Prawie nicTekst

Autor:Eric Karpeles
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Była dobrą przyjaciółką Diagilewa, matką chrzestną syna Picassa, wszystkich znała. Łączyły ją bliskie stosunki z Bonnardem, odwiedzała Toulouse-Lautreca, kiedy trafił do szpitala i kiedy nikt nie doceniał jego prac. Kiedy z nią porozmawiałem, powiedziała: „Świetnie, proszę tu przyjść jutro, zabierzemy Picassa na obiad”. I Picasso nazajutrz tam był. Poszliśmy do Meurice’a, było nas sporo, między innymi José-Maria Sert, który, proszę wybaczyć, był okropnym malarzem, lecz czarującym mężczyzną. Co ciekawe, zaczął mówić o Bakście, o tym, że to bardzo inteligentny człowiek, ale niezbyt dobry malarz. Nagle Picasso odwrócił się do nas i rzekł: „Gdyby Leonardo był mniej inteligentny, byłby lepszym malarzem”. To jedna z pierwszych dowcipnych uwag, jakie od niego usłyszałem. Po obiedzie zgodził się być patronem naszej imprezy.

Wynajęto ogromną salę wystaw rolniczych przy rue de Grenelle. Rozesłano zaproszenia na „Super Jazz Ball” pod patronatem Picassa i księżnej Leonowej (Dolly) Radziwiłłowej (matka pradziadka Czapskiego pochodziła z Radziwiłłów). Rozpoczęto gorączkowe przygotowania. Młodzi artyści pracowali nad dekoracjami przedstawiającymi morskie głębiny. Wkrótce rekiny, ośmiornice i wodorosty wypełniły ściany sali balowej. Po sufitach płynęły żaglowce namalowane od spodu, jedną ścianę pokrywała panorama Nicei widziana spod powierzchni morza. Czapski udał się do paryskiej pracowni Bonnarda prosić go, by swą obecnością poparł swych wyznawców. Nieśmiały, stroniący od przyjęć malarz wzruszył się zaproszeniem od studenta swojego starego przyjaciela Józefa Pankiewicza i zgodził się przyjść. Pojawił się w wymiętym smokingu, oprowadzono go po salach, z zachwytem obejrzał barwne dekoracje pokrywające wszystkie możliwe powierzchnie.

Francis Poulenc, żona ambasadora angielskiego Lady Crewe, książę duński, Nina Hamnett i Elsa Maxwell stawili się, by wspomóc artystów. Wsparcia udzielili Constantin Brâncuși i Jean Cocteau. Siergiej Diagilew przyprowadził Serge’a Lifara, gwiazdę Ballets Russes, który później – pogrążony w zadumie – pozował Czapskiemu do portretu. Picasso, chcąc dogodzić młodym malarzom, uściskał każdemu z osobna dłoń w towarzystwie swojej żony, baletnicy Olgi Chochłowej. Od zachwyconych organizatorów otrzymał jedną z dekoracji: wielką rybę z papier mâché, z którą później dumnie obnosił się po przyjęciu. Picasso podszedł do Bonnarda pogratulować mu trwającej wystawy w Galerie Bernheim. Wystawione płótna, komplementował, zdecydowanie przewyższają wszystko, co Bonnard zrobił dotychczas. Misia nachyliła się do Czapskiego i szepnęła: „jaki gałgan ten Picasso, nigdy nie powie żadnemu malarzowi komplementu, który by nie był dwuznaczny”[24], jednak Bonnard był po prostu zachwycony. Kolację podano przy małych stołach. Do uświetniających posiłek dwóch pianistów wkrótce dołączył zespół jazzowy i wielka sala zamieniła się w dancing. Cyganeria z Montparnasse, zawsze chętna do zabaw, stawiła się tłumnie. Wśród tańczącego i pijącego tłumu krążyły modelki ubrane jedynie w świeże kwiaty. Niestety, po opłaceniu wszystkich kosztów, okazało się, że dochód z balu był znikomy.

