Dzień zero

Tekst
Z serii: Seria John Puller #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




Zapraszamy na www.publicat.pl

Tytuł oryginału

Zero Day

Projekt okładki

MARIUSZ BANACHOWICZ

Fotografie na okładce

© Patrick Cole/Unsplash

© Werren Wong/ Unsplash

Koordynacja projektu

NATALIA STECKA

Redakcja

JOANNA HABIERA

Korekta

URSZULA WŁODARSKA

Redakcja techniczna

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Copyright © 2011 by Columbus Rose, Ltd.

Polish edition © Publicat S.A., MMXIX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

ISBN 978-83-271-5961-8

Konwersja: eLitera s.c.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65

Rozdział 66

Rozdział 67

Rozdział 68

Rozdział 69

Rozdział 70

Rozdział 71

Rozdział 72

Rozdział 73

Rozdział 74

Rozdział 75

Rozdział 76

Rozdział 77

Rozdział 78

Rozdział 79

Rozdział 80

Rozdział 81

Rozdział 82

Rozdział 83

Rozdział 84

 

Rozdział 85

Rozdział 86

Rozdział 87

Rozdział 88

Rozdział 89

Rozdział 90

Rozdział 91

Rozdział 92

Rozdział 93

Rozdział 94

Rozdział 95

Rozdział 96

Podziękowania

Przypisy

Pamięci mojej matki

oraz Charlesowi „Chuckowi” Betackowi,

mojemu przyjacielowi

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

Chmura pyłu węglowego, którą Howard Reed mimowolnie wciągnął głęboko do płuc, przyprawiła go o chęć zatrzymania furgonu pocztowego na poboczu i zwymiotowania w skarłowaciałą, spaloną słońcem trawę. Ale tylko zakasłał, splunął i opanował nudności. Wdepnął pedał gazu i zjechał na lewo, żeby szybciej wyminąć szereg ciężarówek wypełnionych czarnym pyłem, czekających w kolejce do maszyny wyrzucającej ich ładunek wysoko w powietrze niczym konfetti. Równocześnie powietrze cuchnęło siarką, ponieważ, jak to się często zdarza, w hałdach kopalnianych odpadów został zaprószony ogień. Niesione dymem związki siarkowe reagowały w górnych warstwach atmosfery z tlenem, utleniały się do trójtlenku siarki, po czym reagowały z drobinami pary wodnej, tworząc szczególnie żrącą substancję, która wracała na ziemię w postaci kwaśnego deszczu. Wszystko to stało w jawnej sprzeczności z zasadami ochrony środowiska naturalnego.

Reed zaciskał palce na dźwigniach specjalnego mechanizmu swego osiemnastoletniego forda explorera, któremu pobrzękiwała rura wydechowa i wył poluzowany wał napędowy. Bez trudu utrzymywał jednak wóz na wstędze spękanego asfaltu. Ten furgon był jego osobistym pojazdem, toteż przystosował go tak, by móc nim kierować, siedząc na prawym fotelu i obsługując skrzynki na listy bez wysiadania z szoferki. Specjalnie w tym celu skonstruował system przekładni wyglądających jak firmowy pas transmisyjny. Dzięki nim mógł skręcać koła, hamować i dodawać gazu z prawego fotela auta.

Po tym, jak został wiejskim listonoszem i nauczył się prowadzić furgon, siedząc na miejscu pasażera, zapragnął wybrać się do Anglii, żeby spróbować swoich nowych umiejętności w tamtejszym lewostronnym ruchu drogowym. Wyczytał, że to zróżnicowanie wywodzi się jeszcze z czasów turniejów rycerskich, kiedy stanowiący większość praworęczni zajmowali pozycje po lewej stronie terenu walki, żeby ich broń, lanca bądź miecz, znajdowała się od strony przeciwnika. Niemniej jego żona powtarzała, że jest idiotą i pewnie szybko znalazłby śmierć w obcym kraju.

