Nie powiem

Tekst
Autor:Clare Empson
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Cztery miesiące temu: Catherine

Nie rozmawiamy przez cały wieczór, dopóki dzieci nie pójdą spać, zmęczone jedzeniem (Sam ugotował makaron, kiedy Julia wreszcie się wyniosła; nie mam pojęcia, jak mu się to udało), morskim powietrzem i pewnie też kłębiącymi się wokół emocjami zanieczyszczającymi powietrze. Mój głos rozcina ciszę jak żyletka.

– Masz romans?

– Nie. Boże, nie. Tylko jeden raz. Byłem pijany. Nie jestem w stanie spojrzeć w lustro.

– Kiedy to się wydarzyło?

– Na przyjęciu wielkanocnym dla nauczycieli.

– Tylko wtedy? Jednorazowa przygoda – cedzę przez zaciśnięte zęby – a ona tak od razu się w tobie zakochała bez pamięci? Gówno prawda. Nie wierzę ci.

– Przepraszam. Tak mi…

Podnoszę dłoń, nakazując mu zamilknąć.

– Gdzie? Gdzie to zrobiliście?

– W pokoju nauczycielskim.

– Na kanapie? Na podłodze?

Desperacko domagam się szczegółów, choć sama nie wiem dlaczego. Sam odwraca się ode mnie. Ramiona uginają mu się pod ciężarem rozpaczy.

– Odpowiedz mi, Sam. Muszę to wiedzieć.

– Pod ścianą – wyznaje w końcu tak cicho, że ledwo go słyszę.

Nagle ten obraz wypełnia mi umysł: mój mąż i jego kochanka, kobieta, która jeszcze godzinę temu była w naszym domu. Opadam na kolana, kryję twarz w dłoniach.

– Sam, to jakiś koszmar. Poszedłeś do niej…

Sam klęka przede mną, chwyta mnie za nadgarstki i zmusza, żebym na niego spojrzała.

– Nigdy nie pragnąłem nikogo poza tobą – mówi, ale wyrywam mu się i odwracam wzrok.

Mija kilka minut, a każda trwa godzinę. Leżę na podłodze zwinięta w kłębek, gorące łzy wsiąkają w nowy dywan, kupiony zaledwie trzy tygodnie temu w salonie we Frome. A potem chowam się w łazience, zamykam się na klucz. Zza drzwi dobiega głos Sama. Mówi cicho, żeby nie obudzić dzieci, ale w jego słowach pobrzmiewa bezwzględna desperacja.

– Błagam, wyjdź. Pozwól mi to wytłumaczyć. Błagam.

Och, jakie to wszystko przewidywalne. Banał za banałem, a każdy nudny do łez. Rozwalone małżeństwo w wieku trzydziestu czterech lat, zdrada, a do tego jeszcze kochanka z obsesją, żeby dodać całej sprawie rumieńców. Ale najgorsze jest to obrzydzenie, które czuję do samej siebie, nie do Sama czy Julii. W głębi duszy zawsze wiedziałam, że to się wydarzy i że to będzie moja wina.

Myślę o tamtym wieczorze podczas naszego miesiąca miodowego (dwa tygodnie w willi w Antibes na południu Francji, prezent od mojego ojca), kiedy Sam wypił po kolacji za dużo brandy. Siedzieliśmy w jednej z tych eleganckich restauracji z białymi obrusami i sztabem kelnerów obserwujących nasz każdy ruch. Aż nagle Sam zaczął płakać – Sam, który przez cztery lata, odkąd go poznałam, nie uronił ani jednej łzy, nawet po śmierci mojej matki.

– Boże, co się stało? – zapytałam.

– Nie jestem pewien, czy to mnie tak naprawdę kochasz – wyznał głosem ciężkim od brandy. Nie padło twoje imię; nigdy go nie wypowiadamy. Sam powiedział, że znalazł nasze zdjęcie, zrobione podczas ostatniego roku studiów. Siedzieliśmy przy stole na jakichś urodzinach, wszyscy się śmiali albo uśmiechali. Wszyscy poza mną.

– Jesteś na nim taka smutna – westchnął. – A przecież byliśmy znów razem dopiero od kilku miesięcy. Jeśli rzeczywiście mnie wybrałaś, to dlaczego byłaś taka nieszczęśliwa?

– Sam, moja matka umierała – odparłam, choć nie było takiej potrzeby. Ze wszystkich ludzi na świecie on najlepiej wiedział, co się wtedy działo w moim życiu.

