Podział ostatecznyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

CLIVE STAPLES LEWIS

PODZIAŁ OSTATECZNY

Przełożyła

Magda Sobolewska


Poznań 2012

Tytuł oryginału: THE GREAT DIVORCE

Copyright © 1946 C.S. Lewis Pte Ltd

Copyright © 2005 for the Polish translation by Media Rodzina

Cover Art Copyright © 2005 by Media Rodzina

First published in English in 1952 by Geoffrey Bles, in 1955 by Fontana Books in 1955

and in 1977 by Fount Paperbacks, an imprint of HarperCollins Publishers

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki

– z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych

– możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

Tekst na podstawie wydania Wyd. Misjonarzy Klaretynów „Palabra”, Warszawa 1994

Projekt okładki: ANDRZEJ BARECKI

Zdjęcie na okładce: Vario-Press

Wydanie I elektroniczne

ISBN 978-83-7278-784-2

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań

www.mediarodzina.pl mediarodzina@mediarodzina.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Spis treści

Wstęp

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Wstęp

Blake napisał kiedyś Zaślubiny Nieba z Piekłem, a ja zdecydowałem się napisać o ich rozwodzie nie dlatego, że uważam się za godnego przeciwnika tak wielkiego geniusza, jakim był Blake, ani nawet dlatego, że zrozumiałem choćby po części jego dzieło. Wydaje mi się jednak, że nadzieja dokonania podobnych zaślubin musi tak czy inaczej okazać się płonna. Nadzieja ta opiera się na założeniu, że rzeczywistość nigdy nie każe nam stanąć twarzą w twarz z nieuniknionym „albo – albo” i że, o ile nie zabraknie nam umiejętności, cierpliwości, a nade wszystko czasu, zawsze zdołamy jakoś pogodzić obie skrajności. Nadzieja ta każe nam sądzić, że wystarczy udoskonalić, zaadoptować lub uszlachetnić zło, aby przemieniło się ono w coś dobrego i że nie będziemy nigdy zmuszeni do odrzucenia tego, co chcielibyśmy zatrzymać. Według mnie żywienie podobnej nadziei jest katastrofalną pomyłką. Wyruszając w podróż, nie zawsze zabieramy ze sobą cały swój dobytek, a czeka nas i taka podróż, w którą być może nie będziemy mogli zabrać nawet własnej prawej ręki lub prawego oka. Nie żyjemy w świecie, w którym wszystkie drogi niby promienie okręgu schodzą się w jednym punkcie i gdzie po wyborze którejkolwiek z nich zawsze dojdzie się po wytrwałej wędrówce do tego samego celu. W naszym świecie każda droga po pewnym czasie rozwidla się, a każda z powstałych w ten sposób dróg rozwidla się ponownie i na każdym z takich rozwidleń musimy podejmować decyzje. Nawet życie biologiczne bardziej przypomina rozgałęziające się drzewo niż stojącą sadzawkę – nie zmierza ono ku jedności, ale oddala się od niej, a im wyższy stopień rozwoju, tym bardziej stworzenia różnią się między sobą. Prawdziwe dobro w miarę jak rośnie i osiąga dojrzałość, coraz bardziej różni się nie tylko od zła, ale także od innego, pozornego dobra.

