RekursjaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Blake Crouch

Rekursja


Tytuł oryginału

Recursion ISBN 978-83-8116-804-5 Copyright © 2019 by Blake Crouch All rights reserved Copyright © 2019 for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań Redakcja Robert Cichowlas Ilustracja na okładce © Instants /E +/ Getty Images Bubbers BB/Shatterstock.com Opracowanie graficzne i techniczne Barbara i Przemysław Kida Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Dla Jacque

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

KSIĘGA PIERWSZA

Czas to tylko pamięć w trakcie powstawania.

VLADIMIR NABOKOV

(Ada albo Żar. Kronika rodzinna

przekład Leszek Engelking)

BARRY

2 listopada 2018 roku

Barry Sutton hamuje na pasie dla straży pożarnej przy głównym wejściu do Poe Building, wieży w stylu art déco, jarzącej się biało w blasku lamp. Wysiada z crown vica, przecina szybkim krokiem chodnik, przepycha się przez obrotowe drzwi i wchodzi do holu.

Nocny portier stoi przy windach, trzyma drzwi jednej z nich otwarte dla spieszącego się Barry’ego. Jego kroki odbijają się od marmuru głośnym echem.

— Które piętro? — pyta Barry, wchodząc do kabiny.

— Czterdzieste. Z windy w prawo i do końca korytarza.

— Lada chwila zjawią się kolejni policjanci. Proszę im powiedzieć, aby zaczekali, aż dam znak.

Winda pędzi w górę, jakby pochodziła z dużo nowszego budynku i po kilku sekundach Barry czuje ucisk w uszach. Gdy drzwi się rozsuwają i może wyjść, pierwsze, co widzi, to szyld kancelarii prawniczej. Tu i ówdzie palą się światła, ale piętro jest mroczne. Wykładzina tłumi odgłos kroków i Barry mija ciche biura, salę konferencyjną, pokój socjalny i bibliotekę. Korytarz kończy się recepcją, do której przylega takiej samej wielkości gabinet.

W słabym świetle wszystkie szczegóły są szare, w różnych odcieniach. Wielkie mahoniowe biurko zawalone aktami i papierami. Okrągły stolik zarzucony notesami i zastawiony kubkami zimnej, gorzko pachnącej kawy. Barek z umywalką, pełen drogo wyglądających butelek szkockiej. Podświetlone akwarium, buczące w głębi pokoju, w którym pływają mały rekin i kilka ryb tropikalnych.

Przy drzwiach balkonowych Barry wycisza komórkę i zdejmuje buty. Chwyta za klamkę, uchyla skrzydło i ostrożnie się przeciskając, wychodzi na taras.

Drapacze chmur Upper West Side, otoczone świecącymi strzępami mgły, wyglądają tajemniczo. Dźwięki miasta są głośne i bliskie — między budynkami słychać trąbienie aut, w oddali do czyichś tragedii spieszą karetki. Szpica Poe Building jest oddalona o niecałe piętnaście metrów — korona ze szkła, stali i gotyckiej murarki.

Kobieta siedzi pięć metrów od wyjścia, przy niszczejącym gargulcu, plecami do Barry’ego, ze zwieszonymi przez krawędź nogami.

Barry przesuwa się centymetr po centymetrze, woda na kamiennych płytach przenika mu przez skarpetki. Gdyby zbliżył się niepostrzeżenie wystarczająco blisko, mógłby ją złapać, zanim...

— Czuję zapach wody kolońskiej — mówi kobieta, nie spoglądając za siebie.

Barry się zatrzymuje.

Kobieta odwraca ku niemu głowę.

— Jeszcze jeden krok i skaczę.

W słabym świetle trudno to określić, ale kobieta wygląda na jakieś czterdzieści lat. Ma na sobie ciemny blezer, pasującą spódnicę i musi tu siedzieć od dłuższego czasu, bowiem mgła zdążyła spłaszczyć jej fryzurę.

— Kim pan jest?

— Barry Sutton. Jestem detektywem w Centralnym Wydziale Rabunków nowojorskiej policji.

— Przysłali kogoś z Rabunków?

— Przypadkiem byłem najbliżej. Jak się pani nazywa?

— Ann Voss Peters.

— Możemy mówić sobie po imieniu?

— Jasne.

— Mogę do kogoś zadzwonić?

Kobieta kręci głową.

— Zaraz się cofnę, żebyś nie musiała sobie nadwyrężać karku, aby na mnie patrzeć.

