Nie powiemTekst

Autor:Clare Empson
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Teraz

Piętnaście lat wcześniej

Cztery miesiące temu: Catherine

Cztery miesiące temu: Lucian

Piętnaście lat wcześniej

Teraz

Cztery miesiące wcześniej: Catherine

Cztery miesiące wcześniej: Lucian

Piętnaście lat wcześniej

Cztery miesiące temu: Catherine

Cztery miesiące temu: Lucian

Piętnaście lat wcześniej

Cztery miesiące temu: Catherine

Cztery miesiące temu: Lucian

Teraz

Piętnaście lat wcześniej

Cztery miesiące temu: Catherine

Cztery miesiące temu: Lucian

Piętnaście lat wcześniej

Cztery miesiące temu: Catherine

Cztery miesiące temu: Lucian

Piętnaście lat wcześniej

Teraz

Cztery miesiące temu: Catherine

Cztery miesiące temu: Lucian

Piętnaście lat wcześniej

Teraz

Cztery miesiące wcześniej: Catherine

Cztery miesiące wcześniej: Lucian

Piętnaście lat wcześniej

Teraz

Cztery miesiące wcześniej: Catherine

Cztery miesiące wcześniej: Lucian

Cztery miesiące wcześniej: Catherine

Cztery miesiące wcześniej: Lucian

Teraz

Cztery miesiące wcześniej: Catherine

Piętnaście lat wcześniej

Cztery miesiące temu: Lucian

Cztery miesiące temu: Catherine

Teraz

Piętnaście lat wcześniej

Cztery miesiące temu: Lucian

Teraz

Piętnaście lat wcześniej

Cztery miesiące temu: Catherine

Piętnaście lat wcześniej

Teraz

Cztery miesiące wcześniej: Lucian

Cztery miesiące wcześniej: Catherine

Teraz

Cztery miesiące wcześniej: Lucian

Piętnaście lat wcześniej

Cztery miesiące temu: Catherine

Cztery miesiące temu: Lucian

Cztery miesiące temu: Catherine

Cztery miesiące temu: Lucian

Teraz

Piętnaście lat wcześniej

Cztery miesiące temu: Catherine

Cztery miesiące temu: Lucian

Cztery miesiące temu: Catherine

Cztery miesiące temu: Lucian

Teraz

Cztery miesiące wcześniej: Catherine

Teraz

Cztery miesiące wcześniej: Lucian

Cztery miesiące wcześniej: Catherine

Cztery miesiące wcześniej: Lucian

Piętnaście lat wcześniej

Cztery miesiące temu: Catherine

Teraz

Cztery miesiące wcześniej: Catherine

Teraz

Podziękowania

Tytuł oryginału: HIM

Redakcja językowa: Beata Wójcik

Projekt okładki: © Kav Studio Pola Rusiłowicz

Ilustracja na okładce: © makeartnotwar /Shutterstosk

Korekta: Słowne Babki

Redaktor prowadzący: Małgorzata Hlal

Copyright © Clare Empson 2018

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-906-8


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

 

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Mutyzm selektywny: niechęć lub niemożność mówienia wywodząca się z przyczyn psychologicznych, takich jak depresja albo trauma.

Teraz

Dziś przyszła moja ulubiona pielęgniarka, ta, która łagodnie rozczesuje mi włosy i zawsze uważa, żeby się nie splątały. Starannie oklepuje mi twarz ciepłą szmatką, zamiast jak inne z zawziętą satysfakcją szorować do czerwoności. Owszem, mogłabym zareagować. Ale nigdy tego nie robię.

Podczas pracy bez przerwy do mnie mówi. Unosi mi górną wargę, żeby wyczyścić zęby delikatnymi okrężnymi ruchami, podsuwa szklankę do ust.

– No, kochanie, teraz duży łyk i wypłucz dokładnie.

Nazywa mnie „słonkiem” albo „kochaniem”, nigdy Catherine. Czasami jestem w stanie skoncentrować się przez chwilę na jej słowach, zanim senne majaki znów pociągną mnie ku tobie.

