Stara Flota. Tom 4. Niepodległość

Tekst
Autor:Nick Webb
Z serii: Stara Flota #4
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Stara Flota. Tom 4. Niepodległość
Stara Flota. Tom 4. Niepodległość
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,69  50,15 
Stara Flota. Tom 4. Niepodległość
Stara Flota. Tom 4. Niepodległość
E-book
29,79 
Szczegóły
Stara Flota. Tom 4. Niepodległość
Stara Flota. Tom 4. Niepodległość
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 8


Sektor Irigoyen

układ gwiezdny Bolivar, planeta Bolivar

Wysoka orbita stacjonarna, stacja Brytan

Porucznik Zivik ocknął się, choć wolałby nigdy się nie obudzić. W głowie mu łupało i nie wiedział, dlaczego leży na podłodze. Gdy ostrożnie dotknął policzka, wyczuł zaschniętą krew. Zapewne na potylicy też miał otwartą ranę, sądząc z bólu, jaki tam odczuwał.

Gdy zerknął w lewo, przekonał się, że z komandorem Smithem było o wiele gorzej. Krwawa miazga w miejscu, w którym powinna znajdować się twarz, nie wróżyła nic dobrego.

– Nie powinno tak być – wymamrotał, przyglądając się karminowej masie, która została z nosa, czoła i mózgu komandora. Znaczenie tego widoku wciąż nie w pełni docierało do Zivika, jego umysł nie przyjmował go jako rzeczywistości, lecz raczej jak film. Porucznik wiedział, że powinien odczuwać obrzydzenie, może nawet wymiotować na widok krwawej jatki, ale tylko uparcie zadawał sobie pytanie, co się właściwie dzieje. Próbował sobie przypomnieć, co się stało, zanim stracił przytomność, jednak w umyśle miał zupełną pustkę. Było starcie. Ostrzał. Ale kogo ostrzeliwano? Głowa mu pękała, gdy próbował sobie przypomnieć.

Syreny. Alarmy. Krzyki. Gdzieś dalej panował zupełny chaos… Czy bitwa nadal trwała? Z jękiem Zivik podniósł się na kolana i spróbował wstać. Gdy się zatoczył, zobaczył dziurę w grodzi mniej więcej tej samej wielkości, co rana w głowie Smitha. Otwór spowijało migotliwe pole – środek bezpieczeństwa, który zapobiegał utracie powietrza. Takie pole bardzo szybko pożerało energię i jeżeli wyrwa nie zostanie załatana, zanim energia zapory się wyczerpie, atmosfera z pomieszczenia zostanie wyssana przez próżnię.

Dyspozytornia zawirowała, a Zivik zgiął się wpół i zwymiotował na własne buty. Popatrzył w lewo, na rozerwaną twarz Smitha. Zaschło mu w ustach i ogarnęła go kolejna fala mdłości. Poczucie rzeczywistości powracało. Smród przetrawionego alkoholu i kwasów żołądkowych wdarł się w nozdrza Zivika i przełamał barierę niepamięci. Ethan przypomniał sobie, że wypił. Sporo. I zaczynał sobie przypominać dlaczego.

Obcy okręt.

Porucznik zerwał się na równe nogi. Opanował kolejną falę mdłości i opadł na fotel przed konsolą sterowania. Gdzie ten okręt? Zerknął na dane z detektorów – nie wykrywały żadnego obcego w promieniu setek kilometrów. Za to na orbicie Bolivara znajdowało się kilkaset statków na różnym etapie spadania na powierzchnię. Frachtowce handlowe, barki z ładunkami, zwiadowcze jednostki wojskowe, transportowce kolonialne… Wszystkie co do jednego albo płonęły już w atmosferze, albo się do niej zbliżały. Tylko kilka miało szczęście znajdować się na stabilnych orbitach, tak jak stacja Brytan.

