W pułapce pamięci

Tekst
Z serii: Amos Decker #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
W pułapce pamięci
W pułapce pamięci
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,90  50,32 
W pułapce pamięci
W pułapce pamięci
Audiobook
Czyta Mateusz Kwiecień
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



WROCŁAW 2016

Tytuł oryginału

Memory Man

Projekt okładki

MARIUSZ BANACHOWICZ

Fotografia na okładce

© Carlos Caetano/Shutterstock

Redakcja

IWONA GAWRYŚ

Korekta

IWONA HUCHLA

Redakcja techniczna

ADAM KOLENDA

Copyright © 2015 by Columbus Rose, Ltd.

Polish edition © Publicat S.A. MMXVI (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

Wydanie elektroniczne 2016

ISBN 978-83-271-5540-5


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


Spis treści

Dedykacja

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

57

58

59

60

61

62

63

64

65

Podziękowania

Przypisy

Tomowi i Patti Maciagom –

Naprzód! Dobrej zabawy.

Zasłużyliście na to!

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

Amos Decker na zawsze zapamięta widok całej trójki brutalnie pozbawionej życia, przesłonięty makabrycznym niebieskim filtrem. Ten kolor będzie wbijać mu się w świadomość w nie-przewidywalnych momentach, niczym nóż rzeźniczy wykonany z barwnego światła. I prześladować go już na zawsze.

Obserwacja była długa i w rezultacie bezowocna. W drodze powrotnej do domu z utęsknieniem myślał o zdrzemnięciu się przez parę godzin, zanim znów wyjdzie na czaty. Zatrzymał się na podjeździe przed skromnym piętrowym budynkiem obłożo-nym panelami elewacyjnymi z plastiku. Dom liczył sobie dwadzieścia pięć lat, a jego spłata miała zająć przynajmniej drugie tyle. Zrobiło się ślisko od deszczu, a gdy buty w rozmiarze czterdzieści osiem zetknęły się z nawierzchnią chodnika, Decker najpierw stracił równowagę, zanim odzyskał stabilność. Delikatnie zatrzasnął drzwiczki samochodu, przekonany, że wszyscy w domu smacznie śpią o tak późnej porze. Powlókł się do siatkowych drzwi kuchennych i wszedł do środka.

Ciszy należało się spodziewać. Ale nie aż tak martwej ciszy. Wtedy nie zwrócił na to uwagi i później zachodził w głowę, jak to się stało. Była to jedna z jego licznych porażek tamtej nocy. Przystanął w kuchni i nalał sobie szklankę wody z kranu. Wypił duszkiem, odstawił szklankę do zlewu, otarł brodę i ruszył w stronę pokoju.

Pośliznął się na podłodze i jego zwaliste ciało runęło na ziemię. Już kiedyś przewrócił się na tym gładkim, ułożonym w jodełkę parkiecie. Jednak tym razem było zupełnie inaczej, a to za sprawą tego, co po chwili zobaczył. Wpadające przez okno światło księżyca wystarczało, by wyraźnie widzieć w ciemności.

Kiedy podniósł dłoń, miała zmieniony kolor.

Czerwony. Jak krew.

Krew skądś się tu wzięła. Wstał z podłogi, żeby sprawdzić skąd.

Natknął się na jej źródło w sąsiednim pokoju. Johnny Sacks. Jego szwagier. Wielkie, przysadziste chłopisko postury Deckera leżało jak kłoda. Decker pochylił się, uklęknął, zbliżył twarz do głowy Johnny’ego. Szwagier miał poderżnięte gardło. Od ucha do ucha. Sprawdzanie pulsu było zbędne, nie dałoby się go wyczuć. Prawie cała krew wypłynęła na podłogę.

 

Decker powinien był od razu wyciągnąć telefon i wybrać 911. Przecież znał zasady. Wiedział, jak postępować na miejscu zbrodni, którym stał się właśnie jego dom ze względu na obecność denata. Teraz było tu jak w muzeum, niczego nie wolno dotykać. Tak nakazywał profesjonalizm.

Ale znalazł tylko j e d n o ciało. Jego wzrok natychmiast padł na schody, myśli Deckera pogalopowały i ogarnęła go totalna panika – przeczucie, że los właśnie ograbił go ze wszystkiego. Puścił się pędem, rozbryzgując kałuże krzepnącej krwi, tak jak fale rozpryskują się na morskim brzegu.