Nie sądzę, że wszyscy wybierający złe drogi muszą zginąć. Uważam jednak, że ratunek dla nich jest tylko jeden: powrót na właściwą drogę. Otrzymawszy zły wynik dodawania, możemy go poprawić tylko wtedy, gdy cofniemy się do miejsca, gdzie popełniliśmy pomyłkę, i zaczniemy liczyć od nowa. Na nic się nie zda brnięcie w błędnych obliczeniach. Zło może zostać zniweczone, ale nie może „rozwinąć się” w coś dobrego. W tym wypadku czas nie jest dobrym lekarzem. Zły czar można przełamać „mruczanym wspak zaklęciem pełnym mocy” albo pozwolić, by działał dalej. Jest to wciąż wybór „albo – albo”. Jeśli zechcemy zatrzymać piekło (lub choćby ziemię), nie ujrzymy nieba, a jeśli przyjmiemy niebo, nie zabierzemy z piekła nawet najmniejszych i najbardziej osobistych pamiątek. Wierzę, rzecz jasna, że każdy, kto osiągnie niebo, przekona się, iż pomimo odrzucenia wszystkiego (nawet własnego oka), niczego nie stracił: że to, czego naprawdę pożądał w swoich najpodlejszych nawet pragnieniach, czeka na niego w „Górnej Krainie” o wiele wspanialsze niż to, czego się spodziewał. W tym sensie dla tych, którzy doszli do końca drogi (i dla nikogo innego), powiedzenie, że dobro jest wszystkim, a niebo jest wszędzie, okaże się zgodne z prawdą. Nam jednak, którzy wciąż jeszcze jesteśmy w podróży, nie wolno przyjmować ich punktu widzenia. Moglibyśmy bowiem narazić się na niebezpieczeństwo przekręcenia prawdziwego znaczenia ich słów i uznać, że wszystko jest dobre, a każde miejsce jest niebem.

A co z ziemią? – zapytacie zapewne. Nie sądzę, by ziemia okazała się dla kogokolwiek miejscem wyjątkowym. Jeśli wybierzemy ją zamiast nieba, wyjdzie na jaw, że ziemia zawsze była częścią piekła. A jeśli niebo postawimy wyżej, okaże się, że ziemia zawsze do niego należała.

Chciałbym powiedzieć jeszcze dwie rzeczy. Po pierwsze, muszę wyrazić moją wdzięczność wobec pisarza, którego nazwiska nie pamiętam, a którego opowiadanie czytałem wiele lat temu w bardzo kolorowym czasopiśmie z dziedziny – jak to mówią – „fantastyki naukowej”. Zapożyczyłem od niego tę niezwykłą właściwość niebiańskiej materii – to, że niczego nie da się tam zgiąć ani złamać. Autor opowiadania wykorzystał ten efekt, aby osiągnąć inny cel, o wiele bardziej od mojego pomysłowy. Jego bohater przeniósłszy się w przeszłość, odkrywa tam krople deszczu przeszywające go jak kule, i kanapki, których nie da się ugryźć – zupełnie słusznie, bo nic w przeszłości nie może przecież ulec zmianie. Ja natomiast, mniej umiejętnie, ale (mam nadzieję) równie słusznie posłużyłem się tym samym efektem, aby opisać wieczność. Jeżeli autor tamtego opowiadania kiedykolwiek przeczyta te słowa, przyjmie, mam nadzieję wyrazy mej najgłębszej wdzięczności. Po drugie, proszę wszystkich czytelników, aby pamiętali, że książka jest wytworem fantazji. Zawiera ona oczywiście morał – w każdym razie taki miałem zamiar. Jednak opisy tego, co spotyka ludzi po śmierci, są wyłącznie dziełem wyobraźni; nie są one próbą odgadnięcia czy też domyślenia się, co nas naprawdę czeka. Ostatnią rzeczą, jakiej bym pragnął, jest rozbudzenie wśród czytelników ciekawości dotyczącej szczegółów życia na tamtym świecie.

C.S. Lewis

Kwiecień 1945

1

Zdawało mi się, że stoję w kolejce na przystanku autobusowym. Nad długą, nędzną ulicą zapadał zmierzch. Padało. Już od kilku godzin włóczyłem się podobnymi ulicami w mokrym, wieczornym półmroku. Czas jakby się zatrzymał w tej nieprzyjemnej chwili, kiedy światła sklepów dopiero się zapalają, ale nie jest jeszcze dość ciemno, by ich widok rozweselał przechodniów. Czas płynął, a wieczór nie zmieniał się w noc i mijane przeze mnie dzielnice wciąż wyglądały tak samo. Wszędzie widziałem tylko odrapane kamienice, nieduże trafiki, tablice ogłoszeniowe ze strzępami plakatów, pozbawione okien magazyny, stacje towarowe bez pociągów i księgarnie wystawiające na sprzedaż Dzieła Arystotelesa. Nie spotkałem nikogo. Jeśli nie liczyć gromadki ludzi na przystanku, miasto zdawało się zupełnie wymarłe. Chyba właśnie dlatego przyłączyłem się do kolejki.

