Koniec dzieciństwaTekst

Z serii: s-f
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Przedmowa

Powieść Koniec dzieciństwa powstała w okresie od lutego do grudnia 1952 roku i w znacznej mierze została zmieniona na wiosnę 1953 roku. Pierwsza jej część była oparta na opowiadaniu Guardian Angel, opublikowanym w 1950 roku po gruntownym przeredagowaniu go przez Jamesa Blisha.

Podaję te daty, aby osadzić powieść w konkretnych ramach czasowych, ponieważ większości obecnych czytelników nie było jeszcze na świecie, gdy 24 sierpnia 1953 roku wydało ją wydawnictwo Ballantine. Pierwszy satelita okołoziemski miał znaleźć się na orbicie dopiero za cztery lata, chociaż nawet najwięksi optymiści entuzjazmujący się podbojem kosmosu nie wyobrażali sobie, że nastąpi to tak szybko; mieliśmy nadzieję, że w najlepszym razie stanie się to na przełomie XX i XXI wieku. Wyśmiałbym tego, kto powiedziałby mi wtedy, że nim skończy się następna dekada, znajdę się pięć kilometrów od miejsca, z którego wystartuje pierwsza rakieta na Księżyc.

A jednak ta książka powstała szesnaście lat przed tym, jak Armstrong i Aldrin wylądowali na Morzu Spokoju, zdecydowanie wygrywając wyścig pomiędzy USA i ZSRR, od którego rozpoczynała się pierwotna wersja Końca dzieciństwa. Postanowiłem wówczas przenieść akcję powieści do następnego stulecia i byłem w połowie tych zmian, gdy w dwudziestą rocznicę lotu Apollo 11 ogłoszono, że jednym z następnych celów amerykańskiego programu podboju kosmosu jest Mars. Dziękuję, prezydencie Bush, za zatwierdzenie tej decyzji.

Gdy książka ta powstawała w latach pięćdziesiątych, nadal byłem pod ogromnym wrażeniem zjawisk nadprzyrodzonych i uczyniłem je głównym wątkiem powieści. Po czterdziestu latach i wydaniu milionów z funduszy Yorkshire Television na programy Mysterious World i Strange Powers jestem niemal całkowitym sceptykiem. Słyszałem zbyt wiele niczym niepopartych twierdzeń i widziałem zbyt wiele sfingowanych dowodów. Proces nabywania tej wiedzy był długotrwały i czasem budzący zażenowanie. Oto przykład.

Chociaż trudno teraz przypomnieć sobie dokładny przebieg wydarzeń w 1974 roku w Birkbeck College, z udziałem Arthura Koestlera, Johna Taylera, Davida Bohma i Johna Hasteda, zapewne relacja Uriego Gellera w My Story jest aż nazbyt dokładna: „Do tego czasu Arthur Clarke chyba wyzbył się całego swego sceptycyzmu. Powiedział coś w rodzaju: »Mój Boże! To wszystko staje się prawdą! Tak napisałem w Końcu dzieciństwa… Magicy i dziennikarze, którzy to podważają, powinni się teraz pokajać lub zamilknąć. Jeśli nie potrafią powtórzyć tego, co Geller robi w ściśle kontrolowanych warunkach, nie mają już nic do powiedzenia«”.

Z uwagi na chaos pospiesznie zorganizowanego pokazu w Birkbeck wzmianka o „ściśle kontrolowanych warunkach” jest zabawna. Jednak ostatnie stwierdzenie jest trafne, ponieważ właśnie tak było. (Patrz książka Jamesa Randiego The Magic of Uri Geller). Mimo wszystko muszę przyznać, że darzę Uriego sympatią, bo chociaż pozostawił za sobą wiele pogiętych sztućców i nadszarpniętych reputacji, dostarczał bardzo potrzebnej w tych niespokojnych i nieszczęśliwych latach rozrywki.

Kiedy ukazał się Koniec dzieciństwa, wielu czytelników zaskoczyło zamieszczone zaraz po stronie tytułowej zastrzeżenie, że „opinie wyrażone w tej książce nie są poglądami autora”. To nie do końca był żart – rok wcześniej opublikowałem The Exploration of Space, w której nakreśliłem optymistyczny obraz naszej przyszłej ekspansji w kosmosie. Teraz napisałem książkę, której mottem było „Gwiazdy nie są dla człowieka”, i nie chciałem, żeby ktoś pomyślał, że nagle wyrzekam się swoich przekonań.