Niszczył ważne dowody, po mistrzowsku rozwalając wszystko to, co powinno pozostać nietknięte. Miał to gdzieś.

Idąc po krwawych śladach, sadził w górę po trzy stopnie naraz. Dyszał, serce waliło mu jak młotem, spęczniałe od pompowanej krwi, cud, że nie rozsadziło mu klatki piersiowej. Umysł miał jak sparaliżowany, ale jego kończyny poruszały się nadal, jakby niezależnie od jego woli.

Wpadł do korytarza, odbił się najpierw od jednej ściany, potem od przeciwległej i rzucił się do pierwszych drzwi na prawo. Nie wyciągnął broni, nie zawracał sobie głowy myślą, że zabójca może nadal tam być. I czekać na powrót Deckera do domu.

Naparł ramieniem na drzwi i rozejrzał się wokół z obłędem w oczach.

Pusto.

Nie, nieprawda.

Zastygł w progu, ponieważ nikłe światło lampki nocnej padało na bosą stopę sterczącą nad materacem w głębi pokoju.

Znał tę stopę. W ciągu wielu lat tyle razy trzymał ją w dłoniach, masował, czasem całował. Była długa, wąska, ale mimo to miała w sobie jakąś filigranowość, palec sąsiadujący z paluchem był odrobinę dłuższy, niż powinien. Na kostce żyły, od spodu odciski, paznokcie pomalowane na czerwono, wszystko jak należy – z tym wyjątkiem, że nie powinna tak wystawać znad materaca w środku nocy. Oznaczało to bowiem, że reszta ciała leży na podłodze, a niby dlaczego, chyba że...

Podszedł bliżej i spojrzał w dół.

Cassandra Decker – zwana przez wszystkich, a przede wszystkim przez niego, Cassie – patrzyła w górę, rozciągnięta na podłodze. Cóż, patrzeć w zasadzie już nie mogła. Niepewnie ruszył w jej stronę, stanął obok i powoli przyklęknął, kolana obciągnięte niebieskimi dżinsami spoczęły w kałuży krwi, która zebrała się wokół ciała.

J e j k r w i.

Szyja bez skazy, żadnej rany. Nie stąd wypłynęła krew. Jej źródłem była rana na czole.

Pojedyncza kula. Wiedział, że nie powinien tego robić, ale uniósł głowę Cassie i przytulił do swojej falującej piersi. Długie ciemne włosy żony rozsypały mu się na ramieniu niczym zmrożona grzywa potężnej fali. Okrągły punkt na czole sczerniał i pokrył się pęcherzami od gorącego naboju.

Rana postrzałowa poprzedzona krótkim, trwającym ledwie sekundę pocałunkiem lufy, zanim pocisk położył kres życiu. Spała? Zdążyła się przebudzić? Czy wytrzymałaby przeraźliwy widok stojącego nad nią zabójcy? Snuł te rozważania, po raz ostatni trzymając Cassie w ramionach.

Ułożył ją tak, jak zastał. Wpatrywał się w bladą twarz, z której uszło całe życie, w okopconą plamę pośrodku czoła. Miało to być jego ostatnie wspomnienie żony, kropka postawiona na końcu zdania.

Na końcu wszystkiego.

Wstał, chwiejąc się na zdrętwiałych nogach, wyszedł z pokoju i ruszył korytarzem w stronę jedynej sypialni, która pozostała do sprawdzenia.

Nie wyważał drzwi. Już się nie spieszył. Wiedział, co zobaczy. Jedyne, czego nie wiedział, to jaką metodą posłużył się morderca tym razem.

Najpierw nóż. Później broń palna.

W pokoju jej nie było, została jeszcze przylegająca do sypialni łazienka.

Paliła się górna lampa, rzęsiście oświetlając pomieszczenie. Zabójcy wyraźnie zależało, by Decker dokładnie widział ostatnią ofiarę. Siedziała na sedesie. Przywiązana do rezerwuaru paskiem od szlafroka, bo inaczej zsunęłaby się na podłogę. Podszedł bliżej.

Tym razem się nie pośliznął. Nie było krwi. Na ciele córeczki nie zauważył żadnych ran. Przysunął się i dostrzegł na jej szyi ślady po wiązaniu, paskudne przebarwienia, jakby ktoś ją w tym miejscu oparzył. Może użył paska. Może zrobił to gołymi rękami. Decker nie potrafił określić, nawet nie próbował. Śmierć przez uduszenie nie należy do bezbolesnych. Jest nieznośnym cierpieniem. Czymś przerażającym. Dziewczynka musiała patrzeć oprawcy prosto w twarz, gdy ten powoli wyciskał z niej życie.