– Oczywiście, wiem o tym. Ale nie wydaje mi się, żebyś wtedy myślała o niej. Masz coś takiego w oczach. Na tym zdjęciu wyglądasz, jakby cię coś prześladowało. Do dziś czasem to w tobie widzę.

Nie pamiętam zbyt dobrze tego zdjęcia, ale potrafię sobie wyobrazić, jak płonęły mi wtedy oczy, nie ze smutku, ale ze wstydu i z żalu. Kiedy cię zostawiłam, byłam wrakiem, trawionym wyrzutami sumienia i nienawiścią do siebie. Sam przyjął mnie z powrotem i postawił sobie za cel posklejać mnie w całość, kawałek po kawałku. Nie przeżyłabym bez niego. Żywiłam się jego dobrocią, jego przekonaniem o mojej wartości, ale przede wszystkim potrzebowałam go, żeby mnie chronił. Byłam samolubna do granic, ale on mi na to pozwolił. Pozwolił mi otoczyć nas kokonem, chować się w jego pokoju, skryć przed całym światem. Przez rok żyliśmy w absurdalnej izolacji, jak na bezludnej wyspie, a po studiach natychmiast się pobraliśmy i zaczęliśmy nasze doskonałe, starannie skrojone, wycięte z kartonu życie. Ale ty nigdy nie zniknąłeś, zawsze kryłeś się gdzieś pod powierzchnią.

Przygotowuję się na rozmowę, która czeka mnie po drugiej stronie drzwi do łazienki. Dociera do mnie, że Sam też musiał żyć z widmem ciebie przez te wszystkie lata, tak samo jak ja.

Siedzi u stóp łóżka. Trzyma głowę w dłoniach. Kiedy wchodzę do sypialni, podnosi wzrok i patrzy mi w oczy.

– Tak mi przykro.

– Wiem. – Siadam przy nim. – Chryste, Sam, ona jest w tobie zakochana. To przez Julię zmusiłeś nas, żebyśmy wyjechali z Londynu, prawda?

– Pomyślałem, że zaczniemy od nowa, aż w końcu uwierzę, że to się nigdy nie wydarzyło. Ale Julia nie chciała przyjąć do wiadomości, że to koniec. Oczywiście ignorowałem jej telefony. Chciałem, żeby dała mi spokój.

– Naprawdę zrobiliście to tylko raz?

– Tak. Jestem idiotą.

– Nie rozumiem. Dlaczego akurat z nią?

– Upiłem się. I byłem na ciebie zły. Znów miałaś te swoje ciche dni, cały czas przesiadywałaś w sypialni i snułaś się z kąta w kąt. Wiesz, jak tego nie znoszę, mam wrażenie, że zupełnie się ode mnie odcinasz. Wiem, że chodzi o twoją mamę, ale czasami po prostu znikasz, zamiast jakoś sobie poradzić z problemami. Nie obwiniam cię, nienawidzę siebie za to, co zrobiłem. Czułem się samotny, a Julia była akurat pod ręką. Dzięki niej zrobiło mi się lepiej. Ona mnie chciała, naprawdę mnie chciała. To było zupełnie nowe uczucie. Zachowywała się tak jak ty, kiedy się poznaliśmy, na samym początku, zanim… – Sam przerywa, twoje niewypowiedziane imię unosi się w powietrzu. – Ale potem wpadła w obsesję. Zaczęła mnie śledzić, najpierw w szkole, potem też w weekendy. Któregoś razu pojechałem z tobą do Sainsbury’s. Wybierałem wino, aż nagle zobaczyłem, że ona stoi kilka metrów dalej i na mnie patrzy. Dlatego musieliśmy się przeprowadzić. Nie byłem w stanie dłużej z tym żyć.

– Jesteś jedyną osobą, której zawsze ufałam. Wiesz o tym. Wiesz, jak bardzo cię potrzebowałam.

Łamie mi się głos. Sam wyciąga do mnie rękę, ale ignoruję jego gest. Przez chwilę siedzimy w ciszy. Myślę, że to od początku zmierzało w tę stronę. Mój mąż przez te wszystkie lata próbował ci dorównać i to zabiło nasze małżeństwo, a już na pewno zniszczyło Sama. Biedny, niewierny Sam. To nie on jest temu winien.

