Niezwyciężony. Tom 1Tekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Spis treści

  Dedykacja

  Wstęp

  Motto

  I Wielka rewolucja 1 W niektórych znalazł złoto 2 Zło nadchodzi z zewnątrz 3 Król wojownik 4 Święta wojna

  II Przygotowania do katastrofy 1 O drewnie, drzewach i granicach 2 Tajne plany 3 „Unikam dworu jak zarazy” 4 Siła napędowa wojny

  III Ostatnie lata pokoju 1 Czas melancholii 2 Car zdobywa Litwę za pomocą ołówka 3 Trzy pytania zadane w zimnym pokoju 4 O znaczeniu zwrotu „et caetera”

  IV Napaść na polskę 1 Nie przejmujcie się krzykami ani hałasem 2 Stara podłoga w Kiejdanach 3 Karol Gustaw dokonuje wyboru 4 Do ostatniej kropli krwi

  V Zwycięstwa i triumfy 1 Oblężenie Krakowa 2 Kraj bez króla, król bez ziemi 3 „Głodni ludzie, niebezpieczni i twardzi sąsiedzi” 4 W stronę Morza Kaspijskiego?

  VI Opór rośnie 1 „To straszne powstanie” 2 Cud w Częstochowie 3 Pastisz na temat spadającej gwiazdy 4 Pokażcie teraz, na co was stać

  VII Wojna rozszerza się 1 Zbyt podekscytowani, aby prosić o laskę albo ją okazać 2 Rosja atakuje 3 Głowa w czerwonym, aksamitnym pudełku 4 „Już od wielu lat ojczyzna nie znajdowała się w tak niebezpiecznym położeniu”

  Fotografie

  Przypisy

Ku pa­mię­ci pew­ne­go chłop­ca, któ­ry zmarł na mo­ich oczach w Kart-e Se, w Ka­bu­lu, oko­ło go­dzi­ny 10.00 dnia 14 mar­ca 1996 roku.

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Den oöve­rvin­ner­li­ge

Tłu­ma­cze­nie: Woj­ciech Ły­gaś

Au­tor map: Mar­tin Ek, Eken pro­duk­tion

Ilu­stra­cje: z dzieł XIX-wiecz­nych

Re­dak­cja: Piotr Tra­fi­łow­ski, Wi­told Bier­nac­ki, An­drzej Ryba

Ry­su­nek na okład­ce: © Ja­ro­sław Wró­bel

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © Co­py­ri­ght: © Pe­ter En­glund 2000

Co­py­ri­ght © Bok­för­la­get Atlan­tis AB 2000

Co­py­ri­ght © for Po­lish edi­tion FIN­NA

Ory­gi­nal­na wer­sja książ­ki wy­da­na zo­sta­ła w Szwe­cji przez wy­daw­nic­two Bok­för­la­get Atlan­tis, Stoc­kholm

Książ­ka do­fi­nan­so­wa­na przez Sven­ska In­sti­tu­tet

ISBN 978-83-62913-92-3

Wy­da­nie I w ję­zy­ku pol­skim

Gdańsk 2004

Ofi­cy­na Wy­daw­ni­cza FIN­NA

80-752 Gdańsk, Dzie­wa­now­skie­go 5/6

tel: 603 892 042

ema­il: fin­na@fin­na.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Wstęp

Po raz ko­lej­ny mu­szę roz­po­cząć od wstę­pu, któ­ry bę­dzie wy­glą­dał tak, jak­bym chciał się uspra­wie­dli­wić. Cały pro­jekt zwią­za­ny z na­pi­sa­niem tej książ­ki roz­po­czą­łem przed dzie­się­cio­ma laty1, w na­iw­nej mie­szan­ce en­tu­zja­zmu i nie­do­ce­nia­nia ogro­mu za­da­nia. En­tu­zja­zmu od­no­szą­ce­go się do chę­ci uję­cia w jed­nym opra­co­wa­niu ca­łej epo­ki nie mu­szę chy­ba wy­ja­śniać; jest to ma­rze­nie wie­lu hi­sto­ry­ków, któ­rzy dzia­ła­ją w dzi­siej­szych cza­sach, a któ­rzy pod­da­ni są ty­ra­nii spe­cja­li­za­cji. Trud­niej­sze do zro­zu­mie­nia jest na­to­miast nie­do­ce­nia­nie prze­ze mnie stop­nia zło­żo­no­ści ca­łe­go za­da­nia. Być może na­le­ża­ło­by to wią­zać ze wspo­mnia­nym wcze­śniej en­tu­zja­zmem, któ­re to uczu­cie może uczy­nić czło­wie­ka od­waż­nym i śle­pym.

Nie jest to jed­nak – jak już wspo­mnia­łem – pró­ba uspra­wie­dli­wie­nia się przed czy­tel­ni­kiem, tyl­ko swe­go ro­dza­ju wy­tłu­ma­cze­nie. Ni­niej­sza książ­ka jest bo­wiem nie­za­leż­ną kon­ty­nu­acją po­przed­nie­go mo­je­go utwo­ru pt. „Lata wo­jen”, na­pi­sa­ne­go w 1993 roku. Oczy­wi­ście, w mia­rę upły­wu lat sta­wa­łem się co­raz bar­dziej kry­tycz­ny, po­nie­waż epo­ka, któ­rą uka­zu­ję w ni­niej­szej pra­cy – lata 50. XVII wie­ku – oka­zy­wa­ła się stop­nio­wo o wie­le bar­dziej zło­żo­ną i trud­ną do zro­zu­mie­nia, niż go­tów by­łem na po­cząt­ku przy­znać. Inna istot­na kom­pli­ka­cja po­le­ga­ła na tym, że, po­dob­nie jak w „La­tach wo­jen”, sta­ra­łem się uni­kać sztucz­nych ogra­ni­czeń i krót­ko­wzrocz­no­ści, tak ty­po­wej dla za­bar­wio­ne­go na­cjo­na­li­stycz­nym po­dej­ściem opi­sy­wa­nia hi­sto­rii. Tym ra­zem ozna­cza­ło to, że z ko­niecz­no­ści mu­sia­łem za­głę­bić się w sie­dem­na­sto­wiecz­ną hi­sto­rię Eu­ro­py Wschod­niej, a zwłasz­cza hi­sto­rię Pol­ski. Utwór pi­sa­łem ze szwedz­kiej per­spek­ty­wy – i było to słusz­ne po­dej­ście, jak zdą­ży­łem się zo­rien­to­wać po re­ak­cjach, ja­kie do­tar­ły do mnie po wy­da­niu „Lat wo­jen” w Niem­czech i w Cze­chach. Uwa­żam za­ra­zem, że jest rze­czą nie­moż­li­wą zro­zu­mie­nie waż­nych i mniej waż­nych zda­rzeń roz­gry­wa­ją­cych się w XVII wie­ku, je­śli au­tor zaj­mu­je się tyl­ko dzie­ja­mi wła­sne­go kra­ju i zga­dza się na to, aby ist­nie­nie gra­nic na­ro­do­wych w dzi­siej­szym kształ­cie było naj­waż­niej­szą za­sa­dą or­ga­ni­zu­ją­cą po­rzą­dek świa­ta.

