Nadzieja w mrokuTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Re­bec­ca Sol­nit

Na­dzie­ja w mro­ku

Nie­zna­ne opo­wie­ści, nie­by­wa­łe moż­li­wo­ści

prze­ło­ży­li Anna Dzierz­gow­ska, Sła­wo­mir Kró­lak

Ka­rak­ter

Kra­ków 2019

Spis tre­ści

Przed­mo­wa do trze­cie­go wy­da­nia. Źró­dła na­dziei

1. Spo­glą­da­jąc w mrok

2. Gdy prze­gra­li­śmy

3. Co wy­wal­czy­ły­śmy

4. Fał­szy­wa na­dzie­ja i ła­twa roz­pacz

5. Hi­sto­ria ciem­no­ści

6. Nad­cią­ga mi­le­nium: 9 li­sto­pa­da 1989

7. Nad­cią­ga mi­le­nium: 1 stycz­nia 1994

8. Nad­cią­ga mi­le­nium: 30 li­sto­pa­da 1999

9. Nad­cią­ga mi­le­nium: 11 wrze­śnia 2001

10. Nad­cią­ga mi­le­nium: 15 lu­te­go 2003

11. Jak zmie­nić wy­obra­że­nie zmia­ny

12. O po­śred­nim dzia­ła­niu ak­cji bez­po­śred­niej

13. Anioł hi­sto­rii od­mien­nej

14. Via­gra dla ka­ri­bu

15. Uciecz­ka z raju

16. W po­przek wiel­kie­go po­dzia­łu

17. Po ide­olo­gii albo czas prze­mie­nio­ny

18. Glo­bal­na lo­kal­ność albo za­mia­na miej­sca

19. Ma­rze­nie trzy razy więk­sze niż Tek­sas

20. Wąt­pli­wość

21. Po­dróż do środ­ka świa­ta

Spoj­rze­nie wstecz. Nie­zwy­kłe osią­gnię­cia zwy­czaj­nych lu­dzi

Wszyst­ko się łą­czy, gdy wszyst­ko się roz­pa­da

Po­sło­wie. Do tyłu i na­przód

Po­dzię­ko­wa­nia

Uwa­gi do­ty­czą­ce ter­mi­no­lo­gii

Przy­pi­sy

[…] ni­cze­go, co się kie­dyś wy­da­rzy­ło, nie po­win­no się uwa­żać za stra­co­ne dla hi­sto­rii1.

Wal­ter Ben­ja­min

Je­śli nie po­do­ba­ją ci się wia­do­mo­ści…

zrób coś, by po­ja­wi­ły się lep­sze.

Po­że­gna­nie pre­zen­te­ra wia­do­mo­ści Wesa Ni­ske­ra z roz­gło­śni ra­dio­wej KSAN w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Przed­mo­wa do trze­cie­go wy­da­nia

Źró­dła na­dziei

2015

Nasi prze­ciw­ni­cy pra­gną, by­śmy uwie­rzy­ły i uwie­rzy­li, że sy­tu­acja jest bez­na­dziej­na, że nie mamy żad­nej wła­dzy, żad­nych pod­staw do dzia­ła­nia, że nie mo­że­my wy­grać. Na­dzie­ja to dar, któ­re­go nie mu­si­my się wy­rze­kać, moc, któ­rej nie mu­si­my się wy­zby­wać. I choć na­dzie­ja może być wy­ra­zem bun­tu, to bunt sam w so­bie nie jest do­sta­tecz­ną pod­sta­wą na­dziei. Mamy jed­nak­że inne do­bre pod­sta­wy.

Pi­sa­łam tę książ­kę w roku 2003 i na po­cząt­ku 2004, chcąc za­brać głos w obro­nie na­dziei. W pew­nym sen­sie jest ona dziec­kiem swo­je­go cza­su – po­wsta­ła na prze­kór przy­tła­cza­ją­cej roz­pa­czy, w sa­mym środ­ku rzą­dów ad­mi­ni­stra­cji Bu­sha i u za­ra­nia woj­ny w Ira­ku. Choć tam­to daw­no już mamy za sobą, roz­pacz, brak wia­ry w po­wo­dze­nie, cy­nizm oraz amne­zja, a tak­że ich prze­słan­ki nie znik­nę­ły, mimo że wy­da­rzy­ło się od tego cza­su mnó­stwo nie­wy­obra­żal­nie, osza­ła­mia­ją­co wręcz wspa­nia­łych rze­czy. Obro­na ma do dys­po­zy­cji wie­le do­wo­dów.