Minął wzgórze, a raczej miejsce po wzgórzu, które firma Trent Mining & Exploration Company zrównała z ziemią, żeby się dostać do leżących płytko pod powierzchnią bogatych pokładów węgla. W związku z tym znaczne połacie terenu przypominały teraz krajobraz księżycowy, ogołocony z gleby i usłany kraterami. Był to wynik działań z zakresu górnictwa odkrywkowego. Reed wolał je nazywać mianem anihilacji powierzchni.

Znajdował się jednak w Wirginii Zachodniej, gdzie wydobycie węgla zapewniało dobrze płatne miejsca pracy. Nie bardzo mógł protestować po tym, jak jego dom zalała lawina półpłynnych osadów kopalnianych, które przerwały wał zabezpieczający zbiornik. Albo z powodu zatrutej wody w studni, która stała się czarna i zaczęła cuchnąć zepsutymi jajami. Ani też powietrza, które wypełniło się substancjami niezbyt korzystnymi dla zdrowia. Nie skarżył się zanadto na stan jedynej funkcjonującej nerki, zniszczonej wątroby czy płuc z powodu stałego kontaktu z licznymi truciznami. Nie chciał zostać uznany za wroga górnictwa, a tym samym przeciwnika istniejących miejsc pracy. Po prostu nie chciał przysparzać sobie niepotrzebnych zmartwień.

Pojechał dalej starą drogą, żeby dostarczyć ostatnią tego dnia przesyłkę. Była to paczka, której odbiór musiał zostać potwierdzony. Aż zaklął pod nosem, gdy rano odebrał swoją pocztę i znalazł w niej właśnie tę paczkę. Potwierdzenie odbioru oznaczało, że musiał nawiązać kontakt z adresatem. Tymczasem o tej porze myślał już tylko o wizycie w barze Dollar, w którym zawsze w poniedziałki można było dostać kufel piwa za ćwierćdolarówkę. Marzył o tym, żeby zasiąść na swoim wytartym stołku przy końcu mahoniowego kontuaru i odegnać ponure myśli o powrocie do domu, gdzie żona z pewnością poczuje od niego alkohol i rozpocznie czterogodzinną tyradę na temat jego pijaństwa.

Wreszcie skręcił na wysypany żwirem podjazd. Kiedyś była to piękna okolica, zwłaszcza w latach pięćdziesiątych. Teraz trudno ją było nazwać piękną, podobnie jak spotkać tu żywą duszę. Dzieci nie bawiły się na podwórkach, jakby to była druga w nocy, a nie druga po południu. Kiedyś w taki upalny letni dzień dzieciaki biegały pod strumieniami wody wyrzucanymi przez zraszacze do trawy albo bawiły się w chowanego, ale Reed świetnie wiedział, że te czasy minęły bezpowrotnie. Teraz siedziały w klimatyzowanych pomieszczeniach i grały w gry komputerowe tak brutalne i krwawe, że sam zabronił swoim wnukom takiej zabawy w jego domu.

Teraz na podwórzach walały się śmieci i zepsute plastikowe zabawki. Zabytkowe, przeżarte rdzą fordy i dodge’e stały bez kół na pustakach. Tandetne plastikowe okładziny domów obłaziły płatami, każdy drewniany element domagał się malowania, a dachy zaczynały się zapadać, jakby sam Bóg naciskał na nie z nieba. To wszystko składało się na smutny i żałosny pejzaż, który tylko wzmagał ochotę na piwo, jako że Reed świetnie zdawał sobie sprawę, że jego osiedle wygląda bardzo podobnie. Wiedział także, że są ludzie, którzy szybko się bogacą na eksploatacji pokładów węgla. Ale tak się składało, że żaden z nich nie mieszkał w tej okolicy.

Wyjął paczkę z pocztowego pojemnika i ruszył w stronę budynku. Był to nadgryziony zębem czasu piętrowy domek jednorodzinny z tanią winylową okładziną na ścianach. Prowadziły do niego puste w środku sklejkowe drzwi, pomalowane na biało i upstrzone licznymi zadrapaniami. Z boku zauważył skleconą z wiórowych płyt pochylnię dla wózka inwalidzkiego. Krzewy na frontowym trawniku zdziczały zaniedbane, ich gałęzie odkształcały plastikowe arkusze ściennej okładziny. Na żwirowanym placyku na końcu podjazdu stały dwa samochody, kompaktowy rodzinny chrysler oraz najnowszy model lexusa.

