Halina

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Halina
Halina
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,80  51,84 
Halina
Halina
Audiobook
Czyta Maria Seweryn
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Bomba

Parcela

List

Belfrzy

Afera

Himalaj

Krüger!

Ścieżki

Szkoła

Matura

Fajfy

Kurnik

Martka

Druh

Mit

Szturm

Ślub

Alpy

Szerpa

Filar

Klub

Pik

Draka

Paszport

Dom

Kurs

Notatka

Taternicy

Szczyt

Wyrypa

Śnieg

Jul

Kamień

K2

Reisefieber

Bębny

Góry

Radio

Akcja

Raport

Kartka

PS

Podziękowania

Informacje o autorach i źródłach fotografii oraz dokumentów

Przypisy

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2019

Opieka redakcyjna: KATARZYNA KRZYŻAN-PEREK

Konsultacja: RAFAŁ NOWAK

Redakcja: PAULINA ORŁOWSKA-BAŃDO

Korekta: WOJCIECH ADAMSKI, EWA KOCHANOWICZ, MARIA ROLA, ANETA TKACZYK

Opracowanie graficzne wersji papierowej: OLGIERD CHMIELEWSKI, MAREK PAWŁOWSKI

Projekt okładki: OLGIERD CHMIELEWSKI

Fotografia wykorzystana na okładce pochodzi z archiwum rodzinnego Janusza Syrokomskiego i Marianny Syrokomskiej-Kanteckiej.

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-06774-1

Wydawnictwo Literackie bardzo dziękuje wszystkim osobom, które wypowiadają się w książce, za ich opowieści i prywatne wspomnienia – ocalają one od zapomnienia wyjątkową, nietuzinkową postać Haliny Krüger-Syrokomskiej. Dzięki nim jej portret jest tak wyrazisty, bogaty i wielobarwny.

Szczególne podziękowania składamy Panu Januszowi Syrokomskiemu i Mariannie Syrokomskiej-Kanteckiej za cenne uwagi oraz udostępnienie zbiorów bogatego rodzinnego archiwum.

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Góry? To ważne jak cholera,

ale oprócz tego jest też

inne życie.

Halina Krüger-Syrokomska

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

BOMBA

To z nią chcieli wejść na szczyt.

Chcieli ją wychować w domu z ogrodem, nauczyć kindersztuby, gry na fortepianie, języka francuskiego i jazdy konnej. Miała być symbolem ich zaradności, ambicji i zwiastunem lepszego życia.

Jak gdyby urodziła się po to, by wynieść ich wysoko do góry.

Wanda i Edmund Krzyśkowie, rodzice Haliny, snuli plany na życie w przedwojennej Warszawie, w kamienicy przy ulicy Mazowieckiej 3.

To była ulica, której atmosfera mogła sprzyjać układaniu planów, snuciu marzeń i rozwijaniu wyobraźni.

W aptece pod numerem 10 pachniało lawendą. Pod okiem prowizora farmacji Czesława Fink-Finowickiego powstawał tu pierwszy w Polsce czosnek w płynie i sporządzano mieszanki ziół według receptur tybetańskich.

W delikatesach pod jedynką rozchodził się zapach kawy z magazynu winno-kolonialnego Seweryna Briesemeistra.

Tuż obok, po sąsiedzku, pod trójką, czyli tam, gdzie mieszkali Krzyśkowie, w urządzonym w tej kamienicy domu mody Goussin Cattley, też pachniało luksusem. Sklep z sukniami, które przymierzało się na perskim dywanie, prowadziła dyktatorka mody Katarzyna Cattley.

Dywan można było kupić od sąsiada, Zygmunta Kiltynowicza. Wykładziny i kobierce, perskie i tureckie, Kiltynowicz reklamował w prasie, zachęcając do zakupu każdego, najskromniejszego nawet kobierca. Sprowadzał je z Dalekiego Wschodu, a potem sprzedawał w sklepie przy Mazowieckiej 16.

