Ku odległym brzegomTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa
Elizabeth Camden
Ku odległym brzegom

Tłumaczenie: Magdalena Peterson

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału:

To the Farthest Shores

Autor:

Dorothy Mays

Tłumaczenie z języka angielskiego:

Magdalena Peterson

Redakcja:

Agata Tokarska

Korekta:

Natalia Lechoszest

Skład:

Alicja Malinka

ISBN 978-83-65843-83-8

© 2017 by Dorothy Mays

Bethany House Publisher

© 2018 for the Polish edition by Dreams Wydawnictwo

Zdjęcia z okładki

© iStock 164478673, 184965199

Dreams Wydawnictwo Lidia Miś-Nowak

ul. Unii Lubelskiej 6A, 35-310 Rzeszów

www.dreamswydawnictwo.pl

Rzeszów 2018, wydanie I

Druk: Drukarnia Opolgraf

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych, przekazywana w jakiejkolwiek mechanicznej, elektronicznej lub innej formie zapisu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROLOG

Baza wojskowa armii amerykańskiej w Presidio

San Francisco, 1898

Jenny Bennett obudziła się na dźwięk kamyków stukających w okno. Usiadła, próbując zyskać orientację. Jako pielęgniarka była wzywana w nocy, ale zawsze ktoś wtedy pukał do drzwi.

Gdy już wygrzebywała się z pościeli, o szybę uderzyła kolejna garść kamyków. Podbiegła do okna, wzdrygając się od chłodu posadzki pod bosymi stopami.

Na dole, pod latarnią gazową, widać było wyraźnie postać porucznika Ryana Gallaghera, a jego rudoblond włosy lśniły w blasku płomienia. Ryan był najbardziej pryncypialnym mężczyzną, jakiego znała. Nie podejrzewałaby go o rzucanie kamykami w okno w środku nocy.

Pociągnęła za skrzydło okienne.

– Co się dzieje?

– Możesz zejść na dół? – szeptał zachrypniętym głosem porucznik, próbując nie zbudzić innych ludzi w budynku.

W koszarach mieszkało ponad dwieście osób, a wśród nich kobiety stanowiły zaledwie garstkę. Jenny jako cywilna pielęgniarka miała szczęście, że armia zezwoliła jej mieszkać w tym miejscu. W innym przypadku musiałaby każdego dnia poświęcać dużo czasu na dojazd tramwajem linowym [1] z miasta.

– Zejdę za moment.

Kwiecień w San Francisco był chłodny, więc zarzuciła płaszcz i naciągnęła buty. Przeczesała palcami swoje proste, ciemne włosy, próbując nadać im pozorny ład, zanim Ryan ją zobaczy. Znali się od trzech miesięcy, a była w nim zakochana od dwóch.

Zerknąwszy na zegarek, zorientowała się, że jest dopiero trzecia w nocy. Co Ryan robił tu o tej porze? Zbiegła po schodach i wypadła przez drzwi, prosto w objęcia Ryana. Uśmiechnęła się, gdy ją uniósł i kręcił się, trzymając ją w ramionach.

– Ledwie cię rozpoznałam w cywilnym ubraniu – powiedziała, gdy dotknęła już stopami ziemi. – Czy wszystko w porządku?

– Jak najbardziej – zapewnił, odsuwając się nieco, aby spojrzeć jej w twarz.

Wydawał się wyjątkowo zatroskany, wręcz ponury. Zazwyczaj miewał dobry humor, więc jego nastrój ją zmartwił.

– Chodźmy gdzieś na ubocze – szepnął.

Presidio obejmowało obszar ponad 780 hektarów w północnej części półwyspu San Francisco. Większa część to dzikie tereny, a zachodnią zajmowały baza wojskowa, budynki szkoleniowe i szpital. Armia używała części ziemi. Reszta była porośnięta wysokimi sosnami, sykomorami i zagajnikami eukaliptusowymi, co sprawiało wrażenie, że Presidio to prastara puszcza. Las dawał też wytchnienie od chaosu panującego w bazie.

Zwykle mieszkało tu mniej niż tysiąc osób, lecz odkąd prezydent McKinley ogłosił wojnę z Hiszpanią, baza była w mobilizacji. Oddziały z całego kraju napływały tutaj, by szykować się do wyprawy do hiszpańskich kolonii na Dalekim Wschodzie. Na trawnikach i placach rozbito tysiące małych, szarych niczym pieczarki namiotów, aby nowo przybyli mieli miejsce do spania.

