Nadzieja w mroku

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Roz­dział 4

Fał­szy­wa na­dzie­ja i ła­twa roz­pacz

W trak­ta­cie Das Prin­zip Hof­f­nung (Za­sa­da na­dziei) Ernst Bloch pi­sze: „Fał­szy­wa na­dzie­ja to je­den z naj­więk­szych zło­czyń­ców od­bie­ra­ją­cych moc ro­do­wi ludz­kie­mu, praw­dzi­wa na­dzie­ja zaś to jego naj­bar­dziej od­da­ny do­bro­czyń­ca”, i wspo­mi­na o „uza­sad­nio­nym nie­za­do­wo­le­niu przy­na­leż­nym na­dziei, obie bo­wiem po­sta­wy ro­dzą się z po­wie­dze­nia »nie« utra­cie”1. Gdy za­sta­na­wiam się nad ostat­ni­mi wy­bo­ra­mi pre­zy­denc­ki­mi w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, my­ślę o nie­ustan­nym roz­bu­dza­niu przez Bu­sha fał­szy­wych na­dziei – że wy­gra­my woj­nę w Ira­ku, że jego woj­ny za­pew­nią ame­ry­kań­skim oby­wa­te­lom i ca­łe­mu świa­tu bez­pie­czeń­stwo, że go­spo­dar­ka kra­jo­wa świet­nie się mie­wa (a o śro­do­wi­sku na­tu­ral­nym nie trze­ba na­wet mó­wić). Być może „na­dzie­ja” to nie­wła­ści­we sło­wo na okre­śle­nie tych ha­seł, z któ­rych wy­ni­ka, że inny świat jest być może moż­li­wy, acz zbęd­ny, a wszyst­ko zmie­rza w jak naj­lep­szym kie­run­ku – mo­że­my za­tem już wró­cić do domu i po­ło­żyć się spać. Tego ro­dza­ju sło­wa mają uspo­ko­ić i obez­wład­nić lud­ność, trzy­mać nas w od­osob­nie­niu, za­mknię­tych we wła­snych do­mach i uwie­dzio­nych bez­rad­no­ścią, tak jak mają to w zwy­cza­ju bar­dziej bez­po­śred­nio dzia­ła­ją­ce ty­ra­nie, pra­gną­ce za­stra­szyć swych oby­wa­te­li i od­izo­lo­wać lu­dzi od sie­bie.

Ad­mi­ni­stra­cja Bu­sha rów­nież po­słu­gu­je się me­to­da­mi słu­żą­cy­mi sia­niu lęku, a co cie­ka­we, lu­dzie naj­bar­dziej na­ra­że­ni na ry­zy­ko – na uni­ce­stwie­nie w wy­ni­ku wy­bu­chu bom­by ją­dro­wej w trak­cie zim­nej woj­ny, na na­pa­ści w tar­ga­nych prze­stęp­czo­ścią la­tach osiem­dzie­sią­tych XX wie­ku, a obec­nie na by­cie ce­lem ata­ków ter­ro­ry­stycz­nych, o ile ter­ro­ryzm jest w ogó­le zna­czą­cym czyn­ni­kiem ry­zy­ka – na­le­że­li do naj­mniej po­dat­nych na ów lęk. Tym­cza­sem lu­dzie, któ­rzy już żyją w od­osob­nie­niu na przed­mie­ściach czy w in­nych wy­ob­co­wa­nych oko­li­cach, z dala od prze­stęp­czo­ści, poza głów­ny­mi ce­la­mi woj­ny z ter­ro­ry­zmem, o wie­le bar­dziej pod­da­ją się owym lę­kom, któ­re są nie tyle bez­pod­staw­ne, ile nie­wła­ści­wie roz­po­zna­ne i ulo­ko­wa­ne. In­ny­mi sło­wy, sam strach jest rze­czy­wi­sty, jed­nak jego do­mnie­ma­ny obiekt – fał­szy­wy. W tym sen­sie jest to strach bez­piecz­ny, gdyż roz­po­zna­nie jego praw­dzi­wych źró­deł samo w so­bie mo­gło­by być prze­ra­ża­ją­ce, do­ma­ga­ło­by się bo­wiem za­da­nia ra­dy­kal­nych py­tań i wpro­wa­dze­nia ra­dy­kal­nych zmian. W ten spo­sób wła­śnie, jak są­dzę, fał­szy­wy lęk i fał­szy­wa na­dzie­ja sta­ły się tak uży­tecz­nym ki­jem i mar­chew­ką, pro­wa­dzą­cy­mi de­mo­kra­tycz­ną be­stię ku jej wła­snej zgu­bie.

Bush za­chę­cał swo­ich wy­bor­ców, by po­zo­sta­li śle­pi na rze­czy­wi­ste pro­ble­my świa­ta, le­wi­cow­cy zaś czę­sto­kroć ro­bią na od­wrót: tak upo­rczy­wie wpa­tru­ją się w owe pro­ble­my, że nie są w sta­nie zo­ba­czyć nic poza nimi. Z tego wzglę­du świat może się wy­da­wać po­dzie­lo­ny po­mię­dzy fał­szy­wą na­dzie­ję i bez­pod­staw­ną roz­pacz. Roz­pacz mniej od nas wy­ma­ga, jest bar­dziej prze­wi­dy­wal­na i w pe­wien smut­ny spo­sób rów­nież bez­piecz­niej­sza. Praw­dzi­wa na­dzie­ja wy­ma­ga trzeź­we­go spoj­rze­nia – na pro­ble­my na świe­cie – oraz wy­obraź­ni do­strze­ga­ją­cej po­ten­cjał ukry­ty w sy­tu­acjach, któ­re być może nie są nie­unik­nio­ne i nie do zmia­ny.