Niczym niezrażeni artyści postanowili wydać kolejne przyjęcie. Tym razem wszystkie koszty zobowiązał się pokryć łódzki przemysłowiec, by dochody przeznaczyć w całości na wsparcie dla młodych malarzy. Do komitetu honorowego dołączyła wielka księżna Maria Pawłowna Romanowa. Bal odbył się na barce zacumowanej na Sekwanie tuż przy moście Aleksandra III. Na przyjęcie przybyła cała śmietanka Paryża, między innymi znakomitości dobrze znane zmarłemu kilka lat wcześniej Proustowi – markiz de Polignac, hrabia i hrabina de Gramont, książę i księżna Alba. Obecni byli także hrabia Harry Kessler, hrabia i hrabina de Ganay, baron i baronowa Rothschildowie. Na liście gości w jednej z rubryk towarzyskich pojawił się „Comte Joseph Czapski”, nie wspomniano natomiast, że należał do grona pełnych nadziei beneficjentów. Józef Jarema i Jan Cybis pokazali swoje talenty muzyczne przy akompaniamencie imponującej jazzowej gry fortepianowej Stanisława Szpinalskiego, późniejszego laureata Pierwszego Konkursu Chopinowskiego. Wszystko szło zgodnie z planem, gdy nagle lunął ulewny deszcz. Gwałtowny wiatr miotał roztańczoną barką. Wysiadła elektryczność, zapalono świece. Orkiestra grała do świtu. Noc ta nie tylko obrosła legendą, ale przede wszystkim wprowadziła kapistów w świat zamożnej klienteli.

Pod koniec trzydziestego roku życia Czapski zachorował na tyfus. Jego wuj, baron Meyendorff, zaoferował mu opiekę i schronienie w Londynie. Uciekłszy z Rosji w okresie między abdykacją cara a przejęciem władzy przez bolszewików, wykładał teraz w London School of Economics. Raz jeszcze oddawał Czapskiemu dom i serce. W Londynie, gdzie na niego chuchano i dmuchano, młody malarz zdał sobie sprawę, jak daleko było stąd do skromnego lokum w Châtillon, gdzie wiecznie zajmował się życiem innych. Po z górą dwóch latach zadowalania się byle czym nagle wylegiwał się na leżaku pośrodku starannie przystrzyżonego trawnika w centrum Mayfair. Poddał się, żeby wypocząć i nabrać tchu. Nakrapiany słonecznym światłem ogród na tyłach rezydencji stanowił tło jego powrotu do zdrowia i pierwszej lektury Prousta (ostatni tom W poszukiwaniu straconego czasu miał się ukazać dopiero rok później). Zanurzenie w Prouście dało Czapskiemu pełniejszy dostęp do samego siebie i świadomość tego, co może zaoferować świat sztuki. W miarę czytania zmieniała się hierarchia jego uczuć, a zawiłości utraty i wspomnień z dzieciństwa nabierały coraz większego znaczenia. Dzięki Proustowi mógł szerzej spojrzeć na świat. Więź między czytelnikiem a pisarzem miała trwać i pogłębiać się przez następnych prawie siedemdziesiąt lat.

Po miesiącu kwarantanny wybrał się na Trafalgar Square do National Gallery, żeby stanąć przed obrazami, jak zwykł był robić w Luwrze. Osłabiony chorobą wlókł się od sali do sali w stanie łagodnego otępienia, przyglądając się arcydziełom Tycjana, Rembrandta i Velazqueza. Niewielki olej na płótnie, o wymiarach zaledwie trzydzieści na trzydzieści osiem centymetrów, przyciągnął z oddali jego wzrok i pochłonął całą uwagę. Wszystko inne przestało się liczyć. Obraz Pan Pivot na koniu w lasach koło Ville d’Avray Corota to studium mężczyzny siedzącego na grzbiecie siwego konia. Jeździec, jakby w odpowiedzi na czyjeś słowa, odwraca się, by spojrzeć na widza. Zmieniając pozycję, wspiera się na dłoni, kładąc ją za siodłem. Koń cierpliwie czeka, czujny, ale nieruchomy. Paleta barw jest stonowana, przeważa srebrzysto-zielonkawy brąz odbijający się od podłoża i ściany gęstego listowia za wierzchowcem. Za jeźdźcem wznoszą się dwa blade pnie smukłych brzóz, podkreślając leśną scenerię. Odrobina żółci na czubku miękkiego słomkowego kapelusza z szerokim rondem, który nosi mężczyzna, jest najcieplejszym punktem, a dyskretny błysk czerwieni koło karku sugeruje ukryty pod kołnierzem kurtki kolorowy fular. „Pierwszy raz w życiu tak przeżyłem malarstwo” – odnotował Czapski.

Dlaczego wówczas właśnie, po latach wysiłków i targaniny, po latach szkoły i wysiłku, by widzieć, widziałem tak mało i właśnie wówczas, kiedy od szeregu tygodni nie dotknąłem farb, kiedy w chorobie, w czytaniu, w wolnym powracaniu do zdrowia, przy zupełnej niewiadomości, jak będę mógł malować w przyszłości – opuścił mnie ten nieustanny jakiś skurcz woli – zobaczyłem malarstwo?[25].