Barry odsuwa się pod kątem, który przybliża go do krawędzi, dwa i pół metra od miejsca, gdzie siedzi kobieta. Gdy spogląda w dół, czuje skurcz jelit.

— W porządku, zaczynaj — mówi kobieta.

— Słucham?

— Nie zjawiłeś się po to, aby mnie zagadać? Zrobić, co w twojej mocy?

Jadąc windą, przypominał sobie szkolenie z samobójstw i ułożył sobie w głowie, co powinien mówić, teraz jednak, w ułamku sekundy, cała jego pewność znikła. Pewne było tylko, że zamarzają mu stopy.

— Wiem, że w tej chwili wszystko wydaje ci się beznadziejne, ale to tylko chwila, a one mijają.

Ann wbija wzrok w pionową fasadę budynku, kończącą się sto dwadzieścia metrów niżej asfaltową jezdnią. Dłonie przyciska płasko do kamieni, zwietrzałych od dziesięcioleci kwaśnego deszczu. Wystarczy lekkie odepchnięcie. Barry podejrzewa, że kobieta wyobraża sobie kolejne ruchy, jest coraz bliżej myśli, by wykonać plan. Gromadzi energię.

— Mogę dać ci moją marynarkę? — pyta Barry, widząc, że Ann drży.

— Nie sądzę, abyś chciał podchodzić bliżej, detektywie.

— Dlaczego?

— Mam ZNW.

Barry sztywnieje, by powstrzymać chęć ucieczki. Słyszał oczywiście o zespole nieprawdziwych wspomnień, ale nie znał ani nie spotkał nikogo, kto by na to chorował. Nigdy nie był z chorym w jednej przestrzeni. Już nie był taki pewien, czy powinien spróbować chwycić kobietę. Może nawet wolałby nie stać aż tak blisko. Nie! Pieprzyć to! Gdy ona drgnie, spróbuje ją uratować i jeśli zarazi się przez to ZNW, to trudno. Gdy zostaje się policjantem, nie wolno się dekować.

— Od jak dawna?

— Któregoś dnia rano, jakiś miesiąc temu, zamiast w domu w Middlebury w Vermoncie, ocknęłam się w mieszkaniu — tu, w centrum, z kłującym bólem głowy i silnym krwotokiem z nosa. Z początku nie miałam pojęcia, gdzie jestem, ale potem sobie przypomniałam... to życie także. Tu i teraz jestem singielką, pracuję w bankowości inwestycyjnej i żyję pod panieńskim nazwiskiem. Pamiętam jednak... — widać było, jak próbuje powstrzymać emocje — inne życie, w Vermoncie. Z dziewięcioletnim synem. Ma na imię Sam. Z mężem, Joe Behrmanem, prowadziliśmy firmę projektującą ogrody. Nazywałam się Ann Behrman. Byliśmy tak szczęśliwi, jak każdy powinien być.

— Jakie to uczucie? — pyta Barry, robiąc równocześnie ukradkowy krok.

— Co?

— Nieprawdziwe wspomnienia życia w Vermoncie?

— Pamiętam nie tylko ślub. Pamiętam kłótnię o to, jak ozdobić ciasto. Najdrobniejsze szczegóły naszego domu. Naszego syna. Każdą chwilę jego narodzin. Jego śmiech. Znamię na lewym policzku. Jego pierwszy dzień w szkole i to jak bardzo nie chciał, bym go tam zostawiła. Z tym, że gdy próbuję sobie przypomnieć Sama, wszystko jest czarno-białe jak kadry z filmu noir. W jego oczach nie ma koloru. Mówię sobie, że były błękitne, ale widzę tylko czerń. Moje wspomnienia z tamtego życia są w różnych odcieniach, ale tylko szarości. Sprawiają wrażenie prawdziwych, lecz to jedynie nawiedzające mnie fantomy. — Przerywa na chwilę, zwiesza ramiona. — Wszyscy sądzą, że ZNW to nieprawdziwe wspomnienia ważnych chwil w życiu — drobne bolą jednak znacznie bardziej. Pamiętam nie tylko męża, ale też zapach jego oddechu, gdy rano przekręcał się na łóżku i spoglądał na mnie. To, że zawsze, gdy wstawał przede mną, aby umyć zęby, wracał, by namówić mnie na seks. To mnie zabija. Najdrobniejsze, wyraziste szczegóły, dzięki którym wiem, że wszystko miało miejsce.

— A co z tym życiem? Jest nic niewarte?