Planeta nie była wcale w lepszym stanie niż statki. Z głównych miast na dziesiątki kilometrów unosiły się kłęby dymu, niektóre formowały się w wielkie grzyby, jakby ludzkie osiedla zrównała z ziemią nuklearna eksplozja. Czy rząd Bolivara ukrywał gdzieś głowice atomowe? A może to pociski z obcej jednostki?

I gdzie, do kurwy nędzy, był ten okręt? Zivik podłączył się do planetarnej sieci detekcyjnej, dzięki której miał dostęp do danych z nocnej półkuli. Satelity pogodowe wykrywały obecność nieznanej jednostki, która orbitowała powoli po ciemnej stronie, natomiast satelity obronne zostały chyba zniszczone albo wyłączone – obcy okręt przelatywał obok nich i nie napotykał na żaden opór, żaden ostrzał, choćby automatyczny.

Obcy kierował się do drugiego okrętu, jednostki Zjednoczonych Sił Obronnych. Zivik nie rozpoznał typu. Spojrzał na ekrany łączności, żeby sprawdzić transponder. OZF „Niepodległość”. Zivik nigdy o niej nie słyszał.

Pokręcił głową. Splątane wcześniej emocje trochę przygasły. Strach wciąż niemal go paraliżował, Ethan nadal miał też ochotę się napić, ale umysł mimo wszystko pozostał jasny. Czy tamte uczucia… czy wywołał je okręt obcych? Na szczęście teraz znajdował się po przeciwnej stronie planety.

Odczyty detektorów uległy zmianie. Coś się działo. Zivik zobaczył odległą sygnaturę ostrzału, chociaż nie potrafił powiedzieć, kto do kogo strzelał. Może „Niepodległość” i obcy okręt właśnie odpowiadały sobie ogniem? Jednak porucznik zauważył, że odczyty mocy z okrętu ZSO zaczynają fluktuować.

Szlag. „Niepodległość” potrzebowała pomocy, inaczej skończy jak stacja Brytan, pobita i zakrwawiona.

Jakby na potwierdzenie tych myśli znowu odezwała się syrena. Jeszcze jedna dehermetyzacja poszycia. Pole uszczelniające dziurę w śluzie zamigotało i przygasło. Jeżeli w stacji jest więcej takich otworów, powiedzmy: kilkadziesiąt, moc potrzebna do utrzymania wewnętrznej atmosfery wkrótce się wyczerpie. Gdy Zivik zerknął na ekran z danymi o stanie Brytana, okazało się, że złych wieści jest znacznie więcej.

Reaktor stacji właśnie osiągał masę krytyczną. Ethan martwił się, że zostało mu kilka godzin życia, a tymczasem było to tylko kilka minut. Jeżeli chciał coś zrobić, musiał zacząć już teraz.

Ze swojego stanowiska niewiele mógł zdziałać. W tej sytuacji miał praktycznie tylko jedno wyjście – i to takie, którego obawiał się najbardziej. Jednak nic innego mu nie pozostało.

Nie siedział za sterami od ponad roku. Obiecał sobie, że już nigdy więcej przy nich nie usiądzie.

Na lądowisku stacji znajdowało się sporo myśliwców i promów. Dane z odczytów wewnętrznych wykazały jednak, że prawie wszystkie, oprócz dwóch, nie nadają się do lotu. Reszta miała w kadłubach otwory podobnej wielkości, jak ten w grodzi. Co gorsza, okazało się, że w całej strefie lądowiska panuje próżnia – piloci, jeżeli jacyś siedzieli w kokpitach w gotowości, byli już zapewne martwi.

Żołądek ścisnął się Zivikowi boleśnie, a w głowie znowu zawirowało, ale kiedy obok ramienia przeleciał mu kubek po kawie, wiedział, że tym razem nie były to tylko objawy wstrząsu. Wysiadła sztuczna grawitacja. Reszta systemów wspomagających życie wkrótce podzieli jej los. Jeżeli Ethan miał coś zrobić, musiał działać natychmiast.