– Twoja rodzina cię dziś odwiedzi – mówi.

Moja córeczka pogładzi mi twarz małymi miękkimi rączkami, syn stanie w milczeniu przed fotelem i będzie mi się przyglądać z powagą. Mąż zacznie opowiadać, co u nich słychać. W jego głosie jak zawsze będzie pobrzmiewać nuta skrępowania. Każdemu byłoby głupio dzień po dniu gadać do ściany.

– Dzień dobry, Catherine – powie. Teraz zawsze mówi mi po imieniu.

Słonko. Catherine. Etykietki bez znaczenia. Jestem tym, kim chcą, żebym była. Zazwyczaj po prostu siedzę, a słowa unoszą się nade mną jak złote drobinki kurzu, wirujące w smudze światła.

„Powrót do zdrowia” – często używają tego zwrotu. Sam – z napięciem i cichą agresją. Psychiatra wymawia to mniej jednoznacznie, kołysząc słowa na języku, łatwo przyszło, łatwo poszło. Kto by tak tego pilnował, wydaje się mówić. Sam pilnuje. Chce wiedzieć, ile jeszcze będzie musiał czekać: tydzień, miesiąc, resztę życia? Kiedy wreszcie żona do niego wróci?

A ja płynę, dryfuję na powierzchni. Znów jestem nastolatką, mam dziewiętnaście lat, prawie dwadzieścia. Jestem kochana: absolutnie, bezwarunkowo, z pasją, która wypełnia mi kości, krew, mózg. Nie istnieje nic poza tym ciepłem, światłem, tym przeszywającym, ostrym jak promień słońca szczęściem. Tak mi tu dobrze, że chcę tylko pochwycić tę chwilę, zatrzymać ją i trwać.

– Nigdy cię nie zostawię – mówię, a ty przyciągasz mnie bliżej i zasypiamy, otuleni sobą. Przez całą noc ani razu się nie obudzę. Ale coś wyrywa mnie ze snu i już, w ułamku sekundy, świat wiruje i wszystko się zmienia.

* * *

Pielęgniarka wróciła. Mówi z akcentem, ale nie jestem jeszcze w stanie skoncentrować się na dość długi czas, żeby domyślić się, skąd pochodzi.

– Już tu są, słonko. Twoja rodzina przyjechała. Odpłynęła nam dzisiaj w świat marzeń, co, kochanie? Porozmawiajcie z nią, ona wszystko słyszy.

Daisy klęka przy mnie i kładzie mi głowę na kolanach. Czuję, jak Sam podnosi moje ręce, najpierw prawą, potem lewą, i kładzie na jej gęstych ciemnych lokach. Wyczuwam obecność Joego. Stoi jak zwykle po prawej stronie fotela. Joe już się do mnie nie odzywa.

Z początku mówił „Cześć, mamo” – najoszczędniejsze z możliwych powitań, nic więcej. W tych dwóch gorzkich słowach słyszałam cichą furię syna. Nie mogę mu pomóc, nikomu nie jestem w stanie pomóc.

Sam stoi przy oknie, jego ciemne ubranie rozmywa się na jasnym tle. Smukłym, wysokim ciałem blokuje światło, zasłaniając moje drzewo. Chciałabym, żeby się przesunął. Wystarczyłoby kilka kroków.

– Porozmawiaj z nami, Catherine. Pokaż nam, że potrafisz.

Wyraźniej niż słowa słyszę desperację w głosie Sama, a pod nią, kilka warstw głębiej, pobrzmiewa frustracja. Sam jest nieopisanie dobrym człowiekiem. Przychodzi tu dzień po dniu, choć nie ma żadnej obietnicy mojego powrotu, żadnej wyznaczonej daty, kiedy z popiskiwaniem podeszew na szpitalnym linoleum wyjdziemy na ponurą asfaltową rzeczywistość parkingu i zostawimy moje samotne drzewo za sobą. Ale słyszę też słowa, których Sam nigdy nie wypowie, milczące oskarżenie: jestem samolubna, zawzięta.