Od razu mi się poszczęściło. Gdy tylko zająłem miejsce, stojąca przede mną mała, zła jak osa kobieta naskoczyła na towarzyszącego jej mężczyznę:

– A więc dobrze! Mogę wcale nie jechać. Proszę bardzo. – Z tymi słowami opuściła kolejkę.

– Nie wyobrażaj sobie, proszę – odparł mężczyzna dystyngowanym głosem – że zależy mi choć trochę na tym wyjeździe. Starałem się tylko dla świętego spokoju spełnić twoje zachcianki. Moje odczucia nie mają oczywiście najmniejszego znaczenia. Przynajmniej to jedno jest zupełnie jasne. – I aby pokazać, że nie rzuca słów na wiatr, on także odszedł z kolejki.

Nieźle, pomyślałem, o dwa miejsca do przodu. Znalazłem się teraz za małym człowieczkiem o gniewnym spojrzeniu, który przyjrzał mi się nad wyraz nieżyczliwie i odezwał, trochę za głośno, do dużego, muskularnego mężczyzny stojącego przed nim:

 

– W tej sytuacji nie wiadomo, czy w ogóle warto jechać.

– W jakiej sytuacji? – odburknął tamten.

– No, prawdę mówiąc, nie jestem przyzwyczajony do tego rodzaju towarzystwa – odparł Człowieczek.

– Aha! – powiedział Osiłek i patrząc w moją stronę, dodał: – Nie pozwól pan sobie tak ubliżać. Co, strach pana obleciał? – Doszedłszy jednak do wniosku, że nie zamierzam zareagować, napadł nagle na Człowieczka: – Nie podobamy ci się, co? A mnie się nie podoba, jak pyskujesz! – I wymierzył mu taki cios w szczękę, że tamten wylądował w rynsztoku.

– Zostawcie go, niech sobie poleży – kontynuował Osiłek; tym razem nie zwracał się do nikogo konkretnego. – Prosty chłop ze mnie, ale mam swoje prawa jak każdy, nie?

Ponieważ Człowieczek nie okazywał chęci powrotu na swoje miejsce i po chwili kulejąc, oddalił się, postąpiłem ostrożnie w stronę Osiłka i pogratulowałem sobie kolejnego kroku naprzód. Niedługo potem dwoje rozchichotanych młodych ludzi stojących przed nami odeszło, trzymając się pod rękę. Nie mogłem odróżnić ich płci, oboje bowiem byli szczupli, ubrani w spodnie i rozmawiali falsetem, jednak niewątpliwie w tej chwili bardziej interesowali się sobą niż możliwością zajęcia miejsc w autobusie.

– Wszyscy na pewno się nie zmieścimy – odezwała się płaczliwym głosem kobieta stojąca cztery osoby przede mną.

– Ustąpię pani miejsca za pięć szylingów – odparł ktoś inny.

Usłyszałem brzęk monet, a potem wrzaskliwy kobiecy głos zmieszany z wybuchami śmiechu czekających. Oszukana kobieta wyskoczyła z kolejki, żeby rzucić się na nieuczciwego sąsiada, ale inni natychmiast zwarli szereg i w ten sposób straciła miejsce... Tak oto zanim nadjechał autobus, kolejka znacznie zmalała.

Był to cudowny, lśniący złociście pojazd o heraldycznych barwach. Wydawało się, że nawet Kierowca promieniuje światłem. Do prowadzenia autobusu używał tylko jednej ręki, drugą natomiast wymachiwał przed sobą, jakby chciał rozpędzić lepkie opary deszczu. Na jego widok kolejka wydała gniewny pomruk:

– Wygląda na to, że przynajmniej o n się dobrze bawi, co?...

– Cholernie zadowolony z siebie...

– O, Boże! Czy ten facet nie mógłby zachowywać się n o r m a l n i e?