W salonie Towarzystwa Zakładów Škody, powstałego po fuzji Laurin & Klement z miasta Mladá Boleslav z koncernem Škoda z Pilzna, a mającego siedzibę w Warszawie przy Mazowieckiej 11, stało auto Hispano-Suiza – model z sześciocylindrowym silnikiem – a potem pojawiły się pierwsze Škody. Pod szesnastką, na piętrze, tuż nad składem fortepianów, znajdował się jeden z antykwariatów Abe Gutnajera. A pod dziewiątką salon radiowy i ogród letni urządziła firma Philips.

Pod dwunastką w kawiarni Mała Ziemiańska do pierwszej w nocy przesiadywała bohema, która zamawiała tort Duchesse z marcepanem, korzystała ze stojącego na stoliku aparatu telefonicznego i paliła cygara.

Pod tym samym adresem była jeszcze księgarnia, a raczej salon z książkami. Jego właściciel, Jakub Mortkowicz, chodził na co dzień w czarnej pelerynie i kapeluszu z szerokim rondem, ukazując się między półkami niczym zjawa.

„Aleja czarów” – pisał o Mazowieckiej w swojej książce o Warszawie Juliusz Wiktor Gomulicki. Zwracał uwagę na różnorodność tej ulicy, ale też na podział alei, na to, że strona z nieparzystymi numerami była jednak bardziej „wyspokojona aniżeli parzysta” i przyciągała przechodniów mniej wrażliwych „na uroki literatury i sztuki”.

„Jakże ta cała Mazowiecka była wtedy jednak atrakcyjna!” – wspominał Gomulicki przedwojenne życie alei. „Głośna, ale nie hałaśliwa. Elegancka, ale nie narzucająca się. Nieco snobistyczna, ale nie pretensjonalna. Pełna przechodniów, ale nie zatłoczona. Chodziło się nią powoli i bezpiecznie: żadnych tramwajów i tylko jeden autobus”[1][1*].

Dzień 25 września 1939 roku zmienia wszystko.

Warszawa płonie. Trwa bombardowanie miasta. Od czwartej rano aż do zmroku kilkaset niemieckich samolotów zrzuca na Warszawę bomby.

To pierwszy po wybuchu drugiej wojny światowej nalot dywanowy na europejską metropolię.

Pożary i czarne dymy, unoszące się nad stolicą, tworzą na niebie wielką ciemną chmurę. Nie widać słońca. „Piękny słoneczny dzień, gorący jak w pełni lata, bez żadnej chmurki na lazurowym niebie – zginął” – zanotował tego dnia w swoim Dzienniku obrońcy Warszawy major Zdzisław Żórawski[2].

 

Warszawiacy nie wierzą w to, co widzą.

„Samoloty niemieckie krążyły nisko całymi eskadrami – opisze potem warszawiak Józef Dąbrowa-Sierzputowski. – Co kilka minut rozlegał się warkot zniżającego lot bombowca, w jego jękliwy ton wpadał zaraz drugi, trzeci, dziesiąty...”[3]

Rozpętało się piekło. „Nad miastem krzyżowały się takie ilości pocisków, że nie można już było rozróżnić poszczególnych ich głosów – napisze major Żórawski. – Huk eksplozji stał się nieprzerwany i właściwie zapanowało nieustające dudnienie bicia w wielkie bębny, przerywane od czasu do czasu silnym uderzeniem jakiegoś bliskiego wybuchu”[4].

„Chryste, co się dzieje – notuje tego dnia w pamiętniku sanitariuszka Alina G. – Teraz dopiero jest prawdziwe piekło. Cały gmach kołysze się ciągle. Nie schodzimy jednak do schronu. Trudno. Wolę umrzeć patrząc w niebo, niż być zasypana przez gruz”.

Wychodzi na miasto. Dookoła pustka. „Wszędzie sypią się szyby. (...) Jedna z bomb wybucha na podwórzu. Widocznie mniejszy kaliber, gdyż tylko straszny lej szydzi w oczy, a dom okaleczały trzęsie się w posadach. Samolotów masa. Zda się świat się wali”[5].