– Czyli mogłaby mówić, gdyby chciała? – zwraca się do Grega, psychiatry w nowych new balance’ach i z włosami zaczesanymi na bok.

– Niezupełnie – wyjaśnia Greg. – Fizycznie, owszem, jest do tego zdolna, ale straciła władzę nad mową. To nie jest coś, co można z własnej woli odwrócić. Musimy przyjrzeć się wszystkim przyczynom, dla których przestała mówić. To najprawdopodobniej podświadoma strategia dysocjacyjna. W ten sposób odmawia przyswajania informacji, które są dla niej nie do zaakceptowania. Catherine odcięła się od świata, bo nie potrafiła poradzić sobie z tym, co wydarzyło się tamtego dnia w Shute Park. Nie potrafi przepracować tej traumy, więc zamiast tego wypiera całe wspomnienie. Rezygnacja z mówienia jest jej sposobem na obronę.

Greg oślepia Sama medyczną terminologią, opisując zaburzenie dysocjacyjne, na które ponoć cierpię; odwołuje się nawet do Freuda.

– W dziewiętnastym wieku takie zachowania były o wiele bardziej powszechne, szczególnie wśród kobiet. Słyszał pan może o histerii? – pyta żywo, jakby to była rozmowa towarzyska. Nie widzę reakcji Sama, ale czuję, że jest zdegustowany. – Osoby cierpiące na histerię często doświadczały utraty czucia, miewały ataki albo epizody amnezji. W przypadku Catherine przybrało to postać niezdolności mówienia. Dla niej to dosłownie takie uczucie, jakby zamarzły jej struny głosowe. Fachowa nazwa to mutyzm selektywny.

Później to właśnie Greg przykucnie obok mojego fotela, aż coś mu przeskoczy w kolanach, i podsunie mi pomysł – coś, czym mogłabym się zająć, co pozwoli mi spędzać więcej czasu z tobą.

– Myślę, że wiem, gdzie jesteś, tam w głowie – mówi, a ja czuję jego uporczywe, badawcze spojrzenie, choć wyglądam przez okno, koncentruję się na swoim drzewie. – Zatrzasnęłaś się na dobre, prawda? Na samym końcu. Może pomogłoby ci, gdybyś wróciła do początku, poukładała sobie wszystkie wydarzenia we właściwej kolejności. Wiem, że to niełatwe, Catherine, ale musisz sobie jakoś uporządkować te myśli. Pomyśl, że to opowieść – mówi łagodnym, melodyjnym głosem, jakiego sama zawsze używałam, kiedy dzieci miały koszmary. – Wyobraź sobie, komu mogłabyś ją opowiedzieć.

To akurat nie sprawi mi kłopotu.

To nasza historia, twoja i moja, więc oczywiście opowiem ją tobie.

Piętnaście lat wcześniej

Od czego powinniśmy zacząć, ukochany? Może od: dawno, dawno temu była sobie dziewczyna, która nie miała pojęcia o miłości, pożądaniu ani tym szczególnym poczuciu wolności, jakie miałeś jej podarować. Przyjechała na uniwersytet z nowiutką walizką Samsonite i kompletem pościeli Cath Kidston. Jedynaczka: rozpieszczana, uwielbiana, od osiemnastu lat unosząca się w nadmuchanym helem rodzinnym triumwiracie. Zaczęła poznawać nowych przyjaciół i, jak to w bajkach bywa, jeden z nich miał się okazać jej przyszłym mężem. Wszystko przychodziło jej z łatwością: posada w studenckiej gazecie, wachlarz piątek zwalniający ją z egzaminów, gładka przemiana koleżanki z roku w najlepszą przyjaciółkę. Sześć tygodni po rozpoczęciu drugiego roku studiów, kiedy drzewa zaczynały już stroić się w złoto, karminową czerwień i bananową żółć, na ćwiczenia wtargnął nagle jakiś chłopak i zatrzęsła się ziemia. To byłeś ty.