— Może niektórzy ludzie zapadający na ZNW wolą obecne wspomnienia od nieprawdziwych, dla mnie jednak w tym życiu nie ma niczego, czego bym pragnęła. Próbowałam przez cztery długie tygodnie. Już nie jestem w stanie udawać. — Łzy zaczęły jej spływać wraz z tuszem do rzęs. — Mój syn nigdy nie istniał. Rozumiesz to? Jest jedynie pięknym, ale nieprawidłowym impulsem w moim mózgu.

Barry próbuje zrobić kolejny krok w jej stronę, ale tym razem Ann go przyłapuje.

— Nie podchodź bliżej!

— Nie jesteś sama.

— Jestem kurewsko sama.

— Znam cię dopiero od kilku minut, ale jeśli to zrobisz, będę załamany. Pomyśl, proszę, o ludziach w twoim życiu, którzy cię kochają. O tym, jak się będą czuli.

— Wyśledziłam Joego.

— Kogo?

— Mojego męża. Mieszka w posiadłości na Long Island. Zachowywał się, jakby mnie nie poznawał, ale widać było, że poznaje. Prowadzi całkiem inne życie. Jest żonaty, ale nie wiem z kim. Nie wiem, czy ma dzieci. Zachowywał się, jakbym była wariatką.

— Przykro mi.

— To za bardzo boli.

— Byłem kiedyś w podobnej sytuacji. Chciałem ze wszystkim skończyć, a teraz stoję tu i mówię, że cieszę się, że tego nie zrobiłem. Jestem szczęśliwy, że miałem siłę przetrwać. Ten dołek to nie cała księga twojego życia. Jedynie rozdział.

 

— Co ci się przytrafiło?

— Straciłem córkę. Mnie życie też złamało serce.

Ann przez chwilę przygląda się rozjarzonej linii dachów wieżowców.

— Masz jej zdjęcia? Wciąż rozmawiasz o niej z ludźmi?

— Tak.

— Przynajmniej kiedyś istniała.

Nie można na coś takiego odpowiedzieć.

Ann ponownie spogląda między swoimi nogami w dół. Zrzuca ze stopy but.

Patrzy, jak spada.

Posyła za nim drugi.

— Ann, proszę...

— W moim poprzednim życiu, nieprawdziwym życiu, pierwsza żona Joego, Franny, skoczyła z tego budynku, dokładnie z tej samej krawędzi. Piętnaście lat temu. Miała depresję. Obwiniał się o to. Zanim wyszłam z jego domu na Long Island, powiedziałam mu, że tak jak Franny zamierzam dziś wieczór skoczyć z Poe Building. Głupie to i desperackie, ale miałam nadzieję, że się tu zjawi i mnie uratuje. Tak jak nie udało mu się jej uratować. Z początku myślałam, że być może to on, ale nigdy nie używał wody kolońskiej. — Ann uśmiecha się tęsknie. — Pić mi się chce.

Barry patrzy przez oszklone drzwi i dostrzega przez ciemny gabinet dwóch mundurowych policjantów stojących w gotowości przy recepcji. Odwraca wzrok ponownie w kierunku Ann.

— Więc dlaczego nie wejdziesz na górę? Pójdziemy razem do środka i znajdę ci szklankę wody.

— Mógłbyś mi ją tu przynieść?

— Nie wolno mi zostawić cię samej.

Ręce Ann zaczynają drgać, a w oczach pojawia się postanowienie.

Patrzy na Barry’ego.

— To nie twoja wina. Od początku to miało się tak skończyć.

— Ann, nie...

— Mój syn został wymazany.

Odrywa się z niedbałym wdziękiem od ściany.

HELENA

22 października 2007 roku

Jest szósta rano. Helena stoi w kabinie prysznicowej, próbując się obudzić pod strumieniami gorącej wody, i nagle ma wszechogarniające wrażenie, że kiedyś przeżyła taki sam moment. Nic nowego. Déjà vu dręczą ją od dwudziestego roku życia, poza tym ta chwila pod prysznicem to nic szczególnego. Ciekawe, czy Mountainside Capital przejrzało już jej wniosek. Minął tydzień i powinni się odezwać. Jeśli są zainteresowani, mogliby przynajmniej zaprosić ją na spotkanie.

Zaparza dzbanek kawy i robi sobie śniadanie na wynos: czarna fasola, trzy jajka sadzone, odrobina keczupu. Siada przy stoliczku pod oknem i obserwuje, jak niebo nad dzielnicą na przedmieściach San Jose wypełnia się światłem.