Na ulicach, pod koniec dnia, błądzą poranieni ludzie, ślepi po wybuchach, brudni od czarnego pyłu. Na chodnikach leżą ciała kobiet, mężczyzn i dzieci, walają się rozszarpane zwierzęta: konie i psy. „Trupów jest tak dużo – notuje Żórawski – że nie ma mowy o usunięciu ich spod płomieni, i palą się one w tym największym krematorium świata”[6].

Ten dzień warszawiacy nazwą „czarnym poniedziałkiem”.

Ciemność, brak wody, swąd spalenizny, dym i kurz przesłonią im wszystko. Na zawsze zapamiętają mrowie osmolonych ludzi wylegających na ulice w poszukiwaniu rodzin, ratunku czy dachu nad głową albo wracających do domu w gęstym od pyłu powietrzu.

Adolf Hitler obserwuje armagedon stolicy z odległości około trzydziestu kilometrów z Grodziska Mazowieckiego. Patrzy, jak trzęsą się budynki, padają i płoną stołeczne urzędy, muzea, szpitale, kościoły. „Spłonęły: szpital św. Ducha przy Elektoralnej (700 rannych, z których poważnej części nie udało się uratować) – napisze świadek Władysław Bartoszewski – pawilony szpitala Dzieciątka Jezus, gmach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych na Nowym Świecie, Resursa Obywatelska i Muzeum Przemysłu i Techniki na Krakowskim Przedmieściu, uratowany poprzednio gmach Teatru Wielkiego, dziesiątki domów na Marszałkowskiej, Królewskiej, Chmielnej, Nowym Świecie, Świętokrzyskiej, Elektoralnej i wielu innych ulicach”[7].

Na kamienicę przy Mazowieckiej 3 też spada tego dnia bomba. W mieszkaniu są Wanda i Edmund Krzyśkowie z małą Haliną leżącą w łóżeczku oraz mama Wandy, babcia niespełna półtorarocznej dziewczynki.

Około godziny piętnastej zginą Wanda, jej matka Wanda Krauze, de domo Teichert, oraz Edmund.

Ocaleje tylko Halina.

PARCELA

Na świat przyszła w środku nocy.

„Wpół do trzeciej” – powie Edmund Krzyśko w kancelarii parafii Świętego Krzyża w Warszawie, zgłaszając godzinę narodzin córki.

To jest noc z 29 na 30 maja 1938 roku.

„O godz. 2 z rana ciepła st. 12” – informuje 30 maja na pierwszej stronie porannego wydania „Kurjer Warszawski”.

Halina rodzi się w domu przy ulicy Mazowieckiej 3. Kiedy spędza na świecie swój pierwszy poranek, „Kurjer Warszawski” donosi o kontroli w lupanarach, a także o wizycie polskiego ministra spraw zagranicznych Józefa Becka w Sztokholmie, o filmie z pobytu kanclerza Trzeciej Rzeszy Adolfa Hitlera w Rzymie oraz o katastrofie wracającego do Nowego Jorku parowca Mandalay.

„Ciała swędzenie” i wszelkie wyrzuty skórne usuwa krem Lain-Age, czyli z kogutkiem – dziennik reklamuje tę maść w wydaniu wieczornym na stronie szesnastej. Obok zaś zamieszcza informację o sprzedaży parceli w Aninie, w lesie na obrzeżach Warszawy: „Dogodne warunki kredytowe. Informacja: Zarząd Dóbr Wilanowskich, Warszawa, Marszałkowska 94, telefon 84456, godziny: 9–15 i 17.30 do 19-tej”. Ogłoszenie mogło zainteresować Edmunda, któremu właśnie powiększyła się rodzina. Z Warszawy i z Mazowieckiej, nawet z takiej kamienicy, jaką była ta pod trójką, o fasadzie w stylu empire z dwoma sfinksami po bokach frontu, Krzyśkowie chcieli uciec za miasto.