Przystanął na chwilę, żeby popatrzeć na to japońskie cacko. Musiało kosztować więcej niż jego roczne przychody. W zamyśleniu musnął palcami po błękitnym metalicznym lakierze karoserii. Zauważył ciemne lotnicze okulary wiszące na wstecznym lusterku. Na tylnym siedzeniu leżała aktówka, obok niej zielona marynarka. Oba pojazdy miały tablice rejestracyjne z Wirginii.

Poszedł dalej, ominął rampę, wybił się na pierwszym betonowym stopniu schodów, jednym susem przeskoczył trzy następne i nacisnął dzwonek. Zza drzwi doleciał go stłumiony melodyjny dźwięk gongu.

Czekał cierpliwie. Minęło dziesięć sekund. Potem dwadzieścia. Poczuł rosnącą irytację.

Zadzwonił po raz drugi.

– Halo?! Poczta! Mam przesyłkę poleconą wymagającą potwierdzenia odbioru.

Jego własny głos, którego prawie nie używał całymi dniami, wydał mu się dziwny, jakby nawoływał ktoś obcy. Popatrzył na trzymany w ręku płaski pakiet formatu A4, do którego był przyklejony pocztowy formularz potwierdzenia.

Daj spokój, jest gorąco jak w piekle, a w barze Dollar pewnie już mnie wypatrują.

Popatrzył na wydrukowane nazwisko adresata i zawołał:

– Panie Halverson?!

Nie znał tego człowieka, choć kojarzył jego nazwisko z wcześniejszych przesyłek. Większość wiejskich listonoszy szybko zaprzyjaźniała się z adresatami ze swojego terenu. Ale Reed się do nich nie zaliczał. Zależało mu tylko na piwie, a nie na rozmowie z klientem.

Zadzwonił po raz kolejny, a następnie zapukał w szybę w drzwiach, dwukrotnie uderzając w nią knykciami prawej pięści. Starł palcami kroplę potu spływającą po spalonej słońcem prawej stronie karku, efekt choroby zawodowej wskutek siedzenia przez cały dzień w otwartym oknie furgonu w promieniach palącego słońca. Pod pachami miał wielkie mokre plamy, które zaczynały śmierdzieć potem. Wyłączał klimatyzację w szoferce furgonu, kiedy siedział przy opuszczonej szybie, gdyż paliwo było za drogie, żeby je niepotrzebnie marnować.

Zawołał głośniej:

– Halo! Poczta! Potrzebuję potwierdzenia odbioru! Jeśli ten list wróci do urzędu, pewnie już nigdy nie dotrze do adresata.

Powietrze falowało w pełnym słońcu. Od samego tego widoku można było dostać zawrotów głowy. Czuł się już na to za stary.

Obejrzał się na dwa samochody na podjeździe. Ktoś powinien być w domu. Cofnął się o krok i rozejrzał na boki, ale nikt nie wyglądał na niego z okien na parterze. Jedno z nich było uchylone, przez co sprawiało wrażenie niepasującego do reszty. Zapukał po raz kolejny.

Wreszcie usłyszał czyjeś kroki. Zwrócił uwagę, że drzwi nie są całkiem zamknięte, lecz uchylone na centymetr. Dobiegające zza nich dźwięki umilkły. Nie miał kłopotów ze słuchem, lecz mimo to nie wyłowił specyfiki odgłosów.

– Poczta! Potrzebne potwierdzenie odbioru! – zawołał.

Oblizał suche wargi. Oczyma wyobraźni już widział w swoim ręku kufel z piwem. Miał ochotę go upić.

Otwórz wreszcie te cholerne drzwi!

– Ma pan zamiar odebrać tę przesyłkę? – zapytał.

