OdkupienieTekst

Z serii: Amos Decker #5
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




Zapraszamy na www.publicat.pl

Tytuł oryginału

Redemption

Projekt okładki

MARIUSZ BANACHOWICZ

Fotografia na okładce

© leonartphoto/Shutterstock

Koordynacja Projektu

NATALIA STECKA

Redakcja

IWONA GAWRYŚ

Korekta

IWONA HUCHLA

Redakcja techniczna

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Copyright © 2019 by Columbus Rose, Ltd.

Polish edition © Publicat S.A. MMXIX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

ISBN 978-83-271-5971-7

Konwersja: eLitera s.c.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65

Rozdział 66

Rozdział 67

Rozdział 68

Rozdział 69

Rozdział 70

Rozdział 71

Rozdział 72

Rozdział 73

Rozdział 74

Rozdział 75

Rozdział 76

Rozdział 77

Rozdział 78

Rozdział 79

Rozdział 80

Rozdział 81

Rozdział 82

Podziękowania

Przypisy

Dla Lindsey Rose,

 

która sprawiła, że wszystkie pociągi jeździły punktualnie,

oraz z wdziękiem i wprawą ogarnęła tak wiele

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

W ten przyjemnie rześki, pogodny jesienny wieczór Amos Decker siedział pośród zmarłych. Mimo to jaskrawoniebieskie impulsy, których zwykle doświadczał w kontakcie ze śmiercią, się nie pojawiły.

Dobrze wiedział dlaczego: wszyscy oni nie żyli od dawna.

Zawitał w rodzinne strony, do Burlington w stanie Ohio. To niegdyś prężne centrum przemysłowe podupadło. Niedawno odwiedził podobne miasto, Baronville w Pensylwanii, i omal tam nie zginął. Gdyby to zależało od niego, wolałby nie pakować się w takie sytuacje. Nie w najbliższym czasie, a najchętniej już nigdy więcej.

Tylko że znowu nie miał wyboru.

Przyjechał do Burlington, ponieważ tego dnia wypadały czternaste urodziny jego córki Molly. Normalnie byłaby to okazja do świętowania i powód do radości. Ale Molly zginęła, razem z jego żoną Cassie i szwagrem Johnnym Sacksem. Ten dramat rozegrał się krótko przed dziesiątymi urodzinami Molly; sam Amos znalazł ich zamordowanych w domu Deckerów.

Odeszli na zawsze. Pozbawieni życia w niepojęty, niewyobrażalnie podły sposób. Ofiary chorego, owładniętego przemocą umysłu. Zabójcy nie było już wśród żywych i chociaż Decker przyłożył do tego rękę, nie przyniosło mu to ukojenia.

To dlatego urodziny córki obchodził na cmentarzu. Bez tortu, bez prezentów. Tylko świeże kwiaty na grobie. Te, które tu leżały od jego poprzedniej wizyty, dawno uschły.

Postanowił, że będzie przyjeżdżał w każde urodziny Molly. Aż do czasu, gdy dołączy do swojej rodziny, dwa metry pod ziemią. To był jego plan długoterminowy. Jedyny, jaki miał.

Odchylił się na oparcie ławki z drewna i kutego żelaza, stojącej przy bliźniaczych grobach – córka i matka spoczywały obok siebie. Ławka była prezentem od wydziału policji w Burlington, w którym swego czasu pracował, najpierw jako zwykły krawężnik, później jako śledczy z wydziału zabójstw. Miała mosiężną, zaśniedziałą już plakietkę z napisem: „Pamięci Cassie i Molly Decker”.

Oprócz niego na tym małym cmentarzu znajdowała się jeszcze tylko partnerka Deckera z FBI, Alex Jamison. Kilkanaście lat młodsza – Amos miał na karku czwarty krzyżyk i zbliżał się do piątego – stała w pewnej odległości, by jej partner mógł pobyć z rodziną sam.