Urok życia w Śródmieściu mogła im odbierać coraz ruchliwsza w latach trzydziestych Mazowiecka, na której – jak widać na jedynym zachowanym przedwojennym zdjęciu kamienicy pod numerem 3 – kręcili się przechodnie, jeździli rowerzyści, przystawały automobile i duże powozy.

Przedwojenna Warszawa, ul. Mazowiecka 3. W tej kamienicy w roku 1938 przyszła na świat Halina.

Ktoś musiał się akurat wyprowadzać z jednego z mieszkań w kamienicy, gdy fotograf w połowie listopada 1937 roku skierował nań aparat. Na zdjęciu przed budynkiem stoi wóz firmy przewozowej Władysława Węgiełka. Przedsiębiorstwo transportowe, znane w przedwojennej Warszawie jako firma W. Węgiełek & S-ka, z siedzibą przy ulicy Trębackiej 1 (tel. 24046, 24045 lub 60421), specjalizowało się w przeprowadzkach. Napis na powozie informuje: „Przechowanie. Transportowanie Mebli”.

A to sobie ktoś wybrał moment na przeprowadzkę! Na dworze zimno i mży. Przechodnie chodzą w kapeluszach, beretach, a rowerzysta pedałuje w czapce na głowie. Czy mężczyzna w meloniku, który maszeruje właśnie Mazowiecką od strony słupa ogłoszeniowego, mieszka w tej kamienicy? Czy wie cokolwiek o zameldowanym w tym domu małżeństwie Krzyśków?

Dziś nie pamięta o nich prawie nikt, informacji można szukać jedynie w archiwach. Wynika z nich, że w chwili gdy zostają rodzicami, Wanda i Edmund są małżeństwem z dwuletnim stażem. Ślub wzięli 8 lutego 1936 roku w pobliskim kościele Świętego Krzyża na Krakowskim Przedmieściu, kilka minut pieszo od Mazowieckiej.

Późno. O dziewiętnastej. Za oknem było już ciemno.

Pobrali się w sobotni zimowy wieczór, który według prognozy pogody, podanej w „Kurjerze Warszawskim” w wydaniu porannym, miał być mroźny „z zanikającemi opadami śnieżnymi”. Gazeta donosiła tego dnia o budowie kolejki na Kasprowy Wierch i publikowała opowiadanie Aramisa zatytułowane Śnieg.

Z aktu zawarcia małżeństwa, przechowywanego dziś w Archiwum Urzędu Stanu Cywilnego w Warszawie, wiadomo, że był to ślub ewangeliczki z katolikiem, a panna młoda była starsza od pana młodego. Wanda, z domu Krauze, miała trzydzieści trzy lata, Edmund dwadzieścia dziewięć. On, kawaler, wykonywał zawód mechanika, i mieszkał przed ślubem przy Mazowieckiej 3. Ona, „panna przy matce”, była zameldowana pod piętnastką przy ulicy Emilii Plater.

Kilkanaście dni przed ceremonią, 23 stycznia, Wanda otrzymała w swoim Kościele ewangelickim dyspensę. Dzięki temu mogli się z Edmundem pobrać, stając przed ołtarzem rzymskokatolickiego kościoła.

Jak widać na jedynej zachowanej w rodzinie Haliny fotografii Krzyśków, Wanda poszła do ślubu w sukience zakrywającej dekolt, z welonem na głowie i z bukietem kalii w ręku. Edmund – w zapiętej pod szyją białej muszce. Panna młoda, z wiankiem w rodzaju diademu nisko nasuniętym na czoło, ma radosne oczy. Pan młody, brunet, z wąsem, spogląda w stronę aparatu ni to groźnie, ni zawadiacko, czarując spojrzeniem amanta.