Dzisiaj chciałbym zmienić to zastrzeżenie tak, aby obejmowało 99 procent „zjawisk nadprzyrodzonych” (wszystkie nie mogą być bzdurą) oraz 100 procent „spotkań z UFO”. Byłbym bardzo przygnębiony, gdyby ta książka przyczyniła się do dalszego zwodzenia naiwnych, tak cynicznie wykorzystywanych teraz przez media. Księgarnie, kioski z gazetami i fale radiowe są skażone ogłupiającym bełkotem o UFO, parapsychologii, astrologii, energii piramid i spirytyzmie – cokolwiek bowiem człowiekowi przyjdzie do głowy, ktoś wykorzysta to w ostatnich podrygach findesieclowej dekadencji…

Czy to oznacza, że powieść Koniec dzieciństwa – mówiąca zarówno o zjawiskach paranormalnych, jak i gościach z kosmosu – już się zdezaktualizowała? Bynajmniej; przecież to fikcja literacka! Nadal zajmuje nas Wojna światów, chociaż Marsjanie nie usmażyli Woking w 1898 roku… ani New Jersey w 1938. Ponadto, o czym mówiłem częściej, niż chciałbym pamiętać, raczej nie wątpię, że Wszechświat tętni życiem. SETI, czyli poszukiwania pozaziemskich form życia, są obecnie w pełni uznanym działem astronomii. Fakt, że nadal jest to nauka czysto teoretyczna, nie powinien budzić niczyjego zdziwienia ani rozczarowania. W końcu dopiero od kilkudziesięciu lat dysponujemy przyrządami umożliwiającymi nasłuch kosmosu.

Koniec dzieciństwa zarezerwowano z myślą o ekranizacji wkrótce po opublikowaniu i od tego czasu powieść przeszła przez mnóstwo rąk oraz została zaadaptowana przez niezliczonych scenarzystów*. Jednym z nich był mój stary znajomy Howard Koch, który – o czym z zadowoleniem się dowiedziałem – niedawno sprzedał za okrągłą sześciocyfrową sumkę osławiony scenariusz (patrz wyżej) napisany dla Orsona Wellesa.

Według informacji, którą właśnie otrzymałem z gułagów Hollywoodu, obecna cena wywoławcza Końca dzieciństwa jest ponad dwieście razy wyższa od całkowicie satysfakcjonującego honorarium, które dostałem za tę powieść w 1956 roku. A chociaż jakoś nie trafia na ekrany kin, miliony ludzi widziały robiącą duże wrażenie ekranizację jej drugiego rozdziału, którą był telewizyjny serial V**.

Muszę przyznać, że gdy oglądałem pierwsze odcinki V, byłem tylko trochę udobruchany wzmianką o mnie w jednym dialogu. Potem przypomniałem sobie, że Ted Sturgeon już dawno temu objął tę sytuację notą copyright. Jeszcze w 1947 roku – tak, tak, w 1947! – napisał opowiadanie o niezapomnianym tytule (i ostatnim zdaniu) Niebo było pełne statków.

Właśnie przerabiałem ten akapit, gdy nieoczekiwanie przypomniało mi się jeszcze coś. Ponad piętnaście lat przed powstaniem opowiadania Teda sam byłem świadkiem takiej sceny. Nie, nie postradałem zmysłów od pisania zbyt wielu dzieł science fiction…

Był piękny letni wieczór 1941 roku, gdy wiózł mnie do Londynu mój dobry przyjaciel, nieodżałowany Val Cleaver, podobnie jak ja entuzjastyczny członek Brytyjskiego Towarzystwa Międzyplanetarnego, a w powojennych latach główny inżynier działu silników rakietowych Rolls-Royce’a.

Słońce zachodziło za naszymi plecami, a do stolicy pozostawało dwadzieścia mil. Wjechaliśmy na szczyt wzgórza i ujrzeliśmy coś tak niewiarygodnego, że Val zatrzymał samochód. Widok był jednocześnie piękny i budzący nabożny podziw, lecz mam nadzieję, że żadne z przyszłych pokoleń już go nie zobaczy.

Mnóstwo – setki – lśniących srebrnych balonów zaporowych unosiło się na niebie nad Londynem. Gdy ich obłe, wydłużone jak torpedy kształty błyszczały w promieniach zachodzącego słońca, wydawało się, że nad miastem istotnie zawisła flota statków kosmicznych. Przez długą chwilę marzyliśmy o odległej przyszłości, odsuwając od siebie wszelkie myśli o obecnym zagrożeniu, dla obrony przed którym została postawiona ta zapora.

Być może w tym właśnie momencie zrodził się Koniec dzieciństwa.

Arthur C. Clarke

Kolombo, Sri Lanka, 27 lipca 1989 r.

