plemienna blizna w kształcie kwiatu, koła w uszach i w nosie, naszyjnik z kolorowych paciorków. Jej twarz przedstawia skomplikowany, mieniący się różnymi odcieniami wzór.

Inne książki tego autora