Le­wi­co­wa roz­pacz ma wie­le przy­czyn i wie­le od­mian. Są tacy, któ­rzy są­dzą, że wy­star­czy od­wró­cić ofi­cjal­ną wer­sję zda­rzeń. Ob­ja­wie­nie, że król jest nagi, to wpraw­dzie przy­zwo­ity an­ty­au­to­ry­tar­ny gest, lecz stwier­dze­nie, że wszyst­ko bez wy­jąt­ku wie­dzie pro­sto do pie­kła, nie jest wi­zją al­ter­na­tyw­ną, ale je­dy­nie od­wró­co­ną wer­sją wi­zji głów­no­nur­to­wej, zgod­nie z któ­rą „wszyst­ko jest w naj­lep­szym po­rząd­ku”. Za­tem po­raż­ka i mar­gi­na­li­za­cja są czymś bez­piecz­nym – wy­star­czy spoj­rzeć na kon­ser­wa­ty­stów rzą­dzą­cych Sta­na­mi Zjed­no­czo­ny­mi, któ­rzy na­zy­wa­ją sie­bie osa­czo­ny­mi out­si­de­ra­mi, dzię­ki cze­mu mogą zrzu­cić z sie­bie od­po­wie­dzial­ność za stan rze­czy i po­trze­bę jego zmia­ny, a jed­no­cze­śnie wy­ko­rzy­stać fakt, że po­czu­cie za­gro­że­nia zwie­ra szy­ki ich od­dzia­łów do wal­ki. Dzia­ła­cze, któ­rzy wy­rze­ka­ją się wła­snej mocy i prze­czą moż­li­wo­ści zmia­ny, w po­dob­ny spo­sób zrzu­ca­ją z sie­bie po­czu­cie obo­wiąz­ku: sko­ro ska­za­ni są na po­raż­kę, nie mu­szą nic ro­bić, a je­dy­nie za­pre­zen­to­wać się jako ci, któ­rzy prze­gra­li z ho­no­rem, a przy­naj­mniej są peł­ni cnót.

Ist­nie­ją też ob­woź­ni gło­si­cie­le wy­ra­fi­no­wa­nych teo­rii przy­pi­su­ją­cy swym prze­ciw­ni­kom nad­ludz­kie moce, któ­re ni­g­dy nie słab­ną i któ­rym nie spo­sób się z po­wo­dze­niem prze­ciw­sta­wić – ci wy­da­ją się owład­nię­ci ob­se­sją na punk­cie wro­ga, któ­ry ni­g­dy ich nie oswo­bo­dzi, choć jest on po czę­ści ich wła­sną fan­ta­zją i pu­łap­ką, w jaką sami sie­bie zła­pa­li. Są też tacy, co trak­tu­ją roz­pacz jako wy­raz so­li­dar­no­ści z uci­śnio­ny­mi, na­wet je­śli owym uci­śnio­nym nie za­wsze przy­padł­by do gu­stu taki ob­raz ich sa­mych – prze­cież mie­li ja­kieś ży­cie, za­nim sta­li się ofia­ra­mi, i czę­sto mają na­dzie­ję żyć rów­nież po tym wszyst­kim. Po­sęp­ność nie jest war­to­ścio­wym da­rem. Są też tacy, któ­rych roz­pacz ma oso­bi­ste źró­dła, a rzu­tu­ją ją na ze­wnątrz w prze­bra­niu ana­li­zy po­li­tycz­nej. Tej czę­sto to­wa­rzy­szy tę­sk­no­ta za cza­sa­mi, któ­rych albo wca­le nie było, albo dla in­nych były wręcz okro­pień­stwem, za miej­scem i cza­sem, w któ­rym to, co obec­nie roz­pa­dło się na ka­wał­ki, moż­na wy­obra­żać so­bie w po­sta­ci nie­tknię­tej ca­ło­ści. To spo­sób na unik­nię­cie spoj­rze­nia w głąb sie­bie.

Ko­lej­nym po­wo­dem po­grą­ża­nia się w po­sęp­nym smut­ku jest gra­nie pod pu­blicz­kę, bo­wiem dzi­siaj po­sła­niec złych wia­do­mo­ści ma mniej­sze szan­se zgi­nąć, niż zy­skać po­słuch, któ­ry nie­da­ny jest przy­no­szą­cym lep­sze albo bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne wia­do­mo­ści. Zglisz­cza, pie­kiel­ne ognie i nad­cią­ga­ją­ca apo­ka­lip­sa za­wsze cie­szy­ły się więk­szym po­wo­dze­niem na am­bo­nach, a apo­ka­lip­sę ła­twiej so­bie wy­obra­zić ani­że­li dzi­wacz­nie krę­te dro­gi wio­dą­ce ku temu, co rze­czy­wi­ście na­dej­dzie. A sko­ro już mowa o ogniu, wspo­mnieć na­le­ży o wy­pa­le­niu, praw­dzi­wym wy­czer­pa­niu tych, któ­rzy się sta­ra­li – choć nie­kie­dy sta­ra­li się w spo­sób gwa­ran­tu­ją­cy, że do­pro­wa­dzi ich do fru­stra­cji lub zgu­by (przy czym wy­pa­la­li się też nie­kie­dy dla­te­go, że byli oto­cze­ni przez le­wi­co­wą roz­pacz we wszyst­kich od­mia­nach, nie wspo­mi­na­jąc o tar­ciach we­wnętrz­nych).

Nie­kie­dy kur­czo­we trzy­ma­nie się po­sęp­nej wer­sji rze­czy­wi­sto­ści za­czy­na trą­cić ko­mi­zmem. Od lat sześć­dzie­sią­tych lu­dzie żyli w oba­wie przed „bom­bą po­pu­la­cyj­ną”, mal­tu­zjań­ską z grun­tu teo­rią gło­szą­cą, że li­czeb­ność miesz­kań­ców glo­bu wzro­śnie bez ja­kiej­kol­wiek kon­tro­li, że za­brak­nie za­so­bów i doj­dzie do ka­ta­stro­fy epi­de­mio­lo­gicz­nej. Gdzieś w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych sta­ło się jed­nak oczy­wi­ste, że w wie­lu czę­ściach świa­ta wskaź­nik uro­dzeń w isto­cie spa­da, a li­czeb­ność po­pu­la­cji osią­gnie szczyt – oko­ło 2025 roku, we­dle obec­nych sza­cun­ków – by na­stęp­nie spaść. Uprze­my­sło­wio­ne kra­je świa­ta, w któ­rych po­ziom kon­sump­cji za­so­bów jest naj­wyż­szy, ta­kie jak Ja­po­nia, Ka­na­da, Au­stra­lia, pań­stwa Eu­ro­py czy Ro­sja, już te­raz wy­ka­zu­ją ten­den­cję spad­ko­wą. Za­miast jed­nak cie­szyć się, że od daw­na drę­czą­cy nas pro­blem roz­wią­zał się sam (bądź w wy­ni­ku zmia­ny spo­łecz­nych oko­licz­no­ści, choć­by upo­wszech­nie­nia się ko­bie­cych praw re­pro­duk­cyj­nych), spa­dek po­pu­la­cji czę­sto trak­tu­je się jak ko­lej­ny nie­uchron­nie nad­cią­ga­ją­cy kry­zys. Sy­tu­acja ule­gła wpraw­dzie cał­ko­wi­tej zmia­nie, jed­nak sta­ra śpiew­ka wy­brzmie­wa na­dal.