* Pierwszym zainteresowanym ekranizacją Końca dzieciństwa był Stanley Kubrick, ale uprzedził go inny reżyser, Abraham Polonsky, który zarezerwował prawa do ekranizacji. Dopiero w 2015 roku, dla stacji Syfy Channel, powstał składający się z trzech odcinków miniserial z Charlesem Dance’em w roli Karellena (przyp. red.).

** Oczywiście Clarke miał na myśli pierwszą wersję serialu, wyprodukowaną w latach 1983–1985, a nie remake z lat 2009–2011 emitowany w Polsce przez stację TVN pod tytułem Goście (przyp. red.).

Uwaga: Poza tym nowym wstępem w tekście nie dokonano żadnych zmian. Od rozdziału drugiego Koniec dzieciństwa pozostaje dokładnie taki sam jak w 1953 roku.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 1

Przed wylotem na kosmodrom Helena Liachow zawsze przechodziła ten sam rytuał. Nie była jedyną, która to robiła, chociaż niewielu kosmonautów o tym mówiło.

Było już ciemno, gdy opuściła budynek administracji i przeszła między sosnami do słynnego posągu. Niebo było krystalicznie czyste i właśnie wzeszedł jasny Księżyc w pełni. Helena odruchowo skupiła wzrok na Mare Imbrium i wróciła myślami do tygodni treningów w Bazie Armstrong, obecnie lepiej znanej jako Mały Mars.

„Umarłeś, zanim się narodziłam, Jurij… w czasach zimnej wojny, gdy nasz kraj nadal był pogrążony w mroku stalinizmu. Co byś pomyślał, gdybyś usłyszał dziś tylu ludzi mówiących obcymi językami w Gwiezdnej Wiosce? Myślę, że byłbyś uszczęśliwiony… Wiem, że byłbyś szczęśliwy, gdybyś mógł nas teraz widzieć. Wprawdzie byłbyś starcem, ale wciąż mógłbyś żyć. Cóż to za tragedia, że ty – który pierwszy podróżowałeś w kosmosie – nie zdążyłeś zobaczyć, jak ludzie spacerują po Księżycu! Ty też z pewnością marzyłeś o Marsie… A teraz jesteśmy gotowi tam polecieć i rozpocząć nową erę, o której sto lat temu marzył Konstantin Ciołkowski. Kiedy się spotkamy, będę ci miała wiele do powiedzenia…”

 

Była w połowie drogi powrotnej do biura, gdy w pobliżu nagle zatrzymał się autobus pełen spóźnionych turystów. Otworzyły się drzwi i wyległ z nich tłum pasażerów z aparatami w rękach. Zastępczyni dowódcy ekspedycji marsjańskiej nie pozostało nic innego, jak przywołać na usta oficjalny uśmiech.

Nagle, nim ktokolwiek zdołał zrobić choć jedno zdjęcie, wszyscy zaczęli krzyczeć i wskazywać w górę. Helena odwróciła się i zobaczyła, jak Księżyc znika, przesłonięty przez gigantyczny cień sunący po niebie. I po raz pierwszy w życiu poczuła strach.

Dowódca ekspedycji marsjańskiej Mohan Kaleer stał na krawędzi krateru, spoglądając nad morzem zastygłej lawy na drugi brzeg kaldery. Trudno było ogarnąć skalę tego widoku lub wyobrazić sobie siły szalejące tutaj, gdy fale stopionej skały wezbrały i popłynęły, tworząc rozpościerające się teraz przed nim ganki i tarasy. Jednak to wszystko, na co patrzył, było niczym wobec ogromu wulkanu, który miał zobaczyć za niecały rok; Kīlauea była zaledwie miniaturą Olympus Mons i pomimo długotrwałego treningu mogli być kompletnie nieprzygotowani na to, co ich czeka.

Pamiętał, jak w przemówieniu inauguracyjnym w 2001 roku prezydent Stanów Zjednoczonych zapowiedział, że będzie to „Wiek Układu Słonecznego”, podobnie jak czterdzieści lat wcześniej Kennedy oznajmił: „Musimy polecieć na Księżyc!”. Z przekonaniem przewidywał, że do 2100 roku człowiek odwiedzi wszystkie najważniejsze ciała niebieskie krążące wokół Słońca… i zamieszka na stałe przynajmniej na jednym z nich.

Promienie właśnie wschodzącego słońca podświetlały pasemka pary unoszącej się ze szczelin w lawie, co przypominało doktorowi Kaleerowi poranne mgły zbierające się w marsjańskim Labiryncie Nocy. Tak, łatwo było mu uwierzyć, że już jest na Marsie wraz z kolegami z pół tuzina krajów. Tym razem żaden naród nie miał – i naprawdę nie mógł – wyruszyć tam samotnie.