Zdając relację z tego malarskiego spotkania, Czapski pisze, że dane mu ono było „w czytaniu, w chorobie”, nie łączy jednak owej niezwykłej wrażliwości ze świeżym wtedy zanurzeniem w Prouście. Z pewnością jedno, świadomie bądź nie, zainspirowało drugie. Niczym wstającego z łoża boleści bohatera powieści Prousta, Bergotte’a, coś zmusiło Czapskiego do wizyty w muzeum. Jakiś żywioł emanujący z płótna Corota, jakieś nieprzewidziane skojarzenie uniosło zasłonę, poruszyło w jego oczach mechanizm, który wreszcie pozwolił mu widzieć, tak jak Bergotte’a oszołomił „kawałek żółtej ściany” na świetnie, jak sądził, znanym mu płótnie Vermeera. Ani studia Czapskiego w Krakowie, ani długie godziny spędzone w Luwrze nie zdołały go uwolnić od „tego nieustannego [...] skurczu woli”. Stojąc przed niewielkim płótnem w londyńskim muzeum, czuł, że to, co się w nim otwiera, nie wynika z nabytej wiedzy, jak w obliczu dawnych obrazów włoskich, hiszpańskich i holenderskich, ale z przeżycia, z doznania. Zyskał nieznany mu dotąd sposób patrzenia, dotarł do niedostępnych mu przedtem pokładów w samym sobie. Jego oczy otworzyły się na nowo.

Gorączka i zmęczenie w końcu ustąpiły i Czapski wrócił do Paryża. Odzyskał zdrowie, ale nie wiarę w siebie.

Po trzech latach Akademii w Krakowie i dwóch latach Paryża zdawać mi się zaczynało, że nigdy muru nie przebiję. [...] Poza krótkimi chwilami dosłownie co parę miesięcy, godzina najdalej – błąkałem się pędzlem po płótnie z nieustannym uczuciem, że jestem obok. Ta praca w ciemności była, nie przesadzam, męką. To znaczyło, że nie umiałem związać oka z ręką, że nawet uwagi skupić nie umiałem w spojrzeniu, że widziałem oddzielne fragmenty rzeczy, nigdy całości[26].

Szukając drogi do siebie, malował martwe natury i szkice postaci, uliczne sceny i pejzaże. Niepewny własnego malarskiego głosu, pracował ciężko, w nadziei, że go znajdzie. Kapiści, nadal pozbawieni stałych źródeł dochodu, zdołali jednak (żyjąc jak najskromniej oraz dzięki szczodrości zamożnych przyjaciół) malować w plenerze na południu Francji, idąc w ślady ukochanego nauczyciela, Pankiewicza, który swoje własne obrazy malował pod silnym wpływem Bonnarda, Matisse’a i Cézanne’a. Owocem bacznej uwagi, z jaką odnosili się do teorii koloru, były płótna przede wszystkim dekoracyjne, podobnie jak prace Pankiewicza. Czapski, główny teoretyk grupy, był wprawdzie autorem credo kapistów „przede wszystkim kolor”, lecz tworzenie obrazów opartych na przeciwieństwie pól barwnych nigdy nie zaspokajało jego własnych pragnień malarskich. Najważniejsza była dlań zawsze wierność sobie, nadal jednak nie wiedział, jak ją wyrazić na płótnie.

 

Aby ukoić wzburzenie, Czapski wyglądał poza obręb własnego pracownianego życia i nawiązywał ważne przyjaźnie na szerszych wodach paryskiego życia. Jego mistrz z Petersburga, Dimitrij Fiłosofow, od niedawna mieszkający w Warszawie, wprowadził go w świat rosyjskiej emigracji. Równie wiele drzwi otwierały koligacje rodzinne. W Londynie wuj przedstawił go Éliemu Halévy’emu, francuskiemu historykowi, który widząc artystyczne i literackie zamiłowania Czapskiego, natychmiast polecił go swojemu bratu, mieszkającemu w Paryżu Danielowi Halévy’emu. Élie i Daniel, synowie dramatopisarza Ludovica, współautora libretta do opery Carmen, zostali wychowani jako protestanci, ich ojciec dokonał konwersji z judaizmu tuż przed ślubem z ich matką. Przyjaźń ze starszym od Czapskiego o dwadzieścia cztery lata Danielem Halévym trwała kilkadziesiąt lat. Dorastając w sercu Paryża, w domu rodzinnym przy Quai de l’Horloge, Élie i Daniel obracali się wśród malarzy Edgara Degasa i Édouarda Maneta, kompozytora Georges’a Bizeta oraz filozofów Ernesta Renana i Hipolita Taine’a. Na ścianach wisiały portrety pędzla Jacques’a-Émile’a Blanche’a, kolejnego przyjaciela rodziny. Bliskość tylu znakomitych artystów przytłoczyła Daniela, pozbawiając go własnych ambicji. W głębi serca uważał się za raté, człowieka przegranego, który właściwie niewiele osiągnął. Łączyło go to z Czapskim, który stale wątpił w siebie.