Wybił się z fotela. Zaklął, gdy uderzył w sufit. Niech to szlag, jego certyfikat szkolenia w warunkach zerowego ciążenia stracił ważność prawie rok temu. Zivik nienawidził nieważkości. Nienawidził każdych warunków, które odbiegały od normalnych. Już ponad rok temu zrezygnował ze skrzydeł pilota myśliwca, choć ojciec się po tym bardzo obraził. Gdyby matka Ethana jeszcze żyła, zapewne by się go wyrzekła. Pilotowanie Zivik miał we krwi, odziedziczył talent po przodkach – cała rodzina latała na myśliwcach. A Ethan się wypiął, wbrew pamięci zmarłej matki i wbrew żyjącemu ojcu.

Potrząsnął głową, aby odzyskać jasność myśli po kolizji z sufitem, a potem odepchnął się do drzwi. Na szczęście czujniki działały i wykryły jego zbliżanie się, bo w ostatniej chwili gródź się odsunęła. Zivik poszybował na korytarz, mimo że musiał nieco zmienić trajektorię, żeby ominąć unoszące się bezwładnie ciało komandora Smitha, otoczone kulkami krwi.

Jedna z szybujących szkarłatnych kropli rozbiła się na ramieniu Zivika. Zdusił kolejną falę mdłości.

„Dam sobie radę. Dam sobie radę” – zaczął powtarzać w duchu jak mantrę.

Przedostał się przez poobijany korytarz. W podłodze dostrzegł kilka dziur, a kiedy podniósł głowę, zobaczył je również w suficie. Przez otwory widział też chaos panujący na pokładach, nawet na chwilę się zatrzymał. Owalna dziura wyglądała tak samo, jak ta w zewnętrznej grodzi. Mógł dostrzec cztery przebite pokłady, a za błękitną poświatą pola mrugały gwiazdy.

„Szlag, nie mam już czasu”.

Przy drzwiach windy nacisnął guzik, ale nic się nie stało. Nie wiedział, czy działanie dźwigu zależało od sztucznej grawitacji, ale wtedy dotarło do niego, że nie potrzebuje transportu. Wpisał kod awaryjny i drzwi się rozsunęły, ale tylko do połowy. Zivik z wysiłkiem rozciągnął je bardziej i przecisnął się do szybu.

Na szczęście kabina chyba utknęła na górze, chociaż w zerowej grawitacji powinien raczej określić, że za nim. Zivik poleciał szybem, aż znalazł się na poziomie lądowiska. Znowu wpisał kod i siłą rozsunął drzwi, a potem przedostał się do przedsionka hangaru. Na szczęście tutaj było jeszcze powietrze.

Odległy huk eksplozji sprawił, że Zivika ogarnęła panika. Czy to rdzeń? Nie, gdyby wybuchł rdzeń, Ethana już by nie było. Kolejny wybuch – tym razem tak blisko, że Zivik musiał zasłonić sobie uszy – skłonił go do pośpiechu.

Tyle że to nie był wybuch, lecz wystrzał.

Kto, do ciężkiej cholery, strzelał na stacji, której reaktor zaraz osiągnie masę krytyczną? Czy tajemniczy nieznany okręt przysłał grupę abordażową?

Tego rodzaju pytania mogły na razie poczekać, zwłaszcza że w pobliżu rozległy się krzyki. Zivik szybko schował się w kącie za skrzynią na broń. Uchylił wieko i zaklął pod nosem – miał nadzieję, że znajdzie chociaż podręczny pistolet, może nawet karabin. Skrzynia była jednak zupełnie pusta.