To, że Edmund pracował jako mechanik, potwierdza Spis Abonentów Warszawskiej Sieci Telefonów Polskiej Akcyjnej Spółki Telefonicznej na rok 1935/36, w którym pod literą „K” można znaleźć jego numer telefonu (608 00). Charakter zajęcia wyjaśnia jednak dopiero reklama zamieszczona na stronie XXX w książce informacyjnej z 1939 roku pod tytułem Chrześcijańska Warszawa. Edmund proponuje tu swoje usługi jako „Specjalny Zakład Naprawy Maszyn biurowych, aparatów fotograficznych, lornetek oraz przyrządów fotograficznych”. W jego zakładzie można też było poprosić o „naprawę piór wiecznych i ołówków”.

Ojciec Haliny nie był więc mechanikiem majstrującym przy automobilach, lecz specjalistą od naprawy maszyn, aparatów, przyrządów i różnego typu urządzeń.

Wanda i Edmund Krzyśkowie, rodzice Haliny. Ich jedyne zachowane zdjęcie, 1936 r.

Podobnie jak żona nie był warszawiakiem. Urodził się w 1907 roku w Rogalinku koło Mosiny pod Poznaniem w katolickiej wielodzietnej rodzinie kowala Józefa Krzyśko i Katarzyny, z domu Nowak, którzy przybyli tam ze wsi Wymysłowo w gminie Oborniki pod Poznaniem. Miał siedmioro rodzeństwa, w tym młodszych braci – Leona, Stefana, Stanisława, oraz siostry Marię i Irenę.

Wanda pochodziła z Kujaw. Przyszła na świat w 1903 roku w ewangelickiej rodzinie Krauzów w Brześciu Kujawskim koło Włocławka, jako jedyna córka z kilkorga dzieci zduna Augusta Alberta Krauzego i jego żony Wandy Emilii, z rodziny Teichertów. Miała braci: Karola, Jana i Brunona.

Kiedy Wanda i Edmund stanęli w 1936 roku na ślubnym kobiercu, ceremonię sprawował ksiądz Michał Woroniecki. To ten sam kapłan, który po drugiej wojnie między innymi za nauczanie religii w ZSRR trafi do łagru, nie przestając tam również odprawiać mszy, za ołtarz mając szafkę nocną w więziennej sali. Świadkowali wybrani przez młodą parę dwaj mężczyźni: Karol Krauze, z zawodu urzędnik, młodszy brat panny młodej, oraz Kazimierz Kossakowski, fotograf.

Reklama zakładu Edmunda Krzyśko z 1939 r.

W książce informacyjnej z 1939 roku pod hasłem „Fotograficzne Aparaty i Przybory” tuż obok rubryki „Foto – Naprawa” z podanym telefonem Edmunda pojawia się informacja: „Kossakowski. K.J. Bracka 5”, numer telefonu 918 31[8]. Możliwe, że był to świadkujący im Kossakowski. Jeśli Edmund naprawiał sprzęt fotograficzny, musiał znać warszawskiego fotografa parającego się sprzedażą aparatów. Kazimierz Kossakowski jest być może autorem jedynego zachowanego do dziś zdjęcia małżonków Krzyśków.

Co ciekawe, kilkadziesiąt lat później Halina też zajmie się fotografią, będzie pracowała w magazynie „Fotografia” oraz zaprzyjaźni się z artystą fotografikiem o nazwisku Kossakowski. I nie będzie to jedyne zrządzenie losu w historii jej życia.

Możliwe jednak, że to Jan Krauze, drugi z młodszych braci panny młodej, zrobił ślubne zdjęcie. Domowa Książka Meldunkowa z ulicy Paca 7 z warszawskiej Pragi-Południe zdradza, że Jan również pracował jako fotograf[9].

Co robią państwo młodzi po ślubie? Wybierają się do opery na Traviatę? Występowała tego dnia Ada Sari. Do Cyrulika Warszawskiego na nową rewię z Mirą Zimińską? Jadą na narty do Zakopanego? Idą do restauracji Lejzorka na rosół albo do Małej Ziemiańskiej na kawę, szarlotkę w papilotach lub tort poziomkowy z kremem russel? Udają się na Pragę na tańce? Do domu...? Zagadka.