Halévy, z wykształcenia językoznawca, pierwszy tłumaczył Nietzschego na francuski. Na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku zaangażował się, podobnie jak Proust, w obronę Alfreda Dreyfusa, kapitana francuskiej armii niesłusznie oskarżonego o zdradę. Przy okazji zaprzyjaźnił się z wieloma politycznie zaangażowanymi socjalistami i wyrobił sobie głęboko liberalne przekonania. W latach dwudziestych, gdy spotkał się z Czapskim, Daniel był już człowiekiem, który na nowo przemyślał własne poglądy i zaczynał je zmieniać na bardziej konserwatywne.

Pomimo dzielącej ich różnicy wieku mieli wiele wspólnego. Żywa i przyjacielska wymiana poglądów między nimi trwała do śmierci Halévy’ego w wieku dziewięćdziesięciu lat. Wspólne im były fundamenty umysłowe i głęboka moralność. W latach późniejszych Czapski musiał jeszcze pogodzić się ze skostniałym petainizmem Halévy’ego, podobnie jak kiedyś Halévy, który po sprawie Dreyfusa musiał ignorować antysemityzm Degasa, by nie położył on kresu ich stosunkom. W miarę jak rozwijała się przyjaźń, rósł także stos szkiców i studiów olejnych, na których Czapski przedstawiał swojego starszego przyjaciela. Powstawały one przy Quai de l’Horloge w otoczeniu niezwykłej kolekcji rysunków Degasa, który tak często siedział i rysował w tym samym pokoju. Degasowi zresztą, podobnie jak później Halévy’emu i Czapskiemu, z wiekiem pogarszał się wzrok.

Mieszkając w osiemnastowiecznym domu, który należał do sławnego zegarmistrza Bregueta, przodka jego matki, Daniel napisał na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku cykl esejów o „przyspieszonym biegu historii”. Zapoznał Czapskiego z szerokim kręgiem swoich przyjaciół, otwierając mu powoli drzwi do wpływowych pisarzy, artystów i myślicieli z rozmaitych ruchów politycznych, umysłowych i artystycznych. W kajecie Czapskiego figurowali między innymi malarz Blanche, poeta Léon-Paul Fargue, powieściopisarz Julien Green, krytyk Jean Guéhenno, myśliciel i historyk sztuki André Malraux, katolicki filozof Jacques Maritain, pisarze François Mauriac i Paul Morand.

Ostatniego wieczoru mojego pobytu w Paryżu miałem już za sobą miesiąc wytężonej pracy. Nie przyjąłem zaproszenia przyjaciół na kolację – chciałem być sam, aby wszystkie doznania minionych tygodni swobodnie we mnie płynęły. Umawiałem się na spotkania w całym mieście, w bibliotekach, galeriach i kawiarniach, przemierzyłem wzdłuż i wszerz kilkanaście dzielnic Paryża. Nadszedł czas na ostatni spacer. Wyruszyłem ze zbiorem esejów Czapskiego w dłoni. Była prawie piąta, koniec pięknego, niemal północnoeuropejskiego jesiennego popołudnia, kiedy dzień, uświadomiwszy sobie nagle, że zabawił zbyt długo, pośpiesznie szykuje się do odejścia. Gdy jestem w Paryżu, lubię obserwować zmierzch w pobliżu Sekwany, gdzie miasto oddycha pełną piersią, a rozległe sklepienie nieba przesycone jest tym samym kobaltowym błękitem, który natchnął malarzy sklepień Sainte-Chapelle i katedry Notre Dame. Zmierzając od teatru Odéon ku rzece, skręciłem w rue Guénégaud, gdzie kilkadziesiąt lat wcześniej Czapski wystawiał swoje prace w Galerie Jean Briance i Galerie Jacques Desbrière. Przeszedłem po zaokrąglonych przęsłach Pont Neuf, łączących lewy brzeg Sekwany z Île de la Cité i skręciłem w prawo w krótką uliczkę Henri-Robert, która po kilku krokach doprowadza do brukowanego Place Dauphine, gdzie stare kredowobiałe kamieniczki rozchodzą się promieniście, a przeciwległą granicę tego trójkąta wytycza tylna elewacja imponującego Palais de Justice. To plac, na którym lubię posiedzieć i poczytać, azyl w samym sercu starego miasta, wytęskniona kryjówka przed zamętem, panującym poza objęciami jej wysokich murów. Siedząc na drewnianej ławce pod młodymi kasztanami na placu wysypanym tłuczniem, zacząłem lekturę kolejnego eseju Czapskiego. Przy pierwszym zdaniu zaśmiałem się głośno. Brzmi ono w całości tak: „Szedłem przez Pont Neuf”[27]. Esej opisuje dalej polskiego oficera napoleońskiej armii, Józefa Sułkowskiego, wyjeżdżającego do Egiptu z hotelu na Île de la Cité; musiało to być gdzieś niedaleko miejsca, w którym teraz siedziałem. Czytałem około czterdziestu minut, światło z przepychem dogorywało na niebie. Po czym nagle zapadł zmierzch. Zapłonęły uliczne latarnie. Podniosłem wzrok, gotów ruszyć z miejsca, ale moje oczy ujrzały coś, czego uprzednio nie dostrzegły: nowy szyld, galerię sztuki, której witryna rzucała ciepły blask na ciemniejący skwer. Wstałem z ławki, czując pierwsze ukłucia głodu i zastanawiając się, w którą stronę pójść, żeby coś zjeść, podszedłem do galerii. W oknie wystawiono interesujący pejzaż w stylu Corota. Otworzyłem drzwi i wszedłem do sklepionego pomieszczenia wyłożonego wapieniem i obwieszonego niewielkimi obrazami.