Mu­szę tak­że przy­znać, że ist­nia­ła oso­ba, z któ­rą mia­łem spo­re trud­no­ści: Ka­rol X Gu­staw, któ­ry – co może wy­dać się dziw­ne – mimo swe­go wiel­kie­go zna­cze­nia nig­dy nie stał się bo­ha­te­rem spój­ne­go dzie­ła bio­gra­ficz­ne­go. Stoi to w sprzecz­no­ści z wie­lo­ma utwo­ra­mi po­świę­co­ny­mi jego po­przed­ni­kom i na­stęp­com na tro­nie (po­wo­dem tego może być fakt, iż jego bez wąt­pie­nia atrak­cyj­na oso­bo­wość i nie mniej in­te­re­su­ją­cy spo­sób pro­wa­dze­nia po­li­ty­ki, nie dały się tak ła­two wy­ko­rzy­stać to two­rze­nia bo­ha­ter­skich epo­sów albo za­bar­wio­nej na­cjo­na­li­zmem pa­ne­gi­ry­ki). Sta­ra­łem się w ja­kiś spo­sób wy­peł­nić tę lukę, choć mu­szę za­zna­czyć, że bio­gra­fia kró­la za­war­ta w tej książ­ce ukie­run­ko­wa­na jest bar­dziej na jego dzia­ła­nia w za­kre­sie wiel­kiej po­li­ty­ki, a mniej od­no­si się do jego pry­wat­ne­go ży­cia. Kon­ty­nu­uję tu tak­że opo­wieść o wę­drów­kach Eri­ka Dahl­ber­gha przez sie­dem­na­sto­wiecz­ny świat, choć ostrze­gam, że po­stać ta po­ja­wi się w książ­ce do­pie­ro w siód­mym roz­dzia­le. Dla­te­go też to sam czy­tel­nik musi zde­cy­do­wać, kim jest ów „czło­wiek ży­ją­cy w sa­mym środ­ku epo­ki szwedz­kiej mo­car­stwo­wo­ści”.

Py­ta­nie to po­ja­wi­ło się oczy­wi­ście w mo­jej wła­snej gło­wie. Czy rze­czy­wi­ście moż­na tak po­stę­po­wać? Sie­dzieć so­bie w 2000 roku i pi­sać książ­kę o kró­lach, o nę­dzy mi­nio­nych lat i daw­no za­po­mnia­nych bi­twach? Czy ist­nie­je ja­kiś po­wód, dla któ­re­go win­ni­śmy po­wra­cać do tam­te­go ży­cia i do owe­go frag­men­tu dzie­jów? No cóż, za­wsze ku­si­ło mnie to, co dzia­ło się w prze­szło­ści; mimo wszyst­ko je­stem hi­sto­ry­kiem i wy­kła­dam na uczel­ni, w związ­ku z czym je­stem za­in­te­re­so­wa­ny po­sta­cia­mi i zda­rze­nia­mi, któ­re zni­kły w po­mro­ce dzie­jów za spra­wą po­stę­pu albo no­wych tren­dów. Jest rze­czą oczy­wi­stą, że sto­imy w ob­li­czu dzie­dzi­ny, któ­ra stop­nio­wo za­ni­ka w na­szej świa­do­mo­ści: nie pro­wa­dzi się już bo­wiem ja­kichś kon­kret­nych ba­dań na­uko­wych od­no­szą­cych się do wszyst­kich skom­pli­ko­wa­nych zmian, ja­kie do­ko­ny­wa­ły się w la­tach 50. XVII wie­ku (jest też rze­czą nie­zwy­kle wy­mow­ną, że w ostat­nich la­tach zmar­ło trzech wy­bit­nych znaw­ców owej epo­ki). Ła­two moż­na dziś zna­leźć za­wo­do­wych hi­sto­ry­ków szwedz­kich, ma­ją­cych dość męt­ne po­ję­cie o tym, co dzia­ło się w tam­tej de­ka­dzie, kie­dy to pół­noc­no – wschod­nią Eu­ro­pę ogar­nął po­żar, któ­ry już na za­wsze do­ko­nał w owych kra­jach nie­od­wra­cal­nych zmian.