Krzyki stały się głośniejsze, ktoś się zbliżał. Zivik nie miał wyjścia. Wskoczył do skrzyni i przymknął wieko, ale pozostawił niewielką szparę, aby sprawdzić, kto wejdzie do przedsionka. Ukrył się w samą porę. Drzwi prowadzące na korytarz rozsunęły się i przez przedsionek poszybował mężczyzna, szarpiący się i skuty. Uderzył w ścianę, odbił się i poleciał ponownie w kierunku drzwi. Nosił uniform pracownika kontraktowego, zapewne przysłała go jedna z prywatnych firm, które zajmowały się okresowymi naprawami na stacji.

Dwaj inni mężczyźni w mundurach ZSO stanęli w progu, a kiedy skuty pracownik zbliżył się, jeden z wojskowych uderzył go w twarz kolbą pistoletu. Skuty mężczyzna zaczął się obracać, krew rozprysła się w różne strony.

– Ostatnia szansa, Underwood. Pytam po raz ostatni, gdzie to jest? – Mężczyzna w mundurze floty przystawił lufę do skroni pracownika, przytrzymywanego przez drugiego oficera. Zivik nie rozpoznał żadnego z nich, ale stacja Brytan była całkiem spora i zwykle przebywało na niej ponad trzysta osób z ZSO oraz sporo pracowników cywilnych.

 

Mężczyzna w kajdankach szarpnął się znowu, bezskutecznie.

– Powaliło was, ludzie? Stacja zaraz wybuchnie, a was obchodzi tylko…

Kolejny cios kolbą w twarz uciszył go od razu.

– Ostatnia szansa. – Mężczyzna z bronią przystawił lufę do czoła pracownika. Drugi oficer puścił więźnia, skoczył pod sufit, odbił się i wrócił do drzwi tak, aby wyhamować w odpowiednim miejscu i znaleźć się obok swojego towarzysza.

Pracownik zaklął pod nosem.

– Dobra. Już jest załadowana na jednym z promów.

– Więc wcześniej mnie okłamałeś?

Pracownik wił się nerwowo, gdy patrzył w lufę broni, wymierzoną między jego oczy.

– Miałem rozkazy. Musicie zrozumieć, ja tylko…

– Ja też mam rozkazy. – Oficer uśmiechnął się lekko i opuścił broń. – Zdałeś test, przyjacielu. Wiedziałem, że ładunek jest już na promie.

Zabezpieczył pistolet i wsunął go do kabury przy pasie.

– Możemy cię zabrać ze sobą. Wiesz, ocalić ci życie. Zachowałeś się przecież jak należy i zrozumiałeś swój błąd. To nagroda, rozumiesz?

Pracownik odetchnął z ulgą i gorliwie skinął głową.

– Potrzebny mi kod dostępu, żeby otworzyć prom. Znasz? I który to prom? – Oficer popatrzył przez grubą szybę w grodzi na lądowisko.

– „Fenway”. Kod to Fenway-Bravo-Shovik-Orion-jeden-jeden-dwa.

Odległa eksplozja wstrząsnęła przedsionkiem, a pracownik rozejrzał się z obawą.

– Proszę, pośpieszmy się. Trzeba się stąd wydostać. Jak najszybciej.

Mężczyzna skinął głową.

– Zgadza się. – Znowu wyciągnął broń i strzelił cywilowi prosto w czoło.

Ciało szarpnęło się raz, a potem zaczęło się obracać powoli, jakby wykonywało salto w tył. Krew z rany rozbryzgiwała się spiralą kulistych kropli.

– Chodźmy. – Oficer skinął na towarzysza. Obaj poszybowali do szafek pilotów tuż przy grodzi i odszukali skafandry próżniowe oraz hełmy.

– W hangarze panuje próżnia. Przygotuj się na gwałtowną dekompresję.

Zivik próbował nie wydać nawet najmniejszego hałasu, ale wiedział, co się święci. I zanim zdążył odetchnąć głębiej kilka razy, aby przygotować się na to, co zaraz miało nastąpić, masywne drzwi do hangaru rozsunęły się i przez przedsionek przetoczyła się fala uciekającego powietrza.