Jenny szła za Ryanem, meandrując między namiotami, zaniepokojona jego dziwnym zachowaniem. Czy był chory? Minęły trzy miesiące, odkąd okręt USS Baltimore zawinął do portu z połową załogi cierpiącą na tyfus. Ryan był jednym z zarażonych, a jego przypadek był na tyle ciężki, że umieszczono go w szpitalu na dwa tygodnie. Wyzdrowiał, ale nadal wyglądał mizernie.

W czasie pobytu w szpitalu Ryan był zawsze uprzejmy i mimo osłabienia uśmiechał się z wdzięcznością za każdym razem, gdy się nim zajmowała. Jego ciepłe, brązowe oczy zawsze przybierały łagodny wyraz w momencie, gdy pojawiała się w polu widzenia. Był najbardziej taktownym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek poznała. Czytywał Biblię przed śniadaniem i szeptał dziękczynne modlitwy przed każdym posiłkiem.

Zaczęła nazywać go Galahad [2], częściowo z tego powodu, że brzmiało to podobnie jak jego nazwisko, ale głównie dlatego, że takie było jej skojarzenie z jego osobą. Potajemnie nadawała przezwiska wielu swoim pacjentom: Pan Apodyktyczny, Płaczek, Miły Teksańczyk, Grubiański Teksańczyk... Ale od chwili, gdy spotkała Ryana Gallaghera, myślała o nim jako o Galahadzie.

Trudno jej było wyobrazić sobie, czemu przyszedł do niej o tak niezwykłej porze. Nie był w mundurze, co było dla niego nietypowe. Presidio było bazą wojskową, ale od czasu ogłoszenia wojny na wybrzeżu stacjonowała marynarka i to jej oficerowie wprowadzili się tutaj. Ryan był jednym z tych oficerów. Wyglądał szalenie przystojnie w swoim śnieżnobiałym mundurze. W niedługim czasie okręty miały wypłynąć na Filipiny i Jenny już cierpiała na myśl o Ryanie wyjeżdżającym do tropikalnej dżungli na wojnę, której nikt nie rozumiał.

Zrobiło się ciemniej, gdy weszli do chłodnego lasu sykomorowego. W powietrzu unosił się gliniasty zapach, a pod stopami można było poczuć miękki dywan wilgotnych liści.

Nagłe krzyki ptaków, niespodziewane o tej porze, przeszyły ją dreszczem. Spojrzała na Ryana pytającym wzrokiem.

– Nocne czaple – szepnął. – Szukają pożywienia przed świtem, zawsze w stadach. Są bardzo towarzyskimi stworzeniami. Pewnie je wystraszyliśmy.

Ryan wiedział wszystko o zwierzętach i życiu w morzu. Była to jedna z rzeczy, która sprawiła, że tak jej się podobał. Jenny spędziła całe życie w mieście, a Ryan kokietował ją spacerami wzdłuż wybrzeża, które okalało Presidio. Podczas tych przechadzek uczył ją postrzegać świat w inny sposób. Przykucał na plaży, aby pokazać jej rozgwiazdy. Opowiadał o czerwonych krabach, o tym, że zachowują się jak gospodarze zatoki, utrzymując dno w czystości. Ryan potrafił wyjaśnić różnicę między grzybem a glonem. Czasami po prostu spacerowali w ciszy, ale nawet wtedy czuła się tak, jak gdyby równocześnie się śmiała i śpiewała. Ryan przemawiał do takiej części jej duszy, o której nawet nie wiedziała, że istnieje. W czasie tych szczęśliwych popołudni łatwo było zapomnieć o wojnie, jednak teraz to wszystko stało się nagle realne.

Ryan pociągnął ją kilka kroków w bok od ścieżki za drzewem i przygarnął do siebie.

– Przyszedłem się pożegnać – powiedział.

Poczuła się tak, jakby ktoś uderzył ją w brzuch. Żaden z okrętów nie miał wypływać aż do następnego miesiąca, a Ryan nie był jeszcze na tyle zdrowy, aby zostać wysłanym na pole bitwy. To w ogóle nie miało sensu.

Odsunęła się, aby mu się przyjrzeć.

– Dokąd jedziesz?

– Nie mogę ci powiedzieć. Nie wiem, jak długo mnie nie będzie, ale nie mógłbym wyjechać bez pożegnania.

Zaniemówiła. Dopiero się poznali, a już wyjeżdżał, i to przed wszystkimi innymi oddziałami? Wydawało się niemożliwe, że tak subtelny człowiek jak Ryan Gallagher miał jechać na wojnę. Bardziej pasował do sali wykładowej czy ambony w kościele niż do pola walki. Zaczynali już planować wspólne życie. Chcieli kupić niewielki dom na jednym z urwistych cypli na północ od miasta, w miejscu, gdzie mogliby wygrzewać się w blasku słońca i powiewach bryzy znad oceanu.