Za trzy dni Molly skończyłaby dziesięć lat. Przyjęcie urodzinowe było zaplanowane, goście zaproszeni, prezenty kupione, tort czekoladowy zamówiony. Wziął wolne, żeby pomóc Cassie, która pracowała na pełnym etacie, a do tego zajmowała się niemal wszystkim w domu, ponieważ godziny jego pracy daleko odbiegały od biurowych. Nawet sobie z tego żartowali. Cóż on wie o prawdziwym życiu? O codziennych zakupach? Płaceniu rachunków? Chodzeniu z Molly do lekarza?

Jak się okazało – nic. Absolutnie nic. Był ciemny jak tabaka w rogu.

Usiadł na podłodze przed martwą córeczką i skrzyżował długie nogi, tak jak robiła to Molly, przyciskając podeszwy do wewnętrznej strony ud. Był dość gibki jak na mężczyznę słusznej postury. Pozycja lotosu, pomyślał jak przez mgłę. Albo coś w tym rodzaju. Nie miał pojęcia, dlaczego przyszło mu to do głowy. Uświadomił sobie, że pewnie jest w szoku.

Molly miała szeroko otwarte oczy, patrzyła, ale go nie widziała. Tak jak jej mama. Już nigdy go nie zobaczy.

Decker nie ruszał się z miejsca, kołysał się w przód i w tył ze wzrokiem utkwionym w dziecku, ale w gruncie rzeczy go nie dostrzegając. Jego mała córeczka także go nie widziała, to było jasne jak słońce.

A więc tak. Nie mam już nic. Nie zostanę tu sam. Nie dam ra-dy.

Wyjął z kabury kompaktowy dziewięciomilimetrowy pistolet i odciągnął zamek, chcąc upewnić się, że nabój jest w komorze. Trzymał broń w złączonych dłoniach. Małe cacuszko. Precyzyjne, z wystarczającą siłą rażenia. Nigdy nikogo z niego nie zastrzelił. Ale chciał.

Spojrzał na muszkę i celownik. Ileż to strzałów oddanych na policyjnej strzelnicy? Tysiąc? Dziesięć tysięcy? Cóż, tej nocy nie może spudłować.

Otworzył usta, wsunął lufę, kierując ją ku górze, tak żeby kula przeszyła mózg i żeby koniec nastąpił szybko. Palec spoczął na kabłąku. Decker przeniósł wzrok na Molly. Z nagłym zażenowaniem wyjął pistolet z ust, przyłożył do prawej skroni i zamknął oczy, by nie widzieć córeczki. Palec wskazujący ponownie zsunął się na kabłąk. Później język spustowy i powolne, miarowe pociągnięcie aż do punktu, z którego nie ma odwrotu. Niczego by nie poczuł. Mózg by umarł, zanim zdążyłby poinformować resztę ciała, że Decker strzelił sobie w łeb.

Wystarczyło pociągnąć za cyngiel. No dalej, Amosie. Nie masz nic do stracenia, ponieważ nic ci nie zostało. Ich już nie ma. Oni... odeszli.

Siedział z lufą przyłożoną do skroni, zastanawiając się, co powie rodzinie, gdy znów się z nią połączy.

Przepraszam?

Wybaczcie?

Żałuję, że mnie tu nie było, aby ochronić was przed mordercą? Powinienem być na miejscu i was ocalić?

Mocniej ścisnął w ręku pistolet, wwiercając lufę w skroń z taką siłą, że poczuł, jak gładki metal rozcina skórę. Kropelka krwi pojawiła się i wsiąkła w przyprószone siwizną włosy, które – był tego absolutnie pewien – posiwiały jeszcze bardziej w ciągu ostatnich kilku minut.

Nie szukał w sobie bohaterstwa.

Rozpaczliwie poszukiwał równowagi. Ale czy w odbieraniu sobie życia można znaleźć jakąkolwiek równowagę?

Nie odrywając pistoletu od skroni, wyjął telefon, wybrał 911, podał nazwisko oraz numer służbowy, a następnie w dwóch zwięzłych zdaniach opisał rzeź trojga ludzi. Upuścił telefon na podłogę.