Gdy wra­cam do tego tek­stu po kil­ku­na­stu peł­nych za­mę­tu la­tach, my­ślę, że jego za­ło­że­nia po­zo­sta­ją ak­tu­al­ne. Po­stę­po­we, lu­do­we i od­dol­ne ru­chy spo­łecz­ne od­nios­ły wie­le zwy­cięstw. Wła­dza ludu na­dal sta­no­wi po­tęż­ne źró­dło zmian. Prze­mia­ny zaś, któ­rych do­świad­czy­li­śmy, wspa­nia­łe, a za­ra­zem prze­ra­ża­ją­ce, zdu­mie­wa­ją. Świat z roku 2003 zo­stał zmie­cio­ny z po­wierzch­ni zie­mi. Mimo że za­da­ne w tym cza­sie rany jesz­cze się nie wy­go­iły, jego kształt i wie­le pa­nu­ją­cych wów­czas ide­olo­gii ustą­pi­ło pola zu­peł­nie no­wym – mało tego, w za­sad­ni­czy spo­sób zmie­ni­ło się to, kim je­ste­śmy, jak my­śli­my o so­bie sa­mych, o świe­cie i nie­zli­czo­nych jego spra­wach. To nad­zwy­czaj­ny czas pe­łen ży­cio­daj­nych, prze­obra­ża­ją­cych nas do głę­bi mo­men­tów, któ­rych nie spo­sób było prze­wi­dzieć. To rów­nież czas kosz­ma­rów. Peł­ne za­an­ga­żo­wa­nie wy­ma­ga zdol­no­ści uchwy­ce­nia obu tych aspek­tów. W XXI wie­ku je­ste­śmy świad­ka­mi obu­rza­ją­ce­go po­głę­bia­nia się nie­rów­no­ści eko­no­micz­nych; jego przy­czy­ną jest być może amne­zja – za­rów­no u lu­dzi pra­cy, któ­rych po­ło­że­nie po­gar­sza się pod wzglę­dem płac, wa­run­ków pra­cy i opie­ki spo­łecz­nej, jak i u elit, za­po­mi­na­ją­cych, że same zgo­dzi­ły się na przy­zna­nie czę­ści tych praw, w na­dziei na unik­nię­cie re­wo­lu­cji. Awans Do­li­ny Krze­mo­wej do ran­gi glo­bal­ne­go ośrod­ka wła­dzy zauto­ma­ty­zo­wał, a nie­kie­dy wręcz zli­kwi­do­wał nie­zli­czo­ne miej­sca pra­cy, przy­czy­nia­jąc się do po­głę­bie­nia nie­rów­no­ści; do­pro­wa­dził do po­wsta­nia no­wych elit i spo­twor­nia­łych kor­po­ra­cji, po­czy­na­jąc od fir­my Ama­zon, wal­czą­cej z wy­daw­ca­mi i au­to­ra­mi oraz sys­te­ma­tycz­nie po­gar­sza­ją­cej wa­run­ki za­trud­nie­nia, a koń­cząc na Go­ogle, kor­po­ra­cji usi­łu­ją­cej uzy­skać glo­bal­ny mo­no­pol na wszel­kie­go typu in­for­ma­cje i sku­pia­ją­cej w swych rę­kach prze­ra­ża­ją­cą wła­dzę, mię­dzy in­ny­mi dzię­ki wy­ra­fi­no­wa­nym me­to­dom pro­fi­lo­wa­nia więk­szo­ści użyt­kow­ni­ków kom­pu­te­rów. Naj­więk­szym fir­mom z bran­ży IT uda­ło się opra­co­wać i wdro­żyć tech­no­lo­gie nad­zo­ru, o któ­rych ni­g­dy nie śni­ło się Krem­lo­wi ani FBI, na­wet w apo­geum zim­nej woj­ny – i to we współ­pra­cy z rzą­dem, któ­ry po­wi­nien spra­wo­wać nad nimi kon­tro­lę. Swo­bo­dy oby­wa­tel­skie, w tym pra­wo do pry­wat­no­ści, są sta­le ata­ko­wa­ne, mimo że uza­sad­nie­nia dla ich ogra­ni­cza­nia, po­cho­dzą­ce z cza­sów glo­bal­nej woj­ny z ter­ro­ry­zmem, daw­no już stra­ci­ły wia­ry­god­ność.

O wie­le gor­sze jest jed­nak na­dej­ście zmian kli­ma­tycz­nych, szyb­szych, po­waż­niej­szych i da­le­ko bar­dziej nisz­czy­ciel­skich, niż prze­wi­dy­wa­li na­ukow­cy.

Trwa­nie przy na­dziei nie wią­że się z ko­niecz­no­ścią wy­par­cia tych fak­tów. Wy­ma­ga zmie­rze­nia się z nimi i upo­ra­nia, ale tak, by za­ra­zem nie za­po­mnieć o in­nych rze­czach, któ­re przy­niósł nam XXI wiek, w tym o prze­mia­nach świa­do­mo­ści oraz o ru­chach spo­łecz­nych, bo­ha­te­rach i bo­ha­ter­kach, któ­re się z obec­ny­mi pro­ble­ma­mi mie­rzą. Za­li­czyć do nich na­le­ża­ło­by: ru­chy Oc­cu­py Wall Stre­et (Oku­puj Wall Stre­et); Black Li­ves Mat­ter (Ży­cie Czar­nych Jest Cen­ne), Idle No More (Stop Bez­czyn­no­ści); Dre­amer­sów od usta­wy Dre­am Act i praw imi­gran­tów; po­sta­ci ta­kie jak Edward Snow­den, Lau­ra Po­itras, Glenn Gre­en­wald oraz ruch na rzecz przej­rzy­sto­ści dzia­łań kor­po­ra­cji i rzą­du; dzia­ła­nia na rzecz wpro­wa­dze­nia rów­no­ści mał­żeń­skiej; od­ra­dza­ją­cy się ruch fe­mi­ni­stycz­ny; ru­chy na rzecz spra­wie­dli­wo­ści eko­no­micz­nej, żą­da­ją­ce pod­nie­sie­nia pła­cy mi­ni­mal­nej (i w wie­lu wy­pad­kach osią­ga­ją­ce ten cel) oraz wal­czą­ce z nie­wol­ni­czą pra­cą za dłu­gi i z za­cią­ga­ny­mi pod przy­mu­sem kre­dy­ta­mi stu­denc­ki­mi; dy­na­micz­ne ru­chy na rzecz ochro­ny kli­ma­tu i spra­wie­dli­wo­ści kli­ma­tycz­nej – a tak­że naj­róż­niej­sze po­wią­za­nia mię­dzy tymi ru­cha­mi. Była to na­praw­dę nie­by­wa­ła de­ka­da pod wzglę­dem bu­do­wa­nia ru­chów spo­łecz­nych, zmian spo­łecz­nych, peł­na głę­bo­kich i za­sad­ni­czych prze­mian za­cho­dzą­cych w dzie­dzi­nie idei, per­spek­tyw i two­rze­nia no­wych struk­tur dla sze­ro­kich grup spo­łecz­nych (a tak­że peł­na re­ak­cyj­nych ata­ków na to wszyst­ko).