Tamtego dnia na ćwiczeniach było nas pięcioro albo sześcioro. Siedzieliśmy w kręgu na powycieranych fotelach nie od kompletu i słuchaliśmy, jak profesor Hardman tłumaczy, że Milton przedstawia Szatana jako bohatera wojennego. Hardman miał płaski, usypiający głos i skórę o błękitnawym odcieniu, jak po ekshumacji, i mówił z zamkniętymi oczyma, zawsze trzymając się za pierś po lewej stronie, jakby obawiał się nadchodzącego ataku serca.

Drzwi otworzyły się gwałtownie i wszedłeś do sali. Miałeś na sobie wymięte wczorajsze ubranie, a włosy sterczały ci na wszystkie strony, ale nic nie byłoby w stanie ukryć twojego piękna. Każdy student w pomieszczeniu wiedział, jak się nazywasz.

– Ach, pan Wilkes. Miło, że pan do nas dołączył. Może zajmie pan miejsce obok pani Elliot – profesor wskazał na pusty fotel obok mnie – i przeczyta nam pan fragment.

Miałeś głęboki, czysty głos. Czytałeś z nadnaturalną swobodą, która u osób twojego pochodzenia zawsze wydaje się czymś oczywistym. Profesor Hardman znów zamknął oczy i wsłuchał się w nieskrępowany opis Szatana. Minęło pełne pięć minut, zanim wreszcie podniósł rękę i powiedział:

– Wspaniała recytacja, dziękuję. Ale co ten wstęp mówi nam o Szatanie?

Czułam, jak reszta grupy czeka w nadziei, że się zająkniesz, potkniesz, chluśniesz takim samym ogólnikowym bełkotem, jaki oni wyrzuciliby z siebie pod presją czasu, ale ty zamiast tego oznajmiłeś, że nie przekonuje cię obraz Szatana-bohatera, jaki kreśli Milton. Wypunktowałeś niezgrabne opisy diabła w księdze IV i V, pokazując, że w przeciwieństwie do nas przeczytałeś cały poemat i wyrobiłeś sobie własne zdanie na jego temat. Po twojej wypowiedzi nastąpiła chwila ciszy, w której wyraźnie dźwięczała nienawiść reszty grupy. Mieli pretensje o twój wygląd, pewność siebie, rzekome bogactwo, a teraz też o ten pokaz bezwzględnej, niepohamowanej inteligencji. Ale nawet wtedy, na samym początku, ja poczułam pierwsze drgania podziwu.

Kiedy po zajęciach przeszliśmy przez podwórze na ulicę, naszym oczom, ku ogólnej satysfakcji, ukazała się strażniczka miejska, wypisująca mandat dla błękitnego austina-healeya. Wszyscy wiedzieliśmy, że należy do ciebie.

– O szlag – mruknąłeś pod nosem i złapałeś mnie za ramię. – Mogłabyś chwilkę poczekać, aż się tym zajmę? Proszę. Chciałem cię o coś zapytać.

Po raz pierwszy spojrzałam ci prosto w oczy. Miały barwę jadeitu, były jednocześnie blade i niepokojąco przenikliwe.

Nie słyszałam, co do niej powiedziałeś, ale ze zdumieniem przyglądałam się, jak strażniczka słucha twojej obrony, a jej twarz powoli rozciąga się w uśmiechu. Kiedy ruszyłeś z powrotem w moją stronę, ona już darła mandat na dwoje.

– Następnym razem nie będę taka miła! – zawołała, a ty pomachałeś jej w geście podziękowania, choć ani na chwilę nie oderwałeś wzroku od mojej twarzy.

– Zawsze musi wyjść na twoje?

– Staram się, żeby tak było. A skoro już o tym mowa, zabieram cię na lunch. Teraz. Lokalizacja – niespodzianka. Odbierze ci dech.

– Przykro mi, nie mogę.

Odwróciłam się, ale znów chwyciłeś mnie za ramię.

– Co się stało? Dlaczego jesteś taka… – Przez chwilę szukałeś właściwego słowa, aż wreszcie je znalazłeś. – Nieprzystępna?