– Będziesz pisał? – zdołała spytać.

– Postaram się.

To również wydawało się dziwne. Wojsko z zasady podejmowało nadzwyczajne środki, aby zapewnić, że doręczano pocztę zarówno do żołnierzy, jak i od nich. Była to jedna z rzeczy, które armia mogła zaoferować, aby odległe placówki były bardziej znośne. Pisanie było łatwą obietnicą, ale Jenny wiedziała, że Ryan by jej nie okłamał.

Chwyciła go za ręce i próbowała zapamiętać szczegóły jego pięknej twarzy. Nawet nie miała jego fotografii.

– Dlaczego wysyłają cię tak wcześnie? Inni wyjadą dopiero w przyszłym miesiącu. Nie chcę, żeby cię wysłali, gdy ciągle masz dziesięć kilo niedowagi i mógłbyś mieć nawrót choroby.

Uśmiechnął się lekko.

– Jenny, wszystko ze mną w porządku.

– Pozwalasz, żeby marynarka wojenna cię wykorzystywała.

Ryan był wielkoduszny i pozwalał innym czerpać ze swojej dobrotliwej natury. Nie wiedziała, co zrobiła, aby zasłużyć na tak wspaniałego mężczyznę jak Ryan Gallagher. Była dziewczyną z kiepskiej dzielnicy San Francisco, a on był bohaterem prosto z książki.

– Nie mogę nic więcej powiedzieć, ale nie chcę, abyś się o mnie martwiła, dobrze? Wszystko będzie w porządku. Może nawet wrócę przed Bożym Narodzeniem.

Jego słowa miały ją uspokoić, ale odniosły przeciwny efekt. Czy nie jest tak, że ludzie nigdy nie doceniają wroga? Odkąd Kongres ogłosił wojnę, żołnierze chwalili się, że rozgromienie Hiszpanów zajmie tylko parę tygodni, ale Jenny nie była tego taka pewna.

 

– Ryan, to Hiszpania – powiedziała, zawstydziwszy się drgającego głosu. – Hiszpania od wieków jest potęgą morską. Skąd możesz wiedzieć, że nie będzie niebezpiecznie? Nawet przepłynięcie oceanu na Filipiny jest niebezpieczne.

– Nie powiedziałem, że jadę na Filipiny.

Jenny nie odpowiedziała, ale wszyscy wiedzieli, że walki będą się rozgrywać na Filipinach, gdzie hiszpańscy żołnierze mieli bazy od trzystu lat. Nawet przed formalnym ogłoszeniem wojny marynarka zaczęła gromadzić ludzi, sprzęt bojowy, amunicję i okręty w pobliżu San Francisco, przygotowując się do wielkiej wyprawy, która miała wyruszyć w następnym miesiącu. Gdyby nie wojna, Jenny nie poznałaby Ryana, ale lękała się myśli o jego wyjeździe.

– I tak się o ciebie martwię – powiedziała. – Coś mi tu nie pasuje.

Dotknął jej policzka, a z jego twarzy biło ciepło i życzliwość.

– Nie chcę, abyś się o mnie martwiła. Noc jest dzisiaj taka pogodna. To dobry znak. – Znowu wziął ją w objęcia i mocno przycisnął do siebie. – Nie mów nikomu, że tu dziś byłem – wyszeptał jej do ucha. – To jest coś, co nie może się wydać.

– Oczywiście.

Pracownicy cywilni byli uprzedzani, aby nie mówić o ruchach wojsk i działaniach w bazie, i choć było niemożliwe, by Hiszpanie umieścili między nimi swoich szpiegów, Jenny przywiązywała wagę do dyskrecji.

Nagle wojna wydała się bardzo realna, a ona tego nie chciała. Pragnęła nadal spotykać się z Ryanem na dziedzińcu, chodzić na pikniki na klif nad zatoką i dalej wierzyć, że ich cudowny wspólny czas nigdy się nie skończy. Kiedy znowu będzie możliwe, żeby ją tak obejmował? Wydawało się to takie niesprawiedliwe. Znaleźli siebie nawzajem tylko po to, aby tak szybko być rozdzieleni...

– Zanim pójdę, chcę, żebyś wiedziała, jak bardzo cię kocham – szepnął, przytulony do jej policzka, aż ścisnęło ją za serce. Odsunął się nieznacznie, aby spojrzeć jej w twarz. – Gdy tylko wrócę, pobierzemy się i będziemy razem przez resztę życia. Żałuję, że nie dałem rady kupić pierścionka, ale wszystko dzieje się szybciej, niż bym przypuszczał.