 

Uży­tek z nie­pew­no­ści

Pier­wot­nie Na­dzie­ja w mro­ku mia­ła for­mę ese­ju, któ­ry opu­bli­ko­wa­łam w sie­ci mniej wię­cej sześć ty­go­dni po wy­po­wie­dze­niu przez Sta­ny Zjed­no­czo­ne woj­ny Ira­ko­wi. Esej na­tych­miast zy­skał ogrom­ną po­pu­lar­ność, stał się, jak to się dziś mówi, „vi­ra­lem”, roz­po­wszech­nia­nym dro­gą ma­ilo­wą, pod­chwy­co­nym przez jed­ną z wy­so­ko­na­kła­do­wych ga­zet i wie­le no­wych stron in­ter­ne­to­wych, spi­ra­co­nym przez nie­któ­re al­ter­na­tyw­ne ga­ze­ty, a na­wet wy­dru­ko­wa­nym i dys­try­bu­owa­nym w po­sta­ci ulot­ki przez jed­ne­go z jego za­go­rza­łych fa­nów. To była moja pierw­sza przy­go­da z pu­bli­ko­wa­niem tek­stu w sie­ci, pierw­szy raz też ko­men­to­wa­łam na go­rą­co naj­pil­niej­sze kwe­stie do­ty­czą­ce bie­żą­cej po­li­ty­ki, pro­sto z ser­ca, prze­ma­wia­jąc bez­po­śred­nio do emo­cji i od­wo­łu­jąc się do prze­ko­nań, któ­re zwy­kle leżą u pod­staw zaj­mo­wa­nych przez nas sta­no­wisk po­li­tycz­nych oraz na­sze­go za­an­ga­żo­wa­nia. Zdu­mio­na łak­nie­niem in­ne­go spo­so­bu opo­wia­da­nia o tym, kim i gdzie je­ste­śmy, po­sta­no­wi­łam na­pi­sać tę skrom­ną ksią­żecz­kę. Ko­le­je jej losu w prze­kła­dach na róż­ne ję­zy­ki oka­za­ły się nie­zwy­kle cie­ka­we, dla­te­go z ogrom­ną przy­jem­no­ścią przy­stą­pi­łam po­now­nie do jej re­dak­cji, opa­tru­jąc ją ni­niej­szym wstę­pem, przy­pi­sa­mi i nową sza­tą gra­ficz­ną, oraz do­pi­sa­łam kil­ka no­wych roz­dzia­łów na koń­cu. Ak­tu­ali­za­cja książ­ki wy­ma­ga­ła­by na­pi­sa­nia jej od nowa, dla­te­go zde­cy­do­wa­li­śmy o wzno­wie­niu dru­gie­go wy­da­nia z roku 2005 wzbo­ga­co­ne­go o do­dat­ko­we ma­te­ria­ły.

Po opu­bli­ko­wa­niu książ­ki spę­dzi­łam parę lat w dro­dze, opo­wia­da­jąc o na­dziei i dzia­ła­niu, o hi­sto­rycz­nych świa­dec­twach i moż­li­wo­ściach. W tym cza­sie moje po­glą­dy się umoc­ni­ły, a przy­naj­mniej le­piej ugrun­to­wa­ły, nie­ustan­nie szli­fo­wa­ne i do­pre­cy­zo­wy­wa­ne. Oto ko­lej­na prze­chadz­ka po­śród tego kra­jo­bra­zu.

Trze­ba tu­taj ja­sno po­wie­dzieć, czym na­dzie­ja nie jest: wia­rą w to, że wszyst­ko było, jest czy bę­dzie do­brze. Wi­dzi­my wo­kół sie­bie nie­zli­czo­ne do­wo­dy ogrom­ne­go cier­pie­nia i ol­brzy­mich znisz­czeń. Na­dzie­ja, któ­ra mnie in­te­re­su­je, po­wią­za­na jest z sze­ro­ką per­spek­ty­wą i ści­śle okre­ślo­ny­mi moż­li­wo­ścia­mi, któ­re za­chę­ca­ją nas do dzia­ła­nia albo wręcz się go od nas do­ma­ga­ją. Nie jest ona ra­do­sną pa­pla­ni­ną o tym, że wszyst­ko zmie­rza ku lep­sze­mu, choć może sta­no­wić prze­ciw­wa­gę dla utar­tej śpiew­ki o świe­cie scho­dzą­cym na psy. Moż­na by ją na­zwać opo­wie­ścią o za­gma­twa­niu i nie­pew­no­ści, z któ­rych wy­ra­sta moż­li­wość no­we­go otwar­cia. „My­śle­nie kry­tycz­ne po­zba­wio­ne na­dziei jest cy­ni­zmem, a na­dzie­ja bez kry­tycz­ne­go my­śle­nia ocie­ra się o na­iw­ność” – za­uwa­ży­ła ostat­nio buł­gar­ska pi­sar­ka Ma­ria Po­po­va. Z ko­lei Pa­tris­se Cul­lors, jed­na z za­ło­ży­cie­lek Black Li­ves Mat­ter, tak opi­sy­wa­ła mi­sję ru­chu u jego za­ra­nia: „Tchnąć na­dzie­ję i za­chę­cić do zbio­ro­we­go dzia­ła­nia po to, by zbu­do­wać zbio­ro­wą wła­dzę, ro­dzą­cą moż­li­wość zbio­ro­wej prze­mia­ny, za­ko­rze­nio­nej w ża­ło­bie i gnie­wie, na­sta­wio­nej jed­nak na nową wi­zję świa­ta i na ma­rze­nia”. Stwier­dze­nie to za­kła­da, że żal może współ­ist­nieć z na­dzie­ją.

Ogrom­ne osią­gnię­cia ru­chów na rzecz praw czło­wie­ka w dru­giej po­ło­wie XX wie­ku – nie tyl­ko w zdo­by­wa­niu praw, ale i de­fi­nio­wa­niu na nowo tego, czym są „rasa”, ro­dzaj, sek­su­al­ność, cie­le­sność, du­cho­wość oraz idea do­bre­go ży­cia – roz­kwi­ta­ły w cza­sach nie­spo­ty­ka­nej do­tąd za­gła­dy eko­lo­gicz­nej i ro­dzą­cych się no­wa­tor­skich me­tod wy­zy­sku. Tym ostat­nim to­wa­rzy­szy­ło jed­nak kształ­to­wa­nie się no­wych form opo­ru, łącz­nie z tym, któ­ry krzep­nie dzię­ki co­raz głęb­sze­mu zro­zu­mie­niu eko­lo­gii oraz dzię­ki no­wym me­to­dom ko­mu­ni­ko­wa­nia się i or­ga­ni­zo­wa­nia lu­dzi, za­wią­zy­wa­nia no­wych eks­cy­tu­ją­cych so­ju­szy nie­za­leż­nie od róż­nic i dy­stan­su.