– Nawet nie raczy na nas spojrzeć... Za kogo on się uważa?... I jeszcze te złocenia i fiolety, według mnie to karygodne marnotrawstwo. Dlaczego nie dadzą chociaż części tych pieniędzy na potrzeby miasta?...

– Aż się prosi, żeby mu przyłożyć!

W twarzy Kierowcy nie dostrzegłem niczego, co mogłoby usprawiedliwiać wszystkie te uwagi, chyba że spowodował je majestatyczny i skupiony jej wyraz.

Moi współpasażerowie przepychali się do drzwi jak stado kur, chociaż miejsca było dla wszystkich pod dostatkiem. Wsiadłem ostatni. Tylko połowa miejsc w autobusie była zajęta; usiadłem na końcu, z dala od innych. Natychmiast jednak przysiadł się do mnie jakiś rozczochrany młodzieniec. Ruszyliśmy.

– Pomyślałem sobie, że nie będzie pan miał nic przeciwko temu, jeśli się do pana przyłączę – powiedział. – Ma pan chyba do tego towarzystwa taki sam stosunek jak ja. Po co, u licha, jadą, nie mogę tego pojąć. Nie spodoba im się tam i na pewno byłoby im o wiele wygodniej w domu. Pan i ja to co innego.

– Czy im się p o d o b a w tym mieście? – zapytałem.

– Jeżeli w ogóle może im się coś podobać – odparł. – Mają tu kina i bary z frytkami, i reklamy, i wszystko, czego chcą. Przerażający brak życia intelektualnego i m w ogóle nie przeszkadza. Jak tylko się tu dostałem, zrozumiałem, że zaszła jakaś pomyłka. Powinienem wyjechać od razu pierwszym autobusem, ale zamarudziłem trochę, bo starałem się jakoś obudzić tych ludzi. Odnalazłem kilku starych znajomych, żeby stworzyć coś w rodzaju klubu, ale oni wszyscy zniżyli się już do poziomu otoczenia. Nawet zanim się tu znalazłem, miałem pewne wątpliwości co do takich ludzi jak Cyril Blellow. Zawsze mi się wydawało, że używa niewłaściwych środków wyrazu. No, ale był przynajmniej inteligentny; można było od niego usłyszeć cenne uwagi, mimo że jego twórczość pozostawiała wiele do życzenia. Ale teraz nie zostało z niego nic oprócz zarozumiałości. Ostatnim razem, kiedy próbowałem przeczytać mu coś swojego... ale chwileczkę, chciałbym, żeby rzucił pan na to okiem.

Wzdrygnąłem się na widok grubego maszynopisu, który młodzieniec właśnie wyciągał z kieszeni. Wykrztusiłem coś o braku okularów i wykrzyknąłem:

– A to ci dopiero! Lecimy!

I tak było rzeczywiście. Sto czy dwieście metrów pod nami, na wpół ukryte za mgłą i strugami deszczu, ciągnęły się jak okiem sięgnąć dachy domów.