Ko­niecz­ność prze­trwa­nia wy­ma­ga, by­śmy umie­li do­strzec ty­gry­sa cza­ją­ce­go się wśród drzew, za­nim za­cznie­my po­dzi­wiać pięk­no li­sto­wia. Jed­na oso­ba, któ­ra jest na nas wście­kła, sku­pia wię­cej uwa­gi ani­że­li po­zo­sta­łe osiem­dzie­siąt dzie­więć, któ­re nas uwiel­bia­ją. Pro­ble­my to na­sza spe­cjal­ność, ra­dzi­my so­bie z nimi, by prze­trwać albo by na­pra­wić świat, za­tem sta­wia­nie im czo­ła jest lep­sze niż od­wra­ca­nie się do nich ple­ca­mi, za­mia­ta­nie ich pod dy­wan czy za­prze­cza­nie ich ist­nie­niu. Sta­wia­nie im czo­ła może być ak­tem na­dziei, jed­nak tyl­ko kie­dy pa­mię­ta­my, że na pro­ble­mach świat się nie koń­czy.

Na­dzie­ja to nie bra­ma, lecz prze­ko­na­nie, że bra­ma gdzieś ist­nie­je, że ist­nie­je ja­kieś wyj­ście z obec­nych pro­ble­mów, prze­ko­na­nie ży­wio­ne, jesz­cze za­nim znaj­dzie się wła­ści­wą dro­gę i nią po­dą­ży. Ra­dy­ka­ło­wie za­do­wa­la­ją się nie­kie­dy miaż­dżą­cą kry­ty­ką ist­nie­ją­cych mu­rów za to, że są tak wy­so­kie, po­tęż­ne, nie­zdo­by­te, po­zba­wio­ne ja­kich­kol­wiek pęk­nięć i wy­ło­mów, za­miast za­jąć się szu­ka­niem przej­ścia, bądź też prze­ci­ska­ją się przez bra­mę w po­szu­ki­wa­niu ko­lej­ne­go muru. Na­dzie­ja – jak do­da­wał Ernst Bloch – tkwi w za­mi­ło­wa­niu do po­wo­dze­nia, nie do klę­ski, nie je­stem jed­nak w stu pro­cen­tach pew­na, czy za­sa­da ta do­ty­czy naj­bar­dziej do­no­śnych gło­sów na le­wi­cy. Nie­któ­rzy le­wi­cow­cy po­tra­fią po­wta­rzać wy­łącz­nie opo­wieść sta­no­wią­cą od­wrot­ną stro­nę do­mi­nu­ją­cej nar­ra­cji kul­tu­ro­wej, nie mó­wią o tym, co ni­g­dy nie prze­bi­ja się do po­wszech­nej świa­do­mo­ści i nie tra­fia na pierw­sze stro­ny ga­zet, naj­bar­dziej bo­wiem lu­bu­je­my się w tym, co gwał­tow­ne, w prze­mo­cy i ka­ta­stro­fach, po­mi­ja­my zaś wzbie­ra­ją­ce głę­bi­no­we fale, po­wol­ne przy­pły­wy i al­ter­na­ty­wy, czy­li for­my, ja­kie naj­czę­ściej przy­bie­ra wła­dza ludu. Po­nu­re za­ło­że­nie lu­dzi le­wi­cy brzmi, że wła­dza nie mówi ca­łej praw­dy, jed­nak praw­da, któ­rą sami gło­szą, jest rów­nie nie­peł­na. Za praw­dę uzna­ją wy­łącz­nie wia­do­mo­ści złe, wy­zna­cza­ją so­bie rolę po­słań­ców i w kół­ko je po­wta­rza­ją. Osta­tecz­nie w każ­dej hi­sto­rii, któ­ra wy­cho­dzi na jaw, do­szu­ku­ją się ukry­tych mi­nu­sów – na­wet w oczy­wi­stych zwy­cię­stwach, na­wet w so­bie na­wza­jem: tego ro­dza­ju skłon­no­ści upo­dab­nia­ją men­tal­nie nie­któ­rych z nich do wy­pi­su­ją­cych man­da­ty po­li­cjan­tów, albo wręcz hyc­li. (Wią­że się to, na­tu­ral­nie, z opo­zy­cyj­nym cha­rak­te­rem sa­me­go ak­ty­wi­zmu, któ­ry pro­wa­dzi do ob­se­sji na punk­cie wro­ga, a tak­że, o czym wspo­mnia­ło mi paru dzia­ła­czy na rzecz ochro­ny śro­do­wi­ska, z ko­niecz­no­ścią sto­so­wa­nia alar­mi­stycz­nych ko­mu­ni­ka­tów, by ła­twiej po­zy­ski­wać fun­du­sze i spraw­niej mo­bi­li­zo­wać so­jusz­ni­ków).