Był to chyba najpiękniejszy i najboleśniejszy moment w całym jej życiu. Czuła się całkowicie rozdarta.

– To by było wspaniale... – Tylko tyle zdołała odpowiedzieć.

Sięgnął do kieszeni, po czym wcisnął jej w dłoń ciężki złoty zegarek, jeszcze ciepły od jego ciała.

– Weź chociaż ten zegarek mojego ojca. Coś na pamiątkę.

– Nie, Ryan, to zbyt cenne. – Próbowała oddać zegarek, ale ręka Ryana stanowczo zacisnęły się wokół jej dłoni.

– Przechowaj go dla mnie – powiedział. – Wrócę z obrączką, a wtedy możemy się wymienić, dobrze?

– Może tak być – szepnęła.

– Chciałbym, żeby sprawy miały się inaczej, ale już czas na mnie. Nie zobaczysz mnie, aż to wszystko się skończy.

– Będę na ciebie czekać – powiedziała. – Nieważne, jak długo cię nie będzie, zawsze będę czekać.

Z jakiejś przyczyny ta obietnica go zasmuciła. Cień przesunął się po jego twarzy, kiedy przyciągnął ją w swoje objęcia i delikatnie kołysał w świetle księżyca.

– Żegnaj, Jenny. Nigdy cię nie zapomnę. Gdziekolwiek będę, twoje serce i dusza będą ze mną.


Upływały kolejne miesiące bez wieści od Ryana. Każdego dnia Jenny z zapartym tchem udawała się na pocztę na terenie jednostki. Inni ludzie dostawali mnóstwo listów od żołnierzy wysłanych za granicę, a skrzynka Jenny świeciła pustkami. Codziennie sprawdzała listy ofiar, za każdym razem modląc się z ulgą, gdy nazwiska Ryana tam nie było. Nadeszło Boże Narodzenie i obawiała się, że może zginął, a jego nazwisko nie widniało na żadnej liście. A co, jeśli został pojmany i uwięziony w jakimś kraju, którego języka nie zna? Mógł mieć nawrót tyfusu albo zarazić się jakąś tropikalną chorobą. Ryan nie miał rodziny i żadnej osoby, która podniosłaby alarm, że zaginął.

Nie mogła już dłużej siedzieć z założonymi rękami, więc napisała do Waszyngtonu z zapytaniem o marynarza, który prawdopodobnie zaginął. Napisała do sekretarza Departamentu Wojny i kapitana okrętu USS Baltimore. Napisała do admirała Deweya. Nic z tego nie wyniknęło, wszyscy uważali, że Ryan był na misji i w dobrym zdrowiu. Lecz ona nie mogła w to uwierzyć, gdy kolejne miesiące mijały bez znaku życia z jego strony. Dopiero ponad rok później dostała od Ryana pierwszy i jedyny list. Wpatrywała się w niego z niedowierzaniem, ale był krótki i treściwy.

Droga Jenny,

obawiam się, że byłem przepełniony nadmiernym optymizmem w stosunku do naszej przyszłości. Zaproponowano mi ważne zadania w marynarce wojennej i przyjąłem tę nominację. Nie wrócę do Kalifornii, ale życzę Ci powodzenia we wszystkim, co przyniesie Ci przyszłość.

Jest mi niezmiernie przykro ze względu na mylne oczekiwania, do jakich mogłem się przyczynić w czasie mojej rekonwalescencji w Presidio.

Z wyrazami szacunku

porucznik Ryan Gallagher

I

Sześć lat później

Lato 1904

Jenny wyszła ze szpitala, wpatrując się we wschód słońca, który rozjaśniał horyzont. Dla większości ludzi wschód słońca był początkiem dnia, tymczasem dla Jenny był to znak, że trzeba się udać na spoczynek.

Cywilne pielęgniarki zostały przydzielone do pracy na nocne zmiany po tym, jak zakończyła się wojna, a korzystniejsze godziny pracy dostawali żołnierze wracający z frontu. Praca w nocy była sporym wysiłkiem, ale stanowiła dla niej jedyne wyjście, jeśli chciała nadal pracować w szpitalu w Presidio.

Było jeszcze chłodno, więc mocniej owinęła się wełnianą peleryną. Zazwyczaj o tej porze wracała do pokoju, zaciągała zasłony i spała do południa, jednak dziś było inaczej. Miała ściśnięty żołądek na myśl o czekającym ją spotkaniu z kapitanem Soamesem, dyrektorem medycznym szpitala w Presidio. Niegdyś był on lekarzem na polu bitwy, a za biurkiem zaczął pracować, gdy wojna amerykańsko-hiszpańska skończyła się ledwie osiem miesięcy po jej rozpoczęciu. Był ponurym, twardym człowiekiem, który nie miał cierpliwości dla cywili pracujących w bazie, ale też jedyną osobą, która mogła wyświadczyć przysługę, której Jenny tak rozpaczliwie potrzebowała.