Na­dzie­ja tkwi rów­nież w za­ło­że­niu, że nie spo­sób prze­wi­dzieć, co się sta­nie w przy­szło­ści, i że w tej szcze­li­nie nie­pew­no­ści po­ja­wia się prze­strzeń do dzia­ła­nia. Go­dząc się na tę nie­pew­ność, od­kry­wa­my, że mo­że­my wpły­wać na rze­czy­wi­stość – sa­mo­dziel­nie bądź we współ­pra­cy z kil­ku­dzie­się­cio­ma, a nie­kie­dy kil­ko­ma mi­lio­na­mi in­nych osób. Na­dzie­ja to opo­wie­dze­nie się za nie­zna­nym i nie­po­zna­wal­nym, al­ter­na­ty­wa dla pew­no­ści ży­wio­nej za­rów­no przez opty­mi­stów, jak i pe­sy­mi­stów. Opty­mi­ści są­dzą, że wszyst­ko bę­dzie do­brze bez wzglę­du na na­sze za­an­ga­żo­wa­nie, pe­sy­mi­ści zaj­mu­ją prze­ciw­ne sta­no­wi­sko; obie stro­ny jed­nak zwal­nia­ją się z obo­wiąz­ku dzia­ła­nia. Na­dzie­ja to prze­ko­na­nie, że to, co ro­bi­my, ma zna­cze­nie, na­wet je­śli nie spo­sób z góry prze­wi­dzieć, ja­kie­go i kie­dy zna­cze­nia na­bie­rze, na kogo i na co może wpły­nąć. W isto­cie być może ni­g­dy się tego nie do­wie­my, na­wet po fak­cie, co nie umniej­sza zna­cze­nia na­szych dzia­łań. Kar­ty hi­sto­rii peł­ne są po­sta­ci, któ­rych wpływ na rze­czy­wi­stość oka­zał się naj­więk­szy do­pie­ro po ich śmier­ci.

Nie­któ­rym ru­chom spo­łecz­nym, na­wet naj­po­tęż­niej­szym, nie uda­ło się osią­gnąć ich ce­lów; zna­my jed­nak rów­nież kil­ka po­zor­nie nie­zna­czą­cych, nie­zau­wa­żal­nych ge­stów, któ­re jak gdy­by ni­g­dy nic, ni­czym grzy­by wy­ra­sta­ją­ce po desz­czu, do­pro­wa­dzi­ły do wy­bu­chu uda­nych re­wo­lu­cji. Sa­mo­spa­le­nie ubo­gie­go, nę­ka­ne­go przez po­li­cję drob­ne­go han­dla­rza Mo­ha­me­da Bo­uazi­zie­go 17 grud­nia 2010 roku w Tu­ne­zji oka­za­ło się iskrą, od któ­rej roz­go­rza­ła re­wo­lu­cja; rok póź­niej obej­mo­wa­ła ona już całą pół­noc­ną Afry­kę i inne czę­ści świa­ta arab­skie­go. I choć więk­szość z nas pa­mię­ta przede wszyst­kim woj­nę do­mo­wą w Sy­rii i kontr­re­wo­lu­cje, któ­re na­de­szły po pa­mięt­nym egip­skim po­wsta­niu, ja­śmi­no­wa re­wo­lu­cja w Tu­ne­zji do­pro­wa­dzi­ła do oba­le­nia tam­tej­sze­go dyk­ta­to­ra i po­ko­jo­wych wy­bo­rów w 2014 roku. Bez wzglę­du na to, ja­kie kon­se­kwen­cje przy­nio­sła arab­ska wio­sna, sta­no­wi­ła ona nad­zwy­czaj­ny przy­kład tego, jak nie­prze­wi­dy­wal­na może oka­zać się zmia­na i jak po­tęż­na jest wła­dza ludu. A dziś, pięć lat póź­niej, na­dal jest za wcze­śnie, by w peł­ni oce­nić zna­cze­nie tych wy­da­rzeń.

O ge­ne­zie arab­skiej wio­sny moż­na mó­wić rów­nież w inny spo­sób. Bar­dzo waż­ny był ci­chy, to­czą­cy się w tle pro­ces or­ga­ni­zo­wa­nia się. A tak­że ko­miks po­świę­co­ny Mar­ti­no­wi Lu­the­ro­wi Kin­go­wi i oby­wa­tel­skie­mu nie­po­słu­szeń­stwu, prze­ło­żo­ny na ję­zyk arab­ski i sze­ro­ko roz­po­wszech­nia­ny w Egip­cie na krót­ko przed wy­bu­chem arab­skiej wio­sny. Jest to więc rów­nież opo­wieść o tak­ty­ce oby­wa­tel­skie­go nie­po­słu­szeń­stwa, do któ­re­go na­wo­ły­wał King, za­czerp­nąw­szy ideę od Gan­dhie­go, któ­ry z ko­lei in­spi­ro­wał się Toł­sto­jem, a tak­że stra­te­gią ra­dy­kal­nej od­mo­wy współ­pra­cy i sa­bo­ta­żu sto­so­wa­ną przez bry­tyj­skie su­fra­żyst­ki. Te same wąt­ki ide­owe plo­tą się za­tem wo­kół ca­łe­go glo­bu, przez ko­lej­ne de­ka­dy i całe stu­le­cia. Źró­deł arab­skiej wio­sny moż­na szu­kać rów­nież w hip-ho­pie, afro­ame­ry­kań­skim ga­tun­ku mu­zycz­nym, któ­ry prze­ro­dził się w ogól­no­świa­to­wy śro­dek wy­ra­ża­nia obu­rze­nia i roz­ma­itych form pro­te­stu. Tu­ne­zyj­ski twór­ca hi­pho­po­wy, El Général był obok Bo­uazi­zie­go głów­nym in­spi­ra­to­rem tego bun­tu, inni mu­zy­cy tak­że oka­za­li się bar­dzo waż­ni – ar­ty­ku­ło­wa­li ów gniew, da­jąc na­tchnie­nie tłu­mom.