Wracał do helikoptera, gdy zatrzymał się tknięty jakimś przeczuciem, dostrzegłszy coś kątem oka. Zaskoczony, znów spojrzał na krater. Dopiero po chwili pomyślał o tym, żeby spojrzeć w niebo.

Wtedy zrozumiał, tak jak w tym samym momencie zrozumiała Helena Liachow, że znana ludziom historia dobiegła kresu. Przy tych lśniących monstrach unoszących się nad chmurami, nie wiedzieć ile kilometrów nad jego głową, statki kosmiczne stojące na kosmodromie Lagrange wydawały się równie prymitywne jak dłubanki. Przez długą jak wieczność chwilę Mohan Kaleer patrzył, podobnie jak cały świat, na te wielkie statki opadające w swym obezwładniającym majestacie.

Nie czuł żalu z powodu tego, że praca całego jego życia poszła właśnie na marne. Trudził się, by zabrać człowieka do gwiazd, a tymczasem gwiazdy – te zimne, obojętne gwiazdy – przybyły do niego.

Była to chwila, w której historia wstrzymała oddech, a teraźniejszość oddzieliła się od przeszłości jak góra lodowa odrywa się od lodowca, aby samotnie i dumnie wypłynąć w morze. Wszystkie osiągnięcia minionych wieków były teraz niczym. Tylko jedna myśl bez końca tłukła się w głowie Mohana:

„Człowiek nie jest już sam”.

Rozdział 2

Sekretarz generalny Organizacji Narodów Zjednoczonych stał nieruchomo przy wielkim oknie, patrząc w dół na ożywiony ruch na Czterdziestej Trzeciej Ulicy. Czasami zastanawiał się, czy to słuszne, by jakikolwiek człowiek pracował tak wysoko nad innymi ludźmi. Odrobina dystansu to rzecz pożądana, lecz łatwo może się przerodzić w obojętność. A może po prostu usiłował znaleźć racjonalne wytłumaczenie swojej niechęci do drapaczy chmur, która nie wygasła mimo dwudziestu lat pracy w Nowym Jorku.

Za plecami usłyszał odgłos otwierających się drzwi, ale nie odwrócił głowy, gdy do pokoju wszedł Pieter van Ryberg. Nastąpiła nieunikniona pauza, w czasie której Pieter z dezaprobatą spoglądał na termostat; mówiono żartobliwie, że sekretarz generalny lubi żyć w lodówce. Stormgren zaczekał, aż jego zastępca dołączy do niego przy oknie, po czym oderwał wzrok od znajomego, lecz zawsze pasjonującego widoku w dole.

– Spóźniają się – powiedział. – Wainwright powinien tu być już pięć minut temu.

– Właśnie otrzymałem wiadomość od policji. Ciągnie za sobą całą procesję i utykają w korkach. Powinien się zjawić lada chwila. – Van Ryberg przerwał, po czym dorzucił: – Nadal jest pan pewien, że spotkanie z nim to dobry pomysł?

– Obawiam się, że jest już trochę za późno, żeby się z tego wycofać. Mimo wszystko wyraziłem zgodę, chociaż wie pan, że to nie był wcale mój pomysł.

Stormgren podszedł do biurka i zaczął się bawić swoim słynnym uranowym przyciskiem do papieru. Nie był zdenerwowany, tylko niezdecydowany. Był nawet zadowolony, że Wainwright się spóźnia, dzięki temu bowiem od samego początku będzie miał nad nim przewagę. Takie drobiazgi odgrywają w ludzkich sprawach ważniejszą rolę, niż mógłby sobie tego życzyć ktoś, kto kieruje się jedynie logiką i rozsądkiem.

– Są! – powiedział nagle van Ryberg, przyciskając twarz do szyby. – Nadchodzą aleją i jest ich chyba ze trzy tysiące.

Stormgren wziął notatnik i dołączył do swego zastępcy. Oddalony o osiemset metrów mały, lecz zdecydowany tłum wolno podążał w kierunku gmachu Sekretariatu. Nad tłumem powiewały nieczytelne jeszcze z tej odległości transparenty, lecz sekretarz dobrze wiedział, jaka jest ich treść. W końcu usłyszał górującą nad ulicznym zgiełkiem złowrogą melodię pieśni śpiewanej przez demonstrantów. Poczuł, jak wzbiera w nim fala niesmaku. Świat na pewno widział już dość maszerujących tłumów i gniewnych sloganów!