Nie było go jeszcze w biurze, więc szybko pobiegła do budynku koszar, gdzie na piętrze mieszkały cywilne pielęgniarki. Jej pokój był niewielki, czysty i zadbany. Powinien być, biorąc pod uwagę to, że zamiatała go codziennie, a okno, lustro i klamki dwa razy w tygodniu przecierała roztworem octu.

Umyła ręce i twarz i założyła czysty kołnierzyk. Wszystkie pielęgniarki nosiły białe fartuchy, pod którymi miały niebieskie bawełniane sukienki z wykrochmalonymi białymi kołnierzykami, które wojsko dostarczało im każdego tygodnia. Jenny płaciła dodatkowo, żeby świeżo wykrochmalony kołnierzyk mieć codziennie. Schludność była dla niej ważna i za każdym razem, gdy miała stanąć naprzeciw kapitana Soamesa, chciała wyglądać nieskazitelnie. Potrząsnęła rozpuszczonymi hebanowymi włosami, wyszczotkowała je, żeby pięknie błyszczały, a potem zawinęła w elegancki kok. Przypięcie czepka pielęgniarskiego było już ostatnim szczegółem, jakiego musiała dopilnować przed wyjściem.

Kapitan nie ucieszył się na jej widok, a stał się jeszcze mniej zadowolony, kiedy wyjaśniła mu powód swojej wizyty, jednak przedstawiała swoje argumenty, nie dając mu się wytrącić z równowagi.

– Skeeter Jones jest bystrym chłopcem, ale oślepnie w ciągu kilku lat, jeśli jego oczy nie zostaną zoperowane – wyjaśniała.

– A pani chce, żeby wojsko za to zapłaciło.

Skeeter był dwunastoletnim sierotą, który zarabiał mniej niż dolara dziennie, sprzedając gazety, więc tak, Jenny potrzebowała znaleźć kogoś, kto zechce zapłacić za jego operację.

– Doktor Samuelson mówi, że operowanie powiek przyrośniętych do gałki ocznej to rutynowy zabieg, który trwa mniej niż godzinę. Pokryję koszty związane z lekami...

Urwała zdanie. Stan jej finansów był mocno nadwyrężony od ostatniego miesiąca, ale Skeeter potrzebował tej operacji. Defekt ciała utrudniał widzenie. Proste nacięcie dokonane sprawną ręką chirurga mogłoby zmienić całe jego życie, ale musiałoby to być zrobione teraz, zanim chłopiec jeszcze bardziej urośnie. Sale operacyjne były puste przez większość dnia, a koszt takiej operacji byłby dla wojska bardzo niski.

– Niech pani znajdzie jakiegoś dobroczyńcę, który za to zapłaci – powiedział kapitan Soames. – Jeśli rozniosą się wiadomości, że armia oferuje darmowe leczenie, będziemy mieć kolejki aż do Embarcadero i oskarżenia o protekcję.

– Albo mogłoby to poprawić naszą reputację w mieście.

– Niech pani znajdzie jakiś sposób, żeby za to zapłacić, siostro Bennett. Wtedy może porozmawiamy.

– Z czego mam zapłacić, skoro pan płaci mi ledwie połowę tego, co dostają pielęgniarze?

Kapitan najwyraźniej wyczuł ton wyrzutu w jej głosie.

– Jako pielęgniarki z nocnej zmiany dostajecie mniej, bo robicie niewiele więcej niż czuwanie przy śpiących pacjentach. To oczywiste, że nie możemy wam płacić tyle, ile dostają osoby pracujące w dzień. Jeśli nie podoba się pani praca tutaj, może się pani zwolnić. Jeśli nie podoba się pani sposób, w jaki zarządzam szpitalem, proszę odejść. Czy jest to jasne, siostro Bennett?

Na krzywe spojrzenie kapitana Soamesa odpowiedziała z uniesioną głową.

– Całkiem jasne. Wojsko musi być dumne, że oficerowie wyrażają się w taki mocny sposób, w ogóle nie tracąc czasu na konwenanse.

Kapitan Soames zaśmiał się szorstko. Odczuwał względem niej wymuszony szacunek od czasu, kiedy zobaczył, jak poradziła sobie z żołnierzem, który próbował ukraść morfinę z szafki. Większość pielęgniarek pochodziła z przyzwoitych rodzin, Jenny zaś dorastała w dzielnicy portowej San Francisco i nie przerażali jej niesforni żołnierze. Mimo iż udawała, że to nieprawda, pod sztywnym, wykrochmalonym strojem ciągle skrywała się twardość dziecka ulicy, mająca korzenie w jej młodości.