 

Być może zja­wi­sko to jest nie­unik­nio­ne. Może przy­szli spe­cja­li­ści od hi­sto­rii XX wie­ku, ży­ją­cy w przy­szłym świe­cie, rów­nież będą mieć bla­de po­ję­cie o tym, kto z kim wal­czył i dla­cze­go w świe­cie dzi­siej­szym. Za­po­mną o ofia­rach i o spraw­cach. Wie­lu z nich bę­dzie so­bie na przy­kład za­da­wać py­ta­nie, po co zaj­mo­wa­li­śmy się tak bar­dzo tymi wszyst­ki­mi skom­pli­ko­wa­ny­mi kon­flik­ta­mi na Bał­ka­nach. Trze­ba jed­nak wska­zać na to, że to mil­cze­nie ma cha­rak­ter ty­po­wo szwedz­ki. W są­sied­nich kra­jach – Da­nii i Pol­sce – daw­ne wspo­mnie­nia żyją nadal. Cią­gle ku­szą one ba­da­czy do pi­sa­nia mo­no­gra­ficz­nych opra­co­wań i do za­głę­bia­nia się w aka­de­mic­kie de­ba­ty. Ja sam cią­gle jesz­cze je­stem na­sta­wio­ny do hi­sto­rii w tak ma­te­ria­li­stycz­ny spo­sób, że uwa­żam, iż tak szyb­kie i cał­ko­wi­te po­rzu­ce­nie przez szwedz­ki świat na­uko­wy za­gad­nień zwią­za­nych z hi­sto­rią po­li­tycz­ną jest spra­wą dość dziw­ną (jest to czę­ścio­wo spo­wo­do­wa­ne tym, że współ­cze­sna hi­sto­ria na­sze­go kra­ju roz­wi­ja się w tak nie­dra­ma­tycz­ny spo­sób: ktoś, kto oglą­dał woj­nę na wła­sne oczy, nie może ab­so­lut­nie ba­ga­te­li­zo­wać tego zja­wi­ska). Uwa­żam tak­że, że brak szwedz­kiej hi­sto­rii po­li­tycz­nej spra­wił, iż je­ste­śmy go­rzej przy­go­to­wa­ni do zro­zu­mie­nia róż­nych wiel­kich i gwał­tow­nych pro­ce­sów, roz­gry­wa­ją­cych się wo­kół nas we współ­cze­snym świe­cie, zwłasz­cza, iż zga­dza­my się na to, aby wy­ja­śnie­nie tych zja­wisk po­zo­sta­wić w ge­stii te­ra­peu­tów od oso­bo­wo­ści i ba­da­czy hor­mo­nów.

W każ­dym ra­zie uwa­żam, że jest to wstrzą­sa­ją­ca i po­twor­na spra­wa, czę­sto wtła­cza­na w nie­moż­li­wy do ob­ję­cia spo­sób w pod­ręcz­ni­ki na­uko­we i za­war­te w nich skom­pli­ko­wa­ne wy­wo­dy. War­to ją jed­nak opo­wie­dzieć w ca­ło­ści, oby po raz ostat­ni.

Pra­cy tej po­świę­ci­łem spo­ro cza­su i jest to naj­ob­szer­niej­szy pro­jekt, któ­rym się zaj­mo­wa­łem. Wspo­ma­ga­ło mnie przy tym na róż­ne spo­so­by wie­le osób, któ­re chciał­bym tu­taj wy­mie­nić. Wiel­kie dzię­ki dla Kri­stia­na Pe­tri, Oli Lar­smo, Jana Eklun­da i Han­sa-Jör­ge­na Riis – Jen­se­na, a tak­że dla Jose To­ma­sa za in­spi­ra­cję. Dzię­ku­ję Ja­no­wi Schmid­to­wi, In­gva­ro­wi Eriks­so­no­wi, Mag­da­le­nie Rön­ström, Bir­git­cie Fol­kes­son, Knu­to­wi Svens­so­no­wi, Olle Svan­går­do­wi, Len­nar­to­wi Karls­so­no­wi, Le­nar­to­wi Olan­ders­so­no­wi, Sve­no­wi Gu­sta­vs­so­no­wi i Nil­so­wi Fre­de­ri­ko­wi Hjel­mqvi­sto­wi, a tak­że Ance En­glund. Dzię­ku­ję moim ko­le­gom z Uni­wer­sy­te­tu w Up­psa­li, zaj­mu­ją­cym się hi­sto­rią XVII wie­ku, któ­rzy udzie­li­li mi swe­go wspar­cia. Są to: Gu­drun An­ders­son, Stel­lan Dahl­gren, Åsa Karls­son, Gy­ör­gy No­va­ky, Rolf Tor­sten­dahl i Hen­rik Ågren. Dzię­ku­ję na­ukow­com z in­nym kra­jów, miast i uczel­ni, ta­kim jak: Jó­zef Le­wan­dow­ski, Ar­thur Sehn, Ta­de­usz Wa­si­lew­ski i Ivo Asmus. Dzię­ku­ję oso­bom za­trud­nio­nym w wy­daw­nic­twie „Atlan­tis­bok”, któ­re wy­ko­na­ły wspa­nia­łą ro­bo­tę – Ma­rii, Jo­se­fi­nie, Len­nar­to­wi i Has­se­mu, a zwłasz­cza Chri­ste­ro­wi za styl, Sti­nie za cięż­ką pra­cę, a Kjel­lo­wi za cier­pli­wość. Mar­tin Ek po raz ko­lej­ny ozdo­bił moją książ­kę swy­mi ma­pa­mi.

Dwie oso­by za­słu­gu­ją jed­nak na moje szcze­gól­ne po­dzię­ko­wa­nia. Jed­ną z nich jest do­cent Arne Sta­de, któ­ry wcze­śniej stał na cze­le pro­jek­tu na­zy­wa­ne­go „Carl Gu­staf – pro­jek­tet”, pro­wa­dzo­ne­go w Wyż­szej Szko­le Woj­sko­wej (Mi­li­tär­hög­sko­lan). Dzie­lił się on szczo­drze ze mną swo­ją wie­dzą i za­war­to­ścią swe­go ar­chi­wum. Od­szedł jed­nak od nas na za­wsze, za­nim ukoń­czy­łem tę książ­kę (Arne Sta­de i inni hi­sto­ry­cy za­an­ga­żo­wa­ni w ten pro­jekt – mię­dzy in­ny­mi Lars Ter­sme­den, Ra­iner Fa­ger­lund, Jus­si Lap­pa­la­inen, Jo­nas Hed­berg, Finn Ask­ga­ard i Arne Odd John­sen – wy­ko­na­li w la­tach 60-tych pra­cę ba­daw­czą, za spra­wą któ­rej naj­czę­ściej nie spły­wa­ły na nich żad­ne splen­do­ry, ale któ­ra, ze wzglę­du na swą za­war­tość, sta­no­wi dla nas dzi­siaj nie­oce­nio­ne źró­dło wie­dzy dla dal­szych ba­dań i dla tej książ­ki).