Byłeś tak zaskoczony, że nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Wątpię, żeby dziewczyny często dawały ci kosza.

– Mam zobowiązania. Praca, znajomi, różne takie.

– Daj spokój, chyba znajdziesz w grafiku godzinę na lunch?

– Widzisz, kłopot w tym, że właśnie zaczęłam się z kimś spotykać.

Głupio się poczułam, kiedy to mówiłam. Policzki mi zapłonęły. Ale ty tylko się roześmiałeś.

– Cóż, nie wiem, czego się spodziewałaś, ale ja myślałem tylko o lunchu. Owoce morza, niewykluczone, że z lampką wina. Co w tym złego?

Stałam przed tobą znieruchomiała. Chciałam iść, ale wiedziałam, że nie powinnam. Myślałam o Samie, choć pragnęłam być z tobą. Gdybym tylko wiedziała, że właśnie w tamtej chwili przyszłość przybrała twój kształt.

– Nie tym razem – oznajmiłam, jakbym odmawiała zakupu zmiotki od obwoźnego sprzedawcy.

Natychmiast zauważyłeś, że biję się z myślami, zrozumiałam to po twoim ostatnim uśmiechu, który posłałeś mi, odchodząc do bladoniebieskiego samochodu.

– Więc spróbujemy jutro – powiedziałeś na pożegnanie.

Cztery miesiące temu: Catherine

Nasze pierwsze lato na wsi było suche i gorące. Każdego ranka niebo niestrudzenie witało nas czystym błękitem, a ziemia była tak spragniona, że niemal słyszałam, jak dyszy. Sam mówi, że wybraliśmy doskonały moment na ucieczkę: mieliśmy przed sobą całe długie lato na zdobywanie wzgórz, odkrywanie plaż i badanie zakątków chrzęszczących, wyschniętych lasów naszego nowego środowiska.

– Mamy siebie, dzieci i ten cudownie zrujnowany dom. Czego jeszcze chcieć? – mówi zawsze, kiedy martwię się o nagły, dramatyczny spadek naszych dochodów. – Zaczynam nową pracę we wrześniu. A do tego czasu mamy jeszcze twoje pieniądze, gdyby coś poszło nie tak.

 

Moje pieniądze – rekompensata za raka piersi, który zabrał mi matkę czternaście lat temu, i nową kobietę, która zabrała mi ojca do Nowego Jorku. Żyje sobie teraz la dolce vita, tak jak my, z tą różnicą, że jego marzenia koncentrują się głównie na sushi, dziełach sztuki i żonie, która nosi jedwabną bieliznę od kompletu.

Opuściliśmy Londyn w pośpiechu. Minęło zaledwie sześć tygodni od dnia, w którym Sam złożył wypowiedzenie i zrezygnował ze stabilnej, dobrze płatnej pracy w prywatnej szkole, do chwili, kiedy ciężarówki firmy przeprowadzkowej zaparkowały przed rozklekotaną chatką Jasia i Małgosi w Somerset.

– Ładnie tu, muszę przyznać – powiedziałam, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam to miejsce. Zardzewiałą bramę oplatały pędy wisterii, przed frontową ścianą kipiały krzewy czerwonych, białych i malinowych róż.

Pomyślałam, że ten dom wygląda jak dziecięcy rysunek: jeden dach był słomiany, dwa pokryte dachówką, a każdy na innej wysokości. Okna były różnej wielkości, z drewnianych drzwi złaziła farba, bluszcz porastał ściany jak gęste futro. Złożyliśmy ofertę od razu. Kiedy przyszedł raport od rzeczoznawcy budowlanego, okazało się, że ściany są zawilgocone na wylot i że dom nie ma porządnej izolacji. Kupiliśmy go mimo to.

– Jedziemy do Frome po farbę – mówi Sam i całuje mnie na pożegnanie, zagarniając przy tym dzieci. – Kupimy ciasto w tej piekarni, którą lubisz.