Mnie ona gówno obchodzi. Mogę ją zrzucić ze szczytu urwiska, jak już to robiłem wcześniej.

W końcu drzwi uchyliły się nieco szerzej. Reed cofnął się o krok i wyciągając przed siebie kopertę, zapytał:

– Ma pan długopis?

Kiedy nie uzyskał odpowiedzi, zamrugał nerwowo. W otwartych drzwiach nikogo nie było. Dopiero po chwili spojrzał w dół, na miniaturowego collie, który mu się przyglądał. Długi pysk psa i gęsto owłosiony ogon kołysały się na boki. Nie ulegało wątpliwości, że to on nosem uchylił drzwi.

Reed nie był typowym listonoszem. Uwielbiał psy, sam miał dwa.

– Cześć, kolego. – Przykucnął. – Co u ciebie? – Podrapał psa za uchem. – Jest ktoś w domu? A może sam potwierdzisz odbiór tej przesyłki?

Kiedy poczuł pod palcami wilgoć, pomyślał, że pies się obsikał, i szybko cofnął rękę. Ale spojrzał w dół i dostrzegł na palcach coś czerwonego i lepkiego, co zgarnął z sierści collie.

Krew.

– Zraniłeś się, mały?

Obejrzał uważnie psa. Pokrywały go plamy krwi, ale nigdzie nie było widać rany.

– Co jest, do cholery? – mruknął Reed.

Wstał i położył dłoń na klamce.

– Halo?! Jest tu ktoś? Halo?!

Obejrzał się, nie wiedząc, co robić. Jeszcze raz popatrzył na psa, który wbił w niego nieruchome spojrzenie, jak gdyby pełne smutku. Nagle Reedowi wydało się dziwne, że pies ani razu nie szczeknął. Oba jego kundle narobiłyby strasznego rabanu, gdyby ktoś stanął w drzwiach jego domu.

– Cholera! – syknął pod nosem. – Halo?! – zawołał znowu. – Wszystko w porządku?

Pochylił się i zajrzał do domu. W środku było bardzo ciepło, w powietrzu unosiła się nieprzyjemna woń. Gdyby zdołał się oderwać od swoich natrętnych wizji, ten smród musiałby mu się wydać o wiele bardziej nieprzyjemny niż zwykle.

– Halo! Twój pies jest cały zakrwawiony! Wszystko w porządku?

Nieśmiało wszedł do ciasnego holu i wyjrzał zza rogu do niewielkiego saloniku znajdującego się za ścianą.

Chwilę później drewniane drzwi odskoczyły z takim impetem, że aż klamka wybiła głęboką dziurę w ścianie holu, a odłamki szyby roztrzaskały się o brzeg żelaznej poręczy ganku na setki szklanych okruchów. Reed zeskoczył z najwyższego stopnia schodów na ziemię i zakopawszy się w pylistym gruncie, poleciał do przodu, wsparł się na jednym ręku i na kolanach, zwymiotował gwałtownie, choć nie za bardzo miał czym. Potem wstał, na miękkich nogach doszedł do swojego furgonu, kaszląc i krztusząc się od torsji, wreszcie zawył z przerażenia jak człowiek, który nagle popadł w obłęd.

 

Bo i tak się stało.

Tego popołudnia Reedowi Howardowi nie było dane dotrzeć do jego ulubionego baru Dollar.

2

John Puller patrzył na rozległy stan Kansas leżący kilka tysięcy metrów niżej. Przechylił się w stronę okna i spojrzał w dół. Tor podejścia do międzynarodowego lotniska w Kansas City prowadził nad Missouri ku zachodowi, w głąb równin. Pilot musiał zrobić szereg zwrotów przez skrzydło, żeby ustawić maszynę tyłem do nich i wymierzyć nosem w początek pasa startowego. W ten sposób wlatywał nad teren należący do władz federalnych. Konkretnie było to duże więzienie, a raczej cały ich kompleks obejmujący więzienia kryminalne i wojskowe. Tam więc mieli pod sobą kilka tysięcy osób walczących ze świadomością utraty wolności, w wielu wypadkach na zawsze.