Niegdyś dziennikarka, teraz Jamison była pełnoprawną, zaprzysiężoną agentką specjalną, absolwentką akademii FBI w Quantico w Wirginii. Wcześniej razem z Deckerem tworzyli zespół operacyjny, do którego należało jeszcze dwóch doświadczonych agentów: Ross Bogart i Todd Milligan.

Siedząc obok grobów bliskich, Decker nie po raz pierwszy przeklinał w głębi ducha swoją hipermnezję. Tak zwana pamięć absolutna była skutkiem ubocznym paskudnego urazu głowy, którego doznał jeszcze w czasach, kiedy był zawodnikiem NFL. Po wybudzeniu się ze śpiączki odkrył, że pamięta wszystko i nie może niczego zapomnieć. Ta, wydawałoby się, wspaniała, nadprzyrodzona moc miała jednak swoją przykrą, ciemną stronę.

W jego przypadku upływ czasu nie zacierał bolesnych wspomnień. Także tych, z którymi musiał się mierzyć za każdym razem, kiedy przyjeżdżał na ten cmentarz. Po czterech latach śmierć Cassie i Molly była w jego pamięci tak świeża, jak w dniu, kiedy je zamordowano.

Bezwiednie czytał napisy na nagrobkach, mimo że przecież znał je doskonale. Przyszedł tu, by powiedzieć rodzinie o wielu rzeczach, ale teraz, nie wiedzieć czemu, zupełnie nie potrafił ich wyartykułować.

No, może niezupełnie było tak, że nie wiedział, skąd ta nagła niemoc. Uraz mózgu, który spowodował pamięć absolutną, wypaczył jego osobowość. Decker, niegdyś nader towarzyski, stał się aspołeczny. Zaczął mieć problemy z wyrażaniem emocji i z trudem dogadywał się z ludźmi.

W myślach najpierw przywołał obraz córki, ostry niczym fotografia – kaskady loków, uśmiech, wydatne policzki. Potem oczami wyobraźni zobaczył Cassie. Była ostoją ich rodziny. To ona starała się, jak mogła, by nie wyobcował się do reszty, zmuszając go do interakcji z innymi, walcząc o jego dawne ja.

Jego twarz wykrzywił grymas. Myśląc o bliskich, odczuwał autentyczny, fizyczny ból, ponieważ on nadal żył, a oni nie. Często zdarzały się dni, kiedy ta świadomość stawała się nie do zniesienia. Takich dni w jego życiu było chyba najwięcej.

Zerknął w kierunku Jamison, która stała jakieś trzydzieści metrów dalej, oparta o rozłożysty dąb. Była dobrą przyjaciółką i wspaniałą partnerką w pracy, ale w żaden sposób nie mogła mu pomóc w tym, przez co przechodził.

Odwrócił się z powrotem w stronę grobów, przyklęknął i w zagłębieniu pod każdym z nagrobków położył wiązankę kwiatów.

– Amos Decker?

Podniósł wzrok i zobaczył starszego człowieka, który powoli zmierzał ku niemu, wynurzywszy się z półmroku wydłużonych cieni. Z bliska mężczyzna jeszcze bardziej sprawiał wrażenie ducha, tak żałośnie był wychudły; cerę miał żółtawą, niemal trupią.

Jamison pierwsza zauważyła podchodzącego do Deckera człowieka i ruszyła żwawym krokiem w ich stronę. To mógł być ktoś z miasta, kogo jej partner znał. Ale niekoniecznie. Wiedziała z doświadczenia, że Deckerowi zdarzały się dziwaczne sytuacje. Dłoń wsparła na rękojeści pistoletu spoczywającego w kaburze na prawym biodrze. Tak na wszelki wypadek.

Decker przyjrzał się mężczyźnie. Pomijając niezdrowy wygląd, facet powłóczył nogami w sposób, który wydał się Amosowi znajomy. To nie była tylko kwestia wieku czy zniedołężnienia. Tak poruszał się ktoś nawykły do noszenia kajdan.

To były więzień, domyślił się Decker.