 

Nie­kie­dy tego po­kro­ju po­słań­cy złych wie­ści zda­ją się wręcz roz­mi­ło­wa­ni w klę­sce: sko­ro bo­wiem nie­ustan­nie zwia­stu­ją moż­li­wość za­gła­dy, jej zisz­cze­nie się przy­nio­sło­by im pew­ną sa­tys­fak­cję. Przy­swa­ja­ją so­bie po­twor­no­ści i za­czy­na­ją na­wet od­czu­wać z nich dumę: kosz­ma­ry i okru­cień­stwa do­wo­dzą, że mie­li ra­cję, ra­cja zaś jest dla nich naj­cen­niej­sza. To po czę­ści kwe­stia oso­bi­ste­go sty­lu: są­dzę, że taka po­nu­rość i sro­gość wy­ni­ka­ją ra­czej z cha­rak­te­ru, a nie są ele­men­tem ja­kiejś ide­olo­gii. Spo­ty­ka się bo­wiem for­my ak­ty­wi­zmu, w któ­rych waż­niej­sze jest wzmac­nia­nie wła­snej toż­sa­mo­ści niż osią­ga­nie kon­kret­nych re­zul­ta­tów, co nie­kie­dy czy­ni z le­wi­cow­ców ist­nych dzie­dzi­ców pu­ry­ta­ni­zmu. Dzie­dzi­ców w tym sen­sie, że de­mon­stro­wa­nie wła­snej cno­ty sta­je się dla nich waż­niej­sze od re­ali­zo­wa­nia okre­ślo­nych ce­lów. Po­nu­ra roz­kosz pły­ną­ca z po­tę­pia­nia wszyst­kie­go jest naj­trwal­szym ele­men­tem owej spu­ści­zny, po­dob­nie jak po­czu­cie oso­bi­stej wyż­szo­ści wy­ni­ka­ją­ce z od­ma­wia­nia so­bie wszel­kich przy­jem­no­ści. Bez­na­dziej­ność świa­ta sta­je się nie­zbęd­na, sta­no­wi bo­wiem tło, na któ­rym roz­gry­wa się dra­mat ich he­ro­icz­ne­go wy­ra­sta­nia po­nad świat.

Roz­pacz, złe wie­ści i po­sęp­ność umac­nia­ją pew­ną toż­sa­mość, któ­rą mó­wią­cy może so­bie przy­pi­sać: ko­goś do­sta­tecz­nie sil­ne­go i twar­de­go, by zmie­rzyć się z fak­ta­mi, w każ­dym ra­zie z nie­któ­ry­mi z nich (część fak­tów po­zo­sta­je bo­wiem w ukry­ciu). Wy­nik jest zwy­kle nie­pew­ny, jed­nak z ja­kichś po­wo­dów opo­wie­ści o chy­le­niu się ku upad­ko­wi i klę­sce mają więk­szą moc prze­ko­ny­wa­nia niż opo­wie­ści prze­sy­co­ne na­dzie­ją. Bud­dy­ści nie­kie­dy po­tę­pia­ją na­dzie­ję jako przy­wią­za­nie do okre­ślo­ne­go wy­ni­ku, do fa­bu­ły, do za­spo­ko­je­nia. Za ta­kim po­dej­ściem kry­je się jed­nak cał­ko­wi­cie inny ro­dzaj na­dziei: po­kła­da­nej w tym, że po­sia­da­my moc czę­ścio­wej zmia­ny świa­ta, a przy­naj­mniej w tym, że może się on jesz­cze zmie­nić, dzię­ki cze­mu nie­pew­ność i nie­trwa­łość sta­ją się grun­tem dla na­dziei.

Mury wzno­szą się i sta­no­wią uspra­wie­dli­wie­nie tego, że tkwi się w miej­scu, bra­my zaś wy­ma­ga­ją przej­ścia. Wia­ra w przy­szłość jest ry­zy­kow­na, gdyż osta­tecz­nie jest ro­dza­jem uf­no­ści po­kła­da­nej w tym, co nie­zna­ne i moż­li­we, na­wet w ze­rwa­niu i bra­ku cią­gło­ści. Trwa­nie w na­dziei ozna­cza przy­bie­ra­nie in­nej po­sta­ci, go­dzą­cej się z ry­zy­kiem roz­cza­ro­wa­nia i zdra­dy, a ta­kich ogrom­nych roz­cza­ro­wań ostat­ni­mi laty świat przy­niósł nam wie­le. Wy­da­wa­ło się, że nie­gdyś taka po­sęp­na opo­wieść czer­pa­ła z wia­ry w ja­kąś jed­no­znacz­ną nar­ra­cję, w ideę, że wszyst­ko zmie­rza w okre­ślo­nym kie­run­ku, a sko­ro nie wszyst­ko jest w oczy­wi­sty spo­sób do­bre, musi być złe. „De­mo­kra­cja zna­la­zła się w opa­łach” – taką for­mu­łą otwo­rzył swo­je prze­mó­wie­nie je­den z wy­bit­nych dzia­ła­czy. Bez wąt­pie­nia za­wie­ra­ła ona ziar­no praw­dy, nie­mniej praw­dą jest rów­nież to, że de­mo­kra­cja roz­kwi­ta zu­chwa­le na wie­le róż­nych no­wych spo­so­bów, w od­dol­nych ru­chach ro­dzą­cych się na ca­łym świe­cie.

Waż­ne, by po­tę­piać wzno­sze­nie mu­rów i opi­sy­wać ich nie­do­stęp­ność. Za­nim za­cznie się le­czyć cho­ro­bę, na­le­ży ją prze­cież zdia­gno­zo­wać. Ale nie trze­ba znać le­kar­stwa przed po­sta­wie­niem dia­gno­zy. Dla­te­go gło­sze­nie złych wie­ści może oka­zać się zba­wie­niem i pierw­szym kro­kiem na dro­dze wio­dą­cej ku na­dziei, o ile o wie­ściach tych moż­na bę­dzie za­po­mnieć, gdy na­dej­dzie do­god­na pora, gdy świat się zmie­ni. Trze­ba bo­wiem umieć się­gać wzro­kiem da­lej, spo­glą­dać w inną stro­nę.