W tym samym kościele, w którym Wanda i Edmund biorą ślub, za dwa lata chrzczą swoją córkę.

Wybierają dla niej imiona Halina Jadwiga, a na rodziców chrzestnych Helenę Perczyńską, najprawdopodobniej sąsiadkę z Mazowieckiej 3, i młodszego o sześć lat brata Edmunda – Leona Krzyśko.

2 października 1938 roku w niedzielę rano, przed dziesiątą, kiedy wszyscy wchodzą do kościoła Świętego Krzyża, najprawdopodobniej świeci słońce na bezchmurnym niebie i jest ciepło, temperatura sięga dwudziestu stopni.

Imieniny obchodzą Danuta, Ariel i Małobąd.

„Kurjer Warszawski” w wydaniu niedzielnym na drugiej stronie znów zamieszcza reklamę: „Wawer-Anin, Adamów-Zalesie. Jasna przyszłość – to dom na własnej parceli” i informuje: „Jeszcze są do nabycia w granicach Wielkiej Warszawy tanie parcele willowe wśród lasów”.

„36 pociągów z Dworca Głównego” – kusi reklama, podając, jaki tam łatwy dojazd. „Autobus. Tramwaje. Nr.Nr. 1, 12, 19 do kolejki Grójeckiej i 23, 24 do Gocławka. Autobus do Wawra i Anina. Akty hipoteczne natychmiast. Na spłaty (kredyt 3–5 lat) i za gotówkę”. I w końcu Edmund pojedzie do Anina wybrać parcelę.

W niedzielę, 2 października 1938 roku, gdy Wanda i Edmund chrzczą Halinę, wojsko polskie wkracza na Zaolzie. Kończy w ten sposób operację odzyskania go dla Polski. Za trzy tygodnie, 24 października, dochodzi do spotkania polskiego ambasadora Józefa Lipskiego z ministrem spraw zagranicznych Niemiec Joachimem von Ribbentropem. Po tym spotkaniu polski minister Józef Beck odrzuci propozycję Ribbentropa, który chciał przyłączenia Gdańska do Trzeciej Rzeszy i wybudowania eksterytorialnej autostrady łączącej Niemcy z Prusami Wschodnimi. A potem dojdzie do zawarcia paktu Ribbentrop–Mołotow i w efekcie do agresji 1 września 1939 roku Niemiec na Polskę. Dwadzieścia pięć dni później w wyniku bombardowania Warszawy runie kamienica Krzyśków przy Mazowieckiej.

 

Wanda i Edmund nie zdążą wychować Haliny i wypełnić swoich zadań, planując „jasną przyszłość” w zielonym Aninie i wychowanie córki w najlepszych szkołach i zgodnie z zasadami kindersztuby.

Halina zdąży jedynie odziedziczyć po nich urodę, geny i kupioną w Aninie parcelę. Zostanie sierotą, pozostawioną samą sobie, niczym działka gruntu przeznaczona pod zabudowę, skazana na to, by inni wzięli w swoje ręce jej los.

Szczęście się do niej wkrótce uśmiechnie. Trafi do domu ludzi, którzy wychowają ją nie tylko tak, jak chcieli rodzice. Ci tak zwani przybrani będą ją też kochać, od najmłodszych lat zapewniać, że może sięgać w życiu po to, czego tylko zapragnie. I powtarzać, że ma w sobie wszystko, aby wspinać się na każdy szczyt.

To przyjdzie jednak z czasem.

Teraz, jesienią 1938 roku, w Warszawie jest jeszcze cisza, spokój i niebo, przez które bez problemu przebija się słońce. Rodzice ochrzczonego niemowlęcia nawet nie przypuszczają, że wkrótce nie tylko ich plany, ale też życie, legną w gruzach.

LIST

Zginą razem 25 września 1939 roku. „Zaopiekujcie się nią” – miała poprosić odkopana spod gruzów Wanda Krzyśko, która umarła chwilę później w ruinach przy Mazowieckiej 3 obok ocalałej dziewczynki.