Dru­gą oso­bą jest Mi­chał Kop­czyń­ski z Uni­wer­sy­te­tu War­szaw­skie­go, któ­ry nie tyl­ko umoż­li­wił mi za­po­zna­nie się z trud­no do­stęp­ny­mi pol­ski­mi ma­te­ria­ła­mi, ale tak­że był moim prze­wod­ni­kiem i mi­łym to­wa­rzy­szem po­dró­ży w cza­sie mo­ich wi­zyt w Pol­sce, na­szym wiel­kim są­sie­dzie po dru­giej stro­nie Bał­ty­ku.

Koń­cze­nie ja­kiejś książ­ki wy­wo­łu­je za­wsze pe­wien na­strój me­lan­cho­lii, zwłasz­cza wte­dy, je­śli jej pi­sa­nie za­bie­ra tak dużo cza­su i po­chła­nia tak wie­le my­śli. Mimo, iż pra­ca trwa­ła tak dłu­go – choć cza­sa­mi wy­da­je mi się, że dzię­ki temu – nie mogę po­zbyć się pew­nych wąt­pli­wo­ści… prze­szłość moż­na po­rów­nać do przed­mio­tu za­nu­rzo­ne­go w wo­dzie: jest tam, ale w pew­nym od­da­le­niu, nie­uchwyt­na. Jej kon­tu­ry są nie­wy­raź­ne i płyn­ne. Czy kie­dy­kol­wiek uda nam się zro­zu­mieć lu­dzi, któ­rzy żyli w tam­tej epo­ce? Być może nie. Na­le­ży jed­nak pod­jąć taką pró­bę. Bo jak­że mo­gli­by­śmy mieć in­a­czej na­dzie­ję, że sami zo­sta­nie­my zro­zu­mia­ni przez tych, któ­rzy przyj­dą po nas? Bo tymi, ja­ki­mi je­ste­śmy dziś, byli tak­że i oni; a tym, kim są oni, wkrót­ce bę­dzie­my i my.

Na­pi­sa­ne w sa­mot­no­ści,

o za­cho­dzie słoń­ca, w Ras­bo,

dnia 30 maja 2000 r

P.E.

Czas to rze­ka, któ­ra po­ry­wa mnie z sobą, ale to ja je­stem rze­ką; Jest ona jak ty­grys, któ­ry roz­ry­wa mnie na strzę­py, ale to ja je­stem ty­gry­sem;

Jest ogniem, któ­ry mnie po­chła­nia, ale to ja je­stem ogniem.

Jor­ge Luis Bor­ges: „Nu­eva re­fu­ta­cion del tiem­po”, 1947

Ci, co wal­czą o wol­ność, to ci sami, któ­rzy za­ku­wa­ją ją w łań­cu­chy i oko­wy. Ci, któ­rzy uwa­ża­ją, że wal­czą za oj­czy­znę, to nie rzad­ko ci sami, któ­rzy ją ra­bu­ją i nisz­czą.

Georg Stiern­hielm:„Lyck­sa­li­ghe­tens äre­prakt“, 1650.

I Wielka rewolucja

1 W niektórych znalazł złoto

Nig­dy nie po­zna­my jego imie­nia. Wie­my tyl­ko, że był Szwe­dem, do­syć oty­łym i zu­peł­nie na­gim. No i już nie żył.

Dzia­ło się to gdzieś w po­ło­wie sierp­nia, w po­rze roku, kie­dy czuć już zbli­ża­ją­cą się je­sień. Na­le­żał do du­że­go kon­wo­ju, któ­ry wpadł w za­sadz­kę. Ci, któ­rym uda­ło się stam­tąd uciec, ukry­li się w oko­licz­nych la­sach lub na ba­gni­skach, ale wy­tro­pi­li ich miej­sco­wi chło­pi i wy­bi­li jed­ne­go po dru­gim. Inni pró­bo­wa­li unik­nąć swe­go losu, ucie­ka­jąc do nie­wiel­kie­go mia­stecz­ka po­ło­żo­ne­go w po­bli­żu, ale tyl­ko po to, aby stać się ofia­rą lin­czu miej­sco­wej lud­no­ści. Jed­nak więk­szość Szwe­dów pa­dła na pla­cu boju, kie­dy za­ata­ko­wa­ły ich prze­wa­ża­ją­ce siły wro­ga. On był jed­ną z ofiar. W któ­rymś mo­men­cie, kie­dy jesz­cze trwa­ła ta krót­ka po­tycz­ka, otrzy­mał cię­cie szpa­dą w po­przek brzu­cha, któ­re mia­ło tak dużą siłę, że nie tyl­ko prze­cię­ło ubra­nie, skó­rę i żół­ta­we war­stwy tłusz­czu, ale tak­że roz­pru­ło mu je­li­ta. Upadł na zie­mię. Ży­cie mu­sia­ło ujść z nie­go w cią­gu paru mi­nut. A kie­dy wal­ka do­bie­gła już koń­ca, zwy­cięz­cy za­bra­li jak zwy­kle wszyst­ko, co mia­ło ja­ką­kol­wiek war­tość: wozy, ko­nie, broń, ubra­nia za­bi­tych. Tak­że jego ubra­nie.