Kapitan Soames rzucił ołówkiem i patrzył na nią z wyraźną frustracją.

– Czemu nie wyjdzie pani za mąż jak normalna kobieta? Nie będzie pani wtedy pracować sześć dni w tygodniu i jakoś zorganizuje pieniądze dla tego dzieciaka.

Jenny próbowała nie zblednąć, chociaż już wielokrotnie w ciągu ostatnich kilku lat słyszała takie pytania. Kiedyś już się zakochała i okazało się to katastrofą. Najbardziej upokarzające w tym wszystkim było to, że nawet po otrzymaniu tamtego lakonicznego listu od Ryana Gallaghera nie mogła o nim zapomnieć. Coś w tym wszystkim się nie zgadzało. Może był to jej opór przed stawieniem czoła prawdzie, ale obawiała się, że Ryanowi stało się coś bardzo złego, a on próbował ją przed tym chronić.

Trwała w tej naiwnej nadziei przez lata, próbowała nawet wyłudzić jego adres od koleżanki pracującej w dziale wypłat. Vivian mogła jedynie powiedzieć, że adres Ryana przez cały okres jego służby wojskowej był objęty tajemnicą, ale dowiedziała się później, że na początku zeszłego roku wystąpił z marynarki. Jego oficjalnym adresem do celów otrzymywania korespondencji była mała wioska rybacka w pobliżu San Diego.

Jenny nie mogła dłużej oszukiwać samej siebie. Jako cywil Ryan mógł się z nią skontaktować, gdyby chciał. San Diego było oddalone jedynie o dzień podróży pociągiem, a mimo to nie miała od niego żadnych wieści.

– Obecnie nie planuję zamążpójścia – odpowiedziała kapitanowi.

Nie miała nikogo poza Ryanem, a przez ostatnich kilka lat zbyt wielu mężczyzn ją rozczarowało.

Tylko Simon był inny. Obydwoje wiedzieli, jak to jest być głodnym i bezdomnym. Od dnia, kiedy wziął ją pod swoje skrzydła, gdy była dziewięcioletnim dzieckiem ulicy, zawsze się o siebie troszczyli. Bezwzględny świat San Francisco patrzył podejrzliwie na mężczyznę w średnim wieku, który zaprzyjaźnił się ze śliczną dziewczynką, więc zaczęła nazywać Simona swoim ojcem. Działo się tak z różnych powodów, ale Simon Bennett naprawdę był jej ojcem, jedynym, jakiego znała. Przyjęła jego nazwisko, bo „Bennett” brzmiało poważnie i szacownie. Karmił ją, gdy była głodna, dbał, żeby chodziła do szkoły, i pocieszał, gdy dzieciaki z sąsiedztwa jej dokuczały, bo wiedziały, skąd pochodziła. W tłustych latach Simon płacił za jej szkołę pielęgniarską.

Tłuste lata dawno minęły, a teraz to Simon potrzebował pomocy. W zeszłym miesiącu jego sklep jubilerski został okradziony. Złodzieje rozbili szybę na wystawie i uciekli z całą biżuterią, łącznie z jego ukochaną kolekcją pereł.

 

Simon zbierał i sprzedawał perły całe swoje życie, a złodzieje zostawili go bez grosza. Nie miał nawet pieniędzy na wymianę szyby i zabił otwór deskami. Właściciel lokalu ostrzegł Simona, że jeśli nie wymieni szyby w ciągu tygodnia, zostanie eksmitowany.

Nie mając innego wyjścia, aby kupić szybę wystawową, Jenny sprzedała zegarek, który podarował jej Ryan. Poczucie winy odzywało się w jej sercu, gdy kładła zegarek na ladzie lombardu. Należał do ojca Ryana, człowieka, który pracował jako misjonarz na Dalekim Wschodzie. Rodzice Ryana zmarli, zanim go poznała i czuła, że jest nielojalna, sprzedając jedną z nielicznych pamiątek, jakie po nich miał.

Jednak jej serce stwardniało. Jeśli Ryanowi zależałoby na zegarku po ojcu, mógł ją o niego poprosić. Ryanowi Gallagherowi nie była winna nic, a Simonowi – wszystko.

Sprzedaż zegarka Ryana pozwoliła na zakup nowej szyby, ale nie zapewniła wystarczającej ilości środków, aby uratować sklep Simona. Jenny przeznaczała wszystkie swoje oszczędności na pomoc w uzupełnieniu towarów w sklepie, ale oznaczało to, że nie miała już nic na pomoc chłopcu, który miał wkrótce oślepnąć.