Od miesiąca nie miała czasu na pranie i prawie całą podłogę sypialni zakrywają brudne ubrania. Helena przekopuje sterty, aż znajduje T-shirt i parę dżinsów, w których po wyjściu z domu nie spali się ze wstydu.

Gdy myje zęby, dzwoni telefon. Helena wypluwa wodę, płucze usta i podnosi słuchawkę przy czwartym dzwonku.

— Co u mojej dziewczynki?

Głos ojca zawsze wywołuje u niej uśmiech.

— Cześć, tato.

— Bałem się, że cię nie zastanę. Nie chciałbym ci zawracać głowy w laboratorium.

— Nie ma problemu. Co się dzieje?

— Po prostu myślałem o tobie. Coś wiadomo w sprawie twojego wniosku?

— Jeszcze nie.

— Mam przeczucie, że pójdzie gładko.

— Nie mam pojęcia. To wymagające miasto. Silna konkurencja. Dużo sprytnych ludzi rozglądających się za pieniędzmi.

— Ale nie tak sprytnych jak moja dziewczynka.

Boże, nie zniesie więcej tej wiary, którą ojciec w niej pokłada! Nie w taki dzień jak ten, gdy widmo porażki wisi nad głową, a ona tkwi w ciasnej, brudnej sypialni pozbawionego ozdób domu o nagich ścianach, do którego od ponad roku nikogo nie zaprosiła.

— Jak pogoda? — pyta Helena, aby zmienić temat.

— W nocy padał śnieg. Pierwszy w tym roku.

— Dużo?

— Dwa, trzy centymetry. Ale góry są białe.

Bez trudu je sobie wyobraża — przednie pasmo Rocky Mountains, góry jej dzieciństwa.

— Jak mama?

W słuchawce zapada na chwilę cisza.

— Twojej matce nic nie dolega.

— Tato...

— Co?

— Jak mama się czuje?

Ojciec powoli wypuszcza powietrze.

— Miewaliśmy lepsze dni.

— Wszystko gra?

— Tak. Jest teraz na górze i śpi.

— Co się stało?

— Nic wielkiego.

— Mów.

— Wczoraj wieczorem, jak zawsze, graliśmy po kolacji w remika i po prostu... nie pamiętała zasad. Siedziała przy kuchennym stole, wpatrywała się w karty, a po twarzy spływały jej łzy. Gramy razem od trzydziestu lat.

Helena słyszy, jak ojciec zasłania dłonią mikrofon.

Płacze, oddalony od niej o półtora tysiąca kilometrów.

— Przyjadę.

— Nie, Heleno.

— Potrzebujesz mojej pomocy.

— Mamy dobre wsparcie. Dziś po południu idziemy do lekarza. Jeśli chcesz pomóc matce, zdobądź grant i zbuduj swój fotel.

Helena nie chce mu nic mówić, ale do zrobienia fotela brakuje jeszcze wielu lat. Świetlnych. To marzenie, miraż.

Do oczu napływają jej łzy.

— Wiesz, że robię to dla niej.

— Wiem, kochanie.

Przez chwilę oboje milczą, próbują płakać tak, aby to drugie się nie zorientowało, co kompletnie im się nie udaje. Helena niczego bardziej nie pragnie, niż móc powiedzieć ojcu, że wszystko jest na dobrej drodze, ale musiałaby kłamać.

— Zadzwonię, gdy wrócę wieczorem do domu — mówi w końcu.

— Dobrze.

— Powiedz mamie, że ją kocham.

— Powiem. Ale ona już o tym wie.

Cztery godziny później, gdy w głębinach budynku wydziału neuronauki w Palo Alto Helena analizuje obraz, jaki pojawia się w mózgu myszy, gdy przypomina ona sobie własne przerażenie — fluoryzująco podświetloną plątaninę neuronów, połączonych pajęczynami synaps — w drzwiach jej gabinetu pojawia się nieznany mężczyzna. Helena spogląda znad krawędzi monitora na przybysza w jasnych spodniach i białym T-shircie, który uśmiecha się kilka milimetrów za szeroko.

— Helena Smith?

— Tak?

— Nazywam się Jee-woon Chercover. Możemy chwilę porozmawiać?

— To zabezpieczone laboratorium. Nie powinno tu pana być.

— Przepraszam za najście, ale sądzę, że zechce pani wysłuchać tego, co mam do powiedzenia.

Mogłaby kazać mu wyjść albo wezwać ochronę, przybysz nie wyglądał jednak groźnie.