2

Nie byłem długo skazany na towarzystwo Rozczochranego Poety, bo inny pasażer przerwał nam rozmowę. Zdążyłem jednak dowiedzieć się całkiem sporo na jego temat. Okazał się człowiekiem wyjątkowo pokrzywdzonym przez los. Rodzice nigdy go nie doceniali, a w żadnej z pięciu szkół, do których uczęszczał, nie potrafiono zapewnić warunków odpowiednich dla jego wyjątkowego talentu i usposobienia. Na domiar złego należał do tego typu chłopców, wobec których system egzaminacyjny działa niesprawiedliwie i daje zupełnie absurdalne wyniki. Dopiero na uniwersytecie zaczął sobie zdawać sprawę, że jego cierpienia nie były dziełem przypadku, lecz wiązały się ściśle z panującym ustrojem. Kapitalizm nie tylko zniewalał robotników, ale także wypaczał gusty i wulgaryzował umysły, co przejawiało się w złym systemie oświaty i braku uznania dla młodego geniusza. To odkrycie spowodowało, że stał się komunistą. Jednak wybuch wojny i sprzymierzenie się Rosji z rządami kapitalistycznymi sprawiły, że raz jeszcze poczuł się wyobcowany. Musiał się sprzeciwiać obowiązkowi służby wojskowej z przyczyn światopoglądowych. W tym okresie swej kariery doznał upokorzenia, które – jak wyznał – odarło go ze złudzeń. Zdecydował, że najlepiej przysłuży się sprawie, jeśli wyjedzie do Ameryki, ale niedługo potem Ameryka również przyłączyła się do wojny. To właśnie wtedy w nagłym olśnieniu ujrzał Szwecję jako ojczyznę naprawdę nowej, radykalnej sztuki, jednak jego liczni prześladowcy nie chcieli umożliwić mu wyjazdu. Nie ominęły go kłopoty finansowe. Jego ojciec, który w swoich poglądach nigdy nie wzniósł się ponad ohydne wiktoriańskie filisterstwo, dawał na utrzymanie syna śmiesznie małe sumy. Na dodatek dziewczyna Poety potraktowała go okropnie. Miał ją za naprawdę dojrzałą i nowoczesną, a tymczasem ona zupełnie niespodziewanie okazała się kłębkiem burżuazyjnych uprzedzeń i monogamicznych instynktów. Nigdy nie znosił ludzi zaborczych i zazdrosnych. W końcu wyszło na jaw także jej skąpstwo. Miarka się przebrała. Rzucił się pod pociąg...

Aż podskoczyłem z wrażenia, ale on nie zwrócił na to uwagi.

Nawet wtedy, jak mówił, nie opuściła go zła passa. Wysłano go do tego szarego miasta. Oczywiście przez pomyłkę. Zapewnił mnie, że w drodze powrotnej spotkam w autobusie wszystkich pasażerów – ale jego wśród nich nie będzie. Miał zamiar „tam” zostać. Nie wątpił, że zmierza do miejsca, gdzie jego delikatny, krytyczny duch nie spotka się więcej z nieprzychylnością – tam nareszcie czeka go uznanie i zrozumienie. Tymczasem, ponieważ nie miałem przy sobie okularów, chciał mi przeczytać fragment, do którego tak bezdusznie odniósł się Cyril Blellow...

Przerwano nam w tej właśnie chwili. Jedna z przytłumionych kłótni, które stale toczyły się wśród pasażerów, rozgorzała na dobre. Wybuchła panika. Wyciągnięto noże i oddano kilka strzałów. Broń wydawała się jednak dziwnie niegroźna i gdy awantura ucichła, znalazłem się cały i zdrowy na innym siedzeniu, obok zupełnie innego podróżnego. Był to inteligentnie wyglądający człowiek o nieco bulwiastym nosie; jego głowę zdobił melonik.

Wyjrzałem przez okno. Znajdowaliśmy się teraz tak wysoko, że krajobraz pod nami zdawał się pozbawiony jakichkolwiek szczegółów. Nigdzie nie dojrzałem pól, rzek ani gór i miałem wrażenie, że szare miasto wciąż wypełnia pole widzenia.

– Diabelnie duże miasto – zagadnąłem. – Nic z tego nie rozumiem: dzielnice, które widziałem, były takie puste. Czy kiedyś mieszkało tu więcej ludzi?

– Och, nie – odparł mój sąsiad. – Rzecz w tym, że wszyscy są tacy kłótliwi. Jak tylko przyjeżdża ktoś nowy i osiedla się na którejś z ulic, wszczyna kłótnię z sąsiadami, i to zanim miną dwadzieścia cztery godziny od jego przyjazdu. Pod koniec tygodnia kłótnia jest już tak zawzięta, że nowo przybyły postanawia się przeprowadzić. Najczęściej przekonuje się, że ulica obok jest zupełnie pusta, bo wszyscy mieszkańcy też pokłócili się z sąsiadami i też się przeprowadzali. Tam więc zostaje. Jeżeli jakimś cudem na sąsiedniej ulicy jeszcze ktoś mieszka, nowo przybyły przenosi się dalej. Ale nawet gdyby został, i tak niewiele zyska, bo wkrótce znów się pokłóci i przeprowadzi gdzie indziej. W końcu wyniesie się na skraj miasta i zbuduje sobie nowy dom. Tutaj jest to bardzo proste: wystarczy tylko p o m y ś l e ć o domu i już jest. W ten sposób miasto wciąż rośnie.