ROZDZIAŁ 9


Sektor Irigoyen

układ gwiezdny Bolivar, planeta Bolivar

Mostek OZF „Niepodległość”

– Strzela do nas! – krzyknęła porucznik Whitehorse.

Proctor odwróciła się, aby popatrzeć na główny ekran. Spodziewała się, że obcy okręt zaatakuje promieniami energii czy jakąś inną nieznaną bronią…

– Czym strzela?

Pokład pod stopami Proctor zadygotał.

– Tym – odpowiedziała Whitehorse. – Mają działa magnetyczne, ale… o cholera…

– Wyduś to wreszcie!

– To pociski dział magnetycznych, ale większe od wszystkich, jakie znam. Każdy o masie co najmniej stu kilogramów czystego żelaza. Poruszają się szybciej niż… no, niż cokolwiek. Pięćdziesiąt kilometrów na sekundę, jak nie szybciej.

Proctor wytrzeszczyła oczy. Sto kilo przyśpieszone do pięćdziesięciu kilometrów na sekundę w ciągu kilku milisekund? Wymagało to nieprawdopodobnej mocy… przynajmniej kilku terawatów.

– Uszkodzenia?

– Przebiły „Niepodległość” na wylot – stwierdził kapitan Prucha. – Mam meldunki o ofiarach na kilku pokładach. Ciągłość poszycia została przerwana, ale osłony już działają.

– Strzela znowu! – krzyknęła Whitehorse.

Pokład zakołysał się i zadrżał. Proctor chwyciła się fotela i wbiła w siedzisko, a potem pośpiesznie zapięła pasy. Przez ostatnie lata kariery jako kapitan służyła na pokładzie okrętów Starej Floty – na „Konstytucji”, „Wojowniku”, „Wiktorii” i „Chesapeake’u” – ogromnych jednostkach, które nawet by nie drgnęły po takim trafieniu. Jednak „Niepodległość” była o wiele lżejsza i to się czuło w drżeniu płyt pokładu.

– Uwaga, zespoły przy działach magnetycznych, namierzyć jednostkę i otworzyć ogień. Obsługa laserów, tak samo. Zróbcie tym obcym piekło.

– Tak jest, pani admirał. – Porucznik Whitehorse już skinęła na swoją grupę taktyczną, żeby zaczęła koordynować wzorzec ostrzału. – Wszystkie działa wystrzeliły. Lasery… – Zmarszczyła brwi. – Ostrzał laserowy nie daje żadnych efektów. Wiązki się odbijają.

Proctor popatrzyła na komandora Yarbrough.

– Powiedziałeś, że to lasery o mocy terawata.

– Bo tak jest!

– No to jakim cudem ten przeklęty okręt odbija terawatowe wiązki? – Zajrzała do danych wideo na swoim pulpicie. Rzeczywiście, wiązki laserów, zamiast zmienić obcą jednostkę w kłęby pary albo przynajmniej rozgrzać do czerwoności jej poszycie, odbijały się, jakby to były promienie laserowych wskaźników.

– Co z ostrzałem z dział magnetycznych? – Znowu popatrzyła na dane wideo, chociaż wiedziała, że nie dostrzeże pocisków poruszających się z prędkością ponad dziesięciu kilometrów na sekundę.

– Pociski… one też się odbijają. – Porucznik Whitehorse zmarszczyła brwi. – Nie rozumiem. To nie powinno się wydarzyć… Nigdy.

„Niemożliwe”.

– Czy działa mają wyłączoną kalibrację? Czy pociski poruszają się z zakładaną prędkością? Mogłyby się odbić, gdyby leciały bardzo wolno…

– Nie, pani admirał. – Whitehorse uderzyła gniewnie pięścią w pulpit, gdy kolejna salwa odbiła się od obcego okrętu, szybciej, niż nadążał wzrok. – Nie rozumiem. Mam wrażenie, że kadłub tego okrętu rządzi się zupełnie innymi prawami fizyki niż nasze. Terawatowe wiązki fotonów i pociski z wolframu nie odbijają się tak od żadnego poszycia, nieważne, jak dobrze skonstruowanego.