W miarę jak posuwałem się naprzód, kilka myśli zaczęło trwożliwie przemykać się do mej głowy, niczym lecące dzikie gęsi odnajdujące swoje miejsce w kluczu. Trochę rozkojarzony kroczyłem wzdłuż długiej ściany z obrazami, przechodząc od jednej sielankowej sceny do drugiej. Kiedy już obejrzałem cztery lub pięć płócien, pojawił się pracownik galerii i zapytał śpiewną francuszczyzną, czy jestem malarzem. Skinąłem głową. Oświadczył z pewną dumą, że zazwyczaj poznaje to po sposobie, w jaki ktoś patrzy na obrazy, i zaczął opowiadać o autorze wystawionych dzieł. Patrząc przez ramię mężczyzny w głąb galerii, do której wszedłem od strony Place Dauphine, dostrzegłem szereg pomieszczeń ciągnących się ku nadbrzeżu Sekwany, w którym rozpoznałem Quai de l’Horloge. Nadal nachodziły mnie niejasne, domagające się sprecyzowania myśli, ale nie mogłem jeszcze pojąć, co właśnie rodzi się w mojej głowie. Po czym dotarło do mnie, że przecież muszę stać na parterze budynku numer 39, który niegdyś był domem rodzinnym Daniela Halévy’ego. Oniemiały, zdałem sobie sprawę, że w eseju, który dopiero co czytałem, Czapski pisał o Halévym i jego domu. Od kilkudziesięciu lat znałem ten stojący nad samą Sekwaną budynek o pięknej fasadzie, nie zdawałem sobie jednak sprawy, że tył nadrzecznej kamienicy wychodzi na Place Dauphine, gdzie tak często siadywałem, żeby poczytać. Wiedziałem, że w latach osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku Edgar Degas kilka razy w tygodniu przychodził do tego domu na obiad do swoich starych przyjaciół oraz ich wówczas nastoletnich synów Éliego i Daniela. Ze wspomnień, które Daniel poświęcił stroniącemu od ludzi malarzowi, wiedziałem, że niegdyś dom był pełen obrazów i rysunków Degasa, Cézanne’a i Gauguina. Moje myśli znowu zaczęły krążyć... i zaświtało mi w głowie, że tak, oczywiście, to ten Daniel Halévy był obiektem pożądania oszalałego na jego punkcie przyjaciela z liceum, który zalecał się do niego i pisał skandaliczne listy. Szkolny przyjaciel zadedykował młodemu Danielowi swoje pierwsze wiersze: „...ogień, subtelny i wyborny / ożywia tę duszę i ponętne ciało / w cudowny, magiczny sposób”. Siedemnastoletni poeta, który słał miłosne listy do szesnastoletniego Daniela na adres domu, w którym stałem, to Marcel Proust.