Wiem, co robi, oczywiście. Daje mi przestrzeń. Swobodę, żebym mogła w spokoju posnuć się z kąta w kąt, poużalać nad sobą i poopłakiwać fakt, że nie mieszkamy już w Londynie, który był moim domem przez trzydzieści cztery lata i miejscem, w którym moja matka żyła i umarła – choć to właśnie ten ostatni aspekt jej istnienia najmocniej wrzyna mi się w pamięć.

Oto, co robię w chwili, kiedy zamykają się za nimi drzwi. Idę na piętro, wchodzę do naszej sypialni, otwieram drzwi szafy i zanurzam ręce w dżungli nienoszonych butów głęboko w najdalszym zakamarku. Wyciągam pudełko pełne listów, fotografii i wycinków, moje sekretne akta na twój temat. Dziś zaciskam palce na kartce A4 w linie. Ślady niebieskiego atramentu układają się w twoje pismo. Znam ten list tak dobrze, że mogłabym zamknąć oczy i go wyrecytować. Pamiętam każdy przecinek, każdy nawias. Wiem, w którym miejscu brakuje kropki, gdzie przekreśliłeś „t” podwójnie, a gdzie tylko raz. Gdybym chciała, mogłabym stworzyć doskonały falsyfikat.

Nie wrócisz do mnie, prawda? Dawniej mówiłem sobie, że wrócisz, ale teraz z każdym tygodniem czas spędzony razem z Tobą coraz bardziej przypomina mi sen. Czy Ty w ogóle jesteś prawdziwa? Rozglądam się za Tobą na ulicach, w każdym pubie, do którego wchodzę, w bibliotece, w tej śmiesznej portugalskiej kafejce, w której jedliśmy kiedyś tartaletki z kremem i starsza pani powiedziała, że jesteś Audrey Hepburn (miała rację, to przez te Twoje oczy). Nigdzie Cię nie widzę, a mimo to bez przerwy czuję Twoją obecność. Twoje włosy muskające moją twarz, ciężar Twojej dłoni w mojej własnej. Budzę się w środku nocy i słyszę Twój cichy oddech tuż obok. Odeszłaś, a mimo to jesteś przy mnie cały czas.

Ten pierwszy list – w sumie jest ich pięć – to mój ulubiony. Mogę go czytać i wyobrażać sobie, że wciąż jesteśmy tamtą dziewczyną i chłopakiem w pustej kawiarni gdzieś w Bristolu i jest blady, cichy wtorek, trochę taki jak dzisiaj. Nie było tam nikogo więcej poza kobietą przy stoliku tuż przy naszym, zgarbioną nad filiżanką herbaty. Zaproponowałeś jej tartaletkę.

– Może ma pani ochotę na jedną? – zapytałeś. – Kupiliśmy za dużo.

To nie była prawda, kupiliśmy tylko dwie, ale nawet ich nie tknęliśmy; byliśmy zbyt zajęci trzymaniem się za ręce i uśmiechaniem do siebie.

– Bardzo pan miły – odparła, a kiedy odwróciła się twarzą do nas, zobaczyliśmy, że jest bardzo stara. Jej twarz wyglądała jak koncertyna złożona tysiące razy.

– Ta pana dziewczyna to Audrey Hepburn, prawda? – spytała, a my się roześmialiśmy.

Odparłeś, że tak – nie byłeś pewien, czy nasza stareńka rozmówczyni żartuje, czy może już jej się wszystko miesza.

Kiedy czytam ten pierwszy list, mogę być po prostu sobą – ty i ja, nic nie trzeba wyjaśniać. Nie muszę powtarzać jak zepsuta pozytywka: przepraszam, przepraszam, przepraszam, to słowo odbija mi się w snach niewyczerpanym echem. Zamiast tego mogę siedzieć z twoim listem w dłoniach i przez krótką chwilę udawać. Ty i ja: w kawiarni albo na plaży. To nasz różany świt, bez choćby jednej myśli o końcu.

Trzask drzwi wejściowych gwałtownie kończy mój pobyt w świecie marzeń, prędko wciskam pudełko na dno szafy. Słyszę rytmiczne klaskanie tenisówek Daisy, biegnącej przez korytarz.