– Tyle razem przeszliśmy. Dwoje dzieci. Twoja mama… – Urywa, nie musi dodawać nic więcej. Mama zmarła, kiedy szarpał mną jeszcze świeży żal po utracie ciebie. Wściekle agresywny rak piersi, dziesięć miesięcy od diagnozy do pogrzebu. Trzystu żałobników w kościółku koło naszego domu w Blackheath. Sam ożenił się ze mną niedługo później. Wzięliśmy skromny, cichy ślub w tym samym przeklętym kościele – to był z jego strony gest pełen tak bezgranicznej dobroci, że trudno mi uwierzyć, w jaką stronę potoczyło się nasze wspólne życie.

– Słuchaj – zaczyna znowu Sam. – Jedziemy jutro do Kornwalii. Rodzice zajmą się dziećmi, będziemy mogli porozmawiać.

– Nie mogę tam teraz z tobą jechać. Jak możesz w ogóle o tym myśleć? Odwiedziny u twoich rodziców? W takiej sytuacji?

– Ale jeśli teraz odwołamy, to będzie im strasznie przykro. Dzieciom też.

– Boże, Sam, nie wiem, co mamy teraz zrobić. Nie spodziewałam się czegoś takiego. Może przyda nam się taka przerwa, żeby pomyśleć, co dalej.

– O czym ty mówisz? To był błąd, już nigdy więcej się nie powtórzy. Jedyne, co musimy zrobić, to spróbować zapomnieć, że to w ogóle miało miejsce.

Tym razem to ja podaję mu rękę, a Sam chwyta moją dłoń. Znów jesteśmy jednym, ciało przy ciele. Tyle razy łączył nas ten dotyk. Ale nic nie jest już takie samo.

– Oboje świetnie potrafimy chować głowę w piasek. Ale teraz musimy zadać sobie kilka pytań. Czy naprawdę jest nam razem dobrze, tak szczerze? Sam, przespałeś się z inną kobietą. I zrobiłeś to, bo nie byłeś ze mną szczęśliwy.

– Chryste, dlaczego ta wiedźma uparła się, żeby tu przyjechać? Musi za wszelką cenę zrujnować nam życie?

– Bo jest w tobie zakochana. Tak trudno w to uwierzyć?

– Też mnie kiedyś kochałaś.

– I dalej kocham.

Ale nie tak bardzo jak ciebie. Oboje zdajemy sobie z tego sprawę i właśnie to jest teraz najważniejsze, nie romans z Julią, który w jednej chwili zdewastował nasze życie z siłą huraganu.

Cztery miesiące temu: Lucian

Zebraliśmy się w Colton House na kolejny dzień zawieszenia w próżni przed pogrzebem mojej matki. Kilka słów o tej jaskini rozpusty, znanej też jako elitarny prywatny klub – tak szałowy, nowoczesny i ostentacyjnie pogardzający tradycjami country clubów, że media oszalały, kiedy otworzył się dziesięć lat temu. Od tamtej pory nieprzerwanie przyciąga strumień muzyków, celebrytów i przeżartych kokainą arystokratów. Ludzie albo uwielbiają Colton, albo go nienawidzą. Żeby zostać członkiem, należy wypełnić szalenie snobistyczny, dziesięciostronicowy formularz, który słynie z tego, że doprowadza ludzi do szału. Trzeba pokazać, że się zna, kogo trzeba, ubiera się, jak trzeba, i ma się na koncie tyle pieniędzy, ile trzeba – a skoro już mowa o pieniądzach, to lepiej nie trzymać ich byle gdzie. Najlepiej mieć konto w C. Hoare & Co., ewentualnie w innym prywatnym angielskim banku.

 

– Uroczo, klub wyłącznie dla kutafonów – skomentowała kiedyś Rachel, chociaż nie narzekała, kiedy jej własna aplikacja została rozpatrzona przez komisję poza kolejką.

Nie muszę chyba mówić, że Jack jest w radzie kierowniczej. Wszędzie, dokąd się udajemy, ktoś czegoś od niego chce. Ma zastępy oddanych fanów: nie mówię tylko o Alexie, bez powodzenia leczącej złamane serce, ani o Celii, która nadal jest nim oczarowana jak nastolatka, ani nawet o mnie, Harrym i Rachel – choć muszę przyznać, że w jego obecności towarzystwo jest zawsze w najlepszej formie. Uwielbiają go też maître d’ w Colton, wszyscy barmani, nasz wspólny listonosz („Człowiek czuje się przy nim, jakby wygrał na loterii, co?”). Ale to ja jestem z nim najbliżej.