Na dole Johnny.

Na początku korytarza Cassie.

Tutaj, na sedesie, Molly.

I nagle, bez ostrzeżenia, zaczął widzieć wszystko w najbardziej przerażającym odcieniu błękitu. Ciała, dom, noc. W niebieskiej bańce, która zamykała w sobie wszystko dookoła. Spojrzał z ukosa na sufit i zaklął siarczyście, wkładając w to przekleństwo całą wściekłość oraz poczucie straty, które właśnie go dopadło. Te cholerne kolory, narzucające się nawet w takiej sytuacji. Dlaczego nie może być normalny, przynajmniej ten jeden raz, w tak dojmującym nieszczęściu? Spuścił głowę. Siedział na podłodze ze spluwą przy skroni, czując wewnątrz kompletną pustkę. Był gotów umrzeć, dołączyć do reszty.

Jednak z jakiegoś niezrozumiałego nawet dla niego samego powodu Amos Decker nie pociągnął za spust.

Dokładnie w takiej pozycji zastali go policjanci, którzy zjawili się na miejscu cztery minuty później.

2

Parkowa ławka pomalowana na czerwono.

Niepokojący, zimny jak ostrze noża chłód jesieni ustępującej miejsca zimie.

Amos Decker siedział na ławce i czekał.

Przed nosem przemknął mu wróbel, o mały włos uniknął zderzenia z przejeżdżającym samochodem, następnie poszybował w górę, łapiąc podmuch wiatru, który poniósł go w dal. Nim samochód zdążył się oddalić, Decker odnotował w pamięci markę i model wozu, numer rejestracyjny oraz rysopisy wszystkich osób w kabinie. Z przodu mąż i żona, z tyłu dziecko w foteliku. Obok drugie, starsze. Na oko dziesięcioletnie. Nalepka na tylnym zderzaku. Z napisem: „Moje dziecko jest wyróżniającym się uczniem szkoły podstawowej Thorncrest”.

Gratulacje, właśnie podpowiedzieliście jakiemuś psychopacie, skąd porwać waszego małego bystrzaka.

Następny był autobus, który podjechał na pobliski przystanek. Decker prześliznął się po nim wzrokiem, dokonując takich samych obserwacji. Czternaścioro pasażerów, w większości przygnębionych i zmęczonych, choć to dopiero południe. Jedną osobę rozsadzała energia – dziecko. Podrygiwało obok swojej wyczerpanej matki, która siedziała przygarbiona z wypchaną torbą na kolanach. Kobieta prowadząca autobus była świeżo upieczonym kierowcą, na jej twarzy malowało się napięcie. Pomimo wspomagania siłowała się z kierownicą i wzięła następny zakręt tak powoli, że wyglądało to, jakby zgasł silnik.

Na niebie wzbijał się w górę samolot. Leciał na tyle nisko, że Decker rozpoznał w maszynie boeinga 737 United Airlines, nowszy model, bo miał winglety. Na widok liczby 737 przed oczami Deckera pojawił się znienacka srebrny kolor. Numer 737 był dla niego pięknym połączeniem cyfr. Eleganckim, srebrnym, szybkim jak pocisk. Decker reagował w taki sposób na wszystko, co zaczynało się od siódemki. Doceniał fakt, że Boeing nadawał całej swojej flocie numery rozpoczynające się od cyfry siedem.

Minęli go dwaj mężczyźni. Obserwacja dokonana, zarejestrowane. Jeden starszy, większy, samiec alfa, drugi to kumpel do zabawy i poniewierania. Dalej czwórka dzieci bawiących się w parku po drugiej stronie ulicy. Wiek, pozycja, numer seryjny, porządek dziobania, hierarchia – wszystko ustalone przed szóstym rokiem życia, jak w watasze wilków. Odhaczone.

Następnie kobieta z psem. Z owczarkiem niemieckim. Pies nie jest taki znów stary, ale choruje na stawy. Prawdopodobnie dysplazja, częsta u tej rasy. Skatalogowane. Facet nawijający do smartfona. Garnitur od Zegny, na lśniących butach litera G jak Gucci, na lewej dłoni złoty sygnet z kamieniem wielkości ćwierćdolarówki, prawie jak pierścień mistrza Super Bowl. Na prawym przegubie zegarek marki Zenith wart cztery tysiące dolarów. Za niski jak na zawodowego sportowca i nie ta budowa ciała. Za dobrze ubrany jak na typowego handlarza narkotyków. Może menedżer funduszu hedgingowego, skorumpowany prawnik albo przedsiębiorca budowlany. Zachowane w pamięci.