– Mamo! Wróciliśmy! – krzyczy z parteru, jakbym mogła mieć jeszcze jakieś wątpliwości.

Schodzę do kuchni, którą dopiero co pomalowałam wspólnie z Samem. Promienie popołudniowego słońca są ostre jak żyletki, odbijają się od świeżej, pokazowej bieli ścian, sufitu, podłogi, lodówki, kuchenki. Daisy rozpakowuje ciasto z brązowego kartonowego pudełka i kładzie je na dużym talerzu w kwiaty, który kiedyś należał do moich rodziców. Joe przynosi kubki z szafki, Sam nalewa wody do czajnika i patrzy mi w oczy.

– W porządku? – pyta.

Kiwam głową, bo zasadniczo wszystko ze mną w porządku.

– Idziemy jutro na plażę – oznajmia. – W Lulworth Cove mają niedużą drewnianą łódź na sprzedaż. Pomyślałem, że warto ją obejrzeć.

Nalewam herbatę do kubków. Sam kroi ciasto, po czym zsuwa po kawałku na każdy talerz, opowiadając przy tym, gdzie będziemy mogli pływać, jeśli kupimy łódkę, i na jaki kolor najlepiej ją pomalować. Mój mąż doskonale się zna na renowacji.

Kiedy dzwoni telefon i okazuje się, że to Liv, Sam podchodzi do lodówki i podaje mi kieliszek białego wina.

– Idź do salonu – mówi, niezłomnie trwając w postanowieniu, żeby poprawić mi nastrój. – Idziemy nad strumień. Nie musisz się spieszyć.

Sam ma nadzieję, że te improwizowane telefoniczne substytuty spotkania w barze zrekompensują mi fakt, że nie mieszkam już pięć minut spacerem od mojej najbliższej przyjaciółki, którą poznałam pierwszego dnia studiów. Od tamtej pory rozmawiamy niemal codziennie. Liv chce wiedzieć, co u mnie – zawsze to samo pytanie, dzień po dniu, jakby spodziewała się, że nasze wiejskie życie jakimś cudem przepoczwarzy się nagle w coś bardziej interesującego.

– Właśnie zjedliśmy ciasto i wypiliśmy herbatę – mówię. – Sam zabrał dzieci nad strumień.

– Raj na ziemi – wzdycha Liz, ale wychwytuję w jej głosie cień znużenia.

Wyobrażam sobie popołudniowe taksówki brzęczące pod jej oknami, czerwone autobusy hamujące z piskiem na rogu ulicy, żeby wypluć z siebie podróżnych obładowanych zakupami i wycieńczonych opieką nad dziećmi uwieszonymi do ich rąk. Tęsknię za tym. I o tym myślę, nasłuchując londyńskiego szumu po drugiej stronie.

– Mogłabym zatrzymać się u ciebie na weekend za dwa tygodnie? Właśnie dostałam zaproszenie od Luciana. Na to letnie przyjęcie, które organizuje co roku.

Na dźwięk twojego imienia wszystko zwalnia, jak zawsze, powietrze tężeje od chłodu i na kilka sekund tracę zdolność mowy, słowa odklejają się od znaczeń. I może to w tym miejscu nasza historia znów się zaczyna, po piętnastoletnim interludium. Zaczyna się od twojego imienia, które niespodziewanie przecina dystans między nami.

– Catherine?

– Tak, oczywiście. Zawsze jesteś tu mile widziana, przecież wiesz.

– Nie przeszkadza ci to? Że się z nim spotkam?