Poznaliśmy się mojego pierwszego dnia w prywatnej szkole podstawowej, prestiżowym monstrum uczącym członków rodziny królewskiej (jedyne kryterium brane pod uwagę przez moją matkę). Rodzice na tę okazję przywieźli mnie w samochodzie dziadka, potężnej czarnej bestii, której brakowało tylko ambasadorskiej chorągiewki. Matka ubrała się jak na przyjęcie: niebotyczne szkarłatne szpilki, dobrze je pamiętam, a do tego suknia z jakimś trenem. Uznała, że musimy się pojawić co najmniej godzinę po czasie. Nawet wtedy, w wieku ośmiu lat, rozumiałem, jak ważne jest dla niej przybycie w odpowiednim stylu. Ponad wszystko pragnęła uwagi, choć jednocześnie unikała jej z doskonałą nonszalancją. Wysiadła z auta jak księżna na państwowej wizycie. Wszystkie oczy zwróciły się ku niej – bez wyjątku: matki (zwłaszcza matki) i ojcowie (szczególnie ojcowie), dyrektor zbiegający w roztrzepotanej todze po szarych kamiennych schodach (wyglądał w niej jak Wielki Ptak z Ulicy Sezamkowej), nauczyciele, chłopcy. Wiedziałem, że mój pierwszy dzień szkoły to starannie zaplanowane przedstawienie, ale wcale mi to nie przeszkadzało. Martwiło mnie coś innego – jak pożegnać się z ojcem i nie wybuchnąć płaczem. W drodze do szkoły matka przekazała mi kilka dobrych rad.

– Absolutnie żadnych łez, żadnego padania sobie w objęcia. Wyłącznie uścisk dłoni, jeśli nie masz ochoty odstawać od reszty. Chcesz być jak inni chłopcy, prawda?

Kiedy nadszedł moment pożegnania, oczywiście wyciągnąłem rękę.

– Pieprzyć to – oznajmił ojciec i wziął mnie w ramiona. Przycisnąłem twarz do jego płaszcza z drapiącej wełny. – Jeśli ktoś zrobi ci jakąś przykrość, zadzwoń do domu, to po ciebie przyjadę – dodał głośno, żeby wszyscy słyszeli.

Taki był mój ojciec. Nie obchodziło go, co ludzie sobie o nim pomyślą.

Zanim odszedł, zbliżył się do nas chłopiec mojego wzrostu, o najjaśniejszych blond włosach, jakie w życiu widziałem, i uśmiechnął się do nas pogodnie.

– Zajmę się nim – obiecał moim rodzicom. – Jestem tu od zeszłego semestru, wszystko już wiem.

To był oczywiście Jack. Od tamtego dnia staliśmy się nierozłączni. Nosiliśmy te same ubrania (a właściwie on pożyczał moje – czasami wkładał koszulę albo spodnie, które miałem na sobie dzień wcześniej). Graliśmy w te same gry – tryktraka, oczko, bartoka. Kiedy ja uczyłem się strzelać, on uczył się strzelać. Łowiliśmy ryby, graliśmy w tenisa. Kiedy dorośliśmy, wybraliśmy ten sam uniwersytet i przez trzy lata mieszkaliśmy w jednym domu. Dzień i noc, każdy weekend spędzaliśmy razem, piliśmy to samo wino, słuchaliśmy tej samej muzyki, dzieliliśmy się jedzeniem, ubraniami i pieniędzmi na moim koncie. Czy to ja byłem nim, a może on stał się mną? Odpowiedź wydawała się nam mało istotna.

Kiedy przyjeżdża do Colton, trzymając za rękę blondwłose dziecko, chwiejnie stawiające pierwsze kroki, wszystkie głowy odwracają się ku niemu. Celia idzie tuż za nimi – zauważyła ten nagły zwrot uwagi. W tej kobiecie nie ma ani odrobiny zarozumiałości. Wydaje mi się, że każde zachwycone spojrzenie uważa za potencjalne źródło zagrożenia. Dźwiga zachwyty, jakie ściąga na siebie jej olśniewający mąż, ale nigdy nie sprawia wrażenia szczególnie zadowolonej z tego stanu rzeczy.