Po drugiej stronie ulicy starsza kobieta na wózku inwalidzkim, opiekunka wyprowadza wózek z karetki. Lewa strona ciała staruszki jest nieruchoma, twarz sparaliżowana po tej samej stronie. Udar. Zaprotokołowane. Opiekunka ma lekką skoliozę i zdeformowaną stopę. Wryte w pamięć.

Amos Decker odnotowywał te i wiele innych rzeczy, ponieważ jego umysł przesiewał wszystko, co znajdowało się w jego polu widzenia. Czasem wyciągając wnioski. Czasem spekulując. Innym razem zgadując. Nic się za tym nie kryło, Decker po prostu robił to dla zabicia czasu, skracając sobie czekanie. Tak samo było z liczeniem w kolorach. Dla zabicia czasu.

Odebrano mu dom obciążony hipoteką. Ledwo spłacali raty z dwóch pensji: jego i Cassie. Gdyby pracował tylko on, nie daliby rady. Próbował go sprzedać, ale kto chciałby mieszkać w domu zbroczonym krwią?

 

Przez kilka miesięcy wynajmował mieszkanie. Później zamieszkał w motelu. Jeszcze później, gdy jego sytuacja zawodowa się zmieniła, przeniósł się na kanapę do przyjaciela. Kiedy przy-jaciel stał się mniej przyjacielski, Decker zdecydował się na schronisko dla bezdomnych. Gdy fundusze dla schroniska się skończyły i placówkę zamknięto, ograniczył swoje lokum do śpiwora w parku. A następnie do tekturowego pudła na parkingu, ponieważ śpiwór się podarł, a policja usunęła bezdomnych z parku.

Sięgnął dna. Brudny, z nalaną twarzą i krzaczastą brodą, rozczochrany, wyglądał jak jaskiniowiec usiłujący spiskować z kosmitami. I prawie tak było, aż do chwili, kiedy pewnego ranka obudził się na parkingu Wal-Martu, gapiąc się na znak firmowy Georgia-Pacific nadrukowany w środku pudła z tektury falistej, i doznał burzliwego olśnienia, że Cassie i Molly byłyby głęboko zażenowane, widząc, do jakiego stanu się doprowadził.

Dlatego ogarnął się, zatrudnił przy kilku fuchach, odłożył parę dolarów, wynajął pokój w Residence Inn i wywiesił tabliczkę „Prywatny detektyw”. Brał wszystkie sprawy jak leci; zwykle kiepsko płatne, zbyt nisko wyceniane, ale zawsze coś. Więcej nie potrzebował.

Wiódł nic nieznaczącą egzystencję, bo i on sam nic nie znaczył. Wciąż nosił bujną brodę, miał włosy w nieładzie, nadal sporą nadwagę, za to ubrania stosunkowo czyste, no i brał prysznic, czasem nawet częściej niż dwa razy w tygodniu. I nie mieszkał już w kartonie. Jego zdaniem postęp zawsze należało mierzyć w calach, zwłaszcza kiedy nie można było popisać się jardami czy choćby stopami sukcesu.

Zamknął oczy, by wymazać z pamięci najnowsze obserwacje uliczne, choć one wciąż tam były, jak film wyświetlany pod powiekami. I pozostaną na zawsze. Często pragnął zapomnieć o tym, co zobaczył, ale wszystko zapisywało się w jego głowie niezmywalnym markerem. Albo przywoływał te obrazy, gdy zaszła potrzeba, albo same wyskakiwały nieproszone. To pierwsze było pomocne, drugie – bezgranicznie frustrujące.

Tamtej nocy policjanci wyperswadowali mu pomysł połknięcia kuli z własnego pistoletu. Od tamtej pory wielokrotnie zastanawiał się nad odebraniem sobie życia. Na tyle często, że pracując jeszcze w policji, poddał się terapii, by przepracować tę kwestię. Stanął nawet w kręgu osób o skłonnościach samobójczych.

Nazywam się Amos Decker. Chcę się zabić. Koniec i kropka.

Otworzył oczy.