Pochód dotarł już do budynku. Musieli wiedzieć, że na nich patrzy, bo tu i tam, chociaż bez przesadnego zacietrzewienia, wygrażali pięściami. Gesty te nie były skierowane przeciw Stormgrenowi, choć niewątpliwie miał je zobaczyć. Jak krasnale grożący olbrzymowi, gniewnie kierowali kułaki w niebo, tam, gdzie na wysokości pięćdziesięciu kilometrów niczym lśniąca, srebrna chmura wisiał flagowy statek floty Zwierzchników.

„I bardzo prawdopodobne – pomyślał Stormgren – że Karellen przygląda się całemu zajściu i pęka ze śmiechu, bo taka demonstracja nie mogłaby się odbyć bez cichego poparcia Kontrolera”.

Stormgren po raz pierwszy spotykał się z przywódcą Ligi Wolności. Przestał się zastanawiać, czy mądrze robi, gdyż plany Karellena były często zbyt subtelne, aby mógł je pojąć mózg zwykłego człowieka. Ale sekretarz nie dostrzegał żadnego zagrożenia związanego z tym spotkaniem. Gdyby natomiast odmówił Wainwrightowi, liga ukręciłaby z tego faktu powróz na jego szyję.

Alexander Wainwright był wysokim, przystojnym mężczyzną pod pięćdziesiątkę. Stormgren wiedział, że jest kryształowo uczciwy, a przez to podwójnie niebezpieczny. A jednak oczywista szczerość jego intencji sprawiała, że trudno było nie darzyć go sympatią, niezależnie od tego, jaki miało się stosunek do jego poglądów i niektórych jego zwolenników.

Gdy van Ryberg nieco zbyt ceremonialnie przedstawił ich sobie, Stormgren nie tracił czasu.

– Sądzę – zaczął – iż głównym powodem pańskiej wizyty jest złożenie formalnego protestu przeciw planowi federacji. Czy mam rację?

Wainwright poważnie skinął głową.

– To główny powód, panie sekretarzu. Jak pan wie, od pięciu lat próbujemy uświadomić rodzajowi ludzkiemu niebezpieczeństwo, jakie mu zagraża. Zadanie nie należy do łatwych, ponieważ większość ludzi wydaje się zadowolona z tego, że Zwierzchnicy rządzą światem wedle swojej woli. Mimo to w każdym kraju znaleźli się patrioci, łącznie pięć milionów, którzy podpisali naszą petycję.

– W porównaniu z dwoma i pół miliarda liczba ta nie robi specjalnego wrażenia.

– To liczba, której nie można zignorować. A na każdego, który podpisał, przypada wielu żywiących poważne wątpliwości co do słuszności, nie mówiąc już o legalności, planu federacji. Nawet Kontroler Karellen, mimo całej swej potęgi, nie jest w stanie jednym pociągnięciem pióra przekreślić tysiąca lat historii.

– A któż może cokolwiek wiedzieć o potędze Karellena? – odparował Stormgren. – Kiedy byłem chłopcem, Federacja Europejska była tylko marzeniem, a nim dorosłem, stała się rzeczywistością. I doszło do tego przed przybyciem Zwierzchników. Karellen po prostu kończy dzieło, które sami zaczęliśmy.

– Europa była kulturową i geograficzną jednością. Cały świat nią nie jest, na tym polega różnica.

– Zwierzchnikom – odparł sarkastycznie Stormgren – których punkt widzenia, zgodzi się pan ze mną, jest o wiele dojrzalszy niż nasz, Ziemia zapewne wydaje się dużo mniejsza niż Europa naszym przodkom.

– Nie oznacza to, że jestem całkowicie przeciwny tworzeniu federacji, choć większość moich zwolenników może się z tym nie zgodzić. Powinna ona jednak powstać z naszej inicjatywy, a nie być narzucana z zewnątrz. Musimy sami decydować o swoim losie. Trzeba skończyć z wtrącaniem się obcych w ludzkie sprawy!

Stormgren westchnął. Wszystko to słyszał setki razy i wiedział, że może udzielić tylko jednej, dobrze znanej odpowiedzi, której Liga Wolności nigdy nie zaakceptuje. On ufał Karellenowi, oni nie. Na tym polegała podstawowa różnica i nic nie mógł na to poradzić. Na szczęście Liga Wolności także nie miała na to żadnego wpływu.

– Pozwoli pan, że zadam kilka pytań – rzekł. – Czy może pan zaprzeczyć, że Zwierzchnicy dali światu bezpieczeństwo, pokój i dobrobyt?