Po­li­tycz­na czuj­ność bez ak­ty­wi­zmu ozna­cza przy­glą­da­nie się spu­sto­sze­niom ze wzro­kiem zwró­co­nym ku cen­trum wy­da­rzeń. Już sam ak­ty­wizm ro­dzi na­dzie­ję, gdyż sta­no­wi pew­ną al­ter­na­ty­wę i od­wra­ca nas od znisz­czeń w cen­trum, by­śmy sta­nę­li twa­rzą w twarz z nie­by­wa­ły­mi moż­li­wo­ścia­mi, z bo­ha­te­ra­mi i bo­ha­ter­ka­mi cze­ka­ją­cy­mi gdzieś na ubo­czu, a nie­kie­dy u na­sze­go wła­sne­go boku. Ta­kie ro­zu­mie­nie na­dziei jest na­der nie­wy­god­ne dla nie­któ­rych rze­ko­mych po­stę­pow­ców umiej­sco­wio­nych gdzieś bez­piecz­nie w ten czy inny spo­sób. Być może po pro­stu nie jest to ich opo­wieść, być może na­dzie­ja wy­ma­ga od nich wię­cej niż roz­pacz. Nie­kie­dy wręcz trak­tu­ją oni his­to­rie o zwy­cię­stwie czy szan­sach jako wy­raz nie­czu­ło­ści. Ko­lej­nym bo­wiem zna­mie­niem pu­ry­tań­skie­go dzie­dzic­twa jest prze­ko­na­nie, że nikt nie po­wi­nien za­zna­wać ra­do­ści ani do­stat­ku, póki nie za­zna­ją go wszy­scy po­zo­sta­li; prze­ko­na­nie z jed­nej stro­ny bez­dusz­ne, bo przy­zwa­la na nę­dzę, i złud­ne z dru­giej, gdyż wy­ra­ża ocze­ki­wa­nie na zisz­cze­nie się po­wszech­nej uto­pii. Ra­dość wdzie­ra się jed­nak tu i ów­dzie nie­za­leż­nie od wszyst­kie­go, ob­fi­tość spły­wa nie­pro­szo­ną falą. Ro­ger Ca­se­ment, zna­mie­ni­ty orę­dow­nik praw czło­wie­ka i ir­landz­ki dzia­łacz na­ro­do­wy, sto lat temu za­jął się okrut­ny­mi tor­tu­ra­mi i lu­do­bój­stwem, do któ­rych do­szło w po­łu­dnio­wo­ame­ry­kań­skim le­sie desz­czo­wym Pu­ta­mayo, i roz­po­czął kam­pa­nię na rzecz ich za­koń­cze­nia. Pod­czas tej po­nu­rej mi­sji znaj­do­wał on jed­nak rów­nież czas, co ujaw­nia­ją jego dzien­ni­ki, na po­dzi­wia­nie przy­stoj­nych miej­sco­wych i uga­nia­nie się za fan­ta­stycz­nie ko­lo­ro­wy­mi lo­kal­ny­mi mo­ty­la­mi. Ra­dość nie jest zdra­dą ak­ty­wi­zmu, ale go wspie­ra. A w zma­ga­niach z po­li­ty­ką, któ­ra dąży do tego, by wzbu­dzić w nas jak naj­więk­szy lęk, by­śmy czu­li się wy­ob­co­wa­ni i osa­mot­nie­ni, ra­dość jest do­sko­na­łym za­cząt­kiem po­wsta­nia.

Roz­dział 5

Hi­sto­ria ciem­no­ści

Wy­obraź­my so­bie świat jako te­atr. Na środ­ku sce­ny roz­gry­wa­ją się dra­ma­ty naj­po­tęż­niej­szych i naj­zna­mie­nit­szych oso­bi­sto­ści. Tra­dy­cyj­ne wer­sje hi­sto­rii, po­pu­lar­ne źró­dła in­for­ma­cji za­chę­ca­ją nas, by­śmy utkwi­li wzrok w owej sce­nie. Oświe­tla­ją­ce ją re­flek­to­ry rzu­ca­ją blask tak ja­sny, że czy­nią nas śle­py­mi na oka­la­ją­cy nas sa­mych mrok i spra­wia­ją, że trud­no od­wza­jem­nić spoj­rze­nia bliź­nich sie­dzą­cych obok, do­strzec wyj­ście z wi­dow­ni, przez przej­ście mię­dzy rzę­da­mi, za ku­li­sy, na ze­wnątrz, w mrok bę­dą­cy po­lem dzia­ła­nia in­nych po­tęg. Więk­szość lo­sów świa­ta prze­są­dza się na sce­nie, w świe­tle re­flek­to­rów, a gra­ją­cy na niej ak­to­rzy prze­ko­nu­ją, że poza tym miej­scem, poza nimi, nie ma nic wię­cej.

Nie­za­leż­nie od pe­ry­pe­tii uka­za­nych na sce­nie i od ich re­zul­ta­tu, na na­szych oczach nie­odmien­nie roz­gry­wa się tra­ge­dia – nie­spra­wie­dli­we­go po­dzia­łu wła­dzy i na­zbyt po­wszech­ne­go mil­cze­nia tych, któ­rzy przy­sta­li na rolę wi­dow­ni, i pła­cą cenę za ten dra­mat. De­mo­kra­cja przed­sta­wi­ciel­ska opie­ra się na idei, że pu­blicz­ność ma wy­bie­rać ak­to­rów, ci zaś – cał­kiem do­słow­nie – prze­ma­wiać mają w na­szym imie­niu. W prak­ty­ce roz­ma­ite po­wo­dy po­wstrzy­mu­ją wie­lu od uczest­nic­twa w tym wy­bo­rze, inne siły, ta­kie jak pie­niądz, wy­pa­cza­ją na­sze de­cy­zje, na sce­nie zaś na­zbyt wie­lu ak­to­rów znaj­du­je inne mo­ty­wa­cje – lob­by­stów, wła­sny in­te­res, kon­for­mizm – by nie re­pre­zen­to­wać dłu­żej tych, któ­rzy ich wy­bra­li.

Przyj­rzyj­my się jed­nak czyn­ni­kom, któ­re wy­wie­ra­ją prze­myśl­ne po­li­tycz­ne na­ci­ski poza ob­rę­bem tej sce­ny i zmie­nia­ją ak­cję to­czą­ce­go się na niej dra­ma­tu. Z miej­sca, któ­re na­uczo­no nas po­mi­jać i lek­ce­wa­żyć, do­by­wa­ją się opo­wie­ści zmie­nia­ją­ce świat, i to tu­taj kul­tu­ra ma moc kształ­to­wa­nia po­li­ty­ki, a zwy­kli lu­dzie mają siłę, by świat zmie­niać. Nie­trud­no zo­ba­czyć zdu­mio­ne, zmar­twio­ne twa­rze ak­to­rów na sce­nie, gdy to uli­ce sta­ją się sce­ną albo gdy na­gle po­ja­wia­ją się nie­upo­waż­nio­ne oso­by, by za­kłó­cić za­pla­no­wa­ny prze­bieg spek­ta­klu.