Było coś jeszcze. Czasem zdarzało się, że patrząc na kogoś, widział jakiś kolor. Synestezja powodowała, że kojarzył barwy z nietypowymi rzeczami, takimi jak śmierć czy liczby. Kolorem tego nieznajomego był szkarłat.

Coś nowego. Co, u diabła, oznacza szkarłat?

– A kto pyta? – odparł, prostując się i otrzepując ziemię z kolan.

– Nie dziwię się, że mnie nie poznajesz. Więzienie zmienia człowieka – odpowiedział mężczyzna, przystając kilka kroków przed nim.

A więc faktycznie były więzień.

Jamison też usłyszała te słowa i przyspieszyła kroku. Prawie wysunęła pistolet z kabury, obawiając się, że starzec przyszedł, by w jakiś sposób się zemścić. Jej partner wysłał wielu ludzi za kraty, a ten delikwent najwyraźniej był jednym z nich.

Decker zmierzył wzrokiem nieznajomego. Górował nad nim posturą. Przy wzroście stu dziewięćdziesięciu pięciu centymetrów ważył około stu trzydziestu kilogramów. Dopingowany przez Jamison, przez ostatnie dwa lata dzięki ćwiczeniom i zdrowszej diecie zrzucił czterdzieści pięć kilo. Bardziej nie był w stanie zeszczupleć.

Nieznajomy miał nieco ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, ale w ocenie Deckera ważył niewiele więcej niż sześćdziesiąt kilogramów. Tors mężczyzny wydawał się w obwodzie mierzyć tyle, co udo Deckera. Skóra z bliska sprawiała wrażenie kruchej jak stary pergamin, który w każdej chwili może się rozsypać w proch.

Starzec odchrząknął, obrócił głowę w bok i splunął na poświęconą ziemię.

– Na pewno mnie nie poznajesz? Czy ty nie masz coś tam z głową, że wszystko pamiętasz?

– Kto ci to powiedział?

– Twoja dawna partnerka.

– Mary Lancaster?

Starzec skinął głową.

– To ona mi powiedziała, że mogę cię tu zastać.

– Po co miałaby to robić?

– Nazywam się Meryl Hawkins – oświadczył mężczyzna w sposób sugerujący, że to wyjaśnia, dlaczego przyszedł na cmentarz.

Decker poczuł, jak jego żuchwa nieco opadła z wrażenia.

Widząc jego reakcję, Hawkins wykrzywił twarz w uśmiechu, który jednak nie sięgnął oczu. Pozostały blade i nieruchome, jakby martwe. Odrobina życia, która w nich została, ledwie się tliła.

– Teraz mnie sobie przypominasz, prawda?

– Dlaczego nie siedzisz w więzieniu? Dostałeś dożywocie bez prawa do zwolnienia warunkowego.

Jamison, która właśnie podeszła, stanęła między nimi. Hawkins skinął do niej głową.

– A ty jesteś Alex Jamison, jego nowa partnerka. Lancaster opowiedziała mi też o tobie. – Potem przeniósł wzrok z powrotem na Deckera. – Co do twojego pytania... Nie siedzę, bo jestem śmiertelnie chory na raka. Jednego z najgorszych. Trzustki. Mówili, że z czymś takim można pociągnąć góra pięć lat, nawet jeśli się bierze chemię, radioterapię i cały ten szajs, na który mnie nie stać. – Dotknął swojej twarzy. – Żółtaczka. Tak to się kończy. Mój rak daje przerzuty. Zżera mi wszystko, teraz także mózg. To dla mnie ostatnia runda. Nie mam co do tego złudzeń. Do diabła, w najlepszym wypadku został mi jeszcze tydzień.

– I dlatego cię wypuścili? – zapytała Jamison.

Hawkins wzruszył ramionami.