– To prawda. Jednak odebrali nam wolność. Nie samym…

– …chlebem człowiek żyje. Tak, wiem, ale po raz pierwszy w historii każdy człowiek może być pewny, że go dostanie. W każdym razie, jakąż to wolność utraciliśmy w zamian za to, co dali nam Zwierzchnicy, a czego nie mieliśmy w żadnym okresie naszej cywilizacji?

– Wolność kierowania swoim losem zgodnie z wolą Bożą.

„No nareszcie – pomyślał Stormgren – doszliśmy do sedna. Podłożem konfliktu jest religia, chociaż pozornie wygląda to inaczej. Wainwright nikomu nie pozwoli zapomnieć o tym, że był duchownym. Choć nie nosi już koloratki, ma się wrażenie, że wciąż ma ją na szyi”.

– W zeszłym miesiącu – powiedział z naciskiem sekretarz – setka biskupów, kardynałów i rabinów podpisała wspólną deklarację poparcia dla zamiarów Kontrolera. Duchowni opowiedzieli się przeciwko wam.

Wainwright gniewnie potrząsnął głową.

– Wielu przywódców to ludzie zaślepieni, Zwierzchnicy przekupili ich. Kiedy pojmą istotę zagrożenia, może już być za późno. Inicjatywa wymknie się nam z rąk i staniemy się rasą niewolników.

Przez chwilę w pokoju panowała cisza. W końcu Stormgren odparł:

– Za trzy dni znów spotkam się z Kontrolerem. Przekażę mu pańskie zastrzeżenia, ponieważ jest moim obowiązkiem prezentowanie mu wszystkich poglądów. Jednak mogę pana zapewnić, że to niczego nie zmieni.

– Jest jeszcze jedna sprawa – powiedział powoli Wainwright. – Mamy wiele zastrzeżeń do Zwierzchników, lecz nade wszystko nie podoba nam się ich tajemniczość. Jest pan jedynym człowiekiem, który rozmawiał z Karellenem, ale nawet pan nigdy go nie widział. Czy to dziwne, że mamy wątpliwości co do motywów, jakimi się kieruje?

– Mimo wszystkiego, co zrobił dla ludzkości?

– Tak, mimo to. Nie wiem, co budzi w nas większy sprzeciw: wszechmoc Karellena czy jego tajemniczość. Jeśli nie ma nic do ukrycia, dlaczego się nam nie pokaże? Następnym razem, kiedy będzie pan z nim rozmawiał, panie Stormgren, proszę go o to zapytać!

Stormgren milczał. Na to nie miał odpowiedzi, w każdym razie takiej, która przekonałaby rozmówcę. Czasami zastanawiał się, czy udało mu się przekonać samego siebie.

Z ich punktu widzenia była to oczywiście operacja na niewielką skalę, lecz dla Ziemi było to największe wydarzenie w historii. Bez żadnego ostrzeżenia z niezbadanych otchłani kosmosu wyłoniła się flota wielkich statków. Ten dzień opisywano w niezliczonych powieściach, lecz tak naprawdę nikt nie wierzył, że kiedykolwiek nadejdzie. Teraz wreszcie nastał: błyszczące, nieruchome obiekty wiszące nad każdym kontynentem symbolizowały wiedzę, jakiej ludzkość nie miała szans dorównać jeszcze przez stulecia. Sześć dni bez ruchu unosiły się nad miastami, niczym nie zdradzając, że zdają sobie sprawę z istnienia Człowieka. Nie było to jednak potrzebne: przecież te potężne statki nieprzypadkowo znalazły się właśnie nad Nowym Jorkiem, Londynem, Paryżem, Moskwą, Rzymem, Kapsztadem, Tokio, Canberrą…

 

Jeszcze przed upływem tych kilku mrożących krew w żyłach dni niektórzy ludzie domyślili się prawdy. Dla tej rasy, która rzekomo niczego nie wiedziała o ludziach, nie był to pierwszy kontakt. W tych milczących, nieruchomych statkach mistrzowie psychologii studiowali ludzkie reakcje. Kiedy napięcie dojdzie do zenitu, podejmą działania.

Szóstego dnia Karellen, Kontroler Ziemi, na wszystkich częstotliwościach fal radiowych oznajmił światu swoją obecność. Przemawiał tak doskonałą angielszczyzną, że spory wywołane tym faktem po obu stronach Atlantyku nie wygasły przez lata. Jednak treść tej przemowy była jeszcze bardziej wstrząsająca niż jej forma. Niewątpliwie było to dzieło niezrównanego geniuszu dowodzące doskonałej i absolutnej znajomości natury ludzkiej. Nie mogło być wątpliwości, że jego erudycja i wirtuozeria oraz kuszące wzmianki o wiedzy niedostępnej jeszcze człowiekowi były eksponowane celowo, tak by przekonać rodzaj ludzki, że właśnie zetknął się z przytłaczającą potęgą intelektualną. Kiedy Karellen skończył, narody Ziemi zrozumiały, że nadszedł kres dotychczasowej niezależności. Lokalne rządy zachowały władzę, lecz w kwestiach szeroko pojętej polityki zagranicznej decydujący głos nie należał już do ludzi. Argumenty i protesty były daremne.