Ra­bu­nek tru­pów do­biegł pra­wie koń­ca. Je­den z chło­pów prze­cho­dził wła­śnie koło jego zwłok. Le­ża­ły one na zie­mi, z po­wa­la­ny­mi od bru­du wło­sa­mi i wy­wle­czo­ny­mi na wierzch wnętrz­no­ścia­mi. Wzrok chło­pa spo­czął przez chwi­lę na czer­wo­nej ra­nie na brzu­chu za­bi­te­go, po­wsta­łej na sku­tek cię­cia. Na­gle coś bły­snę­ło we wzdę­tych je­li­tach. Schy­lił się z za­cie­ka­wie­niem i zo­ba­czył zło­tą mo­ne­tę. Za­czął grze­bać w roz­pru­tym brzu­chu i zna­lazł ich wię­cej. Był to sta­ry, żoł­nier­ski spo­sób: przed nie­bez­piecz­ną bi­twą żoł­nie­rze po­ły­ka­li cza­sa­mi swo­je naj­cen­niej­sze mo­ne­ty. Gdy­by do­sta­li się do nie­wo­li, mo­gli stra­cić wszyst­ko, co mie­li ze sobą lub na so­bie, ale po­łknię­ty skarb był bez­piecz­ny, bo po ja­kimś cza­sie wra­cał do wła­ści­cie­la w na­tu­ral­ny spo­sób. Pod wa­run­kiem, że nadal żył.

Chłop szu­kał go­rącz­ko­wo da­lej, aby – jak opo­wia­dał je­den ze świad­ków – „nie ubie­gli go inni; w jed­nych zwło­kach znaj­do­wał zło­to, w in­nych tyl­ko prze­tra­wio­ną pap­kę”. Na sam ko­niec wszyst­kie cia­ła były po­roz­ci­na­ne, je­li­ta po­wy­cią­ga­ne i po­roz­cią­ga­ne na całą swą dłu­gość, i do­kład­nie prze­szu­ka­ne. A kie­dy skoń­czy­li już z tru­pa­mi, po­de­szli do jeń­ców2.

Moż­na dojść tu­taj do nie­słusz­ne­go wnio­sku, że w opi­sie tych scen cho­dzi głów­nie o po­ka­za­nie, co woj­na może zro­bić z cia­łem za­bi­te­go i ze zmy­sła­mi ży­ją­cych. Tym­cza­sem jest to ra­czej ob­raz sił na­pę­dza­ją­cych woj­nę i związ­ków che­micz­nych spra­wia­ją­cych, że w okre­ślo­nej sy­tu­acji czło­wiek zdol­ny jest do wy­wle­ka­nia zło­tych mo­net z ludz­kie­go kału. A poza tym na wi­dok tego zda­rze­nia ro­dzi się na­tręt­na myśl, że ktoś mu­siał prze­cież po­tem te mo­ne­ty wy­czy­ścić do po­ły­sku.

Cza­sa­mi do­cho­dzi do zda­rzeń, któ­re dzie­lą hi­sto­rię na to, co „przed” i na to, co „po­tem”. Ta woj­na była wła­śnie jed­nym z ta­kich zda­rzeń: w ra­dy­kal­ny spo­sób mia­ła zmie­nić lu­dzi, któ­rzy ją wy­wo­ła­li, na­ro­dy, któ­re ją prze­ży­ły i pań­stwa, któ­re zo­sta­ły nią do­tknię­te.

A do­szło do niej za spra­wą cze­goś, co z po­cząt­ku wy­glą­da­ło na nic nie zna­czą­ce zda­rze­nie. Bo jak to już wcze­śniej by­wa­ło, cho­dzi­ło o coś, co ła­twiej dało się wy­tłu­ma­czyć, kie­dy już było po wszyst­kim, niż w trak­cie, kie­dy się dzia­ło. Na po­cząt­ku kon­flikt wy­glą­dał na ja­kąś lo­kal­ną awan­tu­rę w po­łu­dnio­wo – wschod­niej Eu­ro­pie, ale ku zdu­mie­niu wszyst­kich roz­rósł się on, roz­ga­łę­ził i na­ra­stał, stop­nio­wo i nie­prze­rwa­nie roz­le­wał się w ko­lej­ne stru­my­ki i po­to­ki, aż w koń­cu po­cią­gnął za sobą i wchło­nął nie tyl­ko Ukra­inę, Pol­skę, Li­twę i Ro­sję, ale tak­że Moł­da­wię, Wo­łosz­czy­znę, Tran­syl­wa­nię, Bran­den­bur­gię, Au­strię, Szwe­cję, Fin­lan­dię, Kur­lan­dię, Inf­lan­ty, Da­nię, Nor­we­gię, Ho­lan­dię i An­glię. W pew­nej chwi­li po­wsta­ło na­wet ry­zy­ko, iż roz­sze­rzy się na Hisz­pa­nię, a na­wet na Ka­ra­iby. Ciąg tych wszyst­kich zda­rzeń miał w efek­cie do­pro­wa­dzić do upad­ku dru­giej po­tę­gi eu­ro­pej­skiej, pod­czas gdy inna po­tę­ga, jed­na z naj­star­szych na kon­ty­nen­cie, zna­la­zła się na gra­ni­cy za­gła­dy.

Z dru­giej stro­ny, w ca­łym tym łań­cu­chu zda­rzeń i oko­licz­no­ści nie było nic nie­zwy­kłe­go lub szcze­gól­ne­go. Łań­cuch… Je­że­li chce­my zro­zu­mieć to, co się zda­rzy­ło, mu­si­my prze­stać pa­trzyć na hi­sto­rię w spo­sób ca­ło­ścio­wy, a zwłasz­cza na tę hi­sto­rię, któ­ra skła­da się z lo­gicz­ne­go pa­sma przy­czyn i skut­ków, gdzie „a” po­cią­ga za sobą „b”, gdzie „p” wpły­wa na „q”, gdzie dzia­dek za rzep­kę, bab­cia za dziad­ka. Ale chy­ba lep­szym po­rów­na­niem bę­dzie tka­ni­na, skła­da­ją­ca się z ni­tek zda­rzeń i struk­tur, z po­je­dyn­czych po­sta­ci i du­żych zbio­ro­wo­ści, z za­mia­rów i z nie pod­ję­tych de­cy­zji, z ja­snych ob­ra­zów i oczy­wi­stych nie­po­ro­zu­mień, któ­re czę­sto współ­ist­nie­ją ze sobą w zu­peł­nie nie­prze­wi­dzia­ny spo­sób.

 

Tak było na przy­kład z Boh­da­nem Chmiel­nic­kim i po­wsta­niem na Ukra­inie.