– I coraz więcej ulic pustoszeje?

– Otóż to. I czas płynie tu jakoś dziwnie. Przystanek, na którym staliśmy, jest oddalony o tysiące kilometrów od Ratusza, gdzie trafiają wszyscy przybywający z Ziemi. Wszyscy, których pan tu widzi, mieszkają niedaleko przystanku, ale dotarcie w te okolice zajęło mi według tutejszego czasu całe stulecia: stulecia kolejnych przeprowadzek.

– A co z tymi, którzy przyjechali wcześniej? To znaczy, są przecież jacyś ludzie, którzy dotarli tu z Ziemi na długo przed wami?

– O tak, są. Oni też ciągle się przeprowadzają, coraz dalej i dalej. Mieszkają tak daleko, że nie mogliby nawet marzyć o dojściu do przystanku. Musieliby pokonać astronomiczne odległości. Tam, gdzie mieszkam, jest nieduży pagórek, i jakiś facet ma teleskop, przez który widać światła domów oddalonych o miliony kilometrów. Mieszkają tam ci, co przyjechali dawno temu. Od czasu do czasu przenoszą się jeszcze dalej. To ludziom sprawia wielki zawód: myślą, że spotkają tu znane osobistości sprzed wieków, ale nic z tego, są za daleko.

– Czy mieliby jakąś szansę dotarcia do przystanku, gdyby kiedyś wybierali się w drogę?

– Hm, teoretycznie tak. Ale musieliby pokonać dystans wielu lat świetlnych. A poza tym teraz już by nie chcieli, przynajmniej ci najstarsi, jak Tamerlan, Czyngis-chan, Juliusz Cezar albo Henryk V.

– Nie chcieliby?

– Otóż to. Najbliżej z nich wszystkich mieszka Napoleon. Wiem o tym, bo dwóch facetów wybrało się, żeby go odwiedzić. Rzecz jasna, wyruszyli w drogę na długo przed moim przybyciem, ale widziałem ich powrót. Zajęło im to około piętnastu tysięcy lat naszego czasu. Wypatrzyliśmy potem ten dom: maciupeńkie światełko i dookoła czarna pustka w promieniu milionów kilometrów.

– Ale oni tam doszli?

– Otóż to. Napoleon wybudował sobie olbrzymi dom w stylu cesarstwa, z szeregami rozjarzonych okien, chociaż stamtąd, gdzie mieszkam, widać tylko maciupeńkie światełko.

– I oni zobaczyli Napoleona?

– Otóż to. Podeszli blisko domu i zajrzeli przez okno. No i rzeczywiście był tam Napoleon.

– Co robił?

– Chodził tam i z powrotem, tam i z powrotem bez przerwy, prawa-lewa, prawa-lewa, nie zatrzymując się nawet na chwilę. Ci faceci przyglądali mu się chyba z rok i przez ten czas nie odpoczął ani razu. I ciągle mruczał do siebie: „Wszystkiemu winien był Soult. Wszystkiemu winien był Ney. Wszystkiemu winna była Józefina. Wszystkiemu winni byli Rosjanie. Wszystkiemu winni byli Anglicy”. I tak dalej, cały czas. Nie przestał ani na chwilę. Mały, gruby, i podobno wyglądał na zmęczonego. Ale nie mógł przestać.

Z drgań autobusu wywnioskowałem, że wciąż jeszcze lecimy, chociaż przez okna nie mogłem dostrzec nic, co by potwierdzało moje przypuszczenia – zewsząd otaczała nas szara pustka.

– A zatem miasto będzie się rozrastało w nieskończoność? – zapytałem.

– Otóż to – odparł Inteligent. – Chyba że ktoś znajdzie jakieś wyjście.

– Co pan ma na myśli?