Puller zmrużył oczy i osłonił je dłonią od jaskrawego słońca. Przelatywali właśnie nad starym USDB, czyli koszarami karnej jednostki Armii Stanów Zjednoczonych, pospolicie zwanymi Zamkiem. Od ponad stu lat umieszczano tu najgroźniejszych przestępców sił zbrojnych. I choć stary Zamek wyglądał jak średniowieczna twierdza z kamienia i cegły, siedziba nowego USDB przypominała budynek państwowej szkoły średniej. Przynajmniej dopóki się nie zauważyło szeregów czterometrowego siatkowego ogrodzenia otaczającego cały kompleks.

Cywilne więzienie federalne w Leavenworth znajdowało się sześć kilometrów dalej na południe.

W USDB osadzano tylko mężczyzn. Skazane kobiety odsiadywały wyroki w areszcie marynarki w San Diego. Ponadto tutaj przetrzymywano tylko więźniów z wyrokami sądów wojskowych o naruszenie podstawowych przepisów regulaminu wojskowego, odsiadujących kary co najmniej pięciu lat pozbawienia wolności, bądź uznanych za winnych naruszenia zasad bezpieczeństwa narodowego.

Właśnie z tego powodu John Puller przyleciał do Kansas City.

Z szumem wysunęło się podwozie odrzutowca, który zaczął schodzić do lądowania i wkrótce łagodnie osiadł na pasie startowym.

Pół godziny później Puller wsiadł do wynajętego samochodu, wyjechał z parkingu lotniska i skierował się na zachód, w stronę Kansas. Droga prowadziła między zielonymi wzgórzami. Mimo stojącego, rozgrzanego powietrza Puller nie włączył klimatyzacji. Wolał oddychać świeżym powietrzem, nawet gorącym. Miał dokładnie sto dziewięćdziesiąt dwa i pół centymetra wzrostu. Wiedział to dzięki pracodawcy, Armii Stanów Zjednoczonych, która miała zwyczaj precyzyjnie mierzyć swój personel. Ważył sto cztery kilogramy. Według wojskowych standardów stosunku wagi do wzrostu, uwzględniając poprawkę na wiek trzydziestu pięciu lat, miał około pięciu kilogramów nadwagi. Ale nikt by tak nie pomyślał, patrząc na niego. Jeśli miał pod skórą choćby odrobinę tłuszczu, można to było zobaczyć tylko pod mikroskopem.

Tak więc górował wzrostem nad większością żołnierzy, w tym także zwiadowców ze wszystkich jednostek, w których służył. Miało to swoje plusy i minusy. Odznaczał się długimi i bardzo mocnymi mięśniami, dzięki czemu łatwo uzyskiwał przewagę nad przeciwnikiem o standardowym zasięgu rąk, ale jednocześnie stanowił znacznie wyraźniejszy i większy cel od pozostałych.

W szkole średniej miał niezłe wzięcie, w soboty nie musiał szukać sobie partnerki na wieczór. Brakowało mu szybkości oraz zręczności, żeby zrobić karierę w zawodowym futbolu amerykańskim, ale nie był też on przedmiotem jego ambicji. Od wczesnej młodości zależało mu bowiem tylko na jednym: by przywdziać mundur oficera Armii Stanów Zjednoczonych.

Ale tego dnia nie był w mundurze. Nigdy go nie wkładał, udając się z wizytą do USDB. Przemierzał kolejne mile. Minął znak otwierający słynny szlak Lewisa i Clarka. Potem zobaczył niebieski most. Przejechał nim. Tym samym przekroczył granicę stanu Kansas. A konkretnie wjechał do Fortu Leavenworth.

Minął główny punkt kontrolny, na którym szczegółowo sprawdzono jego dane osobowe i spisano numery rejestracyjne samochodu. W końcu wartownik zasalutował chorążemu Pullerowi i powiedział:

– Dziękuję, sir. Może pan przejechać.