Piętnaście miesięcy, dwadzieścia jeden dni, dwanaście godzin i czternaście minut. Wskazówki zegara wirowały mu przed oczami. Tyle czasu minęło, od kiedy znalazł we własnym domu trzy ciała, od kiedy wyprawiono na tamten świat członków jego rodziny. Za sześćdziesiąt sekund minie piętnaście minut, dwanaście godzin, dwadzieścia jeden dni, piętnaście miesięcy. I tak w nieskończoność.

Spojrzał na siebie. Cztery lata gry w futbol amerykański w college’u, nadzwyczaj krótki epizod w charakterze zawodowego gracza. Jako policjant, a później detektyw dbał o formę. Jednak od czasu oficjalnej identyfikacji ciał żony, szwagra i córki nie zawracał sobie tym głowy. Miał z pięćdziesiąt funtów nadwagi, może więcej. Prawdopodobnie znacznie więcej. Góra mięsa z chorymi kolanami, sześć stóp i pięć cali wzrostu. Miękkie, sterczące brzuszysko, obwisłe ramiona i piersi, nogi jak dwa kloce. Nie był już nawet w stanie dojrzeć swoich wyjątkowo długich stóp.

Włosy też miał długie, nie pierwszej czystości, obficie przyprószone siwizną. Ten image zdawał się doskonale maskować umysł, który nieustannie zawodził Deckera, nie potrafiąc niczego zapomnieć. Broda zdumiewała nie tylko swoją bujnością, lecz także niechlujnym wyglądem; kosmyki, loczki i pasemka wiły się bez ładu i składu niczym pędy winorośli szukające jakiejś podpory. Wmówił sobie, że to dobre w jego fachu. Ścigał szumowiny, a szumowiny z natury rzeczy raczej nie wyglądają jak większość zwykłych ludzi. Na ogół wręcz odbiegają od powszechnie przyję-tych trendów.

Dotknął łaty na przetartych dżinsach i popatrzył na kolana z wciąż widocznymi plamami krwi.

Jej krwi. Krwi Cassie. Makabryczne, że nadal tam były.

Spal te portki, Amosie. Większość normalnych ludzi tak by po-stąpiła. Ale ja nie jestem normalny. Nie jestem normalny, odkąd wyszedłem na boisko i porządnie oberwałem.

Uderzenie to jedyna rzecz, której nie zapamiętał – jak na ironię, bo przecież stało się ono katalizatorem zapamiętywania wszystkiego. Pokazywano je na okrągło w programach sporto-wych. Nawet redakcje ogólnokrajowych serwisów informacyjnych uznały, że należy udokumentować agresję, jakiej padł ofiarą. Ktoś mu powiedział, że kilka lat temu wrzucono na YouTube’a fragment materiału telewizyjnego, który doczekał się ponad ośmiu milionów wyświetleń. Tymczasem on sam nigdy tego nie widział. Nie potrzebował. Był tam. Poczuł na własnej skórze. Wystarczy.

A jedyne, co musiał zrobić, by zasłużyć na ten fejm, to umrzeć na boisku, nie raz, lecz dwa razy.

Ukradkiem i z pewnym zażenowaniem przesunął wzrokiem po swoich dżinsach. Brzuch zwisał nad paskiem, ponieważ przedtem Decker był o wiele szczuplejszy. Spodnie zostały wyprane, ale plamy krwi nie zeszły. Dlaczego miałyby zejść, skoro wciąż były świeże w jego pamięci? Spodnie mogły, a nawet powinny posłużyć za dowód. Niechby zabrała je policja, ale nie zrobiła tego, a on nie zaproponował. Zachował je, wciąż nosił. Głupi sposób na pielęgnowanie pamięci. Właściwie idiotyczny. Makabryczny pomysł na nierozstawanie się z Cassie. Co najmniej tak potworny, jak noszenie jej prochów w pudełku na lunch z wizerunkiem Scooby-Doo. Ale przecież nie było z nim dobrze. Choć miał gdzie mieszkać, miał pracę, jakoś funkcjonował – przynajmniej zazwyczaj. Naprawdę nie było z nim dobrze. I już nigdy nie będzie.

Formalnie był podejrzanym w tej sprawie, ponieważ na mężów zawsze padają podejrzenia. Ale niedługo. Ustalenie czasu zgonów oczyściło go z zarzutów. Miał alibi. Było mu to obojętne. Wiedział, że przez niego nie spadł im ani jeden włos z głowy, i guzik go obchodziło, czy ktoś w to wierzy, czy nie.