Postanowiła postawić wszystko na jedną kartę. Kiedy kapitan Soames po raz pierwszy pojawił się w Presidio, dowiedziała się o nim wszystkiego, co możliwe. Różniły ich pewne szczegóły dotyczące dzieciństwa, ale zarówno ona, jak i kapitan od wczesnych lat musieli walczyć o swoje i to sprawiło, że wiedziała dokładnie, jak go przekonać.

– Pana rodzina wyemigrowała z Irlandii, gdy był pan małym dzieckiem – powiedziała. – Był pan jednym z dziewięciorga rodzeństwa i dorastał w najgorszej dzielnicy Nowego Jorku. Nie miał pan własnej pary butów przed ósmym rokiem życia. Nikt nigdy nic panu nie dał. Zaciągnął się pan do wojska, mając szesnaście lat i pańskie życie stało się nawet trudniejsze, ale wojsko dało panu jedyną rzecz, jakiej pan pragnął. Szansę. Pracował pan, trudził się, walczył, przelewał krew, aby znaleźć się tu, gdzie jest pan teraz... Ale nie był pan ślepy, kapitanie Soames. Nie miałby pan nigdy szansy zawalczyć w tym świecie o swoje, gdyby był pan ślepy.

Kapitan Soames spojrzał na nią, a ona również patrzyła na niego. Ta bitwa była zbyt ważna, by ją przegrać. Czekała, wsłuchując się w bicie własnego serca, podczas gdy on kręcił się na krześle.

– Proszę powiedzieć doktorowi Samuelsonowi, aby ustalił termin operacji tego chłopca.

Poczuła się tak, jakby słońce zaświeciło w jej wnętrzu, rozpromieniła się światłem, ciepłem i nadzieją, ale nie pozwoliła, aby choćby najdrobniejszy ślad tego uczucia pokazał się na jej twarzy, tylko skinęła głową.

– Dziękuję panu.


Jenny zwykle spotykała się z Vivian Perez na lunchu o pierwszej każdego popołudnia. W Presidio nie pracowało zbyt wiele kobiet, więc Jenny i Vivian szybko nawiązały bliską znajomość, będąc wyjątkami pomiędzy tysiącami żołnierzy stacjonujących w głównej bazie wojskowej na Zachodnim Wybrzeżu.

Zamiast jeść w hałaśliwej mesie zabrały swój posiłek na zewnątrz, do stolika na dziedzińcu.

– Operacja oczu Skeetera będzie za dwa tygodnie – powiedziała Jenny do Vivian, obracając w dłoniach cynowy kubek. – Poproszę Simona, aby pozwolił chłopcu zamieszkać z nim po zabiegu, bo w sierocińcu nie będą mieli ludzi do opieki nad nim. Mam tylko nadzieję, że do tej pory Simon nie zostanie eksmitowany.

Westchnęła, odpakowując kurczaka w rogaliku z ciasta francuskiego. Nie miała zbytniego apetytu, ale potrzebowała siły. Otworzyła kanapkę, zjadła kurczaka ze środka, ale nie tknęła rogalika.

– A co, gdyby Simon znalazł jakąś inną pracę? – spytała Vivian, przeżuwając swój lunch.

Byłoby to najprostsze rozwiązanie ich problemu. Znalezienie gdzieś Simonowi przyzwoitej pracy byłoby praktyczne, logiczne i opłacalne. Niestety, żadna z tych cech nie pasowała do Simona Bennetta.

– Chyba prędzej wstrzymam bieg słońca, niż sprawię, żeby Simon się zachowywał logicznie – powiedziała, nie mogąc powstrzymać nutki czułości w swoim głosie.

To właśnie nieregularne zarobki Simona w czasach jej dzieciństwa przyczyniły się do tego, że zainteresowała się pielęgniarstwem. Była to praktyczna umiejętność, na którą zawsze był popyt. Ludzie chorowali zarówno w czasach dostatku, jak i kryzysów ekonomicznych. Szpitale zawsze płaciły na czas, a ona doceniała stałe przychody.

Oparła łokcie na stole i poczuła na twarzy łagodną bryzę. Lubiła tu siedzieć, bo wiatr przynosił zapach eukaliptusów rosnących w pobliżu. Był czysty, świeży i orzeźwiający. Czasem zrywała parę gałązek i zanosiła do pokoju.

– Ciekawe, co robi to dziecko... – rzekła nagle Vivian.

Jenny podążyła za wzrokiem przyjaciółki.