– No, tak między nami mówiąc, właśnie tym się teraz zajmuję. Dlaczego tak się dzieje? Nie dlatego, że ludzie są kłótliwi, to przecież leży w ludzkiej naturze i zawsze tak było, nawet na Ziemi. Prawdziwy problem polega na tym, że ludzie tutaj nie mają żadnych prawdziwych potrzeb. Wystarczy tylko sobie wyobrazić to, czego się zapragnie i już się to ma (oczywiście nie najlepszej jakości). Dlatego ani przeprowadzka na inną ulicę, ani budowa nowego domu nie sprawiają żadnego kłopotu. Inaczej mówiąc, nie istnieje baza ekonomiczna, na której mogłoby się rozwijać życie społeczne. Gdyby ludzie potrzebowali prawdziwych sklepów, musieliby mieszkać niedaleko nich. Gdyby potrzebowali prawdziwych domów, musieliby mieszkać tam, gdzie można znaleźć prawdziwych budowniczych. Niedostatek jest warunkiem zaistnienia społeczeństwa. I tu właśnie zaczyna się moja rola. Niech pan nie myśli, że wybrałem się w tę podróż dla zdrowia. Jeśli o mnie chodzi, to nie wydaje mi się, żebym mógł się dobrze czuć tam, w górze. Ale jeżeli uda mi się wrócić z jakimś p r a w d z i w y m towarem, z czymś, co można naprawdę zjeść albo wypić, albo na czym można naprawdę usiąść, to zaraz tam, w naszym mieście, powstanie popyt. Założę małą firmę, będę miał co sprzedawać, ludzie zaczną się przeprowadzać bliżej. Centralizacja, rozumie pan. Dwie ulice mogłyby pomieścić ludzi rozrzuconych teraz na kilku milionach kilometrów kwadratowych. Uzbieram niezłą fortunkę i przy tym ludzie będą mnie uważali za swojego dobroczyńcę.

 

– Myśli pan, że gdyby ludzie m u s i e l i mieszkać obok siebie, powoli przestaliby się ze sobą kłócić?

– No, tego nie wiem. Ale śmiem twierdzić, że dałoby się ich uciszyć. Można by zorganizować policję, wbić im do głowy trochę dyscypliny. W każdym razie – tu Inteligent zniżył głos – rozumie pan, na pewno byłoby l e p i e j mieszkać razem. W gromadzie zawsze bezpiecznej.

– Bezpieczniej? A czy trzeba się przed czymś bronić? – zapytałem, ale mój rozmówca szturchnął mnie na znak, abym zamilkł. Spróbowałem więc innego pytania: – Proszę mi powiedzieć: jeśli wystarczy pomyśleć o czymś, żeby to otrzymać, to dlaczego ludzie mieliby woleć te p r a w d z i w e rzeczy, jak je pan nazywa?

– Hę? No, chyba każdy chciałby mieć dom, który chroni przed deszczem.

– A te, które są teraz, nie chronią?

– Oczywiście, że nie. Jak miałyby chronić?

– To po co, u diabła, budować takie domy?

Inteligent nachylił się bliżej.

– Tak jest bezpieczniej – wymamrotał. – Przynajmniej daje to poczucie bezpieczeństwa. Teraz jeszcze wszystko jest w porządku, ale potem... rozumie pan.

– Co? – zapytałem; prawie bezwiednie ściszyłem głos do szeptu.

Wymówił kilka słów bezgłośnie, jakby oczekiwał, że odczytam je z jego warg. Nachyliłem ucho jak najbliżej jego ust.

– Niech pan mówi głośniej – poprosiłem.

– Wkrótce zapadnie noc – wyszeptał z namaszczeniem.

– To znaczy, że w końcu wieczór n a p r a w d ę zamieni się w noc?

Skinął twierdząco.

– Ale co to wszystko ma wspólnego z domami?

– No cóż... nikt nie chciałby być na dworze, kiedy to się stanie.

– Dlaczego?