Jej słowa nie pozostają bez odpowiedzi. Jan Krauze, fotograf, zabiera osieroconą Halinę do siebie do domu. Jest przecież siostrzenicą, córką jego siostry, zwanej w rodzinie Niunią.

W domu wuja Halina zostaje ponad rok.

O jej pobycie u Jana wiadomo tyle, że była nazywana przez jego żonę Gefę i kilkoro ich dzieci Jagódką.

W 1940 roku, w grudniu, tuż przed świętami Bożego Narodzenia, Jan dostaje list od swojej kuzynki, bezdzietnej Marii Krüger, na którą wołano w rodzinie Lilka. To jego siostra cioteczna (czyli córka siostry jego matki Wandy).

Maria pisze w liście:

„Kochany Janku.

Piszę ten list, bo chcę, abyś dokładnie wiedział, co myślę o sprawie Jagódki.

To wszystko, co tu napiszę, jest głęboko przemyślane. Nie dziwię się Tobie, że będąc przywiązanym do Niuni, chcesz zaopiekować się największą po Niej pamiątką, Jagódką. Wiem, że dla Jagódki chcesz jak najlepiej.

W tę niedzielę minie dwa tygodnie od mojej wizyty u Pani Perczyńskiej, która opowiadała dużo o Niuni i stosunku jej do Jagódki. Niunia chciała swej córeczce dać w życiu co najlepsze; od urodzenia małej wychowywała ją, jak wychowuje się dzieci w najzamożniejszych domach. Marzyła, że ją wykształci, że będzie ją uczyć muzyki itd.

Jagódce u Ciebie jest dobrze; jest ona teraz malutka i niczego jeszcze nie rozumie, ale Janku, podobno niemożliwą jest rzeczą, by kobieta mając dzieci swoje rodzone i jedno dziecko bliskie, lecz nie rodzone, mogła je jednakowo kochać.

Gdy Jagódka będzie starsza i powiecie jej, że jednak Gefa nie jest jej rodzoną matką, wtedy zacznie ona porównywać stosunek do niej i do Waszych rodzonych dzieci i chociaż byłby dokładnie taki sam, będzie miała refleksję, że może jest inny. W przyszłości dzieci Wasze też w chwili gniewu mogą Jagódce powiedzieć: «przecież to nie twoja matka rodzona, to nasza matka». Pomyśl, Janku, o tym głębiej.

Jagódka, wydaje mi się, że ma naturę Niuni, jest wrażliwa i uczuciowa. Gdyby była u mnie jedynym dzieckiem, nie przychodziłyby jej podobne myśli do głowy, bo zresztą byłaby dla mnie wszystkiem i to by odczuła.

Janku, nie możesz nawet sobie wyobrazić, jak bardzo się cieszyłam na nadchodzące święta wtedy, gdy przypuszczałam, że Jagódka będzie u mnie. Od 22 XII do 7 I będę miała dwa tygodnie wolne od pracy w szkole. Ten czas wolny mogłabym całkowicie poświęcić Jagódce, przyzwyczaić ją do siebie, uszyć bieliznę, sukieneczki, płaszczyk, w ogóle wszystko, co by jej było potrzebne.

Teraz, gdy nie chcesz mi jej dać, nie myślę już z radością o świętach.

Janku, ja «walczę» o Jagódkę tak, jakbym walczyła, gdyby mi ktoś zabrał moje rodzone dziecko, bo wierzaj mi, tym by ona dla mnie była.

W moją bezinteresowność materialną chyba wierzysz? Jagódkę mogłabym wziąć jak jest, bez żadnych specjalnych przygotowań, wszystko uszyłabym jej własnoręcznie, mam już dla niej łóżeczko, mam też pościel zapasową.

Jagódka nie chowałaby się bez dzieci, miałaby towarzystwo rówieśników, byłaby na pewno wesoła i pogodna.