Ukra­ina wcho­dzi­ła w tam­tych cza­sach w skład po­tęż­nej Rzecz­po­spo­li­tej. Wła­dze rzą­dzą­ce tym wiel­kim or­ga­ni­zmem, a tym bar­dziej wła­dze są­sia­du­ją­cych z nią kra­jów, mu­sia­ły chy­ba za­re­ago­wać ze zło­ścią i wzbu­rze­niem, kie­dy na po­cząt­ku 1648 roku na­de­szła wia­do­mość, że Ko­za­cy za­miesz­ku­ją­cy po­łu­dnio­wą część pro­win­cji po raz ko­lej­ny wznie­ci­li po­wsta­nie. Na­pi­sa­łem „po raz ko­lej­ny”, po­nie­waż Ko­za­cy od wie­lu już lat oka­zy­wa­li swe nie­za­do­wo­le­nie: do ostat­nich bun­tów do­cho­dzi­ło w la­tach 1625, 1630, 1635 i 1637, a naj­po­waż­niej­sze nie­po­ko­je mia­ły miej­sce w 1638 roku. Jed­nak rzad­ko zda­rza­ło się, aby krę­gi rzą­dzą­ce za­re­ago­wa­ły na to czymś in­nym niż tyl­ko ozna­ka­mi znie­cier­pli­wie­nia. Tak się bo­wiem skła­da, że Ko­za­cy co praw­da re­gu­lar­nie pod­no­si­li bun­ty, ale rów­nież z taką samą re­gu­lar­no­ścią byli ujarz­mia­ni: cza­sa­mi z tru­dem, ale za­wsze bru­tal­nie. Z okre­sa­mi po­ko­ju szły w pa­rze nie­po­ko­je, po­nie­waż Ukra­ina była pro­win­cją nad­gra­nicz­ną. Sta­ła się stop­nio­wo te­re­nem walk, pod­czas któ­rych Rzecz­po­spo­li­ta, Ta­ta­rzy, Ro­sja i im­pe­rium osmań­skie ście­ra­ły się ze sobą; w taki spo­sób Ukra­ina sta­ła się sce­ną na­pa­dów, wy­praw łu­pież­czych, eks­pe­dy­cji kar­nych i wszel­kie­go in­ne­go bez­pra­wia na wiel­ką ska­lę. Tym ra­zem roz­wój wy­pad­ków do­pro­wa­dził do więk­szych wstrzą­sów, niż lo­kal­na lud­ność była w sta­nie wy­trzy­mać.

Pierw­sze do­nie­sie­nia na te­mat po­wsta­nia były nie­ja­sne.

Na jed­nej z wysp le­żą­cych w dol­nym bie­gu Dnie­pru znaj­do­wa­ła się sil­na twier­dza – Sicz, ob­sa­dzo­na przez od­dział Ko­za­ków bę­dą­cych w służ­bie pol­skie­go kró­la. W tym od­le­głym za­kąt­ku Zie­mi do­szło do bun­tu, w wy­ni­ku któ­re­go usu­nię­to z funk­cji do­wód­cy wier­ne­go kró­lo­wi puł­kow­ni­ka. Na cze­le od­dzia­łu sta­nął pe­wien chłop, któ­ry zgro­ma­dził wo­kół sie­bie wię­cej Ko­za­ków, praw­do­po­dob­nie po to, aby ru­szyć na ko­lej­ną wy­pra­wę łu­pież­czą na przy­gra­nicz­ne te­re­ny na­le­żą­ce do im­pe­rium osmań­skie­go. Był to więc bar­dziej pro­blem o cha­rak­te­rze mię­dzy­na­ro­do­wym niż pro­blem we­wnętrz­ny. Jed­nak pod ko­niec lu­te­go spra­wa przy­bra­ła zu­peł­nie inny ob­rót. Naj­pierw oka­za­ło się, że bun­tow­ni­cy nie mie­li wca­le za­mia­ru do­pro­wa­dzić do roz­po­czę­cia ko­lej­nej pry­wat­nej woj­ny skie­ro­wa­nej prze­ciw­ko swym od­wiecz­nym wro­gom, to zna­czy Ta­ta­rom krym­skim. Wprost prze­ciw­nie. Wbrew wszel­kim ocze­ki­wa­niom, po­łą­czy­li się z nimi: od­dzia­ły ta­tar­skie zdą­ży­ły już prze­kro­czyć gra­ni­cę i przy­łą­czyć się do bun­tow­ni­ków. Po­tem na­de­szła ko­lej­na wia­do­mość o tym, że od­dział, któ­ry het­man Mi­ko­łaj Po­toc­ki wy­słał na Sicz, zo­stał roz­bi­ty. Całe to przed­się­wzię­cie pod wzglę­dem siły li­czeb­nej, po­sta­wy i za­cho­wa­nia przy­po­mi­na­ło ra­czej ak­cję po­li­cyj­ną prze­pro­wa­dzo­ną po to, aby dać na­ucz­kę kil­ku zbun­to­wa­nym Ko­za­kom. Naj­pierw od­mó­wi­li po­słu­szeń­stwa Ko­za­cy, któ­rzy wcho­dzi­li w skład od­dzia­łu kar­ne­go; jego resz­ta zo­sta­ła oto­czo­na i znie­sio­na pod Żół­ty­mi Wo­da­mi. Do­wód­ca, syn het­ma­na Po­toc­kie­go – Ste­fan, śmier­tel­nie ran­ny do­stał się do nie­wo­li3.