Nie mogłem skupić się na tym, co mówił sympatyczny pracownik galerii, gdy przemierzaliśmy wystawę. W głowie wirowały mi myśli o Degasie, Prouście, Halévym i Czapskim. Spytał mnie, nad jakim pracuję obrazem. Odwróciłem się i wymamrotałem: „Excusez-moi”. Zdołałem jeszcze dodać: „C’est un peu bizarre” – jakie to dziwne. Przekrzywiając głowę, przyglądał mi się cierpliwie, jakby nie pierwszy raz słyszał, jak niejasno malarz potrafi opisywać swoją twórczość. Wyjaśniłem, że piszę książkę o pewnym polskim malarzu, związanym wieloletnią przyjaźnią z człowiekiem, który jak sądzę, mieszkał kiedyś w tym domu. Był wyraźnie zaskoczony, ale uśmiechając się zagadkowo, odparł: „Ma pan na myśli Czapskiego?”. Osłupiałem. Po raz pierwszy ktoś niezwiązany z moim pisarskim projektem znał nazwisko przedmiotu moich studiów. Ledwie usłyszał połączone ze sobą słowa „polski” i „malarz”, sam z siebie powiedział „Czapski”. Widząc moje zaskoczenie, uśmiechnął się szeroko. „Chyba powinienem się przedstawić. Nazywam się Alexis Nabokov. To moja galeria. Daniel Halévy był dziadkiem mojej matki. Rodzice dobrze znali Czapskiego. To ktoś, kogo ogromnie podziwiam i jako malarza, i jako człowieka”. Zaniemówiłem.

Stał przede mną wnuk Nicolasa Nabokova, z którym Czapski oraz kuzyn Nicolasa, Siergiej, krążyli po mieście w latach dwudziestych. Syn Nicolasa, Ivan, ożenił się z wnuczką Daniela Halévy’ego, Claude. Mieszkają na piętrze, nad galerią przy Quai de l’Horloge 39. Niepojętym zrządzeniem losu otworzyły się przede mną bramy kontaktów, których nigdy nie zdołałbym nawiązać, gdybym próbował. Dziesięć minut wcześniej, siedząc na ławce i czytając w świetle latarni, rozkoszowałem się perspektywą przekąszenia czegoś. Zamiast tego niemal magnetyczna siła wciągnęła mnie w geograficzny i uczuciowy punkt przecięcia historii, których nie umiałem jeszcze opowiedzieć, w miejscu, które mijałem niezliczoną ilość razy. Jak gdyby na kartach swojego zbioru esejów, który trzymałem w ręce, Czapski torował mi drogę do tego domu, pełnego znakomitych bywalców, na którym jego obecność odcisnęła trwały ślad.

Moje marzenie o kładce do umarłego świata częściowo się spełniło w tym nieoczekiwanym spotkaniu z potomkami dwóch drogich Czapskiemu rodzin, Halévych i Nabokovów. Przypominałem Proustowskiego narratora, który na samym końcu bardzo długiej powieści poznaje pannę Saint-Loup i czuje się jak w lesie „przy róży wiatrów, ku której zbiegają się, jak i w życiu, drogi wiodące z najróżniejszych kierunków”[28]. Stojąc z Alexisem Nabokovem, poznając jego rodziców, byłem wstrząśnięty: oto znalazłem się w punkcie, w którym krzyżują się przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Po dawnej kolekcji obrazów, rysunków i grafik nie ma śladu, ale pozostało coś mniej namacalnego – poczucie obecności ludzi bliskich temu domowi, obecności Czapskiego. Proust pisał, że „życie nie tylko zrywa nici tajemne”, ale też „rozsnuwa je wciąż między ludźmi, między wydarzeniami, że krzyżuje te nici, że je splata podwójnie, by wzmocnić osnowę”[29].

Czapski kochał Siergieja Nabokova. Ivan powiedział, że jego matka zawsze twierdziła, iż Siergiej był „najsympatyczniejszym z Nabokovów, czarującym, zabawnym człowiekiem, o wiele milszym, bardziej godnym zaufania i barwniejszym niż wszyscy pozostali”. Romans skończył się jednak w 1926 roku, w czasie gdy Czapski zachorował na tyfus. Złamane serce znajdowało się na poczesnym miejscu listy jego dolegliwości, kiedy jechał do wuja w Londynie, żeby dojść do siebie. Chłonął Prousta w niemałym stopniu dlatego, że utożsamiał się z narratorem powieści, wdającym się w beznadziejne miłosne związki. „Kroczyłem po moich ranach – przyznawał. – Przeżycie Prousta było związane z moim bólem. Żebym nie miał tego bólu, to może bym do Prousta nie doszedł”[30].

Przyznaję, że nie cenność tworzywa Prousta porwała mnie zrazu. Sam temat książki trafiał mi wprost do serca: rozpacz, śmiertelny niepokój kochanka, opuszczonego po zniknięciu Albertyny, wszystkie formy retrospektywnej zazdrości, bolesnych wspomnień, gorączkowych poszukiwań, głęboka wnikliwość psychologiczna wielkiego pisarza, przebijająca się przez gąszcz szczegółów i skojarzeń[31].