I Puller pojechał dalej. Przy dźwiękach płynącego z radia utworu Eminema skierował się na Grant Avenue i obrzucił ciekawym spojrzeniem pozostałości starego Zamku. Zwłaszcza resztki drucianej siatki rozciągającej się ponad całym terenem byłego więzienia. Została tam umieszczona specjalnie po to, by uniemożliwić więźniom ucieczkę helikopterem. Armia starała się brać pod uwagę wszelkie możliwości.

Trzy kilometry dalej zatrzymał się przed bramą USDB. Gdzieś z oddali doleciał głos kolejowej syreny. Z pobliskiego wojskowego lotniska polowego Shermana wzbiła się w powietrze cessna, tępym nosem i kanciastymi skrzydłami ustawiając się pod boczny wiatr. Puller zaparkował auto i wysiadając, zostawił w nim portfel wraz z większością rzeczy osobistych, w tym także służbowego siga P228, znanego powszechnie w wojsku pod nazwą M11. Dokładnie sprawdzał przed startem broń osobistą wraz z zapasowymi magazynkami amunicji. Miał prawo w każdej sytuacji występować z bronią u boku, uważał jednak, że wizyta w więzieniu z pistoletem to nie najlepszy pomysł, nawet jeśli jest zgodny z przepisami. I tak musiałby go zostawić w szafie, ponieważ z oczywistych powodów nie wolno wnosić broni do pomieszczenia, w którym przebywają więźniowie.

Przy bramce wykrywacza metali dyżurował znudzony kadet żandarmerii wojskowej. Wyglądał na świeżo ściągniętego z obozu szkoleniowego rekrutów. Puller okazał swoje prawo jazdy oraz komplet przepustek.

Ogorzały chłopak w służbie żandarmerii wojskowej uważnie obejrzał jego odznakę i legitymację przedstawiającą go jako oficera Wojskowego Wydziału Śledczego, czyli, inaczej mówiąc, agenta specjalnego CID. Centralne miejsce odznaki zajmował przycupnięty orzeł z głową skierowaną na prawo. Wielkimi szponami obejmował górną krawędź tarczy, a dziób odchylał w pozie szykowania się do ataku. Młody żandarm zasalutował, a dopiero potem obrzucił uważnym spojrzeniem wysokiego barczystego przybysza.

– Pan w sprawach służbowych, sir?

– Nie.

– John Puller junior? Czy nie jest pan spokrewniony...?

– Owszem, jestem, ze swoim ojcem.

Chłopak rozdziawił usta ze zdumienia. W Armii Stanów Zjednoczonych krążyły legendy wojenne, a John Puller senior był bohaterem jednej z najbardziej cenionych.

– Tak jest, sir. Proszę przekazać mu wyrazy szacunku, sir.

Puller przeszedł przez bramkę wykrywacza metali i rozległ się głośny pisk. Jak zawsze uruchomił alarm. Z powodu protezy w prawym przedramieniu.

– Tytanowa proteza – wyjaśnił, podciągając rękaw, żeby pokazać bliznę po operacji.

Ale bramka podniosła alarm także na jego lewy staw skokowy.

Żandarm obrzucił go zdumionym wzrokiem.

– Śruby i płytki wzmacniające – rzucił Puller. – Mogę podciągnąć nogawkę spodni.

– Będzie pan łaskaw, sir.

Kiedy po chwili Puller opuścił nogawkę, żandarm mruknął przepraszającym tonem:

– Wypełniam tylko swoje obowiązki, sir.

– Dałbym ci niezły wycisk, gdybyś ich nie wypełniał, szeregowy.

Chłopak zrobił wielkie oczy i zapytał nieśmiało:

– To skutek ran odniesionych w boju, sir?

– Nie myślisz chyba, że sam się postrzeliłem?

Puller chwycił kluczyki samochodowe z pojemnika, do którego wcześniej je włożył, wsunął prawo jazdy i legitymację służbową do kieszonki koszuli, po czym wpisał się do dziennika odwiedzin.