– Nazywają to zwolnieniem ze względów humanitarnych. Zwykle osadzony musi sam o to wystąpić, ale oni przynieśli mi papiery do celi. Wypełniłem je, lekarze zatwierdzili i po sprawie. Widzicie, państwo nie chciało płacić za moje leczenie. Siedziałem w jednym z tych prywatnych więzień. Wysyłali rachunki za mnie władzom, ale nie dostawali pełnego zwrotu. Za dużo ich kosztowałem. Uznali, że już nie stanowię zagrożenia. Poszedłem do więzienia, kiedy miałem pięćdziesiąt osiem lat, teraz mam siedemdziesiąt. Wyglądam na sto, wiem. Jestem naszprycowany lekami, inaczej nie byłbym w stanie chodzić ani nawet mówić. Kiedy stąd pójdę, będę rzygał przez kilka godzin, a potem wezmę tyle tabletek, żeby zasnąć chociaż na trochę.

– Jeśli bierzesz środki przeciwbólowe na receptę, to znaczy, że masz pomoc – zauważyła Jamison.

– Mówiłem coś o receptach? Tego, co biorę, nikt mi nie przepisuje. Sam wiem, czego mi trzeba. Raczej nie wsadzą mnie z powrotem do pudła za to, że kupuję prochy na ulicy. Jestem zbyt kosztowny w utrzymaniu. – Parsknął śmiechem. – Gdybym to wiedział, zachorowałbym lata temu.

– Chcesz powiedzieć, że na wolności nie zapewniono ci żadnej pomocy? – spytała Jamison z niedowierzaniem.

– Powiedzieli, że zajmie się mną hospicjum, ale to nie dla mnie. Wolę być tutaj.

– Czego chcesz ode mnie? – zapytał Decker, widząc, że Hawkins wpatruje się w niego.

Starzec wycelował w niego palec.

– Ty mnie wsadziłeś do więzienia. Ale się pomyliłeś. Jestem niewinny.

– Wszyscy tak mówią – skwitowała sceptycznie Jamison.

Hawkins znowu wzruszył ramionami.

– Nie wiem, jak jest z innymi. Mówię za siebie. – Zerknął na Deckera. – Lancaster też uważa, że jestem niewinny.

– W to nie uwierzę – odparł Decker.

– Sam ją zapytaj. Właśnie dlatego powiedziała mi, gdzie cię znajdę. – Hawkins zamilkł na moment i spojrzał w ciemniejące niebo. – Masz jeszcze szansę, żeby to naprawić. Może zdążysz, zanim umrę. Jeśli tego nie doczekam, to w porządku. Bylebyś zrobił, co do ciebie należy. To będzie moje dziedzictwo – dodał z nikłym uśmiechem.

– Decker pracuje teraz w FBI – wtrąciła Jamison. – Burlington i twoja sprawa to już nie jego jurysdykcja.

Hawkins miał niewzruszony wyraz twarzy.

– Słyszałem, że cenisz sobie prawdę, Decker. Źle słyszałem? Jeśli tak, to fatygowałem się taki kawał drogi na próżno.

Kiedy Amos nie zareagował, starzec wyjął z kieszeni niewielki świstek.

– Będę w mieście przez parę dni. Tu masz adres. Może się jeszcze zobaczymy. A jeśli nie, to cóż... Obyś zdychał jak ja.

Decker wziął papier, ale nie powiedział ani słowa.

Hawkins spojrzał na bliźniacze groby.

– Lancaster opowiedziała mi, co spotkało twoją rodzinę. Dobrze, że znalazłeś tego, kto to zrobił. Ale podejrzewam, że chociaż byłeś niewinny, gryzło cię sumienie. Coś o tym wiem.

Odwrócił się i powłócząc nogami, ruszył ścieżką między rzędami mogił, aż znikł w zapadających ciemnościach.

Jamison spojrzała na Deckera.

– Okej, nie znam sprawy, ale i tak uważam, że to jakieś wariactwo. Facet tylko cię dręczy. Chce, żebyś poczuł się winny. Nie do wiary, że przylazł tu i cię nękał, kiedy próbowałeś... pobyć chwilę z rodziną.