Mie­siąc czy dwa przed de­cy­zją ad­mi­ni­stra­cji Bu­sha i Bla­ira o roz­po­czę­ciu bom­bar­do­wań Bag­da­du, Jo­na­than Schell opu­bli­ko­wał książ­kę The Un­co­nqu­era­ble World: Po­wer, No­nvio­len­ce, and the Will of the Pe­ople. Prze­ko­ny­wał w niej do­bit­nie do no­we­go spo­so­bu poj­mo­wa­nia zmia­ny i wła­dzy. Jed­ną z jego naj­waż­niej­szych ob­ser­wa­cji było to, że zmia­na waż­na dla re­wo­lu­cji do­ko­nu­je się naj­pierw w wy­obraź­ni. Hi­sto­ria zwy­kle za­uwa­ża co­kol­wiek, do­pie­ro gdy za­czy­na się ak­cja, Schell cy­tu­je jed­nak Joh­na Adam­sa, któ­ry twier­dził, że ame­ry­kań­ska re­wo­lu­cja „tkwi­ła w ludz­kich umy­słach i we wspól­no­cie zjed­no­czo­nych ko­lo­nii, i do­ko­na­ła się w nich, jesz­cze za­nim pod­ję­to dzia­ła­nia zbroj­ne”1. Tho­mas Jef­fer­son zaś kon­klu­do­wał: „Wszyst­ko do­ko­na­ło się mię­dzy ro­kiem 1760 a 1775, w cią­gu pięt­na­stu lat, za­nim prze­la­no pierw­szą kro­plę krwi w Le­xing­ton”.

Ozna­cza to bez wąt­pie­nia, że naj­bar­dziej fun­da­men­tal­na zmia­na, ta, z któ­rej bio­rą się wszyst­kie ko­lej­ne, jest naj­trud­niej­sza do wy­tro­pie­nia. Że po­li­ty­ka wy­ra­sta z roz­prze­strze­nia­nia się idei i kształ­to­wa­nia wy­obra­żeń. Że dzia­ła­nia sym­bo­licz­ne i kul­tu­ro­we mają re­al­ną po­li­tycz­ną moc. Ozna­cza to rów­nież, że li­czą­ce się zmia­ny do­ko­nu­ją się nie tyl­ko na sce­nie, w ra­mach ak­cji, lecz rów­nież w umy­słach tych, któ­rych upar­cie pró­bu­je się przed­sta­wiać wy­łącz­nie jako wi­dzów czy nie­mych świad­ków. Li­czą­ca się re­wo­lu­cja to taka, któ­ra do­ko­nu­je się w wy­obraź­ni; roz­ma­ite­go typu zmia­ny idą w ślad za nią; jed­ne są stop­nio­we i nie­zau­wa­żal­ne, inne gwał­tow­ne i wy­ni­ka­ją z za­żar­tych kon­flik­tów – sło­wem, re­wo­lu­cja nie­ko­niecz­nie przy­po­mi­na re­wo­lu­cję.

Schell pi­sze, że Sta­ny Zjed­no­czo­ne prze­gra­ły woj­nę w Wiet­na­mie dla­te­go, że nie mo­gły, mimo nie­by­wa­łej prze­wa­gi woj­sko­wej, po­ko­nać ludu tego kra­ju, a osta­tecz­nie utra­ci­ły za­ufa­nie i po­par­cie wła­snych oby­wa­te­li: „Oka­za­ło się, że w no­wym świe­cie po­li­tycz­nie i czyn­nie za­an­ga­żo­wa­nych lu­dzi de­cy­du­ją­ce zna­cze­nie ma nie tyle naga siła, ile wola zbio­ro­wa owych lu­dzi”2. In­ny­mi sło­wy, wia­ra może oka­zać się sku­tecz­niej­sza od prze­mo­cy. Prze­moc to wła­dza pań­stwa; wy­obraź­nia i wy­rze­cze­nie się prze­mo­cy – to wła­dza spo­łe­czeń­stwa oby­wa­tel­skie­go.

Jak prze­ko­nu­je Schell, w ostat­nim stu­le­ciu tak­ty­ka od­rzu­ca­nia prze­mo­cy nie­ustan­nie ro­śnie w siłę, prze­ciw­dzia­ła­jąc woj­nom i okru­cień­stwu, dzię­ki cze­mu zwy­kli oby­wa­te­le i oby­wa­tel­ki są w sta­nie wy­wal­czyć so­bie co­raz wię­cej wła­dzy. Choć jego tezę wy­śmia­no przy akom­pa­nia­men­cie salw roz­po­czy­na­ją­cych woj­nę w Ira­ku, nie­we­so­łe losy tego kon­flik­tu i to­wa­rzy­szą­cy mu na­ra­sta­ją­cy na ca­łym świe­cie sprze­ciw je­dy­nie ją po­twier­dzi­ły. To ogrom­nie obie­cu­ją­ca po­sta­wa, któ­ra dia­gno­zu­je od­rzu­ce­nie prze­mo­cy i jego zna­cze­nie nie tyl­ko w In­diach w cza­sach Gan­dhie­go czy na po­łu­dniu Sta­nów Zjed­no­czo­nych za Mar­ti­na Lu­the­ra Kin­ga, lecz rów­nież w tych za­kąt­kach świa­ta, gdzie nie­wie­lu je do­strze­gło. (Wśród naj­śwież­szych przy­kła­dów za­koń­czo­ne­go po­wo­dze­niem bez­po­śred­nie­go dzia­ła­nia bez uży­cia prze­mo­cy znaj­dzie­my oba­le­nie Mi­lo­še­vi­cia przez bel­gradz­kich stu­den­tów i stu­dent­ki dzię­ki cier­pli­wie po­dej­mo­wa­nym przez nich ak­cjom ulicz­nym w tym mie­ście, gdy za­wio­dły siły mię­dzy­na­ro­do­we; zmu­sze­nie do dy­mi­sji pre­zy­den­ta Bo­li­wii, do­ko­na­ne przede wszyst­kim przez miej­sco­wych chło­pów i chłop­ki; wy­rzu­ce­nie przez Por­to­ry­kań­czy­ków pół­noc­no­ame­ry­kań­skiej flo­ty wo­jen­nej z Vie­qu­es oraz po­wstrzy­ma­nie pro­ce­su pry­wa­ty­za­cji sys­te­mu eme­ry­tal­ne­go i prze­my­słu ener­ge­tycz­ne­go w Mek­sy­ku dzię­ki ogrom­nym ulicz­nym de­mon­stra­cjom). To po­win­no nam nie­ustan­nie przy­po­mi­nać, że mamy moc zmie­nia­nia świa­ta. Schell kon­ty­nu­uje:

 

W ser­cach i umy­słach jed­no­stek do­ko­nu­je się zmia­na; ci, któ­rzy ją prze­szli, za­czy­na­ją trosz­czyć się o sie­bie na­wza­jem; in­nym do­da­je to śmia­ło­ści, wza­jem­nie za­ra­ża­ją się od­wa­gą; „nie­moż­li­we” sta­je się moż­li­we; nie­zau­wa­żal­nie ry­chło sta­je się fak­tem, w zdu­mie­nie wpra­wia­jąc za­rów­no ak­to­rów, jak i ich prze­ciw­ni­ków; i nie­spo­dzia­nie, bły­ska­wicz­nie ni­czym myśl – któ­rej prze­obra­że­nie w isto­cie wpra­wi­ło w ruch cały pro­ces – daw­ny ustrój, jesz­cze chwi­lę temu tak im­po­nu­ją­cy, roz­wie­wa się ni­czym mara3.

Ostat­ni­mi cza­sy ob­ro­dzi­ła li­te­ra­tu­ra po­świę­co­na na­dziei. W roku 1785 nikt w Wiel­kiej Bry­ta­nii nie my­ślał o nie­wol­nic­twie z wy­jąt­kiem sa­mych nie­wol­ni­ków, wy­zwo­leń­ców i paru kwa­krów, a tak­że nie­licz­nych ewan­ge­li­ków o mięk­kim ser­cu. W swej książ­ce z 2005 roku Po­grze­bać kaj­da­ny Adam Hoch­schild snu­je opo­wieść o tym, jak kil­ku­na­stu dzia­ła­czy na rzecz znie­sie­nia nie­wol­nic­twa zgro­ma­dzi­ło się w lon­dyń­skiej dru­kar­ni pod ad­re­sem 2 Geo­r­ge Yard, nie­opo­dal dzi­siej­szej sta­cji me­tra Bank4. Od tego mo­men­tu garst­ka lu­dzi peł­nych na­dziei zdo­ła­ła zbu­do­wać ruch, któ­ry w cią­gu na­stęp­ne­go pół­wie­cza do­pro­wa­dził do znie­sie­nia nie­wol­nic­twa na te­re­nie Im­pe­rium Bry­tyj­skie­go, i wznie­ci­ła ruch abo­li­cjo­ni­stycz­ny ma­ją­cy po­ło­żyć kres nie­wol­nic­twu w Sta­nach Zjed­no­czo­nych oko­ło ćwierć wie­ku póź­niej. Do pew­ne­go stop­nia opo­wieść ta do­ty­czy wy­obraź­ni i upo­ru kil­ku głów­nych po­sta­ci. Do­ty­czy jed­nak rów­nież zmia­ny, jaka za­szła w ser­cach, dzię­ki cze­mu wy­star­cza­ją­ca licz­ba lu­dzi uwie­rzy­ła wresz­cie, że nie­wol­nic­two to okru­cień­stwo, któ­re­go nie da się dłu­żej zno­sić, z któ­rym pora skoń­czyć, nie­za­leż­nie od tego, ja­kie zy­ski z tej in­sty­tu­cji czer­pa­li naj­po­tęż­niej­si lu­dzie ów­cze­sne­go świa­ta i jak żar­li­wie sta­wa­li w jej obro­nie. To per­swa­zje, ka­za­nia, ar­ty­ku­ły w ga­ze­tach, pam­fle­ty i dys­ku­sje do­pro­wa­dzi­ły do zmia­ny opi­nii pu­blicz­nej: waż­ne były opo­wie­ści, same de­cy­zje bo­wiem po­dej­mo­wa­no głów­nie w Lon­dy­nie (nie bez zna­cze­nia były też re­la­cje świad­ków i bun­ty nie­wol­ni­ków wy­bu­cha­ją­ce za gra­ni­cą). Akty okru­cień­stwa po­zo­sta­wa­ły poza za­się­giem wzro­ku więk­szo­ści. Wy­ma­ga­ło pew­nej dozy wy­obraź­ni, współ­czu­cia oraz wie­dzy, by po­sta­wić so­bie za cel znie­sie­nie nie­wol­nic­twa, a na­stęp­nie od­nieść zwy­cię­stwo. W cią­gu tych pię­ciu de­kad sprze­ciw wo­bec nie­wol­nic­twa z po­sta­wy ra­dy­kal­nej zmie­nił się w sta­tus quo.