— Niech będzie — mówi i nagle uświadamia sobie, że mężczyzna widzi marzenie rupieciarza, jakim jest jej gabinet: ciasną norę bez okien o ścianach z zamalowanych pustaków, klaustrofobiczne wrażenie jeszcze potęguje wysokie na metr i szerokie na pół metra obwałowanie biurka z kartonów, wypełnionych tysiącami streszczeń i artykułów naukowych. — Przepraszam za bałagan. Zaraz znajdę panu krzesło.

— Już mam.

Jee-woon przyciąga składane krzesełko i siada naprzeciwko Heleny, po czym zaczyna lustrować ściany, niemal całkowicie pokryte wysokiej rozdzielczości obrazami wspomnień myszy oraz „strzałów” potencjałów u chorych na demencję i Alzheimera1.

— Czym mogę panu służyć?

— Mój pracodawca jest poruszony artykułem dotyczącym obrazowania wspomnień, który opublikowała pani w „Neuron”.

— Czy pański pracodawca ma nazwisko?

— To zależy.

— Od?

— Od przebiegu naszej rozmowy.

— Dlaczego miałabym rozmawiać z kimś, nie wiedząc, w czyim imieniu mówi?

— Ponieważ za sześć tygodni skończą się pani pieniądze ze Stanfordu.

Helena unosi brew.

— Mój szef bardzo dobrze mi płaci za wiedzę o ludziach, którymi się interesuje — dodaje z satysfakcją nieznajomy.

— Zdaje pan sobie sprawę z tego, że to, co pan mówi, jest przerażające?

Jee-woon sięga do skórzanej sakwy i wyjmuje z niej granatowy segregator.

Wniosek Heleny.

— Oczywiście! Pracuje pan dla Mountainside Capital!

— Nie. A oni nie dadzą pani pieniędzy.

— A więc skąd pan to ma?

— Nieważne. Nikt nie da pani pieniędzy.

— Skąd pan wie?

— Dzięki temu? — Jee-woon rzuca wniosek o finansowanie na bałagan na biurku. — To jest to samo, co robiła pani w Stanfordzie przez ostatnie trzy lata. Nie ma rozmachu. Ma pani trzydzieści osiem lat, co w środowisku akademickim jest ekwiwalentem dziewięćdziesięciu w zwykłym życiu. Pewnego poranka, w niedalekiej przyszłości, obudzi się pani i uświadomi sobie, że ma już najlepsze dni za sobą. Że zmarnowała pani...

— Chyba powinien pan wyjść.

— Nie chcę pani obrażać. Chodzi tylko o to, że jeżeli moje słowa pani nie wzruszają, to znaczy, że boi się pani poprosić o to, czego naprawdę pragnie.

Helena uświadamia sobie, że z jakiegoś powodu ten obcy człowiek ją prześladuje. Nie powinna dalej brnąć w tę rozmowę, ale nie potrafi się oprzeć.

— A dlaczego boję się poprosić o to, czego naprawdę pragnę?

— Ponieważ rozbiłoby to bank. Nie potrzebuje pani sumy siedmiocyfrowej. Potrzebuje pani dziewięciocyfrowej. Może dziesięcio-. Potrzebuje pani zespołu programistów do pomocy przy tworzeniu algorytmu katalogowania i projekcji złożonej pamięci. Infrastruktury do prowadzenia badań klinicznych z udziałem ludzi.

Helena wpatruje się w gościa.

— Nie wspominałam w złożonym wniosku o badaniach klinicznych.

— Co by było, gdybym powiedział, że damy wszystko, o co pani poprosi? Finansowanie bez ograniczeń. Byłaby pani zainteresowana?

Serce Heleny zaczyna bić coraz szybciej i szybciej.

Tak to się odbywa?

Helena myśli o fotelu za pięćdziesiąt milionów dolarów, o skonstruowaniu którego marzyła, odkąd mama zaczęła zapominać swoje życie. Dziwne, ale nigdy nie wyobrażała go sobie w postaci całkowicie wykonanego przedmiotu, a jedynie w postaci rysunków technicznych we wniosku o patent na wzór użytkowy pod tytułem Immersyjna platforma do projekcji długoterminowych, wyraźnych, epizodycznych wspomnień.

— Heleno?

— Czy jeśli się zgodzę, powie mi pan, dla kogo pracuje?

— Oczywiście.

— Zgadzam się.

Mówi jej.

Gdy szczęka Heleny opada, Jee-woon wyciąga z sakwy kolejny dokument i podaje go jej nad kartonami.