Elektryczny zamek masywnych żelaznych drzwi już brzęczał, więc pchnął je i wszedł do sali odwiedzin. Przy stolikach siedziało trzech innych więźniów przyjmujących gości. Małe dzieci bawiły się na podłodze, podczas gdy ich ojcowie porozumiewali się półgłosem z żonami bądź kochankami. Dzieciom nie pozwalano siadać na kolanach więźniów. Możliwy był tylko jeden uścisk, cmoknięcie w policzek albo podanie dłoni na początku lub na zakończenie odwiedzin. Nie wolno było sięgać do kieszeni ani pod ubranie. Więźniowie i odwiedzające ich kobiety mogli jedynie na krótko spleść palce na stole. Wszystkie rozmowy musiały być prowadzone normalnym tonem. Wolno było korzystać z pióra lub długopisu, ale nie z ołówka czy kredek. Według Pullera ten zapis regulaminu musiał być efektem bałaganu narobionego przez dziecko. Uważał ten zakaz za idiotyczny, ponieważ piórem lub długopisem można wyrządzić większą krzywdę niż ołówkiem czy kredką.

Zatrzymał się przy drzwiach i popatrzył, jak pewna kobieta, wyglądająca na matkę więźnia, czyta mu ustępy z Biblii.

Odwiedzającym pozwalano przynosić ze sobą książki, ale nie wolno ich było przekazywać więźniom, podobnie jak gazet lub czasopism. Nie zezwalano na przynoszenie żywności, można było jednak ją kupić w którymś z wielu automatów. Więźniowie nie mogli sami niczego kupować. Puller uważał, że byłoby to namiastką normalnego życia, a przecież więzienie nie mogło stanowić jego namiastki. Jeśli odwiedzający życzył sobie otwarcia pokoju, w którym odbywało się spotkanie, oznaczało to automatyczny koniec widzenia. Istniał tylko jeden wyjątek od więziennego rygoru: karmienie piersią. Do tego była przeznaczona specjalna sala na piętrze.

Drzwi w drugim końcu sali otworzyły się i wyszedł zza nich mężczyzna w pomarańczowym kombinezonie. Puller zmierzył go uważnym spojrzeniem.

Był wysoki, lecz nie tak bardzo jak on, w dodatku o wiele mniej barczysty. Z rysów twarzy był do niego podobny, ale włosy miał ciemniejsze i dłuższe. I w wielu miejscach przyprószone siwizną. Zarys dolnej szczęki miał tak samo kwadratowy, a nos równie wąski i tak samo przekrzywiony na prawo, do tego duże zęby, dosyć równe. W dodatku wyróżniał się dołkiem w prawym policzku i oczami sprawiającymi wrażenie zielonych w sztucznym świetle, lecz niebieskich w słońcu.

Puller miał takie samo piętno po lewej stronie szyi, skręcające ku karkowi. Ponadto odróżniał się znakami szczególnymi na lewej nodze, prawym ramieniu oraz górnej części klatki piersiowej, zarówno z przodu, jak i z tyłu. Wszystkie były pozostałościami po wrogich obiektach, które z wielkim impetem wbiły się w ich ciało. Tamten mężczyzna nie miał blizn, w tych samych miejscach miał białą i gładką skórę.

Tak więc Puller odróżniał się przede wszystkim bliznami będącymi efektem działania piekielnego żaru, wiatru i wyniszczającego chłodu. Zdawał sobie sprawę, że do jego wyglądu najlepiej pasuje słowo „dziki”. Nie był przystojny. Tym bardziej nie był ładny. W najlepszym razie mógłby uchodzić za atrakcyjnego czy też, prędzej, za interesującego z wyglądu. Ale on nigdy nie oceniał siebie w tych kategoriach. Był żołnierzem, a nie modelem.

Nie objęli się na przywitanie, uścisnęli sobie tylko dłonie.

Drugi mężczyzna uśmiechnął się lekko.

– Miło cię widzieć, bracie.

Bracia Puller zasiedli przy stoliku.