Do bardzo wczesnych prób pisarskich Czapskiego należy recenzja całego dzieła Prousta ogłoszona w 1928 roku, jedna z pierwszych europejskich analiz ukończonej powieści. Czapski pisze w niej, że wszystkie wielkie dzieła literackie kryją dwa ogrody, jeden publiczny, otwarty, drugi tajemny, ukryty, trudniej dostępny. To wczesne rozpoznanie fundamentalnej, wspólnej malarstwu i pisarstwu dwutorowości – ducha i serca – jest, paradoksalnie, nierozerwalnie związane z wypracowaniem w sobie spójnej całości, z jednolitym charakterem Czapskiego.

 

Siergiej, aresztowany przez gestapo w Berlinie w 1943 roku, umarł w hitlerowskim obozie koncentracyjnym w Neuengamme, gdzie homoseksualnych więźniów poddawano brutalnym eksperymentom medycznym. Być może został zadenuncjowany za to, że udzielił schronienia przyjacielowi z Cambridge, angielskiemu pilotowi RAF-u zestrzelonemu nad Niemcami. Po wojnie rodzina Ivana, jedyni Nabokovowie w paryskiej książce telefonicznej, odbierała niezliczone telefoniczne kondolencje od ludzi, którym noszący obozowy numer identyfikacyjny 28631 Siergiej pomógł, których ocalił lub pocieszył.

Niezachwianie wierny sobie i swojej naturze, Siergiej przemógł nieśmiałość i chyba czuł się zdecydowanie swobodniej ze swoją seksualnością niż Czapski, w którym cielesność i duchowość łączyły się z większym trudem. W rzadkim zapisie w dzienniku nawiązującym do tematu pożądania i bliskości fizycznej Czapski odnosi się zarówno do ciała, jaki i ducha.

Kiedyś przed laty, utkwiło mi to w Lady Chatterley, to uczucie, że dla bohaterki tej książki cała natura, trawa i drzewa są za szybami, że przed romansem tej kobiety kontakt jej ze światem jest zerwany. Jakże ja to czułem ostro w wojsku w 1920 roku, na wojnie – zapach wieczorny lasu, wiosek, jak się do nich wjeżdżało, skóry i potu końskiego, ułani zdrowi i po jakiemuś pełni, w życiu. Pamiętam wtedy właśnie to samo uczucie szklanych szyb, które jakby mnie dzieliły od natury, byłem poza nią. Wiele lat potem znalazłem w tej książce swoje własne przeżycia. Przecież wyskoczyłem z tej śmierci zmysłów, spoza tych szyb, z tej „wsobności” (wyrażenie Gombrowicza) wyraźnie dwiema drogami. Zacząłem żyć fizycznie. Namiętnie się kochałem przedtem, ale nie pozwalałem sobie na nic. W wielu wypadkach nawet nie wiedziałem, czego pragnę, przerzucając wszystkie moje pożądania na ideologię. Druga droga, która mnie poprzez lata wysiłku, pracy les yeux amers z tej wsobności wyzwoliła – to malarstwo. Żadne tam natchnienie, ale właśnie piłowanie natury. Studiowanie, wgryzanie się w nią dało mi po miesiącach i latach pierwszy bezpośredni pełny z nią kontakt. Natchnienie – to znaczy praca w gorączce połączonej z jakąś wzmożoną, chłodną jasnością – te stany były tak niezmiernie rzadkie na początku, że chyba dopiero po siedmiu latach – więcej – dziewięciu, zaczęły się uczęszczać. Ale skąd wiedziałem, że to moja droga – dlaczego? Nawet nie rozumowałem, że może to nie ta droga, kiedy szedłem od porażki do porażki. Moje wyzwolenie szło po tej drodze, a także w przyjętym życiu seksualnym, które dało mi sto grzechów, win wobec innych, ale wyrwało mnie z samotności absolutnej, którą czułem wobec otaczającej mnie natury, ale nie wobec Boga. Otóż właśnie w okresie zamurowania seksualnego, i to zamurowania przyjętego jako obowiązek, konieczność – miałem drogę do Boga niezamąconą, otwartą[32].

Czapski nigdy nie zdołał całkowicie pogodzić tych dwóch dróg (trudno ocenić, do jakiego stopnia, pisząc te słowa, mógł myśleć o dwóch różnych „drogach” Prousta i ich ostatecznym złączeniu), ale jego oddanie malarstwu nie było bez związku z jego akceptacją cielesnego życia.