Eksplozja rozdarła tył mostka. Kapitan Prucha został rzucony w przód wraz z dwojgiem techników operacyjnych. Wszyscy troje odbili się od ściany i upadli bezwładnie. Proctor wyszarpnęła się z pasów i podbiegła, ale od razu zorientowała się, że niewiele może zrobić. Prucha krwawił z rany na szyi, a jego ramię trzymało się reszty ciała na słowo honoru. Wszyscy troje byli dotkliwie poparzeni.

Proctor zamarła, oddech uwiązł jej w piersi. Minęły dziesięciolecia, odkąd ostatni raz widziała taką rzeź. Widok krwi sprawił, że wróciły wspomnienia drugiej wojny z Rojem. Zatoczyła się pod naporem emocji.

– Chorąży Riisa, zabierz nas stąd.

– Pani admirał?

Był to odwrót, ale Proctor nie miała wyjścia. Ledwie zetknęli się z obcym okrętem, a prawie rozerwało ich to na strzępy.

– Już! Gdziekolwiek!

Reduktory inercji chyba zostały uszkodzone, ponieważ Proctor z trudem utrzymała się na nogach, gdy „Niepodległość” zaczęła się oddalać od okrętu Golgotów w kierunku wschodnim, nad górnymi warstwami atmosfery planety.

„Mądry ruch” – pomyślała Proctor. Gdyby „Niepodległość” straciła napęd, orbitowanie w kierunku zgodnym z obrotem planety znacznie ułatwiłoby lądowanie awaryjne.

– Pościg?

Whitehorse pokręciła głową.

– Nie. Obcy okręt leci dalej niezmienionym kursem, jakbyśmy w ogóle go nie atakowali.

– Kurs?

– Zdaje się, że kieruje się na Ido, księżyc Bolivara.

– Ido? Czego oni chcą od Ido? Miliard ludzi na Bolivarze… A ilu na Ido? – Proctor popatrzyła na komandora Yarbrough z pytająco uniesionymi brwiami.

– Najwyżej kilkuset. Księżyc wykorzystywany jest tylko jako miejsce zaopatrzenia dla statków oraz punkt transferowy.

Proctor odwróciła się, aby popatrzeć na martwego kapitana Pruchę. Razem służyli przez wiele lat na „Chesapeake’u”. Prucha był jej przyjacielem, a jego opanowanie i spokój pozwoliły przetrwać Proctor najgorsze dni na pokładzie. Zmusiła się jednak, aby powstrzymać łzy. Przełknęła, gdy poczuła ucisk w gardle.

„Najpierw przetrwanie. Potem żałoba”.

W duchu nie mogła wyjść ze zdumienia, że tak szybko wróciły dawne odruchy i instynkt samozachowawczy, które nabyła podczas walk z Rojem. Po trzydziestu latach niczego nie zapomniała, zupełnie jakby to była jazda na rowerze.

Tylko że ten rower właśnie się palił, miał w bagażniku dynamit i zjeżdżał prosto w przepaść – na schemacie okrętu wyświetlanym na konsoli dowódcy wskaźniki statusu różnych sekcji migotały jaskrawą czerwienią.

– Czy ZSO mają jakieś wsparcie obronne na Ido?

Komandor Yarbrough pokręcił głową.

– Ledwie, ledwie. Tylko jedna platforma obronna na orbicie. Kilka dział magnetycznych. Załoga złożona najwyżej z dwudziestu ludzi.

– Ma’am, chyba powinna to pani zobaczyć. – Oficer łączności, porucznik Qwerty, przywołał Proctor ruchem ręki. Powaga sytuacji tylko pogłębiła jego akcent. – Przechwyciłem mnóstwo gadania na częstotliwościach floty.