Oczywiście trudno było oczekiwać, że wszystkie narody pokornie pogodzą się z takim ograniczeniem swojej władzy. Jednak wszelki aktywny opór napotykał nieprzezwyciężone trudności, ponieważ zniszczenie statków Zwierzchników, nawet gdyby było możliwe, pociągnęłoby za sobą zniszczenie miast, nad którymi wisiały. Mimo to jedno z mocarstw podjęło taką próbę. Może odpowiedzialni za tę decyzję mieli nadzieję załatwić jednym atomowym pociskiem dwie sprawy, gdyż ich celem był statek unoszący się nad stolicą sąsiedniego, nieprzyjaźnie nastawionego kraju.

Gdy w tajnym punkcie dowodzenia na ekranie monitora pojawił się obraz ogromnego statku, sercami niewielkiej grupy oficerów i techników musiały targać mieszane uczucia. Jeśli im się uda, jakie działania podejmą pozostałe statki? Czy są w stanie również je zniszczyć, dając ludzkości możliwość podążania dalej własną drogą? A może Karellen zechce wywrzeć jakąś straszliwą zemstę na tych, którzy go zaatakowali?

Ekran pociemniał nagle, gdy pocisk trafił w cel, i natychmiast inna kamera, umieszczona wiele kilometrów dalej w powietrzu, zaczęła przekazywać obraz. W ułamku sekundy, jaki trwało łączenie, powinna była powstać ognista kula płonąca na niebie niczym drugie Słońce.

Jednak nic takiego się nie wydarzyło. Wielki statek unosił się nietknięty na skraju stratosfery, pławiąc się w słonecznym blasku. Pocisk nie tylko nie zdołał go zniszczyć, ale nikt nie potrafił powiedzieć, co się z nim stało. Ponadto Karellen nie podjął żadnych działań przeciw inicjatorom ataku; nawet nie dał znać, że go zauważył. Zignorował ich pogardliwie, pozwalając im pocić się ze strachu przed zemstą, która nigdy nie nadeszła. Było to skuteczniejsze i bardziej odbierające chęć oporu niż jakiekolwiek represje. Rząd odpowiedzialny za wystrzelenie pocisku upadł wśród wzajemnych oskarżeń kilka tygodni później.

Polityka Zwierzchników napotkała również bierny opór. Zazwyczaj Karellen dawał sobie z tym radę, pozwalając przeciwnikom robić swoje, dopóki nie odkryli, że odmawiając współpracy, sami sobie wyrządzają krzywdę. Tylko raz podjął bezpośrednią akcję przeciw krnąbrnemu rządowi.

Przez ponad sto lat Republika Południowej Afryki była ośrodkiem napięć społecznych. Ludzie dobrej woli po obu stronach usiłowali budować mosty, jednak daremnie – obawy i uprzedzenia były zbyt głęboko zakorzenione, by mogła się udać jakakolwiek współpraca. Kolejne rządy różniły się jedynie stopniem nietolerancji; ziemia była zatruta nienawiścią i jadem wojny domowej.

Kiedy stało się jasne, że nie zostaną podjęte żadne wysiłki, aby położyć kres tej sytuacji, Karellen przekazał swoje ostrzeżenie. Po prostu wyznaczył datę i godzinę, nic więcej. Zrozumiano go, lecz niezbyt się tym przejęto, nikt bowiem nie wierzył, że Zwierzchnicy mogą podjąć jakieś działania, które obejmą zarówno winnych, jak i niewinnych.

I nie podjęli. Tyle że Słońce minęło południk Kapsztadu… i zgasło. Pozostała blada, czerwonawa kula niedająca światła ani ciepła. W jakiś sposób w głębi kosmosu promienie słoneczne zostały spolaryzowane przez nieznane pole siłowe, które nie przepuszczało żadnego promieniowania. Obszar Ziemi objęty tym zjawiskiem miał średnicę pięciuset kilometrów i kształt idealnego koła.

Pokaz trwał trzydzieści minut. Wystarczyło – następnego dnia rząd Republiki Południowej Afryki ogłosił, że białej mniejszości zostają przywrócone pełne prawa obywatelskie.