Prawdziwy problem polegał na tym, że nigdy nikogo nie zaaresztowano w tej sprawie. Nie było nawet podejrzanych, nie trafiono na żaden trop. Kompletnie nic.

Robotnicza dzielnica, w której mieszkali, należała do spokojnych, ludzie byli przyjaźni, zawsze wyciągali pomocną dłoń, bo nikomu się nie przelewało i każdy potrzebował od czasu do czasu jakiegoś wsparcia. Naprawienia samochodu albo pieca, wbicia gwoździa w deskę albo ugotowania posiłku, bo mama zachorowała, czy wsadzenia dzieci do środków transportu publicznego. Zależnie od potrzeb, opierając się na wzajemnym zaufaniu.

W okolicy z pewnością mieszkało trochę osób trudnych, ale nigdy nie dostrzegł wśród nich kogoś potencjalnie niebezpiecznego. Głównie byli to motocykliści i palacze marychy. Miał oczy szeroko otwarte. Całkowicie poświęcił się prowadzeniu śledztwa w sprawie tych morderstw, choć oficjalnie kazano mu trzymać się z daleka. Nie natknął się na żaden ślad, mimo że obsesyjnie szukał.

Wiele czynników ułatwiało popełnienie takiej zbrodni, ale istniały też przeszkody. Nie zamykano drzwi na klucz; ludzie wchodzili i wychodzili – a więc łatwo można było dostać się do środka. Z drugiej strony domy stały blisko siebie, zatem ktoś powinien coś usłyszeć. Tymczasem z Boston Avenue 4305 nie dochodziły tamtego wieczoru żadne odgłosy. Jak trzy osoby mogły umrzeć tak cicho? Czy brutalnej śmierci nie towarzyszy zaciekły opór? Krzyk? Szamotanina? Cokolwiek? Najwyraźniej nie. Odgłos wystrzału? Jak szept duchów. Chyba że tamtego wieczoru cała okolica ogłuchła. I oślepła. I straciła głos.

Kilka miesięcy później wciąż nic, ślad dawno ostygł, szanse na rozwiązanie zagadki i schwytanie zabójcy spadły prawie do zera. Wtedy Decker odszedł z policji, ponieważ dłużej nie był w stanie przekładać papierów, prowadzić innych spraw i zaprzątać sobie głowy lokalnymi intrygami. Kierownictwo wyższego szczebla oświadczyło, że z przykrością przyjmuje jego rezygnację, ale z drugiej strony nikt nie poprosił go o pozostanie. Tak naprawdę stał się niesforny, niezdyscyplinowany. I nie sposób zaprzeczyć, że tak było istotnie. Bo przestało mu na czymkolwiek zależeć.

Z jednym wyjątkiem.

Ciągle odwiedzał ich groby. Zostali pochowani na wykupionych w pośpiechu kwaterach, bo kto rezerwuje miejsce na cmentarzu dla kobiety i mężczyzny w wieku czterdziestu kilku lat albo grób dla dziesięciolatki? Później przestał tam chodzić, nie mógł bowiem patrzeć, jak leżą tam w ziemi. Nie pomścił ich. Nie uczynił nic poza zidentyfikowaniem ich ciał. Żałosna pokuta za dopuszczenie do zgonu najbliższej rodziny. Bóg chyba nie byłby pod wrażeniem.

Ich śmierć m u s i a ł a mieć związek z czymś, co kiedyś zrobił. Przez lata wsadził do paki wielu ludzi. Niektórzy już wyszli. Inni mieli przyjaciół. Tuż przed morderstwem przy Boston Avenue 4305 pomógł w rozbiciu lokalnego gangu handlującego metamfetaminą, który chciał za wszelką cenę uzależnić wszystkich w mieście i okolicy, a co za tym idzie, zrobić z tych ludzi wymarzonych klientów: młodych, starych i z każdego przedziału wiekowego pomiędzy. Ci kolesie naprawdę byli podli i źli, potrafili zabić wzrokiem. Mogli dowiedzieć się, gdzie mieszka. Dość łatwo. Nie miał statusu tajnego agenta. I zemścić się na jego żonie i dziecku oraz szwagrze, który wybrał sobie niewłaściwy moment na złożenie im wizyty. Nie było jednak choćby szczątkowych dowodów przeciwko gangowi. A jeśli nie ma dowodów, nie ma aresztowań. Ani procesu. Ani wyroku. Ani wykonania wyroku.