– I co tam mówią?

– Zdaje się, że admirałowi Mullinsowi z głównego sztabu Bolivara udało się wreszcie zebrać do obrony swoją flotę planetarną. Była rozproszona po sektorze, żeby pomóc przy działaniach ratunkowych na Sangre de Cristo. Ale pojawił się mały problem…

„Czy obecną sytuację można jeszcze pogorszyć?”

– Na pewno sobie z tym poradzimy.

Qwerty skinął głową.

– Większość z floty Bolivara zgromadziła się przy Ido, aby stawić czoła okrętowi Golgotów, ale z tego, co usłyszałem, kilku kapitanów… zadeklarowało przynależność do GKL i zagroziło, że zaczną strzelać do każdej jednostki ZSO, która spróbuje się wtrącać.

ROZDZIAŁ 10


Sektor Irigoyen

układ gwiezdny Bolivar, Ido

Mostek OZF „Niepodległość”

– Odbiło im? – Proctor odwróciła się, aby popatrzeć na schematyczną mapę ustawień floty wokół Ido. Kilka niebieskich ikon zmieniło właśnie kolor na czerwony, oznaczenie wskazujące, że jednostki te zadeklarowały przynależność do GKL.

Komandor Yarbrough stanął za jej plecami.

– W zasadzie to całkiem możliwe, sądząc po… efektach wywoływanych przez obcy okręt. Przyznaję, że gdy znajdował się blisko nas, kusiło mnie, żeby przejąć mostek i uciekać, gdzie pieprz rośnie, ale miałem też ochotę chwycić za broń i odstrzelić sobie głowę. W życiu nie czułem takiego przerażenia.

Proctor obejrzała się na niego i skinęła głową.

– To prawda, było ciężko, ale tutaj dzieje się coś innego. Nie pisałam się na starcia z garstką malkontenckich separatystów. – Odwróciła się do ekranu. – Nie obchodzi mnie, że ten obcy miesza im w głowach. Lepiej, żeby trzymali się z daleka, albo będą mieli do czynienia z bardzo wściekłą byłą admirał floty.

– Mamy czas na zajmowanie się grupką przerażonych kapitanów? – zapytał Yarbrough z powątpiewaniem.

– A co? Lepiej się wmieszać w wojnę domową? Bo to, co się dzieje, wygląda właśnie na taką wojnę. Nie można bezkarnie przejąć okrętów floty, Zjednoczona Ziemia na pewno na to nie pozwoli. – Proctor podeszła do stanowiska chorąży Riisy. – Zabierz nas stąd. Wykonaj skok. Musimy znaleźć się w samym środku formacji okrętów, które nie zadeklarowały lojalności wobec GKL.

– Tak jest, pani admirał.

Niedługo potem Proctor poczuła znajome zawroty głowy po skoku transkwantowym, a na ekranie ukazała się flota obronna Bolivara na tle szarych regolitów powierzchni Ido.

Niemal od razu wcześniejsze uczucia przerażenia, czystego gniewu, żądzy i zgrozy powróciły. Okręt Golgotów znajdował się blisko.

– Nadawanie do całej floty – rozkazała Proctor.

Qwerty skinął głową.

– Gotowe, ma’am.

– Uwaga, wszystkie okręty Zjednoczonej Ziemi. Mówi admirał Shelby Proctor z bezpośredniego rozkazu naczelnego admirała Oppenheimera. Jak wiecie, zostaliśmy zaatakowani. – Zacisnęła zęby i ostrożnie zaczęła dobierać słowa. Było to dziesięć razy trudniejsze, gdy odczuwała wpływ Golgotów na emocje. – Odniosłam wrażenie, że kilku kapitanów postanowiło właśnie w bardzo niefortunnym momencie złożyć deklaracje… swoich sympatii politycznych. To niedopuszczalne, zwłaszcza w obliczu poważnego zagrożenia, jakie stanowi obcy okręt. Chociaż jeszcze nie rozumiemy jego zamiarów, myślę, że można założyć…

Z głośników łączności przerwał jej tubalny głos:

– Pani admirał, proszę nam oszczędzić tej przemowy. Zbyt długo znosiliśmy jarzmo opresyjnego reżimu Zjednoczonej Ziemi i nie obchodzą nas groźby fałszywej bohaterki, której wyprano mózg.