Ni­czym grzy­by po desz­czu: po opa­dach grzy­by po­ja­wia­ją się jak gdy­by zni­kąd na po­wierzch­ni zie­mi. Jed­nak wie­le z nich wy­ra­sta z ogrom­nej pod­ziem­nej grzyb­ni, nie­wi­docz­nej i nie­do­się­głej dla my­śli sie­ci. To, co my na­zy­wa­my grzy­ba­mi, my­ko­lo­dzy na­zy­wa­ją owoc­ni­ka­mi o wie­le ob­szer­niej­szej, głę­biej ukry­tej ca­ło­ści zwa­nej grzyb­nią. Po­wsta­nia i re­wo­lu­cje ucho­dzą czę­sto za akty sa­mo­ist­ne, jed­nak nie­rzad­ko u ich pod­ło­ża leży trud­niej do­strze­gal­na, roz­cią­gnię­ta w cza­sie sa­mo­or­ga­ni­za­cja i pra­ca u pod­staw, czy na­wet w pod­zie­miu. Prze­mia­ny idei i war­to­ści są rów­nież wy­ni­kiem pra­cy pi­sa­rzy, na­ukow­ców, za­bie­ra­ją­cych pu­blicz­nie głos in­te­lek­tu­ali­stów, dzia­ła­czy spo­łecz­nych i użyt­kow­ni­ków me­diów spo­łecz­no­ścio­wych. Wy­da­je się ona mało zna­czą­ca bądź mar­gi­nal­na, aż nad­cho­dzi dzień, w któ­rym oka­zu­je się, że za­ło­że­nia do­ty­czą­ce tego, kto i co ma zna­cze­nie, kogo na­le­ży wy­słu­chać, komu trze­ba wie­rzyć i komu przy­słu­gu­ją ja­kie pra­wa, ule­gły prze­kształ­ce­niu, i to prze­kształ­ce­nie przy­no­si cał­ko­wi­cie nowe skut­ki.

Idee po­cząt­ko­wo uwa­ża­ne za skan­da­licz­ne, śmiesz­ne czy skraj­ne stop­nio­wo uzna­wa­ne są przez lu­dzi za coś, w co, jak te­raz są­dzą, wie­rzy­li od za­wsze. Rzad­ko jed­nak pa­mię­ta się o spo­so­bie, w jaki do­ko­na­ła się ta zmia­na, po czę­ści dla­te­go, że bywa to wsty­dli­we: więk­szość lu­dzi nie chce pa­mię­tać, jacy byli daw­niej – prze­siąk­nię­ci homo­fo­bią czy ra­si­zmem – gdy sta­ją się zu­peł­nie inni. Przy­po­mi­na to rów­nież o tym, że wła­dza się­ga ko­rze­nia­mi ustro­ni i mar­gi­ne­sów, że na­dzie­ja tkwi w mro­ku, kry­je się gdzieś na ru­bie­żach, nie zaś w cen­trum, na oświe­tlo­nej re­flek­to­ra­mi sce­nie. Na­sza na­dzie­ja, a czę­sto tak­że na­sza wła­dza.

Na­sze opo­wie­ści

Zmia­na spo­so­bu opo­wia­da­nia nie wy­star­czy, choć czę­sto sta­je się pod­sta­wą rze­czy­wi­stych prze­mian. Uwi­docz­nie­nie i upu­blicz­nie­nie krzywd może sta­no­wić pierw­szy krok na dro­dze do ich na­pra­wy, zmia­ny po­li­tycz­ne zaś czę­sto po­dą­ża­ją śla­dem zmian za­cho­dzą­cych w kul­tu­rze, gdy to, co zno­szo­no przez dłu­gi czas, oka­zu­je się na­gle nie do znie­sie­nia, a to, co prze­ocza­no, sta­je się oczy­wi­ste. Tym sa­mym każ­dy kon­flikt jest po czę­ści wal­ką o hi­sto­rię, któ­rą opo­wia­da­my, bądź o to, kto ją opo­wia­da i kto może zo­stać wy­słu­cha­ny.

Zwy­cię­stwo nie ozna­cza, że od­tąd wszyst­ko bę­dzie za­wsze w po­rząd­ku, a my mo­że­my już spo­cząć na lau­rach aż po kres cza­su. Część dzia­ła­czy i dzia­ła­czek oba­wia się, że je­śli od­trą­bią zwy­cię­stwo, resz­ta wy­co­fa się z dal­szej wal­ki. Ja jed­nak od daw­na bar­dziej oba­wiam się tego, że lu­dzie pod­da­dzą się i wró­cą do swo­ich do­mów, albo w ogó­le wal­ki nie po­dej­mą, je­śli uzna­ją, że zwy­cię­stwo nie jest moż­li­we, albo nie będą umie­li uznać za suk­ces, choć­by nie­peł­ny, tego, co już się uda­ło osią­gnąć. Rów­ność mał­żeń­ska nie ozna­cza koń­ca ho­mo­fo­bii, war­to się jed­nak z niej cie­szyć. Zwy­cię­stwo jest ka­mie­niem mi­lo­wym na dłu­giej dro­dze, do­wo­dem na to, że cza­sem wy­gry­wa­my, i za­chę­tą, by iść da­lej i się nie za­trzy­my­wać. A w każ­dym ra­zie tak być po­win­no.