— Co to?

— Umowa o pracę i zobowiązanie do poufności. Nienegocjowalne. Sądzę, że warunki finansowe uzna pani za szczodre.

BARRY

4 listopada 2018 roku

Kawiarnia mieści się w malowniczym miejscu na brzegu rzeki Hudson, w cieniu West Side Highway. Barry zjawia się pięć minut przed czasem, Julia siedzi już jednak przy osłoniętym parasolem stoliku. Obejmują się krótko i delikatnie, jakby byli zrobieni ze szkła.

— Miło cię widzieć — mówi Barry.

— Cieszę się, że zechciałeś przyjść.

Siadają. Podchodzi kelner, aby przyjąć zamówienie na napoje.

— Co u Anthony’ego?

— Super. Zapracowany przy renowacji holu w Lewis Building. U ciebie w pracy wszystko gra?

Nie mówi jej o samobójstwie z przedwczorajszego wieczoru, którego nie udało mu się powstrzymać. Konwersują na banalne tematy, czekając, aż kelner zjawi się z kawą.

Jest niedziela, lokal wypełnił tłum amatorów brunchu. Każdy stolik w pobliżu przypomina gejzer towarzyskiej konwersacji i śmiechu, oni jednak popijają kawę w ciszy, otuleni cieniem. Nad głową Barry’ego łopocze natrętny motyl, więc delikatnie go odgania.

Czasami, późną nocą, wyobraża sobie długie rozmowy z Julią. Mówi w nich o wszystkim, co przez długie lata ropiało mu w sercu — bólu, złości, miłości — po czym słucha, gdy ona robi to samo. Atmosfera oczyszcza się na tyle, że on zaczyna ją rozumieć, a ona jego.

Kiedy się widzą, taka rozmowa nie wydaje się jednak na miejscu. Choć zakłopotanie nie dręczy go już tak bardzo jak kiedyś, Barry nie umie wyrazić tego, co nosi w sercu, które zawsze się zaciska i zamyka, całe pokryte bliznami. Pogodził się z myślą, że konfrontacja z porażkami to część życia, nawet jeśli czasem tymi porażkami okazują się ludzie, których się kiedyś kochało.

— Ciekawa jestem, co by dziś robiła — mówi Julia.

— Mam nadzieję, że siedziałaby tu z nami.

— Mam na myśli zawodowo.

— No tak... byłaby oczywiście prawniczką.

 

Julia śmieje się — to jeden z najwspanialszych dźwięków, jakie Barry słyszał w życiu — nie pamięta jednak, kiedy słyszał go ostatnio. Cudowny dźwięk, choć równocześnie druzgocący. Jakby tajemne okno do wnętrza osoby, którą znał.

— Kłóciłaby się o wszystko — mówi Julia. — A zwykle wygrywała.

— Szło jej z nami jak z płatka.

— Z jednym z nas.

— Ze mną? — pyta Barry z udawanym oburzeniem.

— Gdy skończyła pięć lat, uznała, że jesteś słabym ogniwem.

— Pamiętasz, jak namówiła nas, byśmy pozwolili jej poćwiczyć wjeżdżanie tyłem na podjazd?

— Ciebie.

— I przejechała moim samochodem przez drzwi do garażu?

Julia parska śmiechem.

— Była tak zdenerwowana...

— Nie, zażenowana. — Na pół sekundy wyobraźnia Barry’ego przywołuje wspomnienie. Fragment. Meghan za kierownicą jego starej camry, pół tyłu samochodu przebite przez drzwi garażu, czerwona twarz, po której spływają łzy, i ściskające kierownicę dłonie z pobielałymi kostkami. — Była nieustępliwa i inteligentna i na pewno zrobiłaby coś ciekawego ze swoim życiem. — Barry dopija kawę i nalewa sobie drugą filiżankę z zaparzaczki z nierdzewnej stali, którą się dzielą.

— Miło o niej rozmawiać — mówi Julia.

— Cieszę się, że w końcu jestem w stanie.

Podchodzi kelner, by przyjąć zamówienie. Motyl wraca i siada na stole obok złożonej serwetki Barry’ego. Rozkłada skrzydła. Czyści się. Barry odsuwa od siebie myśl, że to Meghan, nawiedzająca go akurat dzisiaj. Pomysł jest oczywiście głupi, ale myśl pozostaje. Jak wtedy, gdy w Noho przez osiem przecznic leciał za nim drozd. Albo jak podczas niedawnego spaceru z psem w Fort Washington Park, gdy na nadgarstku lądowała mu raz za razem biedronka.