Gdy jadę tramwajem i widzę dzieci w podobnym wieku, zawsze myślę, czy moja Jagódka jest starsza, czy młodsza. Przysłuchuję się rozmowie tych maleństw i wyobrażam sobie, jak by to ona wymówiła.

Janku, czy nie warto jest poświęcić coś z siebie, jeśli miałbyś pewność, że jej byłoby u mnie dobrze? Przecież ja chcę być dla niej jak matka rodzona!

Wiem, że trudno Ci jest zżyć się z myślą, że wracasz do domu, a Jagódki tam nie ma, ale, Janku, przecież możesz ją zawsze u mnie odwiedzić. Zresztą zobaczysz, że będziesz miał moralne zadowolenie, żeś się dla niej i dla mnie poświęcił.

Teraz taka zmiana dla Jagódki nie jest jeszcze przeżyciem; gorzej by było, gdyby podobna zmiana miała nastąpić w późniejszym wieku.

Nie ma dnia, bym o Jagódce nie myślała, i wydaje mi się, że zarówno Niunia, jak i Ciocia, Wasza Matka, gdyby mogły zabrać głos, też by za mną przemówiły. (...)

Chcę być dla małej kochającą matką.

Janku, gdybyś mógł zupełnie bezstronnie spojrzeć na te sprawy, na pewno doszedłbyś do wniosku, że Jagódce będzie lepiej, gdy będzie u mnie jedynym dzieckiem niż u Was jednym z kilkorga.

Wierzę, że w życiu kierujesz się sercem, i dlatego przypuszczam, że mnie zrozumiesz”.

Podpisuje się: „Twoja siostra, Lilka Krügerowa”[10].

Maria Krüger ma wówczas trzydzieści osiem lat i pracuje jako nauczycielka fizyki na tajnych kompletach w Prywatnym Żeńskim Gimnazjum i Liceum Haliny Gepnerówny w Warszawie. W tej szkole uczy też jej mąż, Henryk Krüger[2*].

W czasie wojny placówka funkcjonuje pod płaszczykiem zawodowej szkoły kapeluszniczej.

– Na ławkach leżały materiały na kapelusze, szpilki i nici – mówi Barbara Majewska-Luft, która zdawała tam wówczas maturę – a obok zeszyty, na przykład do matematyki, której uczył nas profesor Krüger. – Jeśli w szkole pojawiali się Niemcy, chowałyśmy zeszyty i udawałyśmy, że robimy kapelusze.

Liceum, a teraz oficjalnie zawodowa szkoła modystek, funkcjonowało, tak jak przed wojną, przy ulicy Moniuszki 8.

– Kapelusze w szkole też jednak robiłyśmy – tłumaczy Barbara Majewska-Luft. – Musiałyśmy umieć je szyć, żeby w razie kontroli gestapo nie wzbudzać podejrzeń. To był jedyny czas w moim życiu, kiedy chodziłam we własnoręcznie uszytym nakryciu głowy!

Maria Krüger chodziła do szkoły najwcześniej na dziesiątą.

– Zajęcia odbywały się od dziewiątej do szesnastej i zawsze pierwsza godzina była modniarska – mówi Majewska-Luft. – O dziewiątej przychodziła na lekcje modystka, która pokazywała, jak kroić, prasować i zdobić kapelusze.

Każdy poranek i wieczór Maria mogłaby więc poświęcić dziecku, a na czas pracy w szkole zostawić ją pod opieką swojej matki Emilii, siostry babci Haliny.

Jak wynika z listu, Maria pragnie zatroszczyć się o Jagódkę i dać dziecku to, co najlepsze, tak jak chciała przed wojną jej matka Wanda. Chce zająć się dziewczynką także dlatego, że wie, że nie będzie miała własnych dzieci.

Jan Krauze ulega prośbom kuzynki i jeszcze przed świętami, dwa dni przed wigilią Bożego Narodzenia, 22 grudnia 1940 roku, mała Halina, niczym prezent gwiazdkowy dla Lilki, trafia do domu Krügerów.