Moje wła­sne po­szu­ki­wa­nia źró­deł na­dziei od cza­sów na­pi­sa­nia Na­dziei w mro­ku zy­ska­ły do­dat­ko­we wspar­cie. Po pierw­sze, do­świad­czy­łam, jak po­tęż­ne są al­tru­istycz­ne i ide­ali­stycz­ne siły, któ­re już dzia­ła­ją w świe­cie. Gdy­by za­py­tać więk­szość z nas, w ja­kim spo­łe­czeń­stwie ży­je­my, po­wie­dzie­li­by­śmy, że w ka­pi­ta­li­stycz­nym, jed­nak na­sze ży­cie co­dzien­ne – ro­dzin­ne, re­la­cje z bliź­ni­mi, przy­jaź­nie, za­ję­cia, dzia­łal­ność w or­ga­ni­za­cjach spo­łecz­nych, du­cho­wych i po­li­tycz­nych – jest z grun­tu nie­ka­pi­ta­li­stycz­ne, a na­wet an­ty­ka­pi­ta­li­stycz­ne, peł­ne dzia­łań bez­in­te­re­sow­nych, do­bro­wol­nych, z mi­ło­ści i dla za­sa­dy.

W pew­nym sen­sie ka­pi­ta­lizm to nie­usta­ją­ca ka­ta­stro­fa, któ­rej skut­ki ła­go­dzi an­ty­ka­pi­ta­lizm, ni­czym mat­ka sprzą­ta­ją­ca ba­ła­gan po swym dziec­ku (czy też, by po­cią­gnąć tę ana­lo­gię, któ­ra przy­wo­łu­je je cza­sem do po­rząd­ku, aby samo po so­bie po­sprzą­ta­ło, mocą pra­wa czy siłą pro­te­stu, albo któ­ra z góry za­po­bie­ga ba­ła­ga­no­wi; war­to tu rów­nież do­dać, że nie­ka­pi­ta­li­stycz­ne spo­so­by dzia­ła­nia są o wie­le star­sze niż wol­no­ryn­ko­we sys­te­my eko­no­micz­ne). Dzia­łacz­ki i dzia­ła­cze czę­sto spra­wia­ją wra­że­nie, jak gdy­by po­trzeb­nych nam roz­wią­zań jesz­cze nie wy­my­ślo­no ani ni­g­dy nie wdro­żo­no, jak gdy­by­śmy mu­sie­li za­wsze star­to­wać od zera, pod­czas gdy na­szym rze­czy­wi­stym za­da­niem jest zwięk­sze­nie siły i roz­sze­rze­nie za­się­gu ist­nie­ją­cych już moż­li­wo­ści. To, o czym ma­rzy­my, jest już obec­ne na tym świe­cie.

 

Po dru­gie, wspar­cie przy­nio­sły mi moje wła­sne ba­da­nia nad spo­so­bem, w jaki isto­ty ludz­kie re­agu­ją na wiel­kie pu­sto­szą­ce mia­sta ka­ta­stro­fy, ta­kie jak cho­ciaż­by ob­ra­ca­ją­ce wszyst­ko w perzy­nę trzę­sie­nia zie­mi w San Fran­ci­sco (w roku 1906) i Me­xi­co City (w roku 1985), na­lo­ty na Lon­dyn pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej i hu­ra­gan Ka­tri­na w No­wym Or­le­anie. Za więk­szo­ścią dzia­łań po­dej­mo­wa­nych przez wła­dze w od­po­wie­dzi na ka­ta­stro­fę – a tak­że za lo­gi­ką bom­bar­do­wań cy­wi­lów – stoi prze­ko­na­nie, że cy­wi­li­za­cja sta­no­wi je­dy­nie kru­chą fa­sa­dę, za któ­rą kry­je się na­sza praw­dzi­wa na­tu­ra: po­twor­nych, sa­mo­lub­nych, lu­bu­ją­cych się w cha­osie i prze­mo­cy istot albo stwo­rzeń bo­jaź­li­wych, de­li­kat­nych i bez­bron­nych. W grun­cie rze­czy jed­nak w ob­li­czu więk­szo­ści ka­ta­strof prze­wa­ża­ją­ca część lu­dzi za­cho­wu­je spo­kój, wy­ka­zu­je się po­my­sło­wo­ścią, al­tru­izmem i kre­atyw­no­ścią. Bom­bar­du­jąc cy­wi­lów i po­zo­sta­wia­jąc za sobą ja­ło­wą zie­mię, co sta­no­wi ską­d­inąd zbrod­nię prze­ciw­ko ludz­ko­ści, nie ła­mie się ludz­kiej woli.

W re­ak­cjach na ka­ta­stro­fy za­sko­czy­ła mnie nie tyle cno­ta, jako że czę­sto jest ona wy­ra­zem su­mien­no­ści i po­czu­cia obo­wiąz­ku, ile pło­mien­na ra­dość bi­ją­ca z opo­wie­ści tych, któ­rym le­d­wo uda­ło się ujść z ży­ciem. Ci, któ­rzy stra­ci­li wszyst­ko, ży­jąc na ru­mo­wi­skach i po­śród gru­zów, od­na­leź­li po­czu­cie spraw­czo­ści, sen­sow­no­ści, wspól­no­ty i wię­zi we współ­pra­cy z in­ny­mi oca­lo­ny­mi. Ogrom świa­dectw, ja­kie za­mie­ści­łam w wy­da­nej w 2009 roku książ­ce A Pa­ra­di­se Bu­ilt in Hell, pod­po­wia­da, jak bar­dzo pra­gnie­my żyć z po­czu­ciem sen­sow­ne­go za­an­ga­żo­wa­nia, przy­na­leż­no­ści do spo­łe­czeń­stwa oby­wa­tel­skie­go i jak wie­le spo­łecz­ne­go wy­sił­ku wkła­da­ne jest w od­bie­ra­nie nam tych naj­więk­szych mocy. Owe moce sa­mo­or­ga­ni­za­cji uda­je się jed­nak nie­kie­dy od­zy­skać, nie­ja­ko in­stynk­tow­nie, gdy wy­ma­ga tego od nas sy­tu­acja. Ka­ta­stro­fa przy­po­mi­na bo­wiem do złu­dze­nia re­wo­lu­cję, przy­no­si za­męt i ko­niecz­ność im­pro­wi­zo­wa­nia, nowe dla nas role oraz po­czu­cie – któ­re po­zba­wia siły albo do­da­je otu­chy – że te­raz wszyst­ko jest moż­li­we.