Wte­dy sam het­man sta­nął na cze­le naj­więk­szej licz­by żoł­nie­rzy, jaką był w sta­nie ze­brać. Były to woj­ska kwar­cia­ne wcho­dzą­ce w skład ar­mii ko­ron­nej, wzmoc­nio­ne kil­ko­ma ty­sią­ca­mi lu­dzi po­cho­dzą­cy­mi z od­dzia­łów wy­sta­wio­nych przez in­nych ma­gna­tów. W su­mie miał do dys­po­zy­cji oko­ło 5500 żoł­nie­rzy. Na ich cze­le ru­szył na po­łu­dnio­wy wschód, zde­ter­mi­no­wa­ny, aby jak naj­szyb­ciej po­ło­żyć kres ca­łej tej kro­to­chwi­li. Ale i ten od­dział zo­stał po­bi­ty. Ro­ze­szły się słu­chy, że oto­czo­no go i wzię­to do nie­wo­li pod Kor­su­niem w po­ło­wie maja4. Sta­ło się ja­sne, że tym ra­zem nie był to ja­kiś tam bunt. A ten, któ­ry stał na jego cze­le, nie był zwy­kłym chło­pem.

Na­zy­wał się Boh­dan Chmiel­nic­ki, miał po­nad 50 lat i był Ko­za­kiem; ni­skim, tę­gim, o du­żym po­czu­ciu hu­mo­ru, ze spo­rym do­świad­cze­niem woj­sko­wym. Znał kil­ka ję­zy­ków5 i na­le­żał do drob­nej szlach­ty ukra­iń­skiej. Kie­dyś uczęsz­czał do ko­le­gium pro­wa­dzo­ne­go przez je­zu­itów, ale po­zo­stał przy wy­zna­niu grec­ko­ka­to­lic­kim, tak jak jego przod­ko­wie. Z bie­giem lat osią­gnął pew­ną po­zy­cję, a Ko­za­cy po­wie­rzy­li mu kil­ka po­uf­nych mi­sji. Nie była to więc żad­na spe­cjal­nie wiel­ka ka­rie­ra, ale wy­star­czy­ła ta, aby przy­spo­rzyć Chmiel­nic­kie­mu wro­gów wśród tych spo­śród pol­skich ma­gna­tów, któ­rzy spra­wo­wa­li kon­tro­lę nad całą Ukra­iną i byli wła­ści­cie­la­mi spo­rej jej czę­ści. W 1638 roku. Chmiel­nic­ki brał udział w naj­waż­niej­szym bun­cie, do ja­kie­go wte­dy do­szło6. Klę­ska po­wsta­nia do­pro­wa­dzi­ła do tego, iż – jak wie­lu in­nych Ko­za­ków zaj­mu­ją­cych wy­so­kie sta­no­wi­ska – zo­stał zde­gra­do­wa­ny7 i zy­skał so­bie no­wych wro­gów. Przez chwi­lę wy­da­wa­ło się, że wszyst­ko uło­ży się le­piej, ale pod ko­niec lat czter­dzie­stych po­padł w spór z jed­nym z miej­sco­wych szlach­ci­ców. Praw­dzi­wa przy­czy­na tego kon­flik­tu okry­ta zo­sta­ła wkrót­ce ta­jem­ni­czą mgieł­ką, skła­da­ją­cą się z opo­wie­ści i ro­man­tycz­nych le­gend, któ­re w tam­tych cza­sach opie­wa­ły na­ro­do­wych zbój­ni­ków i przy­wód­ców po­wstań; wy­da­je się, że ów do­szedł w pew­nej chwi­li do wnio­sku, że Chmiel­nic­ki na­ru­szył jego mo­no­pol al­ko­ho­lo­wy, w wy­ni­ku cze­go szlach­cic do­ko­nał na­jaz­du na po­sia­dło­ści Chmiel­nic­kie­go, pod­czas któ­re­go śmierć po­niósł syn wła­ści­cie­la. Wie­my też na pew­no, że Chmiel­nic­ki ru­szył do War­sza­wy, aby w są­dzie do­cho­dzić spra­wie­dli­wo­ści, ale nic tam nie zdzia­łał, a kie­dy wró­cił do swych dóbr, cze­kał tam na nie­go już ów szlach­cic, któ­ry ka­zał Chmiel­nic­kie­go za­mknąć w wię­zie­niu, po czym za­re­kwi­ro­wał całe jego mie­nie.8 Z po­mo­cą kil­ku przy­ja­ciół uda­ło się Chmiel­nic­kie­mu wy­do­stać na wol­ność. Z oba­wy o swe ży­cie i roz­wście­cze­nia na to, co mu zgo­to­wał los, skie­ro­wał się na po­łu­dnie Ukra­iny, na Sicz. Nie­dłu­go po­tem nad ste­pem za­ło­po­ta­ła fla­ga bun­tow­ni­ków.

Chmiel­nic­ki za­rów­no pod wzglę­dem po­sta­wy, jak i cha­rak­te­ru ukształ­to­wa­ny zo­stał przez tryb ży­cia, jaki pę­dził w nie­spo­koj­nych, peł­nych bru­tal­no­ści cza­sach w re­jo­nach nad­gra­nicz­nych. Gdy­by był tyl­ko in­te­li­gent­ny, cha­ry­zma­tycz­ny i bez­względ­ny, stał­by się praw­do­po­dob­nie jed­nym z wie­lu bo­ha­ter­skich, ale tra­gicz­nych bun­tow­ni­ków; po ja­kimś cza­sie ska­za­no by go na ła­ma­nie ko­łem, a nie­dłu­go po­tem za­po­mnie­li­by o nim wszy­scy z wy­jąt­kiem pta­ków na nie­bie i kil­ku do­cie­kli­wych hi­sto­ry­ków, ży­ją­cych w przy­szło­ści. Ale po­siadł on rów­nież take ce­chy jak: zdol­no­ści or­ga­ni­za­cyj­ne, chłon­ny umysł i ta­lent do po­li­ty­ki. Na­uczo­ny do­świad­cze­niem, ja­kie wy­niósł z jed­ne­go z nie­uda­nych bun­tów, zro­zu­miał, że po­wsta­nie, aby od­nio­sło suk­ces, na­le­ży wy­wo­łać tyl­ko wspól­nie z ja­ki­miś so­jusz­ni­ka­mi. W prze­ci­wień­stwie do swych po­przed­ni­ków, Chmiel­nic­ki szu­kał ich, gdzie tyl­ko się dało. I miał szczę­ście. Ta­ta­rzy i Rzecz­po­spo­li­ta nig­dy nie da­rzy­li się zbyt dużą mi­ło­ścią, a wła­śnie wte­dy ich wza­jem­ne sto­sun­ki bar­dzo się ochło­dzi­ły. Dla­te­go bez tru­du uda­ło mu się na­mó­wić cha­na krym­skie­go Is­la­ma Gi­re­ja, aby ten wsparł po­wsta­nie swy­mi wła­sny­mi od­dzia­ła­mi. I to praw­do­po­dob­nie ura­to­wa­ło bun­tow­ni­ków od klę­ski.