Problem w tym, że Jack jest obłędnie przystojny – według słów Rachel – a do tego ma poczucie humoru i ubiera się jak gwiazda rocka. Dziś ma na sobie białą koszulę prosto ze sklepowego wieszaka, skórzaną kurtkę od Christiana Diora, a do tego ciemne okulary.

– Niech nam pan zaproponuje coś niesamowitego – zwraca się do kelnera, który natychmiast pojawił się tuż przy nich. – Co pan poleca? Może Margaux albo Montrachet? Jak myślicie, dziewczyny, białe czy czerwone?

Odwraca się do Celii i całuje ją w policzek.

– Odwieziesz nas, prawda, skarbie?

– Do Luciana, żebyś mógł wskoczyć na rower? – odpowiada mu ze śmiechem.

– Szczególne okoliczności. – Jack wzrusza ramionami. – Śmierć w rodzinie i tak dalej.

Prawdę powiedziawszy, nie jestem pewien, co mój przyjaciel rzeczywiście myśli o swoim nowym rodzinnym życiu. Robi z tego wielkie przedstawienie: wszyscy muszą wiedzieć, że potrafi przewinąć dziecko, zawsze chodzi z torbą do przewijania przewieszoną nonszalancko przez garnitur od Helmuta Langa. Ale mimo to spędza w moim domu niemal tyle samo czasu co w swoim własnym.

Mamy dziś w Colton ciekawą dynamikę. Ling i Harry siedzą przytuleni na małej dwuosobowej sofie, Rachel i ja obok siebie przy stole, Jack zajmuje miejsce po przeciwnej stronie, między Alexą i Celią. Całość tworzy wymowną ilustrację słabostek i występków, jakimi podszyta jest intymność naszego niewielkiego grona. Zerkam na Ling, zastanawiając się, jak wiele z tego rozumie – ile Harry jej powiedział. Czy wie na przykład o mnie i Rachel, o naszym przerywanym romansie, który zaczął się jeszcze na studiach i przynajmniej raz w roku odżywa na trzy dni gorączkowego seksu, po których jedno z nas się wycofuje? Albo że Alexa prawdopodobnie nadal jest zakochana w Jacku – a kiedy Celii nie ma w pobliżu, flirtują, patrzą sobie w oczy i śmieją się tak, jakby to oni byli młodym małżeństwem.

Dziś jednak Jack jest w szczególnie rodzicielskim nastroju. Następuje długa zabawa w „a kuku” z Freddiem, siedzącym mu na kolanie. Jack podnosi okulary i opuszcza je z powrotem na oczy, a każde idealnie wymierzone pojawienie się jego twarzy wywołuje u malucha zachwycony chichot. Za każdym razem zmienia wyraz twarzy – na zaskoczony, wyczerpany, stuknięty – a dziecko śmieje się perliście. Dobrze się sprawdza w roli ojca; nie muszę się rozglądać, by poczuć zwrócone na niego spojrzenia, nie tylko Celii, Alexy i Rachel, ale także co najmniej połowy pozostałych kobiet w pomieszczeniu. Wszystkie z zachwytem wpatrują się w blondwłosego artystę.

– Daj, ja się nim zajmę – mówi w końcu Celia. – Wiem, że już nie możesz się doczekać, aż wreszcie będziesz mógł wyjść z Lucianem na papierosa.

Rachel, Harry i Alexa właśnie wrócili z palarni, więc idę sam z Jackiem. Kiedy tylko znajdujemy się na zewnątrz, padamy sobie w objęcia. Zaczęliśmy to robić w formie żartu – witaliśmy się i żegnaliśmy przesadnie męskim niedźwiedzim uściskiem z waleniem się po plecach, ale po jakimś czasie przyzwyczailiśmy się do tego. I już tak zostało. Można powiedzieć, że to braterska miłość.

– Stresujesz się pogrzebem? – zagaduje Jack.

– Tak i nie.

Kiedy odpalamy papierosy, myślę, czy powiedzieć przyjacielowi, co naprawdę czuję. Że śmierć matki wyzwoliła we mnie pokłady żalu, skowyczące jak postać z obrazu Muncha. Że już nigdy nie zdołam jej przeprosić, że się z nią nie pogodzę, nie przekonam się, jak to jest być z nią w dobrych stosunkach – pokłóciliśmy się kilka lat po śmierci ojca i od tamtej pory prawie nie utrzymywaliśmy kontaktów.