Decker opuścił wzrok na trzymaną w ręce kartkę. Na jego twarzy wyraźnie było widać cień wątpliwości. Jamison obserwowała go z narastającą rezygnacją.

– Pójdziesz do niego, prawda?

– Najpierw odwiedzę kogoś innego.

2

Decker stał na werandzie. Był sam. Poprosił Jamison, żeby z nim nie przyjeżdżała. Tę wizytę wolał odbyć bez niej, z kilku powodów.

 

Pamiętał każdy szczegół tego dwukondygnacyjnego, liczącego ponad czterdzieści lat domu w stylu ranczo. Nie tylko dlatego, że miał pamięć absolutną. Ten dom nie różnił się prawie niczym od tego, w którym sam niegdyś mieszkał z rodziną.

Mary Lancaster, jej mąż Earl oraz ich córka Sandy zajmowali ten dom, odkąd Lancaster służyła w tutejszej policji. Decker miał taki sam staż. Earl, budowlaniec, pracował tylko sporadycznie, ponieważ opieka nad Sandy, dzieckiem specjalnej troski, wymagała dużo czasu i zaangażowania. Mary przez długi czas była głównym żywicielem rodziny.

Decker podszedł do drzwi. Właśnie miał zapukać, kiedy same się otworzyły.

W progu stała Mary, ubrana w spłowiałe dżinsy, krwistoczerwoną bluzę i granatowe tenisówki. Jej włosy do ramion, niegdyś koloru jasnoblond, teraz były gęsto przetykane siwizną i smętnie zwisały. Między palcami trzymała zapalonego papierosa, z którego dym wił się w górę jej szczupłego uda. Jej twarz pokrywały zmarszczki tak gęsto, że przypominała odcisk kciuka. Lancaster była w tym samym wieku co Decker, a wyglądała jakieś dziesięć lat starzej.

– Tak czułam, że cię dzisiaj zobaczę – odezwała się chropowatym głosem nałogowego palacza. – Wejdź.

Dyskretnie sprawdził, czy Mary wciąż się boryka z drżeniem lewej ręki. Tej, którą sięgała po broń. Nie zauważył niczego.

Okej, to dobrze.

Gdy zamknął za sobą drzwi, Lancaster – znacznie od niego niższa – odwróciła się i poprowadziła go w głąb domu, jak holownik wiodący frachtowiec bezpiecznie do portu. A może na skały? Tego nie wiedział. Jeszcze.

Zauważył też, że chociaż zawsze była szczupła, teraz wyglądała na wręcz wychudzoną. Jej kości pod luźnym ubraniem wydawały się sterczeć pod różnymi kątami, jakby to były wieszaki na ubrania.

– Guma do żucia nie pomaga? – zapytał, spoglądając na papierosa w jej dłoni.

Usiedli w salonie, niewielkim pomieszczeniu zagraconym zabawkami, stosami gazet, otwartymi kartonami i niemal namacalną warstwą chaosu. Wiedział, że jej dom zawsze taki był. Jeszcze zanim Decker wyjechał z miasta, zatrudnili osobę do sprzątania, ale to zrodziło nowe problemy. W końcu zapewne uznali, że permanentny bajzel jest lepszy.

Lancaster zaciągnęła się swoim camelem i wydmuchnęła dym nosem.

– Pozwalam sobie na jednego dziennie, mniej więcej o tej porze, i tylko wtedy, gdy nie ma Earla ani Sandy. Potem biegam po całym domu i pryskam odświeżaczem powietrza.

Decker wziął głębszy oddech i zakasłał.

– Chyba jeszcze za mało.

– Domyślam się, że Meryl Hawkins cię znalazł?

Decker skinął głową.

– Twierdzi, że dowiedział się od ciebie, gdzie mnie szukać.

– Tak, to prawda.

– Nadużyłaś mojego zaufania. Wiedziałaś, po co przyjeżdżam. Przecież ci mówiłem.

Lancaster osunęła się głębiej w fotelu i zaczęła skrobać paznokciem przebarwienie na skórze.