Po zwy­cię­stwie pod Kor­su­niem, Chmiel­nic­ki i jego naj­bliż­si zwo­len­ni­cy od­kry­li na­gle, i to ku swe­mu zdu­mie­niu i nie bez nie­po­ko­ju, że ich bunt za­czął roz­sze­rzać się w nie­kon­tro­lo­wa­ny spo­sób, aż stał się czymś po­waż­niej­szym i nie­prze­wi­dzia­nym: re­wo­lu­cją so­cjal­ną. I tak oto ze wszyst­kich bun­tów i re­wo­lu­cji, do ja­kich do­szło w XVII wie­ku, wła­śnie ta mia­ła stać się naj­więk­szą, i obok an­giel­skiej – o naj­po­waż­niej­szych skut­kach.

Spra­wą o wie­le bar­dziej zdu­mie­wa­ją­cą niż prze­ro­dze­nie się bun­tu w re­wo­lu­cję było tem­po, w ja­kim pań­stwo pol­skie tra­ci­ło kon­tro­lę nad Ukra­iną. Wio­sną nie­po­ko­je roz­sze­rza­ły się z po­wia­tu na po­wiat. I za­wsze od­by­wa­ło się to we­dług po­dob­ne­go sce­na­riu­sza: chło­pi pańsz­czyź­nia­ni i wszy­scy inni, któ­rzy ję­cze­li pod cię­ża­rem jarz­ma i nie po­sia­da­li żad­nych przy­wi­le­jów, łą­czy­li się, aby ru­szyć do ata­ku; ich ofia­rą pa­da­li naj­pierw po­sia­da­cze ziem­scy i ich ro­dzi­ny, a wkrót­ce po­tem tak­że wszy­scy ci, któ­rych słusz­nie czy nie­słusz­nie utoż­sa­mia­no z pol­ski­mi rzą­da­mi: ka­to­lic­cy księ­ża, miesz­cza­nie, a przede wszyst­kim Ży­dzi. Z krę­gów po­zo­sta­ją­cych naj­bli­żej Chmiel­nic­kie­go kie­ro­wa­no w stro­nę zwo­len­ni­ków po­wsta­nia pe­wien ro­dzaj agi­ta­cji, ale sam przy­wód­ca bun­tu nie miał zbyt wiel­kiej kon­tro­li nad tym, co się dzia­ło. Wa­ta­hy zbroj­nych i luź­ne ban­dy uzbro­jo­nych Ko­za­ków nie po­trze­bo­wa­ły żad­nych roz­ka­zów ani nie py­ta­ły ni­ko­go o po­zwo­le­nie, tyl­ko roz­la­ły się po ca­łej pro­win­cji. Na Ukra­inie za­pa­no­wał cał­ko­wi­ty cha­os; pło­nę­ły ma­gnac­kie po­sia­dło­ści, ra­bun­ki i sa­mo­są­dy sta­ły się rze­czą co­dzien­ną. Po­wsta­nia lu­do­we w tam­tych cza­sach to okrut­ne wi­do­wi­ska, któ­re nie mia­ły nic w spól­ne­go z ro­man­tycz­ny­mi opo­wie­ścia­mi, ja­kie póź­niej na ich te­mat po­wsta­ły. Sto­pień zde­spe­ro­wa­nia i brak in­nych roz­wią­zań zna­la­zły uj­ście w prze­mo­cy, któ­ra czę­sto bywa śle­pa, cza­sa­mi bez­sen­sow­na, ale za­wsze bru­tal­na. To, co zda­rzy­ło się tam­te­go lata na Ukra­inie, nie na­le­ża­ło do żad­nych wy­jąt­ków.

Po klę­sce ar­mii ko­ron­nej pod Kor­su­niem, na Ukra­inie nie było już żad­nych wojsk pol­sko-li­tew­skich9. Bun­tow­ni­kom sta­wia­ła jesz­cze sła­by opór pry­wat­na ar­mia wy­sta­wio­na przez Je­re­mie­go Wi­śnio­wiec­kie­go10. Kie­dy roz­po­czę­ło się po­wsta­nie, Wi­śnio­wiec­ki znaj­do­wał się na wschod­nim brze­gu Dnie­pru, ale bar­dzo szyb­ko uda­ło mu się zgro­ma­dzić wo­kół wła­snej oso­by spo­ro luź­nych od­dzia­łów, a tak­że wie­lu prze­ra­żo­nych są­sia­dów szlach­ci­ców i Ży­dów. Na cze­le ca­łej tej zbie­ra­ni­ny ru­szył na za­chód, w stro­nę bez­piecz­niej­szych re­jo­nów. A kie­dy tak szli dłu­gie dni przez pło­ną­cy, nie­przy­ja­zny kraj, Wi­śnio­wiec­ki, kie­ru­jąc się za­sa­da­mi pro­stej, acz okrut­nej lo­gi­ki, od­po­wia­dał na okru­cień­stwa Ko­za­ków i chło­pów wła­snym ter­ro­rem, na­krę­ca­jąc tym sa­mym jesz­cze bar­dziej spi­ra­lę prze­mo­cy i bru­tal­no­ści. W ja­kimś in­nym re­gio­nie inny ma­gnat roz­ka­zał wy­mor­do­wać wszyst­kich zbun­to­wa­nych chło­pów wzię­tych do nie­wo­li, z wy­jąt­kiem nie­licz­nych, któ­rych wy­pu­ścił po uprzed­nim od­rą­ba­niu im pra­wej ręki.