W na­szych cza­sach opo­wie­ści to­czą się jesz­cze szyb­ciej. Mniej niż czte­ry de­ka­dy za­ję­ła zmia­na sta­tu­su homo­sek­su­ali­zmu, któ­ry wcze­śniej za­li­cza­ny był do prze­stępstw lub za­bu­rzeń psy­chicz­nych, a stał się jed­nym z sze­ro­ko ak­cep­to­wa­nych zja­wisk co­dzien­ne­go ży­cia – i mimo re­ak­cji i wie­lu gwał­tow­nych sprze­ci­wów nie spo­sób już cof­nąć cza­su i za­mknąć dżi­na z po­wro­tem w lam­pie. Son­da­że po­ka­zu­ją, że ho­mo­fo­bia jest ce­chą osób ra­czej sta­rych niż mło­dych, że spo­łe­czeń­stwo stop­nio­wo ją od­rzu­ci, że już ją od­rzu­ca w ko­lej­nych po­ko­le­niach. Po­dob­nie jak w przy­pad­ku po­glą­dów na nie­wol­nic­two, zmia­na na­stę­pu­je tak stop­nio­wo i nie­zau­wa­żal­nie, że mie­rzyć da się ją je­dy­nie orze­cze­nia­mi są­dów i son­da­ża­mi opi­nii pu­blicz­nej, nie do­ko­na­ła się ona jed­nak sa­mo­ist­nie. Zo­sta­ła do­ko­na­na przez ludzi, przez dzia­ła­czy i dzia­łacz­ki, lecz rów­nież przez ar­ty­stów i ar­tyst­ki, pi­sa­rzy i pi­sar­ki, ak­to­rów, ak­tor­ki i fil­mow­ców, któ­rzy bro­ni­li in­nych wer­sji sek­su­al­no­ści, in­nych ty­pów ro­dzin, przez tych wszyst­kich or­ga­ni­za­to­rów i or­ga­ni­za­tor­ki pa­rad i ma­sze­ru­ją­cych w nich de­mon­stran­tów i de­mon­strant­ki, przez mi­lio­ny zwy­kłych lu­dzi otwar­cie ży­ją­cych jako geje i les­bij­ki, de­kla­ru­ją­cych to wprost swym ro­dzi­nom i spo­łecz­no­ściom, przez oso­by za­po­mi­na­ją­ce o lęku i ura­zach. W po­dob­ny spo­sób zmia­ny w my­śle­niu, któ­re sta­ły się za­rze­wiem ak­ty­wi­zmu, i idą­ce za nimi zmia­ny praw­ne do­głęb­nie od­mie­ni­ły ży­cie i pra­wa osób z nie­peł­no­spraw­no­ścią.

Sły­szy się nie­kie­dy gło­sy, że roz­strzy­gnię­cia praw­ne wy­prze­dza­ją wszel­kie inne zmia­ny i to one są ich po­cząt­kiem, że sę­dzio­wie i praw­ni­cy są pio­nie­ra­mi no­wej kul­tu­ry w owych te­atrach zwa­nych sa­la­mi są­do­wy­mi. Jed­nak oni tyl­ko przy­pie­czę­to­wu­ją zmia­ny, któ­re już za­szły. Pra­wie ni­g­dy nie ma ich tam, gdzie zmia­ny się za­czy­na­ją. Po­ja­wia­ją się do­pie­ro u kre­su dro­gi, więk­szość zmian wy­ła­nia się bo­wiem na obrze­żach i po­wo­li do­cie­ra do cen­trum. (Był wpraw­dzie pe­wien czło­nek par­la­men­tu, któ­ry nie­złom­nie for­so­wał abo­li­cjo­ni­stycz­ne zmia­ny praw­ne pod ko­niec XVIII wie­ku, byli par­la­men­ta­rzy­ści i kon­gres­me­ni, któ­rzy prze­ciw­sta­wia­li się obec­nej woj­nie, jed­nak sprze­ciw pły­ną­cy z ze­wnątrz był znacz­nie po­tęż­niej­szy). Moż­na by rzec, że po­sta­ci na sce­nie są ak­to­ra­mi – bądź ma­rio­net­ka­mi, gdyż sce­na­riusz sztu­ki na ogół po­wsta­je gdzie in­dziej, gdzieś poza za­się­giem wzro­ku, two­rzą go zaś kor­po­ra­cje i eli­ty, lecz rów­nież ru­chy spo­łecz­ne, drą­żą­ce świa­do­mość i zmie­nia­ją­ce stan rze­czy, i wła­śnie w tych lek­ce­wa­żo­nych miej­scach tkwi ra­dy­kal­na moc. To tam i na krę­tych dro­gach wio­dą­cych ku cen­trum nowe idee prze­sta­ją być czymś no­wym i wpi­su­ją się w sce­na­riusz dla ak­to­rów sto­ją­cych na sce­nie, któ­rzy od­tąd będą wie­rzyć, że na­pi­sa­li go sami. (Jak rze­ko­mo po­wie­dział nie­gdyś Sta­lin: „Idee są o wie­le groź­niej­sze niż broń. Za­ka­zu­je­my na­szym wro­gom po­sia­da­nia bro­ni, cze­mu nie mie­li­by­śmy im za­tem za­ka­zać po­sia­da­nia idei?”).

W jaki spo­sób opo­wie­ści te i prze­ko­na­nia mi­gru­ją z obrze­ży do cen­trum? Czy ist­nie­je ja­kiś łań­cuch opo­wie­ści albo wzór ich dy­fu­zji? Czy opo­wie­ści moż­na so­bie wy­obra­żać na kształt roz­prze­strze­nia­ją­cych się wi­ru­sów lub ewo­lu­ują­cych ga­tun­ków, któ­re za­sie­dla­ją ko­lej­ne śro­do­wi­ska i przy­bie­ra­ją nowe for­my? Moż­na by na­wet po­su­nąć się do twier­dze­nia, że hi­sto­rie sze­rzą się ni­czym po­żar, z tą róż­ni­cą, że po­żar to praw­do­po­dob­nie naj­bar­dziej wi­do­wi­sko­wa z tra­ge­dii, opo­wie­ści zaś wkra­da­ją się nie­zau­wa­żo­ne przez ni­ko­go. Tak jak moda, któ­ra ro­dzi się naj­czę­ściej na uli­cach wśród ma­ło­la­tów o in­nym niż bia­ły ko­lo­rze skó­ry, nowe opo­wie­ści ro­dzą się naj­czę­ściej gdzieś na obrze­żach, u wi­zjo­ne­rów i wi­zjo­ne­rek, ra­dy­ka­łów i ra­dy­ka­łek, u nie­zro­zu­mia­nych przez ni­ko­go ba­da­czy i ba­da­czek, u mło­dych, wśród nę­dza­rzy – nie­zli­czo­nych, któ­rzy li­czą się mimo to. Dro­gi pro­wa­dzą­ce do cen­trum rzad­ko się za­uwa­ża i rzad­ko się prze­mie­rza, po czę­ści dla­te­go, że tak wiel­ką uwa­gę po­świę­ca się ak­cji na sce­nie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?