Jego ukradkowa odpowiedź była tak niezrozumiała, że musiałem prosić go kilka razy o powtórzenie. Gdy wreszcie odgadłem jego słowa, nieco rozdrażniony (jak to często bywa przy rozmowie szeptem), zapytałem, zapominając o ściszeniu głosu:

– Kim są ci „Oni”? I dlaczego pan się ich boi? Co oni mogą panu zrobić? I dlaczego mieliby się pojawić, kiedy będzie ciemno? A poza tym, co da wymyślony dom, jeżeli nadejdzie prawdziwe niebezpieczeństwo?

– Ej! – zawołał w tym momencie Osiłek. – Kto tam gada? Przestańcie szeptać, wy dwaj, jeśli nie chcecie, żebym wam spuścił lanie! Plotek im się zachciało! Zamknij gębę, Ikey, słyszysz?

– On ma rację! To skandaliczne! Powinno się ich ukarać! Kto ich wpuścił do autobusu? – zawtórowali pasażerowie.

Gruby, gładko wygolony jegomość siedzący przede mną odchylił się do tyłu i zagadnął ugrzecznionym tonem:

– Bardzo przepraszam, ale niechcący podsłuchałem, o czym panowie mówili. To zadziwiające, jak te prymitywne przesądy do dzisiaj pokutują wśród ludzi. Słucham? Och, na Boga, przecież to przesądy, nic więcej. Nie ma najmniejszego dowodu na to, że wieczór kiedykolwiek zmieni się w noc. W kręgach ludzi wykształconych opinie na ten temat uległy rewolucyjnym zmianom. Dziwię się, że panowie o tym nie słyszeli. Mroczne fantazje naszych przodków odchodzą w niepamięć. Ów przyćmiony i delikatny półmrok, który obserwujemy obecnie, jest niczym innym jak zapowiedzią poranka: powolnym zwracaniem się całego narodu ku światłu. Oczywiście jest to proces tak powolny, że nie sposób go zauważyć. „Nie tylko poprzez wschodnie okna, gdy wstaje dzień, nadchodzi blask”. A to pragnienie „prawdziwych” towarów, o których mówił pański znajomy, to po prostu materializm, wsteczny, przyziemny materializm. Tęsknota za materią. M y jednak widzimy w tym duchowym mieście, bo pomimo wszystkich swoich wad jest ono duchowe, jakby kolebkę, w której twórcze cechy człowieka, uwolnione z kajdan materii, nareszcie próbują rozwinąć skrzydła. To naprawdę wzniosła myśl.

Po wielu godzinach lotu w naszym otoczeniu zaszła zmiana. Wnętrze autobusu rozjaśniło się nieco. Szarość za oknami zmieniła się z burej w perłową, potem stała się bladoniebieska, by w końcu porazić oczy jaskrawym błękitem. Wyglądało na to, że unosimy się w zupełnej pustce. Nigdzie nie było widać Ziemi, nie było też słońca ani gwiazd; zewsząd otaczała nas świetlista otchłań. Otworzyłem najbliższe okno. Ogarnęła mnie na chwilę cudowna świeżość, a potem...

– Co pan u licha robi? – wykrzyknął Inteligent i bezpardonowo przechylił się nade mną, aby zamknąć okno. – Chce pan, żebyśmy się wszyscy pozaziębiali na śmierć?

– Daj mu w ucho! – przyłączył się Osiłek.

Rozejrzałem się dookoła. Pomimo zamkniętych okien i pośpiesznie zaciągniętych firanek autobus tonął w świetle. Było ono bezlitosne. Wzdrygnąłem się na widok otaczających mnie postaci. Ich nieruchome twarze zamiast nadziei wyrażały beznadziejną stagnację. Jedne z nich były wychudłe, inne pucołowate, jedne patrzyły bezmyślnie i dziko, inne tonęły bez reszty w marzeniach – wszystkie jednak robiły wrażenie zniekształconych i wyblakłych. Zdawało się, że w coraz jaskrawszym świetle w końcu rozpadną się i przestaną istnieć. Nagle, w lusterku na końcu autobusu, zobaczyłem własną twarz.

Światło wciąż przybierało na sile.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?