Oto re­wo­lu­cyj­na wi­zja ludz­kiej na­tu­ry wy­ni­ka­ją­ca z od­kry­cia, że mo­że­my re­ali­zo­wać na­sze ide­ały nie tyl­ko z po­czu­cia obo­wiąz­ku, lecz tak­że dla­te­go, że wpro­wa­dze­nie ich w ży­cie na­pa­wa nas ra­do­ścią, ta zaś sama w so­bie jest bun­tow­ni­czą siłą chro­nią­cą przed po­pad­nię­ciem w mo­no­to­nię, sza­rzy­znę i osa­mot­nie­nie bę­dą­ce pla­gą co­dzien­ne­go ży­cia. Moje ba­da­nia, jak się pod ko­niec oka­za­ło, sta­no­wią tyl­ko zni­ko­mą część ogrom­ne­go pro­jek­tu re­ali­zo­wa­ne­go już w wie­lu ob­sza­rach – psy­cho­lo­gii, eko­no­mii, neu­ro­bio­lo­gii, so­cjo­lo­gii, an­tro­po­lo­gii, nauk po­li­tycz­nych – któ­ry dąży do przede­fi­nio­wa­nia na­tu­ry ludz­kiej i uję­cia jej w bar­dziej wspól­no­to­wym, opar­tym na współ­pra­cy i współ­od­czu­wa­niu wy­mia­rze. Oca­le­nie na­szej re­pu­ta­cji przed spo­łecz­ny­mi dar­wi­ni­sta­mi i zwo­len­ni­ka­mi Hob­be­sa jest wpraw­dzie nad wy­raz po­trzeb­ne, nie po­win­no jed­nak po­grą­żyć nas w sa­mo­za­do­wo­le­niu, lecz po­móc w tak od­mien­nym uję­ciu ludz­kiej na­tu­ry od­na­leźć ra­dy­kal­ne moż­li­wo­ści.

Owo­ce owych do­cie­kań tchnę­ły we mnie wię­cej na­dziei. Nie­ustan­nie jed­nak war­to pod­kre­ślać, że na­dzie­ja to do­pie­ro po­czą­tek; nie może być ona sub­sty­tu­tem dzia­ła­nia, ale je­dy­nie jego pod­sta­wą. „Nie wszyst­ko, z czym się mie­rzy­my, da się zmie­nić, ni­cze­go jed­nak nie­po­dob­na zmie­nić, póki się z tym nie zmie­rzy­my” – na­pi­sał Ja­mes Bal­dwin. Na­dzie­ja do­pro­wa­dza nas do pew­ne­go punk­tu, da­lej ko­niecz­na jest pra­ca. „Przy­szłość na­le­ży do tych, któ­rzy dziś się na nią przy­go­to­wu­ją” – mó­wił Mal­colm X. Owa pra­ca na rzecz zmia­ny świa­ta ma dłu­gą hi­sto­rię: me­tod, bo­ha­te­rek i bo­ha­te­rów, wi­zjo­ne­rek i wi­zjo­ne­rów, zwy­cięstw – i, rzecz ja­sna, rów­nież po­ra­żek. Zwy­cię­stwa mają zna­cze­nie, po­dob­nie jak pa­mięć o nich. „Mu­si­my się po­go­dzić ze skoń­czo­nym nie­speł­nie­niem, ni­g­dy jed­nak nie mo­że­my stra­cić nie­skoń­czo­nej na­dziei” – po­wia­da Mar­tin Lu­ther King.

Ga­łę­zie na­dziei, ko­rze­nie pa­mię­ci

„Pa­mięć ro­dzi na­dzie­ję, tak jak za­po­mnie­nie nie­sie roz­pacz” – za­uwa­żył teo­log Wal­ter Bru­eg­ge­mann. To nie­zwy­kłe stwier­dze­nie przy­po­mi­na, że choć na­dzie­ja na­kie­ro­wa­na jest na przy­szłość, jej pod­wa­li­ny tkwią w hi­sto­rycz­nych świa­dec­twach i wspo­mnie­niach z prze­szło­ści. O prze­szło­ści opo­wia­dać moż­na tak, jak­by była je­dy­nie pa­smem klęsk, okru­cieństw i nie­spra­wie­dli­wo­ści, albo jak o ja­kimś zło­tym wie­ku, nie­od­wra­cal­nie już utra­co­nym. Mo­że­my jed­nak snuć nie­co bar­dziej skom­pli­ko­wa­ną i bliż­szą praw­dy opo­wieść, w któ­rej jest miej­sce i na to, co naj­lep­sze, i na to, co naj­gor­sze, miesz­czą­cą w so­bie okrop­no­ści, a obok nich chwi­le wy­zwo­le­nia, za­rów­no żal, jak i ra­dość. Pa­mięć na mia­rę zło­żo­no­ści tego, co mi­nio­ne, pa­mięć, któ­ra obej­mu­je całą ob­sa­dę uczest­ni­ków zda­rzeń, pa­mięć, któ­ra uj­mu­je na­szą moc, ro­dzi skie­ro­wa­ną ku przy­szło­ści siłę zwa­ną na­dzie­ją.

Za­po­mnie­nie wie­dzie do roz­pa­czy róż­ny­mi dro­ga­mi. Zmu­sza się nas, by­śmy uwie­rzy­li, że ist­nie­ją­cy stan rze­czy jest nie­zmien­ny, nie­uchron­ny i nie do pod­wa­że­nia, a za­nik pa­mię­ci o dy­na­micz­nie zmie­nia­ją­cym się świe­cie je­dy­nie umac­nia tego typu po­glą­dy. In­ny­mi sło­wy, sko­ro nie wie­my, jak bar­dzo wszyst­ko się zmie­ni­ło, nie do­strze­ga­my tego, że wszyst­ko na­dal się zmie­nia i zmie­nić jesz­cze może. Ci, co my­ślą w ten spo­sób, nie pa­mię­ta­ją o ata­kach na ge­jow­skie bary w cza­sach, gdy by­cie od­mień­cem ozna­cza­ło wy­ję­cie spod pra­wa, o rze­kach pło­ną­cych na sku­tek nie­kon­tro­lo­wa­ne­go za­tru­cia śro­do­wi­ska, któ­re wzro­sło nie­bo­tycz­nie w la­tach sześć­dzie­sią­tych, ani o tym, że kil­ka de­kad temu w ska­li ca­łe­go świa­ta żyło o sie­dem­dzie­siąt pro­cent wię­cej pta­ków mor­skich, zaś przed cię­cia­mi bu­dże­to­wy­mi za cza­sów re­wo­lu­cji Re­aga­na w Sta­nach Zjed­no­czo­nych było znacz­nie, znacz­nie mniej bez­dom­nych. Nie do­strze­ga­ją tym sa­mym sił zmia­ny nie­ustan­nie dzia­ła­ją­cych w świe­cie.