Kilka metrów dalej, niedaleko ogrodu różanego, mała dziewczynka w białym ubranku mocowała się przy ciężkim kamieniu. Nie mogła mieć więcej niż trzy czy cztery lata, a kamień był prawie jej wielkości. Nie powstrzymywało jej to przed wkładaniem całej siły w próbę udźwignięcia ciężaru.

Wydawała się być sama. Jenny wątpiła w to, że dziecko ruszy ten wielki głaz, ale wolała się upewnić, że wszystko jest w porządku. Wstała i podeszła do dziewczynki, której ciemne włosy wysunęły się ze spinek i opadały na twarz.

– Jesteś tu sama? – spytała kobieta.

Dziewczynka się wyprostowała. Była prześlicznym dzieckiem o azjatyckich rysach. W San Francisco było wielu Chińczyków, ale Jenny rzadko widywała ich w Presidio.

– Tatuś pozwolił mi się tu bawić – powiedziała dziewczynka z delikatnym akcentem.

Jenny zastanawiała się, czy tata tej małej wiedział, że grzebała w ziemi w ogrodzie, mając na sobie białe ubranko.

– Chodź tu do naszego stolika, zanim twój tata wróci – zaproponowała Jenny.

Dziecko posłusznie poszło za nią do stolika pod topolą.

– Jesteś głodna? Chciałabyś trochę rogalika?

Dziewczynka wyglądała na zmieszaną, przyglądając się rogalikowi.

– Chleb? – spytała.

– Tak, to chleb.

– Tak, proszę pani.

Dziewczynka przeciągnęła ręką po włosach, a spinka zsunęła się jeszcze bardziej, ledwo wisząc na czarnych jedwabistych kosmykach.

– Chodź, poprawię ci włosy – powiedziała Jenny. – Twój tatuś nie chciałby pewnie, żebyś zgubiła takie ładne spinki z perełkami.

Takie sztuczne perełki nie były szczególnie drogie, wytwarzano je ze zmielonych muszli ostryg, ale Simon dostałby zawału, gdyby zobaczył dziecko, które beztrosko gubi spinki z perełkami, bawiąc się w ziemi. Dziewczynka pozwoliła Jenny przeczesać sobie włosy palcami, ale zapięcie spinek na śliskich kosmykach okazało się prawdziwym wyzwaniem.

Miała na imię Lily i kiedy zaczęła mówić, nie dało się jej powstrzymać. Lily opowiedziała im, że ma w domu dwa koty, z których jeden zabił meduzę i przyniósł ją do domu, co sprawiło, że tatuś śmiał się aż do łez. Tata był właścicielem całej plaży i miał piękny mundur, który czasami nosił, a czasami nie.

– Lily? – Męski głos dobiegł z głównej kwatery po drugiej stronie dziedzińca.

– Tata! – Lily zeskoczyła z ławki i pobiegła przez dziedziniec w kierunku wysokiego mężczyzny w śnieżnobiałym mundurze marynarki wojennej.

Jenny patrzyła, nie wierząc własnym oczom.

– Ryan? – wyszeptała.

Był zbyt daleko, żeby go rozpoznać, ale przypominał jej Ryana Gallaghera. Może sprawiał to mundur oficera marynarki, bo prawie wszyscy inni w Presidio należeli do piechoty, ale mężczyzna ten był tak podobny do Ryana, że obudziło to słodko-gorzką tęsknotę.

Odruchowo wstała i ruszyła w jego kierunku. Uszła zaledwie kilka kroków, gdy dziewczynka dobiegła do niego. Oficer przykucnął, aby ją podnieść, po czym podrzucił wysoko w górę ze śmiechem.

Znała ten śmiech, tenor o złocistej barwie, płynący prosto z serca. To był on. Musiał być on. Kiedy stała bez słowa i bez ruchu, dziewczynka spojrzała na nią znad ramienia swojego ojca i pomachała. Mężczyzna podążył za spojrzeniem dziecka, popatrzył na Jenny i zamarł. Nie było żadnych wątpliwości.

Ryan Gallagher powrócił.

Zanim zdołała uczynić jakikolwiek krok, Ryan objął mocniej Lily, odwrócił się i odszedł w stronę budynków oficerskich, nawet nie spoglądając w jej stronę.

– Jenny... co się dzieje? – spytała Vivian.

Potrwało chwilę, zanim złapała oddech.

– Ten mężczyzna przypomina mi kogoś, kogo kiedyś znałam.

– Ryana Gallaghera?

Były sobie bliskie od niedawna, ale Jenny zdążyła już zrelacjonować przyjaciółce szczegóły swojego burzliwego romansu. Opowiadanie Vivian o tym, jak Ryan zmienił zdanie, przez co w końcu się nie pobrali, było bolesne i wprawiało Jenny w zakłopotanie.