Mimo takich pojedynczych wypadków rodzaj ludzki zaakceptował Zwierzchników jako część naturalnego porządku rzeczy. W zaskakująco krótkim czasie początkowy szok poszedł w niepamięć i świat ponownie zajął się swoimi sprawami. Największą zmianą, jaką mógłby zauważyć obudzony ponownie Rip van Winkle, było przyciszone oczekiwanie, rodzaj wewnętrznego oglądania się przez ramię, z jakim ludzkość czekała, aż Zwierzchnicy wyjdą ze swych lśniących statków i pokażą się publicznie.

Minęło pięć lat i nadal czekano. „Oto – pomyślał Stormgren – przyczyna wszystkich kłopotów”.

Kiedy samochód Stormgrena podjechał do pasa startowego, czekało na niego zwykłe kółko gapiów i przygotowanych kamer. Sekretarz generalny zamienił jeszcze kilka słów ze swoim zastępcą, wziął dyplomatkę i ruszył przez pierścień widzów.

Karellen nigdy nie kazał mu zbyt długo czekać. Tłum wydał nagły okrzyk, a na niebie z zapierającą dech w piersi szybkością pojawił się srebrny bąbel. Podmuch powietrza szarpnął ubraniem Stormgrena, gdy pięćdziesiąt metrów dalej niewielki statek zawisł kilka centymetrów nad ziemią, jakby obawiał się zetknięcia z nieczystą planetą. Idący wolno Stormgren dostrzegł znajome wybrzuszenie powłoki wykonanej bez jednego spawu i po chwili ukazał się przed nim otwór, który tak intrygował najlepsze naukowe umysły Ziemi. Sekretarz wszedł do jedynej, oświetlonej miękkim światłem kabiny promu. Wejście zasklepiło się, jakby nigdy nie istniało, odcinając obraz i dźwięk.

Otworzyło się po pięciu minutach. Mimo że Stormgren nawet nie poczuł, że leci, wiedział, iż znajduje się na wysokości pięćdziesięciu kilometrów, wewnątrz statku Karellena. Przebywał w świecie Zwierzchników – wszystko wokół tętniło ich tajemniczymi sprawami. Zbliżył się do nich bardziej niż jakikolwiek człowiek, ale wiedział o nich nie więcej niż te miliony ludzi w dole.

Mały pokój konferencyjny na końcu korytarza nie był umeblowany, jeśli nie liczyć pojedynczego fotela i stolika pod ekranem. Zgodnie z zamierzeniami projektantów wnętrze nie mówiło nic o ich naturze. Ekran, jak zawsze, był pusty. W snach Stormgren widział czasem, jak ekran ożywa, ujawniając mu tajemnicę dręczącą cały świat. Jednak ten sen nigdy się nie ziścił; ciemny prostokąt krył całkowitą zagadkę. Ale były tam jeszcze potęga i mądrość, ogromne, tolerancyjne zrozumienie ludzkiej psychiki i – najbardziej ze wszystkiego nieoczekiwane – niepozbawione ciepłego humoru uczucie do tych małych stworzeń kłębiących się na planecie pod nimi.

Z ukrytego głośnika rozległ się dobrze znany, spokojny, niespieszny głos, który Ziemia słyszała tylko raz. Jego barwa i ton mówiły coś o wyglądzie Karellena, sugerowały przytłaczająco wielką istotę. Karellen musiał być okazałym osobnikiem – może dużo większym od człowieka. Ale prawdą było też to, że niektórzy naukowcy po przeanalizowaniu nagrań jego jedynego przemówienia sugerowali, iż może to być głos maszyny. W coś takiego Stormgren absolutnie nie wierzył.

– Tak, Rikki, przysłuchiwałem się waszemu spotkaniu. I cóż poczniesz z panem Wainwrightem?

– To człowiek uczciwy, nawet jeśli wielu jego zwolenników nie można tak nazwać. A co z nim zrobimy? Liga jako taka nie jest niebezpieczna, ale niektórzy ekstremiści w jej szeregach otwarcie opowiadają się za użyciem siły. Zastanawiałem się, czy nie powinienem postawić przed swoim domem straży. Mam nadzieję, że obejdzie się bez tego.

Karellen zmienił temat, co niekiedy czynił, irytując rozmówcę.

– Przed miesiącem zostały przekazane opinii publicznej szczegóły dotyczące Federacji Światowej. Czy nastąpił istotny wzrost siedmioprocentowej grupy tych, którzy się ze mną nie zgadzają, lub dwunastoprocentowej tych, którzy „nie wiedzą”?