Zawsze, kiedy Liv planuje spotkanie z tobą, pyta, czy nie mam nic przeciwko, jakby czekała, aż wreszcie powiem prawdę. Owszem, Liv, przeszkadza mi to. Sprzeciwiam się temu każdą cząstką powietrza, która została mi w płucach. Przeszkadza mi, że ty się z nim widujesz, a ja nie. Że przez te wszystkie lata podtrzymujesz przyjaźń z nim, choć przypuszczasz, że mnie to wykańcza. Kiedy nic nie mówię, Liv rzuca mi strzępy informacji: „Ma wystawę w Bruton” albo: „Właśnie kupił mieszkanie na Oxford Gardens”. Reszty dowiaduję się z gazet, które nadal z lubością rozpisują się o tobie i twoim wąskim, nieprzeniknionym kręgu przyjaciół. Wzmianki często pojawiają się w kronikach „Daily Telegraph” albo „Evening Standard”. Czasem w rubrykach towarzyskich natykam się na twoje zdjęcie, jak palisz przed jakimś klubem albo chwytasz kieliszek szampana i talię zadbanej blondynki, z ukosa zerkając w obiektyw z mieszaniną hardości i pogardy, która nie wyblakła z biegiem lat. Nigdy się nie uśmiechasz. Blondynki też nie.

Mogłabym powiedzieć Liv o popołudniu spędzonym na piętrze w towarzystwie twoich listów, o tych samych co zawsze rozmyślaniach na temat naszego zakończenia. O tym, jak marzę, żeby je zmienić, zabarwić, przewinąć do przodu albo wstecz. Marzę, by mieć talent Sama do tworzenia, do odkrywania na nowo tego, co było, marzę, wciąż jedynie marzę.

Wiem, że noc twojego przyjęcia spędzę wśród zatruwających umysł myśli. Prawdopodobnie nałykam się środków nasennych, a rano będę czekać na starannie zdezynfekowane skrawki informacji, które wybierze dla mnie Liv.

– Był przemiły – powie. – Pytał o ciebie – doda, a moje serce znów zwolni.

Nie zapytam, co ci powiedziała, bo znam odpowiedź. Że wszystko u mnie w porządku, dzieci bardzo urosły, może też, że przeprowadziłam się do West Country, do wioski jakieś trzydzieści kilometrów od twojej. Przynajmniej hrabstwo nas łączy.

Liv będzie uważać, żeby nie wspominać przy mnie o Jacku, który mnie przeraża, ani o Rachel, bo ona z kolei wywołuje we mnie mrożącą do kości zawiść, jaką gardzę u innych ludzi. Gdyby tylko wszyscy byli tak ostrożni i taktowni jak Liz. Ale nie – beztrosko rzucają w rozmowach jego imieniem, które odcina się od innych słów jak świeża krew na śniegu – nieświadomi, że rozpętali we mnie atak paniki. Nawet Samowi czasem się to zdarza.

– Patrz, ten kutas z naszego roku – mówi, podnosząc gazetę, żeby pokazać mi zdjęcie twojego przystojnego przyjaciela o białych zębach.

– Catherine?

Jej głos zmienia ton i opada, więc już wiem, co zamierza powiedzieć.

– Wiesz, że możesz ze mną porozmawiać, prawda?

Liv nigdy nie przestała wierzyć, że ty i ja powinniśmy nadal być razem – prawdopodobnie dlatego, że nigdy nie zdołałam się zmusić do wyznania jej przyczyn, dla których się rozstaliśmy. Nawet w dniu mojego ślubu próbowała mnie przekonać do zmiany zdania.

– O wiele za późno na takie decyzje – ucięłam i poprosiłam, żeby zostawiła mnie na chwilę samą.

Z całych sił próbowałam wyobrazić sobie Sama: świeżo ogolonego, w świetnie skrojonym garniturze. Ale widziałam tylko twoją twarz. Zastanawiałam się, gdzie jesteś. Zdążyłeś już odziedziczyć Shute Park, tę wielką rodzinną rezydencję. Wyobraziłam sobie, że siedzisz nad jeziorem, ściskając w dłoni szyjkę butelki whisky, że rozmyślasz o naszych początkach, że wspominasz ten lunch na plaży w mroźny zimowy dzień. Miałam o sobie wysokie mniemanie? Pewnie tak. Prawdopodobnie nadal spałeś, splątany w pościeli z którąś ze swoich doskonałych blondynek. Ale przynajmniej zostały mi marzenia.