Jed­nym z za­sad­ni­czych prze­ja­wów de­pre­sji jest prze­ko­na­nie, że ni­g­dy już nie wy­do­bę­dzie­my się z tej nę­dzy, że nic nie może się już zmie­nić i nic się już nie zmie­ni. To właś­nie prze­są­dza o ro­sną­cej uwo­dzi­ciel­skiej mocy sa­mo­bój­stwa jako je­dy­nej dro­gi uciecz­ki z wię­zie­nia te­raź­niej­szo­ści. Pu­blicz­nym od­po­wied­ni­kiem pry­wat­nej de­pre­sji jest z ko­lei prze­ko­na­nie, że w miej­scu utknę­ła nie jed­nost­ka, ale na­ród czy spo­łe­czeń­stwo. Nie każ­da zmia­na jest na lep­sze, ale jest zmianą, a my mo­że­my ode­grać w niej pew­ną rolę, o ile po­dej­mie­my dzia­ła­nie. Tu­taj ro­dzą się na­dzie­ja i pa­mięć, zbio­ro­we pa­mię­ta­nie, któ­re zwie­my hi­sto­rią.

Ko­lej­ną bo­lącz­ką, jaką nie­sie z sobą za­po­mnie­nie, jest nie­do­bór przy­kła­dów zmia­ny na lep­sze i mocy dzia­ła­nia ludu, brak do­wo­dów na to, że coś może się nam udać i nie­raz już się uda­ło. Geo­r­ge Or­well pi­sał: „Kto rzą­dzi prze­szło­ścią, w tego rę­kach jest przy­szłość”1. Kon­tro­lo­wa­nie prze­szło­ści za­czy­na się od jej po­zna­nia; snu­te przez nas opo­wie­ści o tym, kim by­li­śmy i co uczy­ni­li­śmy, ukształ­to­wa­ły w isto­cie to, do cze­go te­raz je­ste­śmy zdol­ni i co uczy­ni­my. Roz­pacz ską­d­inąd czę­sto oka­zu­je się przed­wcze­sna: jest ro­dza­jem nie­cier­pli­wo­ści, ale rów­nież pew­no­ści.

Mój ulu­bio­ny ko­men­tarz do­ty­czą­cy zmia­ny po­li­tycz­nej padł z ust Zhou En­la­ia, wy­so­kiej ran­gi człon­ka rzą­du prze­wod­ni­czą­ce­go Mao. Za­py­ta­ny na po­cząt­ku lat sie­dem­dzie­sią­tych o opi­nię na te­mat re­wo­lu­cji fran­cu­skiej, od­po­wie­dział: „Za wcze­śnie, żeby to osą­dzać”. Nie­któ­rzy twier­dzą, że miał na my­śli re­wol­tę z roku 1968, nie zaś oba­le­nie mo­nar­chii w roku 1789, ale na­wet je­śli tak, na­dal do­wo­dzi to jego da­le­ko­sięż­ne­go spoj­rze­nia. Prze­ko­na­nie, że po czte­rech la­tach wy­rok w spra­wie wciąż jesz­cze nie za­padł, ozna­cza ży­cie z umy­słem otwar­tym na nie­pew­ność w stop­niu więk­szym, niż jest to w sta­nie obec­nie znieść więk­szość z nas.

Obie­gi in­for­ma­cji na ogół pod­su­wa­ją nam myśl, że zmia­na do­ko­nu­je się je­dy­nie w po­sta­ci drob­nych i na­głych wy­bu­chów albo w ogó­le do niej nie do­cho­dzi. W cza­sie gdy pi­szę te sło­wa, woj­sko­wi, któ­rzy w roku 1973 naj­praw­do­po­dob­niej za­mor­do­wa­li chi­lij­skie­go pio­sen­ka­rza i dzia­ła­cza Vic­to­ra Jarę, zo­sta­li wła­śnie po­sta­wie­ni w stan oskar­że­nia. Od tego za­bój­stwa upły­nę­ło po­nad czter­dzie­ści lat, a wie­le hi­sto­rii wy­ma­ga jesz­cze wię­cej cza­su, by do­biec koń­ca. Wal­ka ko­biet o pra­wa wy­bor­cze za­ję­ła nie­mal trzy czwar­te wie­ku. Przez pe­wien czas z lu­bo­ścią po­wta­rza­no, że fe­mi­nizm za­koń­czył się po­raż­ką, jak gdy­by pro­jekt oba­le­nia utrzy­mu­ją­ce­go się przez ty­siąc­le­cia po­rząd­ku spo­łecz­ne­go mu­siał za­koń­czyć się osta­tecz­nym zwy­cię­stwem w cią­gu kil­ku za­le­d­wie de­kad albo jak­by się za­trzy­mał. A prze­cież fe­mi­nizm do­pie­ro się ro­dzi, jego po­stę­py zaś mają rów­nie wiel­kie zna­cze­nie w hi­ma­laj­skich wio­skach co w wiel­kich mia­stach pierw­sze­go świa­ta. Su­san Grif­fin, współ­cze­sna wiel­ka pi­sar­ka, któ­ra mia­ła istot­ny wkład rów­nież w roz­wój fe­mi­ni­zmu w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych, za­uwa­ży­ła ostat­nio: „Ob­ser­wo­wa­łam w trak­cie mo­je­go ży­cia wy­star­cza­ją­co wie­le zmian, by wie­dzieć, że roz­pacz jest nie tyl­ko da­rem­na, jest rów­nież nie­re­ali­stycz­na”.