– Cholera, nie przyszło mi to łatwo. Ale pomyślałam, że powinieneś wiedzieć.

– Hawkins mówił też, że wierzysz w jego niewinność.

– To się zagalopował. Powiedziałam tylko, że rozumiem jego punkt widzenia.

– Czyli konkretnie co?

– Po co by tu przyjeżdżał w stanie agonalnym i prosił nas, żeby oczyścić jego imię, gdyby nie był niewinny?

– Choćby po to, żeby uzyskać świadczenie na kogoś z rodziny.

Mary znowu się zaciągnęła i pokręciła głową.

– Ja tego tak nie widzę. Kiedy dochodzisz do końca drogi, zaczynasz myśleć inaczej. Nie ma czasu do stracenia.

Decker omiótł wzrokiem kartonowe pudła.

– Przeprowadzacie się?

– Możliwe.

– Możliwe? Nie jesteś pewna, czy się przeprowadzasz?

Lancaster wzruszyła ramionami.

– A czego w życiu można być pewnym?

– Co słychać w Burlington?

– Jeszcze się trzyma.

– Bezrobocie spada w całym kraju.

– Jasne, mamy tu sporo pracy, w której zarabiasz dziesięć dolarów za godzinę. Jeśli jesteś w stanie utrzymać się za dwadzieścia tysięcy rocznie, nawet w Burlington, to moje gratulacje.

– Gdzie są Earl i Sandy?

– Szkoła działa normalnie. Earl zajmuje się tym bardziej niż ja. Mam ostatnio w robocie urwanie głowy. Im gorsze czasy, tym gorsze przestępstwa. Sporo spraw związanych z narkotykami.

– Tak, miałem okazję się przekonać. Dlaczego Hawkins przyszedł do ciebie?

– Decker, pracowaliśmy nad tym razem. To było nasze pierwsze śledztwo w sprawie o zabójstwo.

– Kiedy go wypuścili? Naprawdę jest w stanie terminalnym? Z pewnością na takiego wygląda.

– Przyszedł na posterunek dwa dni temu. Byłam w szoku. W pierwszej chwili pomyślałam, że uciekł czy coś. Nie uwierzyłam mu, tylko od razu skontaktowałam się z więzieniem. Mówi prawdę o raku. I o tym, że go wypuścili.

– Tak po prostu wyrzucają terminalnie chorych osadzonych, żeby się ich pozbyć, zanim umrą?

– Najwyraźniej ktoś uznał, że to dobry sposób na cięcie kosztów.

– Powiedział mi, że zatrzymał się w mieście na parę dni. W Residence Inn.

– Tam, gdzie kiedyś mieszkałeś.

– Mógłby się trochę podtuczyć w bufecie, ale wątpię, czy dopisuje mu apetyt. Twierdzi, że zaopatruje się w prochy na ulicy.

– Kiepska sprawa.

– Chce znowu się ze mną spotkać.

– Nie wątpię – mruknęła, wydmuchując kolejny kłąb dymu.

– Zaczepił mnie na cmentarzu – rzekł Decker, dobitnie akcentując ostatnie słowo.

Lancaster łapczywie wyssała z papierosa ostatnią dawkę nikotyny, po czym zdusiła go w popielniczce na stoliku obok fotela. Zanim się odezwała, przez dłuższą chwilę patrzyła na rozgnieciony niedopałek.

– Wybacz. Kiedy przyszedł na posterunek, nie poinformowałam go, po co konkretnie przyjechałeś, chociaż przyznaję, że powiedziałam o twojej rodzinie. Nie mówiłam mu, że ma iść na cmentarz. – Podniosła na niego swoje blade oczy i w końcu ich wzrok się spotkał. – Domyślam się, że z twoją pamięcią absolutną przerobiłeś w głowie jeszcze raz tę sprawę w najdrobniejszych szczegółach?