Wizyta kapistów w Paryżu przedłużała się i coraz bardziej przypominała przeprowadzkę na stałe. Przez całą drugą połowę lat dwudziestych kojąca obecność ukochanej siostry Maryni pomagała Czapskiemu zachować równowagę. Marynia, doktorantka Uniwersytetu Jagiellońskiego, studiowała historię literatury na Sorbonie. Bliski, symbiotyczny i pełen wzajemnej troski związek między siostrą a bratem trwał całe życie. Oboje byli niemal w równej mierze demokratami, arystokratami, członkami cyganerii i liberalnymi katolikami. Niezwykle sobie bliscy, ale zawsze samodzielni, szanowali nawzajem swoją niezależność i prywatność. Cokolwiek należało do jednego, było do dyspozycji drugiego; pod pewnymi względami stanowili dwie połowy jednej (bardzo wysokiej) istoty. Kiedy wchodzili we dwoje do jakiegoś pokoju, z pewnością zawsze robili wrażenie. Na fotografiach widać między nimi aurę porozumienia, ich postury tchną rodzinną zażyłością i wspólnotą doświadczeń. Każde nosiło w sobie niezatartą pamięć dzieciństwa, utraconego na zawsze świata, który w nich żył. Wspólnie zamieszkiwali jego drogie ich sercom przestrzenie, to pozwalało im ustrzec się żalu lub goryczy, jakie mogliby żywić w samotności. Każde miało swój krąg przyjaciół, którzy znali i brata, i siostrę, niezależnie i razem. Marynia przyjaźniła się z Siergiejem i współpracowała z nim przy przekładach. Zawsze przyjmowała nowych przyjaciół brata, ilekroć ich do niej przyprowadzał.

W latach pobytu w Paryżu Czapski żył skromnie, nie miał żadnych zasobów, do których mógłby sięgnąć. Potrzeby miał znikome, spartańskie życie mu nie wadziło, byleby mieć na farby i płótno, szkicowniki, ołówki i tusz. Jedzenie i picie jakoś musiało się znaleźć, a jeśli nie, mógł się bez nich obyć. Zadowolony z losu, jeśli chodziło o życie domowe, nie miał poczucia ubóstwa; wręcz przeciwnie – czuł wdzięczność, że może robić dokładnie to, co chce i musi, żyjąc wśród przyjaciół i kolegów wyznających takie same wartości. Jego udręka brała się z niedostatecznych postępów w sztuce malarskiej.

Podczas wyjazdu na południe Francji wychodził codziennie z domu, ustawiał sztalugi i próbował uchwycić doznania, jakie budziły w nim bujne, przesycone światłem kolory Południa. W małym hotelu, który wykorzystywał jako bazę wypadową, poznał pewną Kanadyjkę i zaprzyjaźnił się z nią. Opiekowała się dwiema młodszymi kobietami, jedna z nich miała na imię Catherine.

Nigdy nie myślałem, żeby kobiety się we mnie kochały, bo uważałem, że jestem brzydki, nieinteresujący itd. Ale one się we mnie po cichutku kochały, w najbardziej przyzwoity sposób. Zabawy dziecinne co wieczór, bawiliśmy się razem, niewinnie absolutnie. No i potem pożegnaliśmy się. Naraz spotykam ją w rok później zupełnie roztrzęsioną, opowiadającą, że nie ma po co żyć itd. Była świetną sekretarką, mówiła paroma językami. Potem wysłali ją do Szwecji, gdzie trzeba było czterdziestu sekretarek, żeby rozwiązać tę słynną aferę z zapałkami – właśnie o tym się wtedy mówiło – po śmierci właściciela. Ona mi się wtedy przyznała, że się we mnie kochała i że to trwa nadal. I wtedy zaczęliśmy ze sobą żyć[33].

Catherine Harrison miała się przekonać w ciągu następnych ośmiu lat, że Czapski był człowiekiem, z którym niełatwo się związać. Sam tłumaczył część trudności: „Jedyna rzecz, która mnie wtedy trzymała, to było malarstwo. Nawet się nie zastanawiałem. To była idée fixe”[34]. Był szczery; w latach swojego pobytu w Paryżu odgradzał się od wszystkiego, co mogło zagrażać pierwszeństwu jego pracy malarskiej. Nie znaczy to, że nie podróżował, nie spotykał się z ludźmi, nie zakochiwał się ani nie wdawał w związki miłosne. Wiedział jednak, na czym chce skupić siły, i miał dość dyscypliny, by przy tym trwać. Uważał, że do małżeństwa nie może wiele wnieść. Zdawał sobie też sprawę, że Catherine, piękna i nawykła do wygód kobieta, nie nadaje się do ascetycznego życia, które zaplanował dla siebie. Nie tylko brakowało mu pieniędzy, ale też sama myśl o małżeństwie wykraczała poza jego wyobrażenie o wierności sobie. Ślub z Catherine pod wieloma względami wzmocniłby jego pozycję towarzyską i, paradoksalnie, zapewniłby więcej swobody. Czapski nie chciał jednak udawać, że jest kimś, kim nie był.