Ale nie mogę mu tego powiedzieć – Jack znienawidził ją za to, że za mało mnie kochała. To do niego zwróciłem się po pomoc, kiedy w wieku szesnastu lat wyprowadziłem się z domu bez żadnego pomysłu, co powinienem ze sobą zrobić. To u niego i jego rodziców mieszkałem przez resztę wakacji (spędzałem czas na zmianę u niego i u wujka), to u jego rodziny czekały na mnie prezenty pod choinką i wielkanocne czekoladowe jajko, choć zaczynałem już wyrastać z takich rzeczy. Rodzina Jacka mieszkała w rozklekotanym wiejskim gospodarstwie, ojciec zawsze akurat zaczynał pracę albo ją rzucał, nowe marzenia wiecznie tratowały stare. Poświęcili wszystko, co mieli, żeby wysłać Jacka do Eton, aż skończyły im się pieniądze. Nie wiem, czy jest im za to wdzięczny – musiał dorastać wśród nieprzyzwoicie uprzywilejowanych, samemu nie mając grosza przy duszy. Wydaje mi się, że właśnie stąd wzięła się jego niepewność siebie.

– Muszę być bogaty – powiedział mi kiedyś z błyskiem w niebieskich oczach. Zaśmiałem się z jego powagi, z gorączkowej nuty w jego głosie. To był błąd.

– Ty nie masz się czym przejmować – syknął w odpowiedzi, rzucając mi pieniędzmi w twarz, jeden jedyny raz. Ale nie rozumiał, że chętnie zamieniłbym całą swoją fortunę na jego rodziców. Nie mogłem się nadziwić ich niezachwianej dobroci. Nie było poranka bez kanapek z bekonem i energicznego spaceru na szczyt stromego wzgórza; wieczorem wszyscy zasiadali przy kuchennym stole i grali w karty z niemal religijnym zaangażowaniem. I to jedzenie, Boże drogi, nigdy nie należałem do ludzi szczególnie zainteresowanych jedzeniem, ale matka Jacka naprawdę doskonale gotowała. Potrafiła wyczarować pieczeń jagnięcą z orzechami piniowymi, mając do dyspozycji jedynie rozklekotany piekarnik z poluzowanymi drzwiczkami, które trzeba było podpierać krzesłem. Ziemniaki smakowały, jakby piekła je w karmelu.

– Martwisz się o wiedźmy? – pyta Jack, rozgniatając papierosa butem. Odkąd wyprowadziłem się z domu, zawsze mówił na moją matkę i siostry Trzy Wiedźmy. Akurat czytaliśmy wtedy Makbeta.

– O wiedźmy, przyjaciół rodziny, wujów, ciotki. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz ich widziałem.

Na patio wychodzi znajomo wyglądająca kobieta. Trzyma w dłoni paczkę silk cutów.

– Hej – odzywa się, posyłając Jackowi szczególnie zalotny uśmiech. – Twoje dziecko zaraz zedrze sobie płuca!

– Dzięki za informację.

Kobieta śmieje się rozbawiona, a Jack patrzy jej w oczy kilka sekund za długo. Nie uśmiecha się, jedynie patrzy. Powstrzymałby się, gdyby tylko mógł, ale ona jest dokładnie w jego typie.

Kiedy wracamy do baru, już od progu wita nas wrzask Freddiego – kto by pomyślał, że takie małe dziecko może narobić tyle hałasu? Celia próbuje go uspokoić, choć sama wygląda na równie wytrąconą z równowagi.

– Jest zmęczony – mówi. – Zostań, zabiorę go do domu.

W jej głosie pobrzmiewa płaska, sfrustrowana nuta, ale Jack nie zwraca na to uwagi.

– Jesteś pewna? – dopytuje się tylko, prawie nie patrząc na żonę, i sięga po butelkę wina.

W tej samej chwili Alexa stuka go lekko w nadgarstek, przyciągając jego uwagę, i mówi bezgłośnie: „Lepiej jedź”, wskazując głową na Celię. Przyglądam się sekwencji emocji na twarzy przyjaciela, przechodzącej od rozczarowania do rezygnacji.

– Wiesz co, kotek, chyba pojadę z tobą – oznajmia. – Jeśli chcesz, mogę ugotować coś na lunch.

Przemiana jest natychmiastowa. Celia uśmiecha się promiennie i podaje mu Freddiego, a Jack odruchowo podejmuje zabawę, to podnosząc, to opuszczając ciemne okulary. Już po kilku sekundach mały zanosi się śmiechem, co chwila tylko przeplatanym wzburzonymi szlochami, jakby był wściekły na samego siebie, że tak łatwo dał się rozbawić.