– Tak. I nie wiem, co mogliśmy zrobić źle. Byliśmy na miejscu zbrodni, zebraliśmy dowody. Wszystkie wskazywały na Hawkinsa, prosto jak strzelił. Został aresztowany i osądzony. Złożyliśmy zeznania. Obrońca Hawkinsa przemaglował nas na wszystkie strony. Ława przysięgłych orzekła wyrok skazujący. Dostał dożywocie bez prawa do warunkowego zwolnienia, chociaż mógł otrzymać karę śmierci. Wszystko się zgadza.

Lancaster odchyliła się na oparcie fotela. Decker spojrzał na nią uważnie.

– Nie wyglądasz za dobrze, Mary.

– Nie wyglądam dobrze co najmniej od dziesięciu lat, Amosie. Kto jak kto, ale ty powinieneś to wiedzieć.

– Mimo wszystko...

– A ty trochę schudłeś od czasu, gdy stąd wyjechałeś.

– To głównie zasługa Jamison. Kazała mi się ruszać i pilnuje, żebym się zdrowo odżywiał. Sama dużo gotuje. Ciągle sałatki, warzywa i tofu. No i dorobiła się odznaki FBI. Ciężko na nią zapracowała. Jestem z niej dumny.

– Mieszkacie razem? – zapytała Lancaster, unosząc z niedowierzaniem brwi.

– Niedosłownie. W Waszyngtonie jesteśmy sąsiadami.

– No dobrze, ale jesteście dla siebie kimś więcej niż partnerami w pracy?

– Mary, jestem od niej dużo starszy.

– Nie odpowiedziałeś na pytanie. Poza tym w telewizji ciągle trąbią o facetach, którzy mają o wiele młodsze kobiety.

– Nie, nic więcej nas nie łączy.

– Okej. – Lancaster wyprostowała się w fotelu. – Chcesz porozmawiać o Hawkinsie?

– Dlaczego masz wątpliwości? Śledztwo nie było poszlakowe. Dowodów mieliśmy aż nadto.

– Może właśnie dlatego.

– To bez sensu. Jaką masz teorię?

– Nie mam żadnej. I nie wiem, czy facet mówi prawdę. Po prostu myślę, że skoro umiera i przyjeżdża tu, żeby się oczyścić, to może warto spojrzeć na tę sprawę jeszcze raz.

Decker nie wyglądał na przekonanego.

– W porządku, to może teraz? – zapytał.

– Co teraz? – odparła zmieszana.

– Pojedźmy w miejsce, gdzie popełniono te zabójstwa. Jestem pewny, że przez ten cały czas nikt się tam nie wprowadził. Nie po tym, co się tam wydarzyło... – Na moment zawiesił głos. – Tak samo jak do mojego dawnego domu.

– Cóż, tu się mylisz. Do twojego dawnego domu ktoś się wprowadził.

Decker drgnął.

– Kto?

– Młoda para z małą córeczką. Hendersonowie.

– Znasz ich?

– Niespecjalnie. Ale wiem, że wprowadzili się jakieś pół roku temu.

– A w tamtym domu? Też ktoś w nim mieszka?

– Mieszkał. Około pięciu lat temu. Ale wyniósł się przed rokiem, po tym, jak tutejsza fabryka plastiku zwinęła się za granicę, podobnie jak wszystkie inne na Środkowym Zachodzie. Od tego czasu stoi pusty.

Decker dźwignął się z miejsca.

– Okej, jedziesz? Będzie jak za starych czasów.

– Nie wiem, czy potrzebuję więcej „starych czasów” – mruknęła, ale też wstała i sięgnęła po płaszcz. – A co, jeśli się okaże, że Hawkins mówił prawdę? – zapytała, kiedy zmierzali w stronę drzwi.

– Wtedy będziemy musieli ustalić, kto to zrobił. Ale do tego jeszcze daleko.

– Decker, ty już tu nie pracujesz. Znalezienie zabójcy sprzed lat to nie jest robota dla ciebie.

– Znajdowanie zabójców to moja jedyna robota. Gdziekolwiek są.