Proctor poczerwieniała z gniewu. Na części ekranu pojawiła się obca jednostka, która zbliżała się do księżyca i floty. Okrętom pozostało najwyżej kilka minut, żeby się przygotować. A tymczasem ona musiała prowadzić spór z politycznym aktywistą znajdującym się pod wpływem obcych. Proctor zerknęła na schemat floty, aby sprawdzić nazwisko kapitana i nazwę okrętu.

 

– Kapitan Shee, jak mniemam? Proszę posłuchać. Pańskie polityczne pretensje omówimy później. W tej chwili jednak liczy się tylko to, żeby przygotował pan „Davenport” do starcia z obcym okrętem. Od tego zależy nasze przetrwanie.

– Pani admirał, okręt „Davenport” uzbraja działa magnetyczne i lasery – odezwała się porucznik Whitehorse ze stanowiska taktycznego. – Mam odczyty, że zaczął nas namierzać.

– Och, na litość… Riisa, wycofajmy się. Lećmy na orbitę Ido, ale wybierz kurs jak najdalej od tych dupków. – Skinęła głową na Qwerty’ego, żeby włączył kanał ogólny. – Wszystkie okręty ZSO, które chcą i mogą przystąpić do walki, niech ruszają za „Niepodległością” na orbitę Ido. Zamierzamy przeciąć kurs obcej jednostki. Każdy okręt, który nie przystąpi do walki razem z nami, niech się przygotuje na surowe konsekwencje, gdy będzie po wszystkim. Proctor, bez odbioru.

Kiedy „Niepodległość” przyśpieszyła, widoczne na ekranie zbuntowane jednostki ZSO zmniejszyły się do białych punktów. Ponad połowa floty z Bolivara ruszyła za Proctor. Okręty zajęły pozycje wokół księżyca, a po przekroczeniu terminatora skryły się po jego ciemnej stronie. Niedługo potem poczucie gniewu i strachu wywołane przez Golgotów zelżało, stało się tylko ćmieniem w tle, jak stłumiony lęk w zakamarkach pamięci.

– Riisa, zwiększ prędkość do dziesięciu kilometrów na sekundę. Rozpędzimy się w studni grawitacyjnej księżyca i uderzymy w obcy okręt salwą z dział magnetycznych. – Proctor usiadła w fotelu kapitańskim i zapięła pasy. – To ulubiony manewr Grangera – mruknęła pod nosem.

– Sądziłem, że jego ulubionym posunięciem było posyłanie innych okrętów na pastwę krążowników Roju – zauważył Yarbrough.

Proctor wzruszyła ramionami.

– To prawda, że przezywano go Procarzem, bo ciskał w Rój jednostki własnej floty. Uważał, że okręty gwiezdne można zastąpić. Nie podzielam jego przekonania. – Zerknęła na młodego komandora. – Na razie.

Jednak wspomnienie… nieortodoksyjnej taktyki Grangera podsunęło jej pomysł. Jeżeli kapitan Shee i jego kohorta zamierzali przeszkodzić w operacji bojowej…

– Chorąży Riisa, zmień nasz kurs. Zbliż się do obcego okrętu po trajektorii od strony buntowników. Zmniejsz prędkość, aż znajdziemy się tuż za nimi.

– Pani admirał? Przecież wystawimy się na ostrzał – zaprotestowała Whitehorse.

– Owszem. – Proctor mocniej ujęła podłokietniki fotela. – Ale w ten sposób będziemy mogli wykorzystać ich jak tarczę.