Gdy pojawia się jedzenie, Barry wyobraża sobie, że Meghan siedzi z nimi przy stole. Ostre krawędzie nastoletniego charakteru zostały zeszlifowane i całe życie jest przed nią. Niezależnie od tego, jak bardzo Barry się stara, nie widzi jej twarzy, jedynie dłonie, nieustannie poruszające się w rytm słów — jak u Julii, gdy jest czegoś pewna albo czymś podniecona.

Barry nie ma apetytu, ale zmusza się do jedzenia. Julii musi coś chodzić po głowie, dziobie bowiem resztki frittaty. On pije łyk wody, odgryza kolejny kęs kanapki i wpatruje się w płynącą w oddali rzekę.

Rzeka Hudson wypływa z miejsca w górach Airondack, które gdzieniegdzie wygląda jak podsychające leśne bajoro, a nazywa się Jezioro Łza Chmur. Pojechali tam któregoś lata, gdy Meghan miała osiem albo dziewięć lat. Biwakowali wśród jodeł. Obserwowali spadające gwiazdy. Próbowali pogodzić się z myślą, że to maleńkie górskie jezioro daje początek potężnej rzece. Barry niemal obsesyjnie powraca do tego wspomnienia.

— Wyglądasz, jakbyś nad czymś dumał — mówi Julia.

— Myślałem o naszej wycieczce do Jeziora Łza Chmur. Pamiętasz?

— Oczywiście. Dwie godziny zajęło nam postawienie namiotu w ulewie.

— A mnie się wydaje, że pogoda była ładna.

Julia kręci głową.

— Nie, przez całą noc dygotaliśmy w namiocie i nikt nie zmrużył oka.

— Jesteś pewna?

— Jak najbardziej. Ta podróż stała się fundamentem mojej zasady „nigdy więcej dziczy”.

— No tak...

— Jak mogłeś o tym zapomnieć?

— Nie mam pojęcia. — W rzeczywistości „ma pojęcie”. Uświadamia sobie ten mechanizm nieustannie: po prostu zawsze patrzy wstecz, bardziej niż w teraźniejszości żyje we wspomnieniach i często je zmienia, aby były ładniejsze. Aby je udoskonalić. Nostalgia znieczula go nie gorzej niż alkohol. — Może oglądanie z córką spadających gwiazd to lepsze wspomnienie.

Julia rzuca serwetkę na talerz i opada plecami na oparcie krzesła.

— Ostatnio przechodziłam koło naszego dawnego domu. Bardzo się zmienił. Zrobiłeś tak kiedykolwiek?

— Robię od czasu do czasu.

Prawda jest taka, że Barry przejeżdża koło ich dawnego domu za każdym razem, gdy ma jakąś sprawę do załatwienia w Jersey. Stracili dom w wyniku zajęcia obciążonej nieruchomości w rok po tym, jak zginęła Meghan, i obecnie ledwie dało się go rozpoznać jako miejsce, w którym mieszkali. Drzewa były wyższe, pełniejsze, bardziej zielone. Nad garażem pojawiła się dobudówka, a mieszkająca w domu rodzina była młoda. Fasadę obłożono kamieniem i wymieniono okna. Poszerzono podjazd i wymieniono jego nawierzchnię. Huśtawka na linach, wisząca na dębie, zniknęła przed dwoma laty, ale inicjały, które wycięli w nasadzie pnia, pozostały. Dotykał ich zeszłego lata — jakimś sposobem uznał, że jazda taksówką do Jersey, o drugiej w nocy, po długim wieczorze spędzonym z Gwen i resztą Centralnego Wydziału Rabunków, to świetny pomysł. Po tym, jak nowi właściciele zadzwonili pod 911 z informacją, że na ich podjeździe kręci się włóczęga, zjawił się patrol z policji miejskiej Jersey. Choć Barry był pijany w sztok, uniknął aresztowania. Gliniarz słyszał o nim i jego nieszczęściu. Zadzwonił po taksówkę i pomógł mu wsiąść. Zapłacił z góry za kurs na Manhattan i odprawił taksówkę.

Wiejąca od wody bryza niesie chłód, który lekko nadgryza skórę, a słońce grzeje ramiona — kontrast jest bardzo przyjemny. Zarówno w górę, jak i w dół rzeki pływają łodzie z turystami, z autostrady w górze dolatuje nieustanny szum ruchu drogowego. Niebo przecinają krzyżujące się pod najróżniejszymi kątami, rozwiewające się smugi kondensacyjne tysiąca odrzutowców. Typowa jesień w mieście — jeden z ostatnich przyjemnych dni w roku.