– Wow, to było mocne – podsumowuje Rachel, kiedy Jack i Celia już znikają w huraganie fotelików samochodowych i toreb z pieluchami.

– Ale musisz przyznać, że nieźle sobie radzi, prawda? – wtrąca Alexa. – Jest świetnym tatą.

Mówi to z pełnym opanowaniem, ale wiem, że wszyscy – Rachel, Harry i ja – wychwytujemy żal, jakim podszyta jest ta uwaga. Alexa dalej go kocha; to zrozumiałe.

– Zamówimy coś do jedzenia? – proponuję, ale Alexa odmawia i wyjaśnia, że musi wracać do Londynu.

– Ustaliłam sobie kompletnie bezsensowny termin. Teraz muszę zarywać nocki jak studentka tuż przed sesją.

Alexa pracuje właśnie nad trzecią powieścią historyczną. Pisze romanse rozgrywające się w osiemnastowiecznej Anglii, coś jak Jane Austen z jajami. Gdyby na studiach ktoś zapytał mnie, jaka kariera ją czeka, na pewno bym na to nie wpadł. Trzeba jednak przyznać, że jest w tym dobra; jej książki nieźle się sprzedają.

Goście zaczynają się wykruszać. Harry i Ling wybierają się do Bath na zakupy w nowo otwartym tajskim supermarkecie.

– Robię to z absolutnie samolubnych pobudek – wyznaje Harry, opierając łokieć na ramieniu Ling; żona jest od niego niższa o dobre trzydzieści centymetrów. – Uwielbiam jej kuchnię.

Ostatecznie zostaję więc sam z Rachel. Wracamy do Shute Park na końcowe odliczanie przed pogrzebem. Przez jakiś czas siedzimy w kuchni, rozmawiamy z Mary i jemy omlety, które nam przygotowuje. Cieszę się, że Rachel tu przyjechała. Jej obecność pomaga mi utrzymać demony na wodzy.

 

– Na pewno nikt w pracy nie będzie ci robić problemów, że bierzesz tyle wolnego?

Rachel macha lekceważąco dłonią.

– Oczywiście, że nie. Co to w ogóle za praca?

Rachel zajmuje się PR-em, w najbardziej ogólnym znaczeniu tego słowa. Pracuje przede wszystkim dla mobilnej galerii sztuki – do jej zadań należy wysyłanie zaproszeń dla prasy i wkładanie pięknych sukienek na otwarcia w takich miejscach jak Weston-super-Mare w hrabstwie Somerset. Ona sama nie traktuje tego zajęcia z wielką powagą.

– Muszę dużo jeździć – wyjaśnia, kiedy ludzie pytają ją o to na przyjęciach. – W zeszłym tygodniu Loughborough. Jutro Melton Mowbray.

– Napijmy się jakiegoś naprawdę dobrego wina – proponuję. – Nastaw muzykę.

Kiedy schodzę do piwniczki, przez chwilę myślę o Jacku – przypuszczam, że wolałby się teraz znajdować tutaj. Uwielbia piwniczkę mojego wuja. Została zaaranżowana z troską zahaczającą o fanatyzm i zaopatrzona w absurdalnie wielką kolekcję win. Ludzie, których interesują takie rzeczy (nie mogę powiedzieć, żebym do nich należał), twierdzą, że to ponoć jedna z najlepszych kolekcji w kraju.

Wybieram Meursaulta, ulubione wino Rachel, premier cru z 2007, i wracam do biblioteki. Zupełnie nie jestem przygotowany na dobiegające z niej dźwięki Wild Horses. Nie chodzi tylko o album – Sticky Fingers – ale o samą piosenkę. Nie mogę jej słuchać bez myślenia o Catherine. Natychmiast staje mi przed oczami, taka młoda i taka piękna. Tańczy z zamkniętymi oczami, z rękami uniesionymi wysoko nad głową, ostatniego dnia, kiedy byliśmy razem.

Zachodzi we mnie natychmiastowa przemiana. Oczywiście Rachel natychmiast to dostrzega.

– Och, Lucian – wzdycha. Kiedy siadam przy niej na kanapie, widzę, że oczy ma pełne łez. – Nigdy o niej nie zapomniałeś, prawda?