Jego błąd. Jego wina. Może sam pokazał im drogę do swojej rodziny, a teraz został sam jak palec.

Środowisko zorganizowało dla niego zbiórkę pieniędzy. Zebrano kilka tysięcy dolców. Leżały nietknięte na koncie. Wypłata tych pieniędzy byłaby w jego odczuciu aktem zdrady wobec tych, których utracił, dlatego trzymał je w banku, choć z pewnością mógłby z nich skorzystać. Jakoś wiązał koniec z końcem, ledwo. Ale to mu wystarczało. Bo sam był „ledwy”.

Oparł się o drewnianą ławkę i ciaśniej owinął płaszczem. Nie znalazł się tu przypadkowo.

Miał coś do zrobienia.

A gdy spojrzał w lewo, zobaczył, że czas działać.

Wstał i ruszył za dwojgiem ludzi, na których czatował.

3

Bar nie różnił się od wszystkich innych znanych Deckerowi barów.

Ciemny, chłodny, zatęchły, zadymiony, w którym światło wydawało się nie na miejscu, a każdy wyglądał jak znajomy albo ktoś, kogo chciało się poznać. Czy raczej zapomnieć. Gdzie każdy był twoim przyjacielem, dopóki nie stawał się wrogiem i nie roztrzaskał ci na łbie kija bilardowego. Gdzie spokój panował dopóty, dopóki się nie skończył. Gdzie można było utopić w alkoholu wszystkie troski. Gdzie tysiąc naśladowców Billy’ego Joela śpiewało ballady do późnej nocy.

Tylko że ja mogłem wypić tysiąc drinków, a i tak wszystko pamiętałem. Pamiętałem każdy szczegół tego tysiąca drinków, z kształtami kostek lodu włącznie.

Decker usiadł na barowym stołku w miejscu, z którego widział swoje odbicie w wielkim lustrze za rzędami butelek whisky, bourbonów i ginu.

Zamówił piwo za dolara, chwycił kufel w swoje nazbyt ruchliwe dłonie i wpatrzył się w lustro. Kąt w głębi po prawej. Tam usiedli, ta para, którą śledził.

Mężczyzna dobiegał pięćdziesiątki, dziewczyna była o połowę młodsza. Facet wystroił się w najlepsze ciuchy. Trzyczęściowy garnitur z prążkowanej wełny, żółty krawat upstrzony niebieskimi plamkami w kształcie plemników w drodze do zapłodnienia jajeczka, szykowna poszetka do kompletu. Zaczesane do tyłu włosy odsłaniały dojrzałe, pobrużdżone czoło – atrakcyjne w wypadku mężczyzny, znacznie mniej u kobiety, ale w tej kwestii próżno szukać w życiu sprawiedliwości. Ostentacyjne sygnety z brylantami na wypielęgnowanych dłoniach. Prawdopodobnie kradzione. Albo sztuczne. Tak jak on sam. Paznokcie u stóp też miał pewnie starannie przycięte. Buty wyglansowane, ale zapomniał o tyłach. Były porysowane, co znacznie bardziej odpowiadało prawdziwej naturze mężczyzny. On też był porysowany. Chciał zaimponować tylko na wejściu. Po wyjściu wszelki ślad po tym szmaciarzu zaginie.

Ona miała sarnie oczy i siano w głowie. Ładna, w typie bezmyślnym, pospolitym, jakie widuje się na każdym kroku. Patrzyło się na nią jak na film 3D bez specjalnych okularów; coś nie grało. Ta panna była tak ślepo ufna i niczego nieświadoma, że aż miało się ochotę wyjść i zostawić ją na pastwę losu.

Jednak Deckerowi płacono za to, żeby do tego nie dopuścił. Właściwie oczekiwano od niego czegoś wręcz przeciwnego.

Na tę okazję kobieta włożyła spódnicę, żakiet i bluzkę, które prawdopodobnie kosztowały więcej niż samochód Deckera. A raczej samochód, który był kiedyś jego własnością. Bank zabrał mu i to, jak to banki mają w zwyczaju.

Przedstawicielka starej fortuny. Tak przywykła do uprzywilejowanego życia przypisanego jej statusowi, że nie potrafiła pojąć, dlaczego ktoś miałby zadać sobie tyle trudu, by ukraść jej coś, czego posiadanie uważała za rzecz oczywistą. To czyniło z niej potencjalną ofiarę w każdej minucie życia.