Wkrótce nadejdzie zima, minie kolejny rok, w strumieniu coraz szybciej i szybciej mknącego czasu pojawi się następny, by zostać jak poprzednie rozszarpany na kawałki. Życie nie jest takie, jakiego Barry się spodziewał w młodości, gdy żył złudzeniem, że można panować nad wszystkim. Niczym nie można sterować. Można to jedynie wytrzymywać.

Gdy kelner przynosi rachunek, Julia chce zapłacić, jednak Barry go jej zabiera i kładzie na talerzyku swoją kartę.

— Dziękuję, Barry.

— To ja dziękuję za zaproszenie.

— Spróbujmy spotkać się ponownie, zanim minie rok. — Julia unosi szklankę z wodą z lodem do toastu. — Za naszą urodzinową dziewczynkę.

— Za naszą urodzinową dziewczynkę. — Barry czuje tężejący w piersi żal, przebija się jednak przezeń oddechem i gdy ponownie się odzywa, jego głos brzmi niemal normalnie. — Za jej dwudzieste szóste urodziny.

Po brunchu Barry idzie do Central Parku. Cisza w jego mieszkaniu wydaje się w urodziny Meghan zagrożeniem — urodziny, których pięć ostatnich nie przebiegło dobrze.

Widok Julii zawsze stawia jego świat na głowie. Długo po rozwodzie uważał, że za nią tęskni. Że nigdy o niej nie zapomni. Często mu się śniła i budził się z zżerającego żywcem bólu z powodu jej braku. Sny — po części wspomnienia, po części fantazje — raniły go do krwi, ponieważ Julia była w nich jak dawniej. Uśmiech. Pozbawiony wahania śmiech. Lekkość bytu. Była osobą, która ponownie skradła mu serce. Myślał o niej cały następny ranek, podczas gdy ogrom straty wbijał w niego nieruchomy wzrok, aż kac emocjonalny snu wreszcie przechodził jak unosząca się powoli mgła. Raz wpadli na siebie w kilwaterze takiego snu — niespodziewanie, na przyjęciu u starego przyjaciela. Ku swemu zaskoczeniu niczego nie poczuł, gdy gawędzili sztywno na werandzie. To spotkanie niczym ostry nóż przecięło odczuwany we śnie głód. Nie pragnął jej. Choć druzgocące, było to oswobadzające objawienie. Wyzwalało, ponieważ oznaczało, że nie kocha obecnej Julii, lecz tę, którą była kiedyś. A druzgocące, ponieważ kobieta, która nawiedzała go w snach, naprawdę odeszła. Była tak nieosiągalna, jakby umarła.

Po sporym mrozie sprzed kilku nocy szczyty drzew wyostrzyły się, a dotknięte zimnem liście były w szczycie jesiennej wspaniałości.

Barry znajduje miejsce w Ramble, ściąga buty i skarpetki i opiera się plecami o doskonale skośne drzewo. Wyjmuje z kieszeni telefon i próbuje czytać biografię, przez którą przebija się od prawie roku, nie może się jednak skoncentrować.

Dręczy go sprawa Ann Voss Peters. Sposób, w jaki zsunęła się z krawędzi — bez najmniejszego dźwięku, sztywna i wyprostowana. Leciała pięć sekund, on zaś nie odwrócił wzroku, gdy spadła na lincolna town car, zaparkowanego przy krawężniku.

Gdy nie rekapituluje w pamięci rozmowy z samobójczynią, siłuje się ze strachem. Sprawdza swoje wspomnienia. Testuje, czy są prawdziwe. Zastanawia się...

Skąd bym wiedział, gdyby któreś się zmieniło? Jakie byłoby to odczucie?

Z drzew spadają w promieniach słońca czerwone i pomarańczowe liście, zbierając się w cętkowanym cieniu dookoła pni. Barry obserwuje z miejsca wśród drzew krążących po ścieżkach ludzi, spacerujących dookoła jeziora. Większość jest z kimś, ale niektórzy przyszli sami — jak on.

Na ekranie telefonu wyświetla się esemes od przyjaciółki, Gwendoline Archer, która dowodzi oddziałem Hercules — antyterrorystyczną jednostką SWAT w Wydziale Szybkiego